![]() |
|
[Jesień 72, 3.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [Jesień 72, 3.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... (/showthread.php?tid=6147) Strony:
1
2
|
[Jesień 72, 3.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... - Gabriel Montbel - 14.06.2026 Podłoga była twarda i mu to absolutnie nie przeszkadzało. Jego dzisiejsza kolacja w końcu się zamknęła i siedziała ze zwieszoną głową przywiązana do krzesła, co również było przyjemną odmianą. Sufit był mocno przekombinowany, a jasne światło kryształowego żyrandola świeciło mu prosto w twarz, co było pewną niedogodnością, ale jeśli policzyć sumę zysków i strat to wolał leżeć. Bo leżenie było wspaniałe, tak jak wspaniałym było czuć męskie perfumy na wargach. Starł eleganckim gestem z kącika - ha, cały ryj miał ujebany juchą - ust czerwoną lepkość posoki co zdawało się idealną obecnie farbą do malowania na bladej własnej klarce piersiowej róż. Jak tu się znalazł? Nie był pewien, alkohol który miał mu pomóc zapomnieć o niej skutecznie też wypłowiał detale tego rauszu. Hotel. Ofiara. Ciało. Skóra. Mięśnie napinające się pod liną. Elastyczna powłoka przebijana przez kły… Czy Lucienne nie lubiła polowań? Czemu wszystko musiała pić z kieliszeczków, filiżaneczek, imbryczków i innych gówien, kiedy tylko worek na mięśnie i kości był optymalnym naczyniem do posilania się. Szlag Przecież miał o niej nie myśleć. Machnął ręką w powietrzu by zgasić światło. Przypomniał sobie, że powinien mieć do tego różdżkę. Leżąc wciąż na ziemi, pomacał w koło na oślep, pozostawiając mnóstwo odcisków czerwonej dłoni po powierzchni eleganckiej podłogi i dywaniku przy łóżku. Łóżko… a mogli najpierw uprawiać seks, może to by mu przypomniało jak miło jest być chcianym. Instynkty wzięły górę, po prostu chciał, żeby w końcu coś od niego zależało. A nie… morderstwa nieudane, samobójstwa nieudane, życie z kobietą pod jednym dachem… Ze stęknięciem wyciągnął rękę bardziej i spróbował rzucić translokacją własnym butem (drugi wciąż był na stopie) w wyłącznik do światła Translokacja ◉○○○○ rzut butem we włącznik na ścianie [roll=O] Se mógł. Machać i machać i machać i machać. Zmęczył się i zamknął oczy powracając do malowania kwietnego ogrodu na płótnie obciągniętym po żebrach i płucach, które nie musiały oddychać. Językiem przejechał po dziąsłach z rozmysłem zastanawiając się czy byłby w stanie po smaku rozpoznać imię swojej żywej, ale szczęśliwie nieprzytomnej ofiary. Jaques? George? Wydawało się odpowiednie. Zaraz... on chyba mówił jak miał na imię, ale czy było to jakkolwiek ważne? Idiota. – pomyślał leniwie, nie będąc do końca pewnym czy mówi o wysokim brunecie na krześle, czy o sobie na podłodze. RE: [Jesień 72, 2.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... - Gustave Delacour - 14.06.2026 Zdarzało się, że postrzegano go jako istotę chłodną i w pewnym sensie osąd ten nie był pozbawiony słuszności. Trudno bowiem o zbytek ciepła wobec stworzeń, które tak łatwo uczyły się żyć cudzym kosztem. Wampiry, jak powiadano w kręgach mniej śmiertelnych, były nieśmiertelne. Gustaw wiedział jednak, że nie była to prawda, ponieważ co najwięcej cechowała ich… długowieczność. (Tak, to było dobre słowo, czyż nie? Doskonałe). Ta z kolei czyniła cierpienie bardziej uporczywym, a błędy trudniejszymi do naprawienia. Wampirze monstra wymagały tedy nie tyle opieki ile nieprzerwanej obecności