![]() |
|
[24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream (/showthread.php?tid=6184) |
[24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - Aaron Andrew Moody - 05.07.2026 Bromley, gabinet luster Bletchleyów
Sundridge Park był jedną z najbardziej malowniczych części Bromley, którego okolice bardziej przywodziły na myśl głębię angielskiej prowincji, aniżeli typową podmiejską dzielnicę. Szerokie, wysadzane drzewami aleje ciągnęły się wzdłuż bogatych posiadłości ziemskich, otoczonych rozległymi ogrodami. Korony rosnących wokoło buków i dębów przybierały odcienie złota, miedzi i czerwieni. Spokojna była to dzielnica, ziemiańska niemal w swoim cichym uroku. Sprawiała wrażenie odciętej od zgiełku centrum, do którego Aaron był przecież nawykłym. Nie słychać było świstu przejeżdżających aut. Nikt nie pokrzykiwał na ulicy. Jedynie żwir chrzęścił pod ich stopami, gdy spacerowali z Lorien wolnym krokiem, rozpamiętując fabułę filmu, którego projekcję dzisiaj obejrzeli. Wydawałoby się, że nic nie jest w stanie przerwać tej idylli. Nic poza angielską pogodą. Deszczu tutaj należało się spodziewać zawsze, nawet wbrew prognozie, która obiecywała dzień pogodny, choć nieco chmurny. Zgarnął Lorien blisko siebie, nakrywając oboje kurtką, na którą nałożył niegdyś zaklęcie wodoodporne. Załaskotały go jej loki, ciężkie od unoszącej się w powietrzu wilgoci. Gdy biegli w strugach deszczu w stronę zabudowań, przytrzymał ją chwilę nad ziemią, żeby nie wpadła w kałużę. Wymamrotał wtedy do jej włosów, że to wszystko wina tych oszołomów z kowenu Whitecroft manipulujących pogodą. Wpadli do gabinetu luster Bletchleyów tylko dlatego, że był blisko. Moody osobiście wolałby jednak, żeby była to restauracja, bo po biegu w strugach deszczu najzwyczajniej w świecie zgłodniał. Może dlatego jego wzrok od razu powędrował w stronę misy ze słodyczami dla odwiedzających stojącej w głębi foyer, tuż obok długiego rzędu zwierciadeł. Od razu wypatrzył, że niektóre cukierki były w brązowych papierkach, to może akurat te kawowe, które lubiła Lorien… Ale ona pewnie zje jednego, a on pokrzepi się resztą w oczekiwaniu na obiad, pomyślał, zmusiwszy się, żeby oderwać wzrok od kobiety poprawiającej szminkę przy lustrze nieco na uboczu. Niemal pożałował, że nie dał jej powodu, żeby rzeczywiście musiała tę szminkę poprawiać. Okrył kurtką ramiona Lorien, jak gdyby samym tym gestem chciał upewnić ją, że nie odchodzi daleko. Co najwyżej na odległość miski ze słodyczami. Sięgnął do niej łapą, biorąc garść łakoci. Nie wydawał się tym w żaden sposób skrępowany — jeżeli dają za darmo, to tylko głupi by nie wziął! — przynajmniej dopóki nie spojrzał w lustro. — No proszę — mruknął pod nosem, przypatrując się swemu zniekształconemu odbiciu we wnętrzu luster… Początkowo wydających się pozbawionymi magicznych właściwości. Tafla największego z nich musiała być jednak w jakiś sposób zakrzywiona, rozciągała bowiem obraz na boki. Tak oto w lustrze pojawiły się najpierw bardzo szerokie męskie bary, na których tkwił bardzo szeroki łeb. Moody zawsze poruszał się tak, jak gdyby był gotów do wyważenia gołymi rękoma każdych drzwi napotkanych na swej drodze: najpierw szły więc ramiona, dopiero potem wszystko inne. Była w tym przedziwna gracja człowieka, który wyczuć umie słabe punkty przeciwnika z zabójczą wręcz skutecznością; pewność siebie kota na łowach, czekającego, aż nadarzy się właściwa okazja, aby zaatakować. Elegancję odebrał jednak mężczyźnie bardzo szeroki bebech, którego odbicie w lustrze zdominowało wszystko inne. A więc tak Bletchleyowie radzili sobie z łakomczuchