![]() |
|
[23/10/72] Not all who wander are rich | Benjy, Nora - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [23/10/72] Not all who wander are rich | Benjy, Nora (/showthread.php?tid=6053) |
[23/10/72] Not all who wander are rich | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 20.05.2026 adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Jesienny zmierzch powoli opadł na ulicę Pokątną, otulając kamienice charakterystycznym półmrokiem jesiennego wieczoru i przynosząc ze sobą lodowaty, wilgotny podmuch znad Tamizy zmieniający się powoli w mleczną mgłę, która snuła się wokół moich kostek, gdy zmierzałem w kierunku ostatniego lokalu, jaki zamierzałem dziś odwiedzić. Na zewnątrz nie było już zbyt wielu ludzi, większość mieszkańców dawno pochowała się w ciepłych wnętrzach kamienic, rzucających teraz bursztynowe smugi światła przez niedokładnie zaciągnięte zasłony. Znak nad pobliską apteką lekko skrzypiał na wietrze, przyciągając uwagę niedobitków, chociaż kartka na zabitej deskami witrynie sugerowała, iż sklep działał tymczasowo w skróconych godzinach i został zamknięty godzinę temu, ale zza uchylonych drzwi lokalu z markowym sprzętem do Quidditcha wciąż dobiegał gwar podnieconych głosów, przypominający o tym, iż niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniały. Chociaż czasy były ponure, aura zdecydowanie nie sprzyjała spędzaniu dni na świeżym powietrzu - które, zresztą, nie było takie znowu świeże - zaś nastroje panujące w stolicy trudno byłoby nazwać inaczej niż „wisielczymi”, życie biegło dalej. Premiera najnowszego modelu miotły wyścigowej, nawet jeśli opóźniła się przez ostatnie wydarzenia, wreszcie miała szansę się odbyć, przyciągając całe grono fascynatów sportu. Kiedyś pewnie byłbym jednym z nich, lecz teraz miałem w głowie wyłącznie jeden cel - moje kroki, dotąd ciężkie i mechaniczne, mimowolnie przyspieszyły na myśl o filiżance mocnej, parującej kawy z odrobiną cynamonu oraz o kolejnej rozmowie, którą musiałem odbyć. Poprawiłem kołnierz skórzanego płaszcza i pasek torby diagnostycznej z narzędziami przygotowanymi, by pchnąć sprawy w kierunku weryfikacji problemu Nory, klubokawiarniane witryny majaczyły już zaledwie kilkanaście metrów przede mną, obiecując upragnione wytchnienie przed zimnem - jeszcze tylko parę solidnych kroków… Jeszcze tylko… Wtem z cienia głębokiej wnęki sąsiedniej kamienicy wyłoniła się niska, zgarbiona postać. Odruchowo zacisnąłem dłoń na różdżce ukrytej w rękawie, jednak widok, który ukazał się moim oczom, natychmiast odrobinę ostudził obronny impuls - mężczyzna, otulony postrzępioną, brudną szatą, której pierwotnego koloru nie sposób było już odgadnąć, trząsł się z zimna, jego twarz skrywał głęboki kaptur, spod którego błysnęły jedynie zmęczone, podkrążone oczy. Wyciągnął w moim kierunku kościstą, brudną dłoń, w której ściskał wyszczerbiony, blaszany kubek, a kilka znajdujących się wewnątrz knutów zabrzęczało cicho, gdy nędzarz postąpił krok naprzód, odcinając mi drogę. - Poratujcie, panie… - Wychrypiał, jednak zanim dokończył to, co chciał powiedzieć, jego głos załamał się od wilgotnego kaszlu. - Parę sykli na ciepłą strawę. Tylko parę sykli dla nieszczęśnika, którego los pozbawił wszystkiego. Na Merlina, zlitujcie się nad głodnym. - Podjął na nowo, nadal zagradzając