![]() |
|
[23/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [23/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=6071) |
[23/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 29.05.2026 adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Mimo że natura wyposażyła mnie w niefortunny talent do magnetycznego wręcz przyciągania kłopotów, do bezwiednego ściągania na siebie najróżniejszych zagrożeń oraz powszechnie znanej skłonności do działania pod wpływem czystego, czasami nieokrzesanego impulsu, w kwestiach fundamentalnych na ogół potrafiłem zachować powściągliwość - biorąc pod uwagę ponure czasy oraz to, co wydarzyło się między końcem lata i początkiem jesieni, raczej nie pozwalałem już sobie na luksus bezrefleksyjnego przeskakiwania od mglistych przypuszczeń wprost do twardych, kategorycznych wniosków o tym, jakie będą moje następne godziny. Mogłem mieć plany - te dzisiejsze, na szczęście, nie zaczynały się aż do południa - i założenia, lecz życie zdążyło mi pokazać, gdzie je zazwyczaj miało, chcąc nie chcąc, musiałem więc wyciągnąć z tego jakieś wnioski i nauczyć się nie zakładać niczego z góry. Oczywiście, jak każdy, miewałem w tej materii swoje chlubne i boleśnie niechlubne momenty, które wolałbym wymazać z pamięci, lecz tym razem, stojąc u progu nowego poranka, postawiłem sobie za punkt honoru, by nadchodzący dzień okazał się dokładnie tak nieskazitelny i obiecujący, jak sugerowały to jego pierwsze minuty. Za oknem, tuż nad uśpionym jeszcze ogrodem, leniwie snuły się gęste obłoki wczesnoporannej mgły, słońce dopiero wychyliło się ponad horyzont, podczas gdy chłodne szyby nadal pokryte były tysiącami mikroskopijnych kropel rosy. Ta sama wilgoć skrzyła się również feerią barw na dywanie zdecydowanie już żółknącego, muśniętego jesiennym, lodowatym tchnieniem trawnika, który obserwowałem przez chwilę w szparze między grubymi zasłonami, spoglądając na gromadzące się na nim kruki, zanim cicho niczym duch wymknąłem się z ciepłej pościeli, z mocnym postanowieniem, by bez zbędnej zwłoki zrobić coś produktywnego. Postanowiłem zostawić śpiącą Prudence w krainie marzeń sennych, a samemu zająć się czymś pożytecznym i namacalnym, w końcu doskonale zdawałem sobie sprawę, że stanowczo zbyt długo odwlekałem prozaiczne prace domowe. Wczorajsze rozmowy obudziły we mnie silną potrzebę, by wreszcie w bardziej konkretny sposób przyłożyć rękę do ogarnięcia naszej nowej przestrzeni i okiełznania chaosu, jaki nieuchronnie towarzyszył każdej przeprowadzce w miejsce mające już swoją historię. Zanim w ogóle zdołałem racjonalnie przeanalizować ten impuls, moje kroki same skierowały się ku najwyższej kondygnacji - nim się obejrzałem, stałem już na zakurzonym strychu, instynktownie i nieco pokracznie garbiąc się pod niskim stropem, co było bezpośrednią konsekwencją bolesnego spotkania mojej głowy z twardymi, dębowymi krokwiami za ostatnim razem, gdy tu byłem. Bez dalszego wahania chwyciłem za krawędzie pierwszych z brzegu kufrów, mocno zdeterminowany, by jak najszybciej znieść je na dół, do rozświetlonego jasnymi promieniami słonecznymi salonu. RE: [22/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 30.05.2026 Kiedy się obudziła miejsce w łóżku obok niej było puste. Zorientowała się to, kiedy pierwszy raz świadomie tego poranka odetchnęła, brakowało jej ciepłego, wielkiego ciała tuż obok. Dotknęła pościeli, aby sprawdzić, czy będzie wyczuwała pod opuszkami palców ciepło, dzięki temu mogła stwierdzić, czy jej mąż wyszedł stąd całkiem niedawno, czy wręcz przeciwnie. Musiała całkiem twardo spać, bo zazwyczaj wybudzał ją nawet drobny ruch, w sumie ostatnio nie mogła narzekać na sen, kiedy znajdował się obok spało jej się całkiem przyjemnie. Nie musiała się spieszyć, jednak nie miała w zwyczaju wylegiwać się w łóżku do południa, uważała to trochę za stratę czasu, właśnie dlatego dość szybko wstała. Rozejrzała się po sypialni w poszukiwaniu kota, jednak nigdzie go nie zauważyła, on również musiał już wstać i zniknąć gdzieś w domu. Przez chwilę wpatrywała się w widok za oknem, był całkiem przyjemny, nie padało, miał to być jeden z tych przyjemnych, jesiennych dni. Usłyszała jakiś stukot nad głową, odruchowo uniosła głowę w stronę sufitu, jakby ktoś miał na nim siedzieć. Oczywiście niczego nie dostrzegła, zasugerowało jej to jednak, gdzie mogła znaleźć