kogoś, kto zdołałby przypominać im o granicach zanim same by je przekroczyły. Można było jedynie czuwać, aby nie wymknęły się spod kontroli. W gruncie rzeczy Delacour z czasem pojął, że wampiry nie różniły się od ludzi tak dalece, jak jedni i drudzy pragnęli w to wierzyć. Oczywiście, mieli więcej czasu, cierpliwości, sposobów, aby przetrwać, ale serce nawet jeśli biło inaczej bądź też nie biło wcale, ponieważ pozostawało w ciszy — wciąż było sercem. Mogło więc również pęknąć. Rzucił wzrokiem po pokoju. Elegancki kobierzec przy łożu zbrukany był bezpowrotnie. Obok na krześle wysoki, ciemnowłosy mężczyzna został przywiązany rzemieniami do jego oparcia, zwieszał głowę na pierś. Jego tors znaczyły smugi krwi. Nadgarstki miał skrępowane, skóra na nich popękana od nieustannego napięcia. Jego najstarszy towarzysz, spoczywający na posadzce, kreślił dłońmi po niej niczym pędzlem po płótnie barwą krwi. Nawet i w tej pozycji, z głową wspartym o dywan nasiąkły posoką, Gustaw widział go wyraźnie. Włosy miał rozrzucone, niesforne, oczy zaś (och, oczy mówiły więcej niż mogłyby uczynić słowa) szkliste. Zamglone. Już nie całkiem obecne. — Gabrielu — cień przeciął twarz drugiego wampira, kiedy młodszy z nich nachylił się. RE: [Jesień 72, 2.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... - Gabriel Montbel - 24.06.2026 Zmrużył oczy, jakby mu ktoś słońcem po twarzy poświecił. Nie… nie no nie słońcem a lampą. – Kotek nie tupaj tak głośno… – oderwał ubabrane karminową czerwienią palce od własnej skóry i pomachał przed sobą na ślepo, nie zwracając uwagi na to czy trafi w te śliczną buzię wieńczącą tego ślicznego pana, który w swoim genotypie miał wpisane bycie ślicznym. Zdrajca. To powinno mu się przypiąć do czoła. Pieprzony zdrajca, który nie potrafił przekonać wściekłego stada wampirów do pohamowania swoich wściekłych instynktów. Gabriel westchnął ciężko i boleśnie. Dlaczego Gustave zawsze musiał go oglądać w takim stanie. Znaczy… no nie zawsze, ale w XX wieku robił co mógł żeby unikać Pana Ślicznego, bo mu działała na nerwy sama jego obecność i przyjacielskie próby nawiązywania kontaktu. Jeb się. To powinien mu powiedzieć w twarz, ale musiał bardzo ładnie wpisywać się w rolę zresocjalizowanego, a na ile znał możliwości hehe językowe adwokata, ten z pewnością byłby zdolny do pokierowania rozmową/kłótnią w stronę, która by Gabriela doprowadziła do ostateczności. Uh, Jonathan zawsze tak pięknie wyprowadzał go z równowagi… Niebieskie oczy ześliznęły się po nieprzytomnej sylwetce mugola – rosłego bruneta, o zbyt przyjemnym cwaniackim uśmiechu, by mógł go zignorować. – Nie poczszebuję adwokata. On absolutnie żyje. Moszesz mi zafać, jeste… jestę lekarzę. – parsknął urzeczony własnem poczuciem humoru i ostentacyjnie przewrócił się na brzuch, aby możliwie dosadnie pokazać, gdzie jego młodszy kolega może go pocałować przed wyjściem. RE: [Jesień 72, 2.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... - Gustave Delacour - 05.07.2026 — Wiem, że żyje. Kilka drobnych kropli krwi rozprysnęło się na twarzy Gustawa. Wampir uniósł dłoń i dotknął opuszkami miejsca, gdzie wyczuwał wilgoć. Kiedy na palcu pozostała ciemna kropla, przyjrzał się jej przez krótką chwilę pod światło jak jubiler badający drogi klejnot. Następnie przesunął palcem po własnych ustach i starł krew językiem. Los nieszczęśnika przywiązanego do krzesła zajmował go jedynie o tyle, o ile