mi drogę i najwyraźniej nie zamierzając ustąpić. Zatrzymałem się, patrząc na niego z mieszaniną zdegustowania i zniecierpliwienia, które normalnie wykluczałoby jakąkolwiek pomoc z mojej strony, ale chłód nocy coraz mocniej dawał mi się we znaki, a aromat palonych ziaren kawy, ulatniający się z pobliskiego lokalu, niemal torturował moje zmysły. Westchnąłem cicho i wsunąłem wolną dłoń głęboko do kieszeni spodni, szukając kilku srebrnych monet, które mogłyby skrócić to niespodziewane spotkanie. Nie potrzebowałem dziś dodatkowych problemów. RE: [23/10/72] Not all who wander are rich | Benjy, Nora - Nora Figg - 20.05.2026 Poniedziałki były dniami, kiedy Nora jeszcze bardziej niż zazwyczaj nie wiedziała, w co włożyć ręce. Większość dostawców dostarczała jej wtedy towar, którego potrzebowała, aby dalsza część tygodnia przebiegała w miarę spokojnie. Czasem w środy musiała jeszcze robić kolejne zamówienia, nie było to jednak tendencyjne. Dzisiejsza dostawa była większa od tych zwyczajnych, bo zbliżało się Samhain, a był to czas wyjątkowo pracowity dla panny Figg, miała wiele zamówień na sabatowe stoły, które musiała zrealizować, poza tym wypadało też dostarczyć najbliższym świece i kadzidła, które sprzyjały świętowaniu tego czasu. Nie miała pojęcia ile właściwie kursów wykonała między tylnym wejściem, gdzie znajdował się ogródek, a kuchnią, była jednak zmęczona, a słońce zaczęło już znikać za horyzontem. Nadchodził wieczór. Praca szła jej całkiem dobrze, poza drobnym incydentem - przy płotku pojawił się mężczyzna, który poprosił ją o kilka sykli - oczywiście, że mu nie odmówiła, dołożyła do tego kilka pączków, bo zawsze było jej żal osób, którym nie sprzyjał los. Nie oceniała go, nie wiedziała jaką historię miał do opowiedzenia, ona nie miała zbiednieć od tego, że spełniła jego prośbę i dołożyła coś od siebie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że miała wrażenie, iż wcale się nie oddalił. Czuła na sobie obce spojrzenie, kiedy przenosiła skrzynki z ingredientami. Nie zamierzała się tym jednak przejmować, zamknęła za sobą drzwi, kiedy ostatnie pudełko zostało zaniesione do kuchni. Zaczęła układać wszystko według tylko sobie znajomego systemu, a później wróciła za ladę. Ostatni z klientów powoli zmierzał do drzwi, kiedy przekroczył próg i ona podeszła do wejścia, aby zamknąć cukiernię. Zauważyła przed drzwiami ruch, przez co otworzyła je, chociaż może nie było to zbyt rozsądne, gdyby znajdował się tam ktoś, kto chciałby zrobić jej krzywdę to nie miałaby z nim najmniejszych szans. Ulżyło jej, kiedy dostrzegła znajomą sylwetkę. Kamień z serca, czy coś. Tyle, że Benjy nie był tutaj sam, a przynajmniej tak się jej wydawało z tej odległości. Zmrużyła oczy, poznała tę postać. Był to mężczyzna, któremu wcześniej wcisnęła nieco drobnych, i kilka pączków. Nadal się tutaj kręcił. Nie była z tego powodu zadowolona, bo co jeszcze miała zrobić, aby się go pozbyć? Jasne, rozumiała to, że znajdował się w nie najlepszej sytuacji, ale wspomogła go tak jak potrafiła, czego więc jeszcze chciał? Czy nagabywał każdą minioną osobę, był to jego sposób na życie? Nie chciała go oceniać, ale okazało się to dla niej dość trudne, bo było wiele innych metod na zdobycie pieniędzy. Ludzie harowali na te sykle, a ten plątał się przed drzwiami jej