Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Mimo że natura wyposażyła mnie w niefortunny talent do magnetycznego wręcz przyciągania kłopotów, do bezwiednego ściągania na siebie najróżniejszych zagrożeń oraz powszechnie znanej skłonności do działania pod wpływem czystego, czasami nieokrzesanego impulsu, w kwestiach fundamentalnych na ogół potrafiłem zachować powściągliwość - biorąc pod uwagę ponure czasy oraz to, co wydarzyło się między końcem lata i początkiem jesieni, raczej nie pozwalałem już sobie na luksus bezrefleksyjnego przeskakiwania od mglistych przypuszczeń wprost do twardych, kategorycznych wniosków o tym, jakie będą moje następne godziny. Mogłem mieć plany - te dzisiejsze, na szczęście, nie zaczynały się aż do południa - i założenia, lecz życie zdążyło mi pokazać, gdzie je zazwyczaj miało, chcąc nie chcąc, musiałem więc wyciągnąć z tego jakieś wnioski i nauczyć się nie zakładać niczego z góry. Oczywiście, jak każdy, miewałem w tej materii swoje chlubne i boleśnie niechlubne momenty, które wolałbym wymazać z pamięci, lecz tym razem, stojąc u progu nowego poranka, postawiłem sobie za punkt honoru, by nadchodzący dzień okazał się dokładnie tak nieskazitelny i obiecujący, jak sugerowały to jego pierwsze minuty.
Za oknem, tuż nad uśpionym jeszcze ogrodem, leniwie snuły się gęste obłoki wczesnoporannej mgły, słońce dopiero wychyliło się ponad horyzont, podczas gdy chłodne szyby nadal pokryte były tysiącami mikroskopijnych kropel rosy. Ta sama wilgoć skrzyła się również feerią barw na dywanie zdecydowanie już żółknącego, muśniętego jesiennym, lodowatym tchnieniem trawnika, który obserwowałem przez chwilę w szparze między grubymi zasłonami, spoglądając na gromadzące się na nim kruki, zanim cicho niczym duch wymknąłem się z ciepłej pościeli, z mocnym postanowieniem, by bez zbędnej zwłoki zrobić coś produktywnego. Postanowiłem zostawić śpiącą Prudence w krainie marzeń sennych, a samemu zająć się czymś pożytecznym i namacalnym, w końcu doskonale zdawałem sobie sprawę, że stanowczo zbyt długo odwlekałem prozaiczne prace domowe. Wczorajsze rozmowy obudziły we mnie silną potrzebę, by wreszcie w bardziej konkretny sposób przyłożyć rękę do ogarnięcia naszej nowej przestrzeni i okiełznania chaosu, jaki nieuchronnie towarzyszył każdej przeprowadzce w miejsce mające już swoją historię.
Zanim w ogóle zdołałem racjonalnie przeanalizować ten impuls, moje kroki same skierowały się ku najwyższej kondygnacji - nim się obejrzałem, stałem już na zakurzonym strychu, instynktownie i nieco pokracznie garbiąc się pod niskim stropem, co było bezpośrednią konsekwencją bolesnego spotkania mojej głowy z twardymi, dębowymi krokwiami za ostatnim razem, gdy tu byłem. Bez dalszego wahania chwyciłem za krawędzie pierwszych z brzegu kufrów, mocno zdeterminowany, by jak najszybciej znieść je na dół, do rozświetlonego jasnymi promieniami słonecznymi salonu.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)