pozostawał w związku z Gabrielem. Cała reszta była niepotrzebnym tłem. Jebać się niestety nie mógł. Na znacznie bardziej ludzkie przyjemności natura od dawna odmówiła mu już prawa. Okrutna logika wampirzej krwi pozbawiła go wielu słabości właściwych śmiertelnikom, pozostawia jedynie wspomnienie po nich. Istniały chwile, w których nawet najłagodniejsze słowo stawało się jedynie nowym ciężarem dokładanym do barków człowieka i tak przygniecionego własnym losem. Mądrość nakazywała wówczas milczeć. Wampirze monstrum przyglądało się Gabrielowi cierpliwie. Już dawno temu podjął nierozsądną decyzję, że nie przestanie się troszczyć, mimo że rozum z całą stanowczością doradzał mu postąpić wręcz przeciwnie. — Martwisz mnie — odparł, kiedy uklęknął przy Gabrielu. Bez jednego zbędnego słowa wydobył z kieszeni śnieżnobiałą, lnianą chustkę. — Nie wiem, czy pamiętasz, lecz obiecałeś mi kiedyś, że przestaniesz umierać na moich oczach. RE: [Jesień 72, 2.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... - Gabriel Montbel - 16.07.2026 Prychnął krótko na pierwsze słowa pana prawnika, bo pan prawnik nie miał przecież ekspertyzy i zawodu pozwalającego mu wydawać takie osądy. Kolejne zdanie skierowane w jego stronę padały już do tylnych części jego ciała i obrażały go jeszcze bardziej niż sama obecnośc Delkury w niemalże jego pokoju hotelowym. To ON był tu zaproszony, a Gustawuś się w prosił. Może jednak trzeba było mu powiedzieć, żeby szedł się jebać? – Nie pamiętam, więc w obliczu bogów, szatanów, demoniszczów i tyszącletniech wskazówków zwalniam uroczyszsie sam siebie amen – odpalił dramatycznie, prześmiewczo, choć w sercu realnie się mu gotowało, nawet jesli sam organ nie był zbyt ruchawy. Realnie nie pamiętał jej obietnicy, ale umówmy się, kiedy on ostatnim razem rozmawiał na poważnie z tym lalusiem adwokaciną? Był wtedy obłąkańczo wściekły, opętany wciąż przez niszczony posąg, który w nim upatrywał zdradę i przedmiot pomsty. Cóż… nie da się ukryć, że tak właśnie było. Tańcząc daleko poza horyzontem zdarzeń zdrowia psychicznego, Gabriel, wówczas Jean-Baptiste kolejnych imion, byłby w stanie powiedzieć wszystko, obiecać wszystko, wypłakać wszystko, przyjąć na siebie winy całego świata, byleby tylko nie czuć ostrza rytualnego noża, którego tam nie było, a który jakże dosadnie włamywał się pod jego skórę, by dać rzeźbie ostatnią, ostateczną ofiarę. Statua, przeklęta statua igrała z jego umysłem, mszcząc się paskudnie za to, że wyrwał z jej rąk pannę Rosewood. Gdyby tylko nie weszła do piwnicy… gdyby tylko… Westchnął ciężko, czując nadal obecność drugiego wampira w zakresie swojego postrzegania świata. A wieczór był tak rozpaczliwie piękny. A może ekstatycznie beznadziejny? – Rozumiem, że imś pan smartfiony nie zamirza wypierdalać z mojej kolacji? Powiesiałbym… powie… dawaj… zeżryj go do końsa. Ale ftedy bęsie martfy i WTEDY, ha! WTEDY będę potrzebowaś prafika. I Ty tesz laleczko. - Na brzuchu mu było jednak nie wygodnie, więc z impetem obrócił się na powrót na plecy. W sumie tak było lepiej. Nogi uwalił na szklanym stoliczku herbacianym i zapatrzył się w sufit. Co za miejsce pozbawione gustu. Z pewnością spodobałoby się Jonathanowi. RE: [Jesień 72, 2.