dobytku i żebrał o kolejne pieniądze. Spojrzała na Fenwicka i mruknęła cicho. - Dałam mu jakiś czas temu kilka pączków, nie powinien być głodny. - Starała się, aby tylko on ją usłyszał. Nie znosiła kłamstwa, a tamten łgał jak z nut. RE: [23/10/72] Not all who wander are rich | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 20.05.2026 Wbrew solennemu postanowieniu, że nie będę wspierał darmozjadów, wyciągnąłem z kieszeni cztery błyszczące sykle, obracając je przez moment w skostniałych od zimna palcach - wbrew sprawianym pozorom nie byłem zupełnym skurwysynem i egoistą, miałem świadomość, że niedawno zaistniałe okoliczności spowodowały, iż wielu całkiem normalnych, ciężko pracujących ludzi z dnia na dzień skończyło bez dachu nad głową i nie wszyscy z nich mieli ten przywilej, by zatrzymać się gdzieś indziej, więc chyba mogłem zrobić odstępstwo od reguły… Mężczyzna naprawdę nie wyglądał dobrze, potwornie kaszlał i krztusił się własnymi wydzielinami, co może nie było zbyt przyjemnym widokiem, lecz zdecydowanie uruchomiło moje ludzkie odruchy - byłem gotowy rozstać się z monetami, ale zanim zdążyłem upuścić je do blaszanego kubka, którym potrząsał bezdomny, drzwi klubkawiarni za moimi plevami uchyliły się z skrzypnięciem. Ciepły blask i głos Nory sprawiły, że zamarłem z ręką zawieszoną w powietrzu. Zerknąłem na nią, słysząc jej słowa, które - chociaż wypowiedziane szeptem - podziałały na mnie lepiej niż lodowaty prysznic. Obrzydzenie, które poczułem chwilę wcześniej momentalnie wymieszało się z czystą, racjonalną irytacją. Spojrzałem z powrotem na żebraka, tym razem jednak bardziej badawczo, dostrzegając na jego brudnej szacie ledwo widoczne w mroku, świeże tłuste plamy stanowiące niewątpliwy ślad po całkiem sycących i kalorycznych cukierniczych wyrobach, jakie przed momentem deklarował jako nieobecne w jego żołądku. Kłamstwo miało tu wyjątkowo krótkie i krzywe nogi, trzęsące się niemal tak samo jak kubek w jego rękach, którym ponownie brzęknął, chrząkając znacząco - bezczelność tego człowieka zaczynała przekraczać granice mojej, i tak mocno nadszarpniętej dzisiejszym dniem, praktycznie nieistniejącej cierpliwości a monety trzymane w dłoni nagle wydały mi się dziwnie ciężkie, więc cofnąłem je z powrotem do kieszeni… - „Kilka pączków”, mówisz? - Powtórzyłem za Eleonorą, w przeciwieństwie do mojej lepiej wychowanek koleżanki, celowo nie zniżając głosu na tyle, by tamten nie mógł mnie usłyszeć. Spojrzenie, którym teraz zmierzyłem nędzarza, straciło resztki początkowej litości. A więc pączki i drobne? I to całkiem niedawno? Moje zdegustowanie momentalnie wzięło górę nad zniecierpliwieniem - nic tak nie drażniło mnie po ciężkim dniu pracy jak bezczelny, żerujący na ludzkiej empatii teatrzyk kogoś, kto z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie skalał sobie rąk niczym przydatnym. Mężczyzna drgnął, najwyraźniej nabierając zorientowania w sytuacji, i przez moment pod głębokim kapturem, w dotychczas zamglonych oczach, dostrzegłem błysk złości, który zupełnie nie pasował do roli schorowanego nieszczęśnika. Cofnął się o krok, prawie wysypując zawartość kubka - brzęk knutów w naczyniu zabrzmiał nagle wyjątkowo fałszywie - nie musiałem nawet dysponować wyjątkowo dobrym słuchem, by wyłapać, iż zaklął do siebie cicho pod