swojego męża. Faktycznie wspominał, że dzisiaj będzie wychodził później. Sięgnęła po koszulę, którą znalazła na krześle, narzuciła ją na swoje ramiona, po czym postanowiła sprawdzić, co właściwie działo się na strychu. Obawiała się bowiem tego, że Benjy mógł właśnie robić sobie krzywdę. Nie wyparła bowiem z pamięci jego ostatniej wizyty w tamtym miejscu, był trochę zbyt wysoki jak na tamto pomieszczenie. Dosyć cicho wspinała się po schodach, chcąc sprawdzić, co właściwie tam robił. Faktycznie rozmawiali o tym, że dom wymagał nieco ich wkładu pracy, ale nie spodziewała się tego, że Benjy tak szybko postanowi się tym zająć. Miała pewne obawy co do tego, czy faktycznie wybrał odpowiednie miejsce co do swoich gabarytów, jej pewnie łatwiej byłoby się tam odnaleźć. Zatrzymała się, kiedy znalazła się przed drzwiami. Pozwoliła sobie przez chwilę obserwować, jak mąż podnosił jeden z kufrów, wpatrywała się w niego uważnie. Taksowała go wzrokiem dłuższą chwilę, zastanawiała się nad tym, czy faktycznie jego ciało już poradziło sobie z ostatnimi obrażeniami. Dość szybko stanął na nogi, całkiem nieźle wylizał się z tego, co mu się przytrafiło, jednak nie mogła powstrzymać się przed tym, żeby upewnić się, iż faktycznie wszystko było w porządku. Jego skóra wyglądała już na całkiem zdrową, twarz nabrała kolorów, nie była już szarawa. Centymetr po centymetrze przemierzała spojrzeniem po jego ciele, by nic jej nie umknęło. Nie mogła sobie pozwolić na żadne niedopatrzenie, bo przecież chodziło o niego, był jej najważniejszym pacjentem. RE: [22/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 31.05.2026 Pochylony nad jednym z pozornie lekko wyglądających kufrów, zacisnąłem dłonie na metalowych uchwytach i momentalnie sapnąłem pod nosem, próbując podnieść go tak, by nie zahaczyć o wszystko wokół. Kurz wzbił się w powietrze, drażniąc mój nos i zmuszając mnie do krótkiego kichnięcia, prawie okupionego zbyt szybkim, odruchowym wyprostowaniem się i kolejnym uderzeniem głową o belkę stropową. Stara skrzynia nie drgnęła z miejsca tak łatwo, jak początkowo zakładałem, potrzebowałem mocniej naprężyć mięśnie, by szarpnąć ją z podłogi - nie wiedziałem jeszcze, co babcia Prudence trzymała w środku, lecz gdybym miał zgadywać po samym ciężarze, równie dobrze mogły to być polne głazy wraz z karpami pełnymi gliny i ziemi, co czyjeś zabetonowane zwłoki. Nie od razu podniosłem wzrok, skupiony bardziej na tym, by nie wypuścić cholerstwa z rąk i nie sprawdzić eksperymentalnie, czy wiekowe deski strychu były równie wytrzymałe, jak wyglądały, lecz świadomość czyjejś obecności dotarła do mnie wystarczająco szybko, żebym po chwili odwrócił głowę. Prudence stała w progu… Przez krótką chwilę po prostu na nią patrzyłem, nie odzywając się ani słowem, poranne światło wpadające przez niewielkie okno za moimi plecami zatrzymywało się na jej sylwetce, miękko obrysowując linie ciała mojej żony, kosmyki jej włosów i krawędzie koszuli, którą narzuciła na ramiona. Wyglądała, jakby dopiero co wyłoniła się ze snu, choć znałem ją już wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że ten pozornie spokojny wyraz twarzy oznaczał zazwyczaj intensywną analizę wszystkiego, co znajdowało się przed jej oczami, w tym wypadku przede wszystkim mnie… Nie trzeba było być wykwalifikowanym uzdrowicielem, żeby zauważyć sposób, w jaki przesuwała spojrzeniem po mojej twarzy, szyi, barkach i rękach, zatrzymując się na ułamki sekund dokładnie tam, gdzie jeszcze niedawno znajdowały się ślady obrażeń - gdyby mogła, prawdopodobnie prześwietliłaby mnie wzrokiem aż do kości, westchnąłem cicho, opierając kufer o nogę. - Dzień dobly lówniesz tobie, kochanie. - Odezwałem się w końcu, unosząc brew. - Mam nadzieję, sze kontlola pszebiegła pomyślnie. - Kącik ust drgnął mi lekko, bo nawet stąd widziałem tę charakterystyczną koncentrację, z jaką mnie obserwowała, było w tym coś absurdalnie rozczulającego, przez większość życia ludzie patrzyli na mnie głównie wtedy, kiedy coś zepsułem, podpaliłem albo przypadkiem sprowadziłem na siebie katastrofę lokalnych rozmiarów, Prudence natomiast patrzyła tak, jakby próbowała upewnić się, że nadal oddycham. Odłożyłem kufer na podłogę i wyprostowałem się ostrożnie, pamiętając o nieszczęsnych belkach wiszących tuż nad moją głową. - Zanim cokolwiek powiesz, nie pieldolnąłem się