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... - Gustave Delacour - 26.07.2026 A właśnie, że miał! I to niemałe! Przez lata zasiadał po tej stronie sali, z której ważyło się cudze winy, racje i losy, nosząc na barkach godność sędziego. Z czasem Gustaw odkrył natomiast prawdę, której nie śmiałby zapewne wyznać żadnemu przedstawicielowi wymiaru sprawiedliwości, tj. znacznie większą rozkosz odnajdywał w obronie niż w osądzaniu. Oczywiście, zdarzało mu się przed Wizengamotem błaznować, jednakże nie widział w tym nic niestosownego, skoro w dziewięćdziesięciu dziewięciu przecinek dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków to właśnie rzeczywistość ostatecznie przyznawała mu rację. Utytłany. Wydrążony od środka niczym dom opuszczony przed laty. Tę pustkę usiłował zagłuszyć wszystkim, co na krótką chwilę pozwalało odzyskać złudzenie panowania nad własnym losem — alkoholem, ryzykiem, przemocą, a tej nocy również nieszczęsnym brunetem, który utracił już nawet godność bycia człowiekiem, stając się jedynie ciepłym naczyniem pełnym krwi. W związku z czym, spojrzenie Delacoura nie było osądzające. — Nie, Gabrielu. Nie zamierzam wypierdalać z twojej kolacji. Zwłaszcza że jeśli wolno mi pokusić się o ocenę stanu rzeczy, sama kolacja również nie zdradza najmniejszej ochoty, aby nas opuścić — odezwał się. Ruchem głowy wskazał nieprzytomnego mężczyznę. — Nie znoszę oglądać cię w takim stanie. Za każdym razem usiłujesz przekonać mnie, że wszystko jest jedynie dowcipem, farsą odegraną dla wyjątkowo niewdzięcznej publiczności. Niestety, znam cię od zbyt wielu lat, aby dać się nabrać na przedstawienie, którego zakończenie potrafię wyrecytować z pamięci. Powoli wyprostował zmięty kołnierz jego koszuli. — Zostanę. Zmartwiony adwokat bywa podobno bardziej uparty niż pijany detektyw. Obawiam się więc, że jesteś dziś w bardzo niekorzystnym położeniu. RE: [Jesień 72, 2.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... - Gabriel Montbel - 27.07.2026 Nie zamierzał wypierdalać, trudno, Gabriel postanowił po tym zdaniu, że będzie go ignorował i najwyżej sam się stąd wyczołga za dwa momenty, a Delakurce zostawi do posprzątania swój bałagan nie pierwszy raz. Kolejne słowa przeszły w płynny bełkot (i kto tu niby był pijany!), ale nie dał się sprowokować, nawet przy tym pierdoleniu o znajomości trwającej wiele lat. Przedstawienie. Dobre sobie. Ile właściwie się znali tak na prawdę dla przyjętej wartości i definicji tego sformuowania? Znać dobrze to on się mógł z Jonathanem a i tak to jakby nie znać się wcale, patrząc jak żałośnie skończył przez tę znajomość mógł się znać z dyrektorem francuskiej akademii uzdrowicieli, bo ten jeszcze jak był podlotkiem z mlekiem pod nosem namówił go na sformalizowanie magipsychiatrycznego wykształcenia. Z wampirami to nigdy nic nie było wiadomo. Bo rzeczywiście ich "znajomość" sięgała XVIII wieku i co z tego, skoro potem ponad sto lat Gabriel przesiedział w zamknięciu PRZEZ Gustawa właśnie (z pominięciem przeklętego posągu, naruszania wielu, wielu, wielu praw za które powinni go wystawić na słońce, a nie zakładać możliwość resocjalizacji). Dla wielu kara którą dostał Gabriel była gorsza od śmierci. Przeżył, ale jakim kosztem. Oczywiście, zapewne gdyby umarł byłby bardziej zdenerwowany, ale to zdenerwowanie trwałoby tylko przez chwilę. Ale nawet to nie wyprowadziło go z równowagi, wolał patrzeć w sufit niż na iskrzącą się skórę tego chodzącego trupa w bieli. A potem Gustaw powiedział coś o pijanym detektywie i oczęta Gabriela zaszły czerwoną mgłą, a obżarł się całkiem niedawno i trudno, Bardzo