nosem, mrucząc coś o „nowobogackich sknerach z Pokątnej”, po czym odwrócił się na pięcie i szybkim, zadziwiająco sprawnym jak na starca krokiem, ruszył w kierunku bocznej, pogrążonej w mroku alejki. Kuśtykając teatralnie co któryś ruch, zaczął szybko wtapiać się w gęstniejącą, mlecznolodowatą mgłę. Odprowadziłem go wzrokiem, dopóki całkowicie nie zniknął z pola widzenia, po czym na nowo odwróciłem się do Nory, tym razem już całkowicie. Odetchnąłem z ulgą, puszczając rękojeść różdżki i zrobiłem dwa szybkie kroki, przekraczając próg kawiarni. - Dzięki. - Odezwałem się do kobiety, niechętnie uświadamiając sobie, że gdyby nie ona, zdecydowanie dałbym się oskubać jak kompletny naiwniak. RE: [23/10/72] Not all who wander are rich | Benjy, Nora - Nora Figg - 20.05.2026 To nie tak, że była osobą, która komukolwiek źle życzyła. Żebrak nie robił nikomu krzywdy, jednak w jej oczach był odrobinę bezczelny, a nawet Nora Figg miała pewne granice. Dała mu wcześniej drobne, chciała być miła, a więc również wręczyła mu swoje wypieki, a on nadal się tutaj kręcił. Niepokoiło ją to, co jeśli postanowi sobie wybrać to miejsce jako nową ulubioną lokację do zdobywania pieniędzy? Nie pomyślała o tym wcześniej, a nie ma się co oszukiwać nie pasował do tego miejsca, obawiała się, że mógłby zacząć być natrętny, zresztą już pokazał, że zupełnie się nie krępuje. Jakby nie patrzeć większość czasu w cukierni spędzała sama, mieszkało tu jej dziecko, musiała być odpowiedzialnym dorosłym i jakoś pozbyć się problemu, najlepiej gdyby ten typ po prostu zaczął szukać szczęścia gdzieś indziej. Tylko, że to pewnie nie było takie proste. Miała zbyt dobre serce, ufała wszystkim, a później kończyło się to w podobny sposób, wystarczyło, że wyciągnęła palec, a oni chcieli całą rękę. Postanowiła więc się odezwać, wspomnieć Benjy'emu o tym, że to nie był pierwszy raz dzisiaj, kiedy tamten prosił o pomoc, już mu jej udzieliła. Jej znajomy nie był tak dyskretny jak ona, nie chciała wyjść na jakiegoś donosiciela, czy coś, ale czuła, że musi się odezwać, teraz zaś zaczęła się czerwienić ze wstydu, bo zrobiło jej się trochę głupio. Każdy niby miał prawo robić, co chciał, mogła się nie wtrącać. Dość szybko jednak pozbyła się tych myśli, znajdował się zbyt blisko dobytku jej życia. - Tak, kilka pączków, nie jest więc głodny, to znaczy może być głodny mimo tego, że zjadł kilka pączków, ale jednak nie wydaje mi się to prawdopodobne. - Dodała jeszcze. Naprawdę próbowała być miła, ale nie podobało jej się to, że niektórzy to wykorzystywali. Oczywiście, że tamten nie był zadowolony z takiego biegu wydarzeń, na pewno liczył na szybki zarobek, a ona weszła mu w drogę, miała nadzieję, że nie była to zła decyzja. Norka po prostu nie lubiła bezczelności, co innego jakby zjawił się tu kolejnego dnia, ale on zdecydowanie wybrał sobie to miejsce na cel. - Nie ma za co, wchodzisz? - Otworzyła drzwi na oścież, mając nadzieję, że żebrak zrozumiał, że nic tu po nim, niczego więcej nie dostanie, ani nie wskóra. Naprawdę nie miała ochoty na dalszą konfrontację, bo poczuła się głupio, że wcześniej wsparła go i żywieniowo i materialnie, najwyraźniej był to jego sposób na życie, a nie chwilowy dołek. RE: [23/10/72] Not all who wander are rich | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 