jeszcze ani lasu. - Poinformowałem ją z godnością człowieka, który był boleśnie świadomy, jak niewiarygodnie to brzmiało. - Co więcej, nie spadłem ze schodów, nie pszygniótł mnie szaden chybotliwy mebel i nie odklyłem pszypadkiem siedliska lodzinnej klątwy, pod szadną postacią, choć stojąca tu szafa - machnąłem podbródkiem na wspomniany antyk - wygląda, jakby mogła, co najmniej, klyś w sobie bogina… Uwaszam ten polanek za oglomny sukces. Chociasz dzień jest jeszcze młody, więc nie chciałbym zapeszaś. - Uśmiechnąłem się szerzej, błyskając do niej zębami, było świetnie, czułem się świetnie, dobra passa… RE: [22/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 31.05.2026 Nie zdziwiło jej wcale, że przyłapał ją na gorącym uczynku, zresztą Prue wcale nie zależało na tym, aby nie pozostać niezauważoną. Wpatrywała się w niego bardzo intensywnie, ciężko byłoby nie dostrzec, jak dokładnie mu się przyglądała. Zresztą doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Benjy'ego trudno było zaskoczyć, jego zmysły były bardzo wyczulone. Nie zauważyła jednak tego, kiedy zaczął się jej przyglądać, sama była zbytnio zajęta taksowaniem wzrokiem jego ciała, robiła to bardzo dokładnie, tak, aby nic jej nie umknęło. Nie było to też dla niej niczym nowym, na pewno już zdążył przyzwyczaić się do tego, że Prue co jakiś czas sprawdzała swoim okiem to w jakim stanie było jego ciało. Nawyk uzdrowiciela, czy coś. Troszczyła się o niego, starała się to robić dyskretnie, bo wiedziała, że raczej nie przywykł do takich nawyków, ale na pewno mu to nie umykało, był na to zbyt bystry. Nie dolewała mu jeszcze żadnych eliksirów wzmacniających do herbaty, ufała temu, że jest w stanie sobie ze wszystkim poradzić bez dodatkowych środków. Przyłapana. Uniosła w końcu głowę, by spojrzeć na jego twarz, kącik ust drgnął jej w uśmiechu, nie poczuła się jakoś mocno skrępowana tym, że udało mu się rozgryźć co właśnie robiła. - Przebiegła pomyślnie, chociaż nie była to pełna kontrola, tak właściwie takie z dystansu w ogóle nie powinny się liczyć. - Wzrok nie był najpewniejszym zmysłem do oceniania urazów, zwłaszcza z takiej odległości. Nie wydawało jej się, aby jednak potrzebował dzisiaj dokładniejszego badania. - Mamy więc spory postęp. - Nie przestawała się uśmiechać. Najwyraźniej po ostatniej wizycie na strychu pamiętał o tym, żeby nieco uważać. Doskonale, nie nabił sobie kolejnego guza. Kiedy wspomniał o swoich kolejnych sukcesach jeszcze szerzej się uśmiechnęła, niesamowite, faktycznie ten dzień był całkiem wyjątkowy. - Nie mam się więc do czego przyczepić, skoro tak doskonale sobie radzisz. - Pewnie gdyby się nieco bardziej postarała, to coś by się znalazło, ale nie widziała powodu, aby szukać problemu, tam gdzie go nie było. Zrobiła w końcu krok w przód, aby znaleźć się bliżej niego. - Jak tak dalej pójdzie, to będę Ci zupełnie niepotrzebna. - Rzuciła jeszcze nieco zaczepnie, jakby jej uzdrowicielska część była najbardziej istotna. - Nie sądziłam, że Ellie miała ich tu, aż tak wiele. - Wskazała głową na jeden z kufrów. W sumie nigdy zbytnio nie przywiązywała wagi do tego, co znajdowało się na strychu, bywała w tym miejscu, ale nie musiała się tym przejmować. Wolała nie wnikać w to, co właściwie w nich było, bo znała swoją babcię i wiedziała, że mogą się spodziewać dosłownie wszystkiego. - Przydam Ci się do czegoś? - Niby mieli podzielić się obowiązkami, ale skoro już tu przyszła to mogła zostać jego wsparciem, czy coś. RE: [22/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 01.06.2026 Parsknąłem cicho pod nosem, słysząc jej diagnozę, bo brzmiała dokładnie tak, jak spodziewałbym się po kimś, kto potrafił znaleźć niewielkie „ale” nawet tam, gdzie większość ludzi widziała jedynie zdrowego człowieka stojącego na własnych nogach. - Nie pszesadzałbym s tym postępem. - Odparłem. - Minęła dopielo godzina od momentu, kiedy wstałem. Statystycznie szesz bioląs, nadal mam mnóstwo czasu, szeby zlobiś coś głupiego. Było coś przyjemnego w takich porankach, w tych kilku spokojnych minutach zawieszonych pomiędzy nocą a początkiem dnia, kiedy świat nie zdążył jeszcze niczego od nas zażądać, lecz gdybym miał wskazać jedną rzecz, której nauczyłem się przez lata, prawdopodobnie nie byłaby to żadna wzniosła życiowa mądrość, tylko bardzo praktyczna zasada - jeśli w miejscu, w którym