Trudno było mu nie zauważyć tejże czerwieni. pijany detektyw Skąd ten bladolicy kurw o tym wiedział!? Myśli pobiegła chyżo ciągiem bardzo szybkich kojarzeń, które jak w kalejdoskopie przechodziły jedno w drugie. Owszem, Montbel pomagał Lucy, owszem kilka razy pojawił się u jej boku przez ten miesiąc, no chociażby wczoraj gdzie prawie później prawie… prawie złapał ją za głowę, prawie przyciągnął do siebie i prawie, PRAWIE dowiedział się jak słodkie są jej usta. Ale skąd ON o tym wiedział?! Wniosek był jeden (oczywiście) i przez moment w tym wewnętrznym amoku pozbawionym najmniejszego ruchu, Gabriel przypomniał sobie wyrywek z rozprawy, gdzie padł wyrok. Szarpał się i krzyczał, wrzeszczał, wyrywał ale z Gustawem ktoś był, ktoś był na pewno i była to istota, druga istota przez którą to wszystko się tak skończyło. Wspomnienie - prawdziwe bądź jak najbardziej zmyślone chwilą - zapiekło go do żywego, a zbyt bujna wyobraźnia rozhulała się na dobre, przedstawiając cały montaż bardzo romantycznych scen z Paryża i okolic w których zarówno adwokat, jak i drobna czarnowłosa angielka spędzili stanowczo zbyt wiele zbyt upojnych chwil. Siekło go. Siekło go i to bardzo. Jego położenie było zaiste niekorzystne. Bezruch zamienił się w ruch - szybki i gwałtowny. Gabriel podciął Gustawa, sprowadzając go do parteru, a ten nim zdążył zareagować, to już okrwawiony rozchełstany wampir wspinał się na niego, rechocząc pijacko, pozwalając ślinie i krwi kapać z niego jak wysyconemu zazdrością jadowi własnej duszy. Wspinał się po nim znacząc go rwawymi dłońmi, ocierając się brudem minionej kolacji. – Czyje teraz położenie jest niekorzystne lalusiu? – To było oczywiste, że Lucienne Rosewood wolałaby kogoś takiego jak leżący pod nim adwokacina. Był szarmancki, wspaniale wychowany i opanowany, był po prostu piękny, w ujmujący sposób sprawiający, że trudno było o nim zapomnieć. Na pewno godzinami rozmawiali o książkach i prawie. Kto wie, może to właśnie ON namówił JĄ do założenia agencji detektywistycznej. Może ze sobą wielokrotnie współpracowali, utrzymując kontakt nawet po tym, gdy ich romans wygasł. Może ich romans nie wygasł. Miał ochotę go udusić. Zamiast tego mocno przycisnął go do ziemi, odsłoniętymi kłami rozdzierając żyły na swoich rękach. Skażona alkoholem posoka zaczęła kapać na wyglancowaną porcelanową twarz i Montbel z żalem odkrył, że nie wypala w niej dziur. – No dalej, chciałeś zostaś na kolacji… – cedził przez zaciśnięte zęby, siedząc na nim okrakiem i kapiąc na niego przefiltrowaną przez swoje ciało krwią, wciąż przyciskając go drugą ręką do ziemi. RE: [Jesień 72, 2.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... - Gustave Delacour - 28.07.2026 Ciężar drugiego wampira przygniótł go do ziemi, wyciskając z jego piersi jedynie ciche stęknięcie. Nie podjął nawet próby oporu, ponieważ Gabriel od dawna przewyższał go siłą, a krew, którą był umorusany od stóp do głów, czyniła go jeszcze bardziej podobnym drapieżnikowi. — Ach, a zatem utrzymujesz, że jestem ładniutki? — na jego ustach pojawił się uśmiech. Naprawdę nie chciał go drażnić, ale obudził się w nim tamten dwudziestoletni panicz, wychowany w przeświadczeniu, że świat został stworzony wyłącznie dla jego zachcianek, dla młodzieńca, który z łatwością zdobywał serca niewiast, jak odbierał im życie. Szkoda, że obecnie… wygląd był jedynie estetyczną powłoką dla istoty, której natura odebrała