20.05.2026 Wymieniłem z Norą szybkie spojrzenie, metaforycznie wciąż jeszcze stojąc jedną nogą na chłodnym, wilgotnym bruku Pokątnej, podczas gdy z wnętrza lokalu buchało już we mnie zbawienne ciepło, tak bliskie, lecz jednocześnie przyćmione cieniem sytuacji, w której się znalazłem. Nie potrzebowałem niczego więcej, aby zmienić zdanie, co do obdarowania żebraka wyłuskaną z kieszeni garstką moniaków - w zupełności wystarczyło mi to, co powiedziała Eleonora. Byłem jej za to cholernie wdzięczny, nawet jeśli wewnątrz zaczęła we mnie wzbierać frustracja skierowana w stronę odchodzącego mężczyzny, jak i - jeszcze bardziej - siebie samego. Nie uważałem się za kogoś, kto łatwo ulegał czyjejś ckliwej narracji, nie miałem się za byle naiwniaka, a jednak prawie dałem się nabrać i to z powodu czystej niechęci do tego, by spędzać zbyt dużo czasu na zewnątrz, gdy miałem inne plany. Zmierzyłem wzrokiem pogrążającą się w mroku alejkę, w której przed chwilą zniknął naciągacz i potrząsnąłem głową z niedowierzaniem. - Wchodzę, wchodzę, zanim całkiem zamienię się w galgulca. - Rzuciłem, kierując się za Norą, gdyż dalsze sterczenie na zewnątrz niczego by nam nie przyniosło, bezdomny zniknął, rzucając obelgi pod nosem i nie wydawało mi się, aby miał powód do powrotu - w końcu nie mógł już nic tu wskórać, skoro klubokawiarnia oficjalnie została zamknięta na noc. Zatrzasnąłem za sobą drzwi, odcinając nas definitywnie od lodowatego podmuchu znad Tamizy, ponurej atmosfery i gęstniejącej na zewnątrz mgły. Zrzuciłem z ramienia ciężką torbę diagnostyczną, stawiając ją ostrożnie na najbliższym krześle, po czym zdjąłem skórzany płaszcz, odwieszając go na wieszaku, a fala skumulowanego wewnątrz ciepła uderzyła we mnie praktycznie natychmiast po tym. Dopiero teraz, w delikatnym świetle wiszących pod sufitem lamp oraz licznych świec wypełniających przytulne wnętrze lokalu, zauważyłem, że policzki Nory płonęły lekkim pąsem, wyglądała na nieco zmieszaną, chociaż nie do końca pojmowałem, z jakiego konkretnie powodu. Mogłem się tylko domyślać, lecz nie było to coś, czym sam bym się przejmował… Była zdecydowanie zbyt dobra na ten podły świat, zwłaszcza w dzisiejszych, niespokojnych czasach, gdy ludzka krzywda stawała się dla niektórych wygodną tarczą do naciągania innych. Całe szczęście, wokół nas na powrót zapanował względny spokój, więc nie musieliśmy się już tym przejmować. A może…? RE: [23/10/72] Not all who wander are rich | Benjy, Nora - Nora Figg - 20.05.2026 Być może nie powinna się wtrącać, jednak zachowanie żebraka wydawało jej się nie na miejscu. Nawet oni powinni mieć jakieś granice, odrobinę przyzwoitości, czy coś. Ten okazał się być jednak bardzo bezczelny, co jej się nie spodobało. Poczuła się głupio, że wcześniej go nakarmiła, ile osób oszukał w ten sposób, ile pieniędzy wyłudził, ilu ludzi oszukał? Nie miała pojęcia, w sumie to chyba wolała nie wiedzieć, bo humor jeszcze bardziej by się jej popsuł. Na pewno byli inni, którzy bardziej zasługiwali na pomoc. Zmierzyła jeszcze Fenwicka wzrokiem. - W sumie to nawet byś się nadawał na jednego, wyglądałbyś całkiem majestatycznie przed tymi drzwiami. - Pewnie odstraszałby też całkiem skutecznie ludzi, których wolałaby nie wpuszczać do swojej cukierni, bo miał w spojrzeniu coś, co sugerowało, że lepiej