pracowałem, przez dłuższą chwilę panowała cisza, oznaczało to, że albo wszystko szło zaskakująco dobrze, albo właśnie zapoczątkowałem coś spektakularnie głupiego, tylko jeszcze o tym nie wiedziałem. Biorąc pod uwagę, że głównym wykonawcą prac byłem ja, statystyka niestety nie działała na korzyść tej pierwszej opcji. - Niepotszebna? - Powtórzyłem. - Pluey, gdybyś była mi potszebna wyłącznie jako uzdlowisiel, to byłby to prawdopodobnie najbalsiej ponuly i najmniej lomantyczny związek w histolii magicznej Blytanii. - Pokręciłem głową, a warto było pamiętać o czystokrwistych, którzy nadal praktykowali ustawione związki. - Poza tym oboje wiemy, sze plędzej czy później znajdę nowy, kleatywny sposób na zlobienie sobie kszywdy. Mam leputasję do utszymania. - Było w tym niestety tyle samo żartu, co prawdy. Ton, w jakim to powiedziałem, miał być lekki, ale prawda była znacznie prostsza od żartu - nie potrzebowałem jej wyłącznie wtedy, gdy coś próbowało mnie zabić, połamać albo rozszarpać, właściwie, mogliśmy o tym nie rozmawiać, lecz bycie żonatym z zainteresowaną moim stanem zdrowia uzdrowicielką, która chciała zajmować się efektami mojej brawury nadal była dla mnie… Niecodzienna, może nawet czasem trudna do przełknięcia, gdyż wolałbym, by nie musiała aż tyle widzieć, czasami zdecydowanie byłoby lepiej, gdybym nie przechodził tak dokładnej oceny medycznej, nawet „takiej z daleka”, bo bycie pod czyimś okiem, choćby tak troskliwym, nie było dla mnie najnaturalniejszym doznaniem. Przez lata nauczyłem się żyć wyłącznie na własny rachunek, działałem samodzielnie, zajmowałem się swoim życiem, i chociaż pragnąłem dopuszczać do siebie tę jedną jedyną kobietę, pozwalając jej na wiele więcej niż innym, nigdy nie byłem człowiekiem, który bazował na użyteczności otaczających go ludzi, nawet jeśli przez sporą część życia mogłem sprawiać wrażenie kogoś, kto mógłby się znaleźć w słowniku pod hasłem „oportunista”. Cała ta otoczka budowana w czasach młodości była właśnie tym - otoczką, tarczą, mirażem, personą mającą zapewnić mi to, co wtedy uważałem za konieczne, by przetrwać. Kolejne lata sprawiły, iż zacząłem zupełnie inaczej stawiać priorytety, ludzki poklask i brylowanie w towarzystwie przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, chociaż nadal liczyło się głównie to, aby nie okazać słabości, która mogłaby zrobić ze mnie ofiarę. Starałem się zmienić nawyki - dobra? Właściwie im dłużej mieszkaliśmy razem, tym częściej odkrywałem, że obecność Prudence zdążyła wrosnąć w moją codzienność w sposób, którego wcześniej nawet nie brałem pod uwagę. Na szczęście nie musiałem rozwijać tej myśli, bo wspomniała o kufrach - spojrzałem przez ramię na zgromadzony pod ścianą rząd zakurzonych skrzyń, po czym westchnąłem teatralnie. - Ja tesz nie sądziłem. Zacząłem od zlokalizowania jednego, potem odklyłem dlugi, tszeci i czwalty, a telas zaczynam podejszewaś, sze ten dom lozmnasza je pod osłoną nocy. - Odwróciłem się, zataczając ręką półokrąg obejmujący sporą część strychu. - Ewidentnie twoja babcia plowadziła nie jedno, a kilka altelnatywnych szyś i część s nich postanowiła tu poszuciś. Nie wiem, czy chcę patsześ na wszystkie. - Przyznałem, krzywiąc się bardzo wymownie, chociaż bez faktycznego zgorszenia, bo choć spodziewałem się, iż mogliśmy dowiedzieć się sporo więcej, niż chcielibyśmy, o życiu starszej pani, tak naprawdę nie byłem człowiekiem wrażliwym na cudze perwersje. - Moszesz spojsześ na te balsiej… Obiecujące zbioly. - Zaoferowałem, skoro sama wyraziła chęć współpracy, nie zamierzałem jej powstrzymywać przed tym, co oboje mogliśmy tu zobaczyć. RE: [22/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 01.06.2026 Prue miała wyjątkową zdolność do odnajdywania nawet najdrobniejszych szczegółów, czy odstępstw od normy. Gdyby bardzo jej zależało, to na pewno znalazłaby coś na swojego męża, ale nie chciała tego robić. Skoro ten poranek był taki spokojny to nie warto było go psuć, zresztą jeśli chodziło o Benjy'ego to nauczyła się przymykać oko na pewne drobnostki. - Godzina i tak jest sporym sukcesem, jak na Ciebie. - Nie było to może szczególnie pozytywnym stwierdzeniem, jednak jej mąż miał wyjątkowe szczęście do robienia sobie krzywdy nawet kiedy nie wychodził z domu. Prudence doskonale zdawała sobie z tego sprawę, on zresztą też, więc nie było sensu owijać w