wszystko, co dla większości ludzi stanowiło fundament bliskości. Ciepło skóry. Oddech urywający się pod wpływem cudzego dotyku. Pożądanie. Wampirza krew pozostawiła mu jedynie pamięć tych doznań, tj. wspomnienia coraz bledsze z każdym kolejnym stuleciem. Gustaw wiedział, czym była miłość, potrafił o niej mówić, rozpoznawał ją u innych, ale sam nie był już w stanie ofiarować jej w sposób, jakiego pragnęli ludzie. Nie mógł obiecać wspólnego życia, dzieci ani zwyczajnej cielesnej czułości, która dla śmiertelników bywała równie ważna jak oddanie. Może właśnie dlatego z taką zawziętością brał cudze sprawy. Bronił, doradzał, oddawał swój czas, wiedzę i siły, bo może każdy wygrany proces mógł choć odrobinę wypełnić pustkę pozostawioną przez wszystko to, czego natura odebrała mu bezpowrotnie. Na daremno, jako że nigdy nie okazał się wystarczający. Odwrócił głowę ku drzwiom. Upewnił się, że pozostawały zamknięte. Nie brakowało już niczego prócz tego, aby któryś z hotelowych służących wtargnął do środka i zastał dwóch wampirów tarzających się po posadzce pośród krwi. Widok ten z pewnością wymagałby wyjaśnień. — Uwierz mi, podejmowałem próby. Nie tylko tej jednej, lecz wielu innych, równie beznadziejnych. To bardzo niesprawiedliwe, przyjacielu. Ty możesz się upić, wygłaszać herezje i przewracać meble. Ja pozostaję skazany na trzeźwość i sprzątanie po tobie. Krew na jego policzku zdążyła już zaschnąć, ale nie odejmowała nic z piękna jego twarzy. RE: [Jesień 72, 2.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... - Gabriel Montbel - 03.08.2026 Nie mógł czytać Guciowi w myślach, może to by wszystko szybko ułatwiło. W przeciwieństwie do srebrnoskórego, miał doskonałą pamięć do ludzkich podniet i pragnień, do zazdrości, zawiści i wypalającej obsesji. Człowieczeństwo w nim ukute zostało intensywnością, ekstremum ciągnące go ku euforii, jak i gwarantujące mu regularne wizyty we wszystkich dziewięciu kręgach piekła. Pragnienie serca, choćby martwego mogło być absolutnie głuche, a mogło drzeć się bez ustanku, uciszane w zbyt nielicznych momentach pustki osiąganej, gdy słońce świeciło nad nimi w zenicie. Ociekająca gęstą posoką krew zsunęła się przez wargi do policzka, a Gabriel w swojej łaskawości postanowił nie testować własnej siły i poszukiwań odpowiedzi, czy byłby w stanie gołymi rękoma wyrwać adwokacinie język. Ostatecznie Delacour miał estetycznie przyjemnie wyprofilowany głos. Z resztą, z pewnością taki ktoś jak on miał wejścia w obu kowenach, tak angielskim jak francuskim, a Montbel bardzo, bardzo nie chciał się przeprowadzać. A może chodziło po prostu o to, że chciał go protekcjonalnie poklepać po policzku, jak przed kilkoma wiekami, gdy los pierwszy raz przeciął ich ścieżki. Odprysk wspomnienia spadł nań nieoczekiwanie, wraz z grymasem imitującym uśmiech. – Kokietka z Ciebie. Przeciesz wiem, sze wizisz się w srebrzysz… sreb… w lustrach – parsknął, prostując się nieco by zlustrować dzieło zniszczenia, pozostałości artystycznej ekspresji, które zasychały na bieli ubrania i skóry. – Nis tylko iś na słońse… tak sięszko… sięszko jesss byś… tobą… – czuł, że kręci mu się w głowie w sumie może nieco bardziej niż zakładał, że będzie. Być może łączenie krwi właściwie i adekwatnie doprawionej z alkoholem, który już i tak był w brzuchu oraz deserwanie się otwieraniem martwej skóry nie było… rozsądne. W normalnych okolicznościach mógłby podać