Jesienny zmierzch powoli opadł na ulicę Pokątną, otulając kamienice charakterystycznym półmrokiem jesiennego wieczoru i przynosząc ze sobą lodowaty, wilgotny podmuch znad Tamizy zmieniający się powoli w mleczną mgłę, która snuła się wokół moich kostek, gdy zmierzałem w kierunku ostatniego lokalu, jaki zamierzałem dziś odwiedzić. Na zewnątrz nie było już zbyt wielu ludzi, większość mieszkańców dawno pochowała się w ciepłych wnętrzach kamienic, rzucających teraz bursztynowe smugi światła przez niedokładnie zaciągnięte zasłony. Znak nad pobliską apteką lekko skrzypiał na wietrze, przyciągając uwagę niedobitków, chociaż kartka na zabitej deskami witrynie sugerowała, iż sklep działał tymczasowo w skróconych godzinach i został zamknięty godzinę temu, ale zza uchylonych drzwi lokalu z markowym sprzętem do Quidditcha wciąż dobiegał gwar podnieconych głosów, przypominający o tym, iż niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniały. Chociaż czasy były ponure, aura zdecydowanie nie sprzyjała spędzaniu dni na świeżym powietrzu - które, zresztą, nie było takie znowu świeże - zaś nastroje panujące w stolicy trudno byłoby nazwać inaczej niż „wisielczymi”, życie biegło dalej. Premiera najnowszego modelu miotły wyścigowej, nawet jeśli opóźniła się przez ostatnie wydarzenia, wreszcie miała szansę się odbyć, przyciągając całe grono fascynatów sportu. Kiedyś pewnie byłbym jednym z nich, lecz teraz miałem w głowie wyłącznie jeden cel - moje kroki, dotąd ciężkie i mechaniczne, mimowolnie przyspieszyły na myśl o filiżance mocnej, parującej kawy z odrobiną cynamonu oraz o kolejnej rozmowie, którą musiałem odbyć.
Poprawiłem kołnierz skórzanego płaszcza i pasek torby diagnostycznej z narzędziami przygotowanymi, by pchnąć sprawy w kierunku weryfikacji problemu Nory, klubokawiarniane witryny majaczyły już zaledwie kilkanaście metrów przede mną, obiecując upragnione wytchnienie przed zimnem - jeszcze tylko parę solidnych kroków… Jeszcze tylko…
Wtem z cienia głębokiej wnęki sąsiedniej kamienicy wyłoniła się niska, zgarbiona postać. Odruchowo zacisnąłem dłoń na różdżce ukrytej w rękawie, jednak widok, który ukazał się moim oczom, natychmiast odrobinę ostudził obronny impuls - mężczyzna, otulony postrzępioną, brudną szatą, której pierwotnego koloru nie sposób było już odgadnąć, trząsł się z zimna, jego twarz skrywał głęboki kaptur, spod którego błysnęły jedynie zmęczone, podkrążone oczy. Wyciągnął w moim kierunku kościstą, brudną dłoń, w której ściskał wyszczerbiony, blaszany kubek, a kilka znajdujących się wewnątrz knutów zabrzęczało cicho, gdy nędzarz postąpił krok naprzód, odcinając mi drogę.
- Poratujcie, panie… - Wychrypiał, jednak zanim dokończył to, co chciał powiedzieć, jego głos załamał się od wilgotnego kaszlu. - Parę sykli na ciepłą strawę. Tylko parę sykli dla nieszczęśnika, którego los pozbawił wszystkiego. Na Merlina, zlitujcie się nad głodnym. - Podjął na nowo, nadal zagradzając mi drogę i najwyraźniej nie zamierzając ustąpić.
Zatrzymałem się, patrząc na niego z mieszaniną zdegustowania i zniecierpliwienia, które normalnie wykluczałoby jakąkolwiek pomoc z mojej strony, ale chłód nocy coraz mocniej dawał mi się we znaki, a aromat palonych ziaren kawy, ulatniający się z pobliskiego lokalu, niemal torturował moje zmysły. Westchnąłem cicho i wsunąłem wolną dłoń głęboko do kieszeni spodni, szukając kilku srebrnych monet, które mogłyby skrócić to niespodziewane spotkanie. Nie potrzebowałem dziś dodatkowych problemów.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)