bawełnę. - Tak się tylko z Tobą droczę, wiem, że to tylko jedna z moich wielu zalet. - No, nie była tylko uzdrowicielem, jak się okazało potrafiła również oszukiwać śmierć, co mogło być całkiem wyjątkowe. Zresztą nawet kiedy nie posiadała tych wyuczonych umiejętności coś ich do siebie ciągnęło. Byli na siebie skazani od samego początku ich znajomości. - Fakt, musisz dbać o to, żeby ją utrzymać. - Uśmiechnęła się jeszcze do niego. Wiedziała, że nie robił tego celowo, to nie była rozrywka, pewne rzeczy po prostu mu się przytrafiały bo prowadził niebezpieczny żywot, na szczęście teraz mogła mieć na niego oko i pilnować tego, żeby szybko wracał do zdrowia, jeśli tylko działa mu się krzywda. Nie widziała nic nadzwyczajnego w swoim podejściu. Zaakceptowała to kim był, a miała trwać obok niego, żeby go wspierać, bez względu na to, co by się nie działo. Było to dla niej całkiem logiczne, nie pojawiła się w jego życiu po to, żeby zmieniać jego przyzwyczajenia tylko stać się jego wsparciem, a że posiadała ku temu całkiem odpowiednie możliwości, to tylko doskonale się składało. Nie musiał już sam dbać o swoje ciało, miał od tego ją, robiła to z ogromną przyjemnością, chociaż kosztowało ją to odrobinę nerwów. Niełatwo bowiem przychodziło jej patrzenie na to, jak najbliższa jej osoba cierpi, ale była w stanie sobie z tym poradzić. Starała się też robić to, co czuła za istotne jak najmniej inwazyjnie, miała świadomość, iż Benjy nie był przyzwyczajony do tego, że czeka na niego ktoś dla kogo może być przyjemnością dbanie o to, aby czuł się jak najlepiej. Z upływem czasu powinien do tego przywyknąć, a przynajmniej tak się jej wydawało. - Jeśli mam być szczera wcale by mnie to nie zdziwiło, ten dom żyje swoim własnym życiem. - Być może powinni przeprowadzić drobny eksperyment, policzyć wieczorem wszystkie kufry i sprawdzić, czy rano znajdą taką samą ilość, zupełnie nie zaskoczyłoby jej to, gdyby faktycznie same się rozmnażały. - Moja babcia jest wyjątkową osobą, mam wrażenie, że każdego dnia będziemy się dowiadywać o niej czegoś nowego, nie wiem jednak, czy jestem na to gotowa. - Wiedziała, że Ellie miała bujne życie, spędzała z nią przecież sporo czasu, ale nadal nie znała jej wszystkich sekretów i pewnie nigdy nie miała ich poznać. - No jasne, wrzuć mnie na minę. - Przewróciła jeszcze oczami, zbliżyła się jednak do jednego z kufrów, które dostrzegła na drewnianej podłodze. Przetarła po nim dłonią, uniosła ją odrobinę do góry, był okropnie okurzony, zapewne dawno nikt do niego nie zaglądał. Przykucnęła obok, ciekawa tego, co znajdzie w środku. Nie mogła teraz stąd uciec skoro zaoferowała, że mu pomoże. RE: [22/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 04.06.2026 Pokręciłem głową z rozbawieniem, kiedy zgodziła się z moim wątpliwym osiągnięciem, gdyż prawda była taka, że sam byłem z siebie odrobinę dumny. Nie dlatego, że udało mi się przeżyć poranek bez spektakularnej katastrofy, choć to również należało odnotować, ale dlatego, że od dłuższego czasu coraz częściej łapałem się na tym, że podobne chwile zwyczajnie sprawiały mi przyjemność. Jeszcze kilka lat wcześniej perspektywa spędzenia kilku godzin wolnego na porządkowaniu strychu wydawałaby mi się wyjątkowo skuteczną metodą tortur, teraz jednak miałem obok siebie Prudence, dom powoli stawał się naszym domem, a rzeczy, które kiedyś uznałbym za nudny obowiązek, nabierały dziwnie satysfakcjonującego charakteru. - Dziękuję za wialę we mnie. - Odpowiedziałem z godnością człowieka niesłusznie oczernianego przez pryzmat własnej historii życia. - To balso budujące. - Pokręciłem głową z rozbawieniem, słuchając jej uwag na temat mojej zdolności do pakowania się w kłopoty, bo trudno było się z nimi kłócić, była bezlitośnie uczciwa, a ja przez lata dostarczyłem światu aż nadto materiału dowodowego, żeby podobne oskarżenia uznać za całkowicie uzasadnione - ludzie dookoła na ogół pamiętali zresztą te wszystkie sytuacje, kiedy coś wybuchło, zawaliło się albo próbowało mnie pożreć, ale nikt nie zwracał uwagi na tysiące godzin, podczas których zachowywałem się całkowicie rozsądnie. - Godzina to godzina. - Odparłem jeszcze na dokładkę. - Wielkie osiągnięcia zaczynają się od małych kloków. - Nie dodałem, że w moim przypadku te małe kroki często kończyły się wdepnięciem w jakąś aferę, wybuchem albo nieodbytą wizytą u