z nim nie zadzierać. Ich problem najwyraźniej się oddalił, a przynajmniej tak się jej wydawało na pierwszy rzut oka. Zrobiła się spokojniejsza. Weszła do środka i wpuściła za sobą Benjy'ego, od razu czuła się bezpieczniej. Miała wrażenie, że mury klubokawiarni są w stanie ochronić ją przed całym złem tego świata. - Nie powinnam się odzywać, ogólnie raczej się nie mieszam, ale trochę poczułam się oszukana. - Postanowiła też nieco wytłumaczyć swoje zachowanie, bo było raczej dla niej nietypowe i odrobinę źle się z tym czuła. - Jak mniemam znalazłeś się tutaj, abyśmy mogli zacząć działać? - Zagadała jeszcze, przeniosła też wzrok na jego torbę, która wydawała jej się być ciężka, domyśliła się, że znajdywały się tam przedmioty, które mogły pomóc w diagnozowaniu jej wyjątkowej przypadłości. - Napijesz się czegoś? - Jak zawsze, zamierzała najpierw go odpowiednio ugościć, na zewnątrz było chłodno, dobrze by było, aby miał szansę się rozgrzać, później będą mogli przejść do tych innych spraw. Zamknęła za nim drzwi od razu przekręciła też zamek, zazwyczaj tego nie robiła, ale tym razem nie czuła się do końca pewnie. Okazało się bowiem, że tamten mężczyzna kręcił się po okolicy od jakiegoś czasu, nie mogła mieć pewności, że nie postanowi tutaj wrócić, wolała być przezorna. - Czuj się jak u siebie. - Nie sądziła, że musiała to mówić, ale jednak wolała to podkreślić. W końcu teraz miało to być tymczasowym miejscem jego pracy, nie do końca wiedziała w jaki sposób klątwołamacze przygotowują się do rozpoczęcia zajęcia, a więc zamierzała po prostu zasugerować mu, że nie musi się niczym przejmować. Ruszyła w głąb pomieszczenia, w stronę lady, aby zagrzać wodę, sama chętnie napiłaby się herbaty. Kiedy szła coś uderzyło w szybę, nie spodziewała się tego, przez co odskoczyła, chociaż szkło nadal było całe. Dostrzegła za nią sylwetkę mężczyzny, który machał rękoma i krzyczał, bardzo głośno krzyczał o tym, że ona i on - łatwo było się domyślić, że mówi o niej i Fenwicku czują się lepsi od innych tylko dlatego, że są bogatsi, przywilejowani. Darł się niemiłosiernie, Figgówna wpatrywała się w szybę i nie mogła do końca zrozumieć, co właśnie się działo. Nie przestawał się uzewnętrzniać, najwyraźniej był to moment, w którym chciał powiedzieć całemu światu, że wszyscy powinni być równi bez względu na status majątkowy, a świat jest niesprawiedliwy pod tym kątem. W końcu stracił energię, a może się znudził? Może dotarło do niego, że te gadanie nic nie wniesie, bo po prostu odwrócił się na pięcie i sobie poszedł. - Kurczę blade. - Tylko tyle była w stanie z siebie wyrzucić. Norka bardzo rzadko przeklinała, sięgała raczej po delikatniejsze zwroty. Najwyraźniej nie był to jeszcze moment, w którym z jej ust miała paść soczysta kurwa. Wreszcie ruszyła się z miejsca, zamiast jednak wejść za ladę to opadła na jedno z najbliższych krzeseł. - Nie wiem skąd się biorą tacy ludzie. - Mruknęła cicho, właściwie bardziej do siebie, niż do klątwołamacza. Ta konfrontacja, chociaż trudno było to w ogóle nazwać konfrontacją kosztowała ją sporo energii, nie przywykła do tego, żeby się z kimś kłócić, komuś źle życzyć, było to więc całkiem wyjątkowym wydarzeniem. Miała nadzieję, że nigdy więcej nie spotka tego mężczyzny, bo był chyba pierwszą osobą, której miała ochotę przyłożyć. RE: [23/10/72] Not all who wander are rich | Benjy, Nora - Benjy Fenwick - 20.05.2026 Uśmiechnąłem się półgębkiem na uwagę o moim rzekomym „majestatycznym” wyglądzie i potencjale kamiennego stróża - w słowach Nory kryła się całkiem trzeźwa ocena mojej powierzchowności, rzucony przez nią komplement trafnie podsumowywał lata pracy w terenie, gdzie miękkie serce zazwyczaj oznaczało twarde lądowanie, natomiast łagodna prezencja była odbierana jako sugestia do spróbowania szczęścia w ogołoceniu nieszczęśnika z oszczędności jego życia. Lub śmierci… W zależności od tego, jak bardzo walczył o to, co ze sobą miał. Czasami surowe spojrzenie i postawa faceta, który zjadł zęby na użeraniu się z wyjątkowo makabrycznymi klątwami, bywały całkiem przydatne w cywilu. - Dzięki? - Odbiłem, nawet jeśli wiedziałem, co chciała mi przez to przekazać, bo przecież nie użyłaby słowa „majestatyczny” w kontekście kogoś, kto w jej odczuciu wyglądał jak straszydło z bajek dla niegrzecznych dzieci - a i to zdarzyło mi się słyszeć, będąc zupełnie szczerym. - Pszestań. Miałaś pełne plawo się wtląsciś. Facet bezczelnie cię okłamał, wykoszystał twoją empatię, a potem plóbował naciągnąś i mnie, stojąc pod twoim własnym lokalem. Dobsze zlobiłaś. - Odpowiedziałem stanowczo, kręcąc głową na odczuwane przez nią wątpliwości i chcąc zrzucić z barków Eleonory to niepotrzebne poczucie winy, szczególnie że potrzebowałem jej w naturalnym środowisku, zachowującej się jak zazwyczaj, nie zmartwionej i osowiałej. - Mhm. Jeśli to mosliwe, chciałbym wykonać kilka testów. Nic powasznego. - Zadeklarowałem od razu, by niepotrzebnie się nie denerwowała. - Coś w losaju pielwszej, stosunkowo łagodnej plóby. - Co prawda wziąłem ze sobą całkiem spory arsenał badawczy, na który w tym momencie spojrzałem, lecz nie zamierzałem korzystać ze wszystkich znanych mi metod, a tylko kilka wypróbować. - Jak to nie ploblem, chętnie napiłbym się kawy. - Skoro zaproponowała mi napój, nie zamierzałem odmawiać sobie kofeiny, o którą dopominał się mój zmarznięty organizm, mimo późnej pory. Słysząc szczęk przekręcanego w zamku klucza, poczułem aprobatę dla jej nagłej przezorności, nie komentując tego, ponieważ w głębi duszy wiedziałem, iż Nora wyjątkowo mocno dbała o bezpieczeństwo - jeśli nie swoje własne, to osób, które z nią mieszkały - była odpowiedzialna i spostrzegawcza, nawet jeśli zdążyłem już uznać, iż czasem miała zbyt dobre serce. A może… Tylko mi się tak wydawało? W końcu dopuszczałem do siebie możliwość, iż to ja sam byłem trochę znieczulony. ŁUP! Nagle ciszę rozdarł głośny, niespodziewany huk - coś z ogromną siłą i równie dużym impetem uderzyło w grubą, frontową szybę kawiarni, na co idąca w głąb pomieszczenia Nora aż odskoczyła jak oparzona, a ja w ułamku sekundy, kierowany czysto mechanicznym odruchem wypracowanym przez lata zahartowania w terenie, miałem już różdżkę w dłoni, wysuniętą z rękawa i wycelowaną w stronę okna. Serce zabiło mi mocniej, a całe rozleniwienie momentalnie wyparowało, zastąpione przez gotowość do reakcji. Stanąłem przed dziewczyną, zasłaniając ją własnym ciałem, gotów rzucić zaklęcie tarczy, gdyby szkło miało ustąpić, po czym przejść już do regularnej napierdalanki. Na szczęście witryna wytrzymała… I to byłby koniec pozytywnych wieści. Za przezroczystą taflą, rozmazana przez nisko osiadającą mgłę, miotała się ta sama niska, zgarbiona sylwetka, którą oboje zdążyliśmy zbyt blisko poznać przed chwilą. Żebrak nie kuśtykał już ani trochę, wymachiwał wściekle rękami, a jego twarz, wykrzywiona furią, była niemal przyklejona do szyby, utraciwszy wszelkie pozory chorowitej słabości. Krzyk, jaki z siebie wydawał, choć stłumiony przez grube mury i magię ochronną budynku, docierał do nas nadzwyczaj wyraźnie. Facet urządził sobie regularny, socjalistyczny manifest na środku Pokątnej, dając upust swojej frustracji, bo dwie osoby nie dały się nabrać na jego nędzny teatrzyk. Darł się niemiłosiernie, plując jadem i rzucając oskarżeniami, że czujemy się lepsi, bogatsi i uprzywilejowani tylko dlatego, ponieważ mamy dach nad głową, podczas gdy świat tonie w niesprawiedliwości. To nie był już skrzywdzony przez los nieszczęśnik, pogorzelec i osowiały staruszek - to był agresywny, pełen zawiści frustrat, który dostał histerii, bo ktoś odciął mu wieczorne źródło dochodu na wódę. Jakąkolwiek reakcję chciał wywołać swoimi wrzaskami, postanowił zafundować nam festiwal czystej, napędzanej poczuciem bezkarności nienawiści godnej marksistowskiego fanatyka - manifest kogoś, kto uważał, że wszystko mu się należy tylko dlatego, że dotychczas nie miał nic. Chciałem już doskoczyć do drzwi, otworzyć je i rzucić na niego urok uciszający albo po prostu osobiście przetłumaczyć mu ręcznie, gdzie popełniał błąd logiczny - odpowiedź zabrzmiałaby „w całej swojej egzystencji”, chociaż te populistyczne szambo opuszczające jego nieumyty ryj zasługiwało na osobne wspomnienie - ale zanim zrobiłem choćby krok, nędzarz nagle stracił rezon. Może dotarło do niego, że krzyczał do zamkniętych drzwi, robiąc z siebie kompletnego świra, może zobaczył nadchodzący patrol BUMu, a może po prostu zmęczył się pluciem jadem, który przez nieustającą flegmę wżerał mu się w płuca, zamiast trafiać do upatrzonego celu - nieważne, co doprowadziło go do zamknięcia mordy, ważne, że jeszcze przez ułamek sekundy dyszał wściekłe, coraz słabiej wygrażając nam zwiniętą pięścią, a potem… Potem nieoczekiwanie się skurczył, dosłownie zwinął się w sobie, znikając pod szmatami, które nawet bez tego żałośnie z niego zwisały i wykonując kilka chybotliwych kroków w kierunku, w którym znajdowała się zamknięta już apteka. Splunął siarczyście na bruk, odwrócił się na pięcie i zadziwiająco sprawnie zaszył się tej samej w bocznej alejce, z której wcześniej wypełzł. - Co… Kulwa... - Odezwałem się praktycznie w tym samym momencie, co Nora - chociaż jej „kurcze blade” zabrzmiało zdecydowanie inaczej od mojej reakcji - cedząc słowa. W lokalu znów zapadła głęboka, niemal dzwoniąca w uszach cisza, zmącona jedynie przez cichy szum czegoś znajdującego się na zapleczu. Gdyby nie to, że byłem tu zawodowo, bardzo chętnie dolałbym sobie rumu do tej upragnionej cynamonowej kawy, chociaż może tym razem było to uzasadnione okolicznościami, nawet w towarzystwie damy… - No dobsze, emocji jak na jeden wieczól mamy jusz asz nadto, a jeszcze nawet nie spojszałem na twoje stluktuly oblonne. - Zerknąłem na nią z ukosa, próbując wywołać na jej twarzy choćby cień uśmiechu. „Skąd się biorą tacy ludzie” - to było doskonałe pytanie, na które odpowiedź była jednak niejasna… Koniec sesji
|