łacińskie nazwy żył które sobie poprzecinał. Może powinien ciąć w poprzek a nie wzdłuż? Cóż… W ostatnich latach jednak rozsądek zdecydowanie nie był drugim imieniem Gabriela. Ani nawet trzecim. Dopadła go za to senność. – Dob… dobrze, ale to… to jesz… jeszt ziwne… – ręka ześlizgnęła się z twarzy na podłogę, ciało opadło na ciało. – Nie wychoś na słoneszko… nie wychoś. Jak przyjdzie uratowaś i ciebie… to bęzie ostatnia… ostatnia niś… nie wyszymam tego… dlaszego miłoś musi tak… dlaszego to tak… tak boli… – bełkotał sobie leżąc na całkiem wygodnej biało-czerwonej poduszce, nie mając siły na szloch, czy dalsze udawanie, że oddech jest mu do czegokolwiek potrzebny. Bełkotał sobie w najlepsze, nieświadom nieuchronności własnego losu i tego, że rzeczywiście, bardzo będzie potrzebował kogoś kto nie tylko posprząta po nim, ale też posprząta samego, całkiem nieprzytomnego na tym etapie, zainteresowanego. RE: [Jesień 72, 2.10, Mugolski Hotel na Wypasie | GG] Pamiętasz była jesień... - Gustave Delacour - 17.08.2026 Ciężar Gabriela spoczywał na jego piersi. Ten był namacalny, ciepły od cudzej krwi. Bełkot starszego wampira zaczął cichnąć, słowa traciły kształt, rozpływały się w półsennej papce samogłosek i urywanych zgłosek. W związku z tym, Gustaw postanowił poleżeć sobie bez ruchu, kiedy krew Montbela — przefiltrowana przez jego martwe tkanki, naznaczona alkoholem, zasychała na policzku mecenasa oraz lnianym materiale, który jeszcze godzinę temu był śnieżnobiały. Żaden przyzwoity czarodziej nie powinien był oglądać go takim przed śniadaniem. Delacour jednak nie próbował jej wyczyścić. Nie miał po temu ani ochoty, ani serca. Następnie przymknął oczy. Palce jego prawej dłoni uniosły się powoli i wsunęły w włosy Gabriela. Były mokre, lepkie i splątane. Gładził je bezmyślnie, gdy zastanawiał się, czy ten w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, co powiedział — z tych urywanych zdań o ratowaniu. (Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie rano — jeśli wampiry takie jak on w ogóle przeżywały coś, co można byłoby nazwać porankiem — będzie udawał, że niczego nie pamięta. Że to był tylko pijacki wygłup, farsa, kolejna warstwa maski, którą Montbel nakładał z taką zawziętością, że w końcu sam zaczął w nią wierzyć.) Niestety, Gustaw pamiętał. Pamiętał również to, czego Gabriel najwyraźniej nie potrafił sobie darować — rozprawę, wyrok, lata zamknięcia. — Obiecałem ci kiedyś, że będę tym, który zostaje, nawet jeśli mnie nienawidzisz. Pozostawał mu zakrwawiony detektyw na piersi, półprzytomny mugol osunięty na krześle, pokój hotelowy przedstawiający obraz takiego spustoszenia, że właściciel przybytku niewątpliwie będzie potrzebował znacznie więcej niż kilku uprzejmych przeprosin, oraz noc, która zapowiadała się na wyjątkowo długą. Z praktycznego punktu widzenia należało zatamować rany Gabriela. Z praktycznego punktu widzenia należało również dopilnować, aby jego ciało nie rozpoczęło odbudowy utraconej krwi kosztem resztek sił, których najwyraźniej i tak pozostało niewiele. Spojrzał jeszcze raz na Gabriela. — Imbécile — mruknął. Z praktycznego punktu widzenia należało wreszcie zająć się mugolem. Gdyby odzyskał przytomność w niewłaściwej chwili, mógłby zacząć krzyczeć. A Gustaw, pomimo całej swej tolerancji dla ludzkich słabości, uważał krzyk za szczególnie nieestetyczną formę ekspresji. — Och, mój drogi Gabrielu… jakaż miłość? |