uzdrowiciela, bo przecież nie zwykłem im ufać, Prudence znała tego typu historie równie dobrze, co ja. Gdyby ktoś kilka lat wcześniej powiedział mi, że pewnego dnia będę zbierał pochwały - nawet lekko ironiczne - za sześćdziesiąt kolejnych minut bez katastrofy, prawdopodobnie uznałbym to za wyjątkowo obraźliwą ocenę moich własnych kompetencji, problem polegał na tym, że życie z uporem maniaka udowadniało mi później, iż była to ocena zaskakująco trafna. Istniała całkiem długa lista sytuacji, w których udało mi się zafundować sobie krzywdę bez większego udziału klątw, potworów, mrocznych czarodziejów ani jakiejkolwiek innej rozsądnej przyczyny, więc fakt, że od przebudzenia minęło już sporo czasu, a ja wciąż pozostawałem w jednym kawałku, faktycznie można było uznać za pewne osiągnięcie. Tymczasem stałem na zakurzonym strychu, słuchając własnej żony wyliczającej sukcesy mierzone brakiem guzów i musiałem przyznać, że była w tym pewna brutalna logika - przez większą część życia funkcjonowałem w przekonaniu, że człowiek po prostu radzi sobie sam, a jeśli akurat nie dawał rady, to zaciskał zęby i próbował dalej. Pruey miała wyjątkowy talent do podważania takich przekonań. - Nie zapszeczam. - Przyznałem. - Lista twoich zalet jest tak długa, sze gdybym zaczął ją spisywaś, zablakłoby nam pelgaminu. - Uniosłem rękę, zanim zdążyła odpowiedzieć. - A zanim oskalszysz mnie o pszesadę, pszypominam, sze jestem specjalistą od klątw. Lospoznawanie szadkich i cennych zjawisk naleszy do moich kompetencji zawodowych. Dom rzeczywiście żył własnym życiem, odkąd się tu wprowadziliśmy, regularnie odkrywałem drzwi, których wcześniej nie zauważyłem, półki pełne przedmiotów wyglądających jak pamiątki z kilku różnych epok oraz szuflady zawierające rzeczy, których przeznaczenia nie potrafiłem odgadnąć nawet przy dużej dawce wyobraźni. Ellie pozostawała zagadką… - Właśnie tego się obawiam… - Odruknąłem. - Jestem plawie pewien, sze twoja babcia plowasiła więcej szyś nisz pszeciętny kot. - W moim tonie nie było przesady, naprawdę byłem o tym coraz bardziej przekonany, z każdym dniem, jaki spędzaliśmy w naszej nowej nieruchomości. - No weś. Tak właśnie zaczynają się wszystkie zajebiste histolie. - Oznajmiłem poważnym tonem. - Ktoś mówi „splawdzę tylko, co jest w środku”, a dwadzieścia minut później budzi staloszytnego ducha albo odnajduje losinny seklet, któly powinien pozostaś pogszebany. To doskonała zabawa… - Przynajmniej dla mnie… Ale to nie była moja babcia. Oparwszy się o „swoją” skrzynię, obserwowałem żonę, gdy przykucała przy jednym z kufrów, przesuwając dłonią po wieku - kurz wzbił się leniwie w powietrze, rozświetlony promieniami słońca wpadającymi przez niewielkie okno - przez moment wyglądało to niemal artystycznie i pewnie uznałbym to za naprawdę ładny widok, gdyby nie fakt, że po sekundzie kichnąłem przez pył unoszący się prosto w moją twarz. Cóż, archeologia nie zawsze była estetyczna… RE: [22/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 04.06.2026 - Od tego mnie masz, abym w Ciebie wierzyła. - Kto, jeśli nie ona? Czyż nie? Naprawdę była z niego dumna, wiedziała, że niełatwe było dla niego odnajdywanie się w takim zwyczajnym życiu, w końcu przez lata to jego wyglądało zupełnie inaczej. Ciągle był w drodze, pełnej niebezpieczeństw, teraz miał dom, a przecież całkiem niedawno to w ogóle nie leżało w zakresie jego marzeń, a przynajmniej tak mówił. Dla niej jednak zmienił i swoje przyzwyczajenia i nastawienie, jak mogłaby nie być z niego dumna? Wpuścił ją do swojego świata, pozwalał się o siebie troszczyć, wiedziała, że było to potwierdzeniem tego, co niej czuł. Miłość potrafiła wprowadzać naprawdę ogromne zmiany, widziała to i po sobie. - Masz rację, kto wie na czym się to skończy, może nadejdzie taki moment, że będziesz w stanie wytrzymać cały dzień bez kłopotów? - Podpuszczała go dalej, przecież zdarzało mu się nawet dłużej nie ściągać na siebie żadnego niebezpieczeństwa. Naprawdę bardzo łatwo przyszło jej zaakceptowanie tego, z kim miała spędzić resztę życia. Pogodziła się z tym, że częściej niż wszyscy inni mężowie miał wracać do domu poturbowany, na szczęście nie musiała na to biernie spoglądać, potrafiła mu pomóc, to było najważniejsze, może też dzięki temu łatwiej przyszło jej zaakceptowanie tego, czym się zajmował. Wiedziała, że mogła polegać na swoich umiejętnościach. Uśmiechnęła się na jego kolejne słowa, mogłaby z nim polemizować, ale to nie miało sensu. Faktycznie miał pewną wiedzę, dzięki której mógł rozpoznać coś nietypowego, skoro ona mogła się odwoływać do swoich uzdrowicielskich umiejętności, on mógł robić to samo do swoich związanych z klątwołamaniem. To było całkiem sprawiedliwe. Nie mogli podważać w końcu tego, czym zajmowali się zawodowo. - Nie mogę z tym w żaden sposób polemizować, najwyraźniej muszę się zgodzić z tym, że jestem całkiem wyjątkowa. - Co było całkiem miłe, bo raczej nikt wcześniej nie spoglądał na nią w ten sposób, Benjy potrafił patrzeć na nią jakby była jedyną kobietą na świecie wartą uwagi, co nie zdarzyło jej się nigdy wcześniej. Nie negowała tego, być może faktycznie dostrzegał w niej to, czego nikt inny nie potrafił, też od zawsze pokazywała mu dużo więcej niż komukolwiek. - To prawie jest tu zupełnie niepotrzebne, możesz mieć pewność, że właśnie tak jest. - Ellie była pełna niespodzianek, Prudence miała świadomość tego, że umiała zaskakiwać, nikt tak naprawdę do końca nie wiedział czym zajmowała się w swoim wolnym czasie, na pewno miała wiele zainteresowań i nie wszystkimi dzieliła się z członkami swojej rodziny. Prowadziła bujne życie towarzyskie, teraz, kiedy przejęli jej dom mogli nieco się o niej dowiedzieć, chociaż i tak sądziła, że babcia zabrała ze sobą wszystko, co nie miało wpaść w ich ręce, kontrolowała to, co mogli zobaczyć. Była zbyt sprytna na to, żeby tak po prostu zostawić tutaj wszystko, co mogło im o niej więcej powiedzieć, potrafiła strzec swoich tajemnic. - Mam wrażenie, że mamy zupełnie różny odbiór zajebistości. - Pokręciła jeszcze głową, jednak nie odsunęła się od kufra. Musiała zajrzeć do środka, nie zamierzała być drętwa, zresztą przy Benjym łatwo jej to przychodziło. Nie chciała go zawieść swoim podejściem, wykrzesała więc z siebie kolejne pokłady spontaniczności, której zazwyczaj jej brakowało. - Obyś miał rację z tym, że to doskonała zabawa, jeśli coś postanowi mnie zeżreć nie dopuść do tego. - Nie było sensu zwlekać z otwarciem skrzyni. Kiedy kurz opadł otworzyła wieko i zajrzała do środka. Wyciągnęła z niego gazetę mrużąc przy tym oczy, co w tym kufrze robił artykuł na temat mugolskiej parady równości? Nie miała pojęcia. Usiadła jednak w końcu na ziemie, po turecku i zaczęła go czytać z nieukrywanym zainteresowaniem, pomrukiwała nawet sobie co jakiś czas pod nosem. RE: [22/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 07.06.2026 Poranne światło wpadające przez niewielkie okno przecinało zakurzone powietrze jasnymi smugami, osiadając na włosach i ramionach Prudence, a strych, jeszcze chwilę temu będący jedynie kolejnym pomieszczeniem wymagającym uporządkowania, nagle wydał mi się dziwnie przytulny. - Wiesz, to, sze jesteś wyjątkowa, to laszej nie podlega wątpliwości. Ploblem s tobą i ze mną polega na tym, sze całkowicie wypaczyłaś moje standaldy. - Stwierdziłem po chwili, unosząc lekko brew. - Kiedyś uwaszałem za sukces dzień, w któlym nikt nie plóbował mnie zabiś. Telas oblasam się pszes lamię, spodziewając się zmoly, i znajduję tam piękną kobietę, któla maltwi się, czy pszypadkiem nie nabiłem sobie guza podczas pszenoszenia mebli. - Kącik ust uniósł mi się wyżej. - To balso niebezpieczne pszyswyczajenie. Jeszcze splawisz, sze naplawdę stanę się nusząso lasjonalny. - Żartowałem, ale tylko częściowo… Przez większą część życia przywykłem do samodzielnego radzenia sobie z problemami, ranami i wszystkim tym, co przychodziło w pakiecie z moją pracą, nie zastanawiałem się nad tym szczególnie, po prostu tak wyglądała codzienność, dopiero teraz coraz częściej łapałem się na tym, że odruchowo szukałem jej spojrzenia, jej obecności albo tego krótkiego momentu spokoju po powrocie do domu, kiedy mogłem mieć pewność, że jest obok. To było nowe i, ku mojemu własnemu zdziwieniu, dobre, naprawdę dobre, znacznie lepsze niż w teorii… Uśmiechnąłem się mimowolnie, słysząc tę kapitulację, bo była dokładnie tego rodzaju zwycięstwem, które smakowało najlepiej - nie dlatego, że udało mi się postawić na swoim, ale dlatego, że Prudence należała do ludzi, którzy rzadko przyznawali komuś rację bez walki, jeżeli już to robiła, oznaczało to, że naprawdę uznała argument za sensowny albo zwyczajnie postanowiła okazać łaskę przeciwnikowi. A to drugie w naszym przypadku nigdy nie wchodziło w grę, bądźmy szczerzy. Jeszcze nie tak dawno podobne chwile wydawały mi się czymś odległym, niemal abstrakcyjnym, nie dlatego, że ich nie chciałem, po prostu przez lata przyzwyczaiłem się do życia w ciągłym ruchu, do funkcjonowania pomiędzy kolejnymi zleceniami, wyjazdami, kryzysami i katastrofami, które z niezrozumiałych powodów regularnie uznawały mnie za godnego uczestnika. Dom nie był miejscem, do którego wracałem, nigdy nie był czymś, co naprawdę budowałem, lecz teraz powoli przestawałem sobie wyobrażać, jakby to było znajdować się gdzieś indziej. Tworzyliśmy tu coś, co było nasze, tylko nasze, wspólne, własne, nawet jeśli Ellie zdecydowanie przykładała rękę do tego, byśmy się przy tym nie nudzili. - Cieszę się, sze udało nam się dojść do polosumienia. Lubię patsześ, jak dochodzisz… Do właściwych konkluzji. - Stwierdziłem z powagą, której absolutnie nie należało traktować serio. - Zwasz na to, sze plóbowałem pszes jakiś czas utszymywaś, sze jesteś zupełnie pszeciętna, ale mateliał dowodowy zlobił się pszytłaczająsy. - Pokręciłem głową z teatralnym westchnieniem, jakbym właśnie znalazł się w wyjątkowo trudnym położeniu. Prawda była taka, że nigdy nie miałem najmniejszych wątpliwości co do jej wyjątkowości. Nie dlatego, że była uzdrowicielką, nie dlatego, że była cholernie inteligentna, odważna albo potrafiła zachować zimną krew w sytuacjach, które większość ludzi wpędziłyby w panikę - to wszystko było prawdą, ale nie o to chodziło. Chodziło o tysiące rzeczy, których nie dało się wpisać do żadnego życiorysu. O sposób, w jaki marszczyła nos, kiedy coś wydawało jej się szczególnie absurdalne. O to, że potrafiła siedzieć w ciszy bez potrzeby jej wypełniania. O to, że nigdy nie próbowała mnie naprawiać, choć los regularnie dostarczał jej powodów, żeby uznać taki projekt za konieczny. Przez większą część życia przywykłem do ludzi, którzy oczekiwali ode mnie czegoś konkretnego, lepszych decyzji, większej rozwagi, rozsądku, odpowiedzialności. Czasem nawet mieli rację. Prudence była pierwszą osobą, przy której nie miałem wrażenia, że muszę stać się kimś innym, żeby zasłużyć na miejsce obok niej. Ta myśl przyszła tak naturalnie, że przez moment po prostu patrzyłem na nią w milczeniu, pozwalając sobie, by po prostu napawać się widokiem, sposobem, w jaki światło wpadające przez zakurzone okno zatrzymało się na jej włosach i ramionach. Patrzyłem na nią przez chwilę z rozbawieniem, kiedy mówiła o różnicy w naszych definicjach zajebistości, bo akurat w tej kwestii nie mogłem zaprzeczyć - Prudence miała tendencję do szukania porządku, logiki i rozsądku nawet tam, gdzie świat najwyraźniej postanowił całkowicie z nich zrezygnować, ja natomiast przez lata zdążyłem zaakceptować, że rzeczywistość bardzo rzadko konsultowała się ze mną przed podjęciem decyzji o kolejnym absurdzie. - To mosliwe - przyznałem - ale pamiętaj, sze jestem gotów bloniś swojej definicji pszed kaszdym sądem i tlybunałem. - Po tych słowach skinąłem w stronę kufra, zanim atmosfera zrobiła się zbyt poważna, jak na dwójkę ludzi stojących po kostki w kurzu. Oparłem się wygodniej i obserwowałem, jak unosiła wieko kufra, przez krótką chwilę sam mimowolnie wstrzymałem oddech, chociaż zrobiłem to bardziej z ciekawości niż ostrożności. W starych domach nigdy nie wiadomo było, co człowiek znajdzie w zapomnianych schowkach - czasami były to rodzinne pamiątki, czasami dokumenty, czasami coś, co od dawna powinno zostać spalone, a czasami… Zmarszczyłem brwi. - Czy to jest… - Urwałem, gdy wyciągnęła gazetę. - Musimy to zablaś na dół. Chcę to zobaczyś na własne, kulwa, oczy… - Nie mogła tego czytać sama, nie, gdy udało mi się dostrzec nagłówek i zdjęcie z pierwszej strony… !BINGO A5 Koniec sesji
RE: [22/10/72] The terrifying omniscience of a medical spouse | Benjy, Prue - Pan Losu - 07.06.2026 Walentynkowe Bingo adres pola: A5 wariant: 1 typ: prompt „Jeśli cię zaraz nie pocałuję, wybuchnę.”
Myślałeś o tym cały dzień. Wmawiałeś sobie, że to napięcie przejdzie – wystarczy skupić się na pracy. Nie mogłeś wytrzymać... Chciałeś jak najszybciej znaleźć się obok! Kiedy tylko widzisz ukochaną osobę, od razu czujesz, jak wszystko w tobie drży. Jesteś tak pełen potrzeby bliskości, że czujesz się jak kielich przelany winem. To takie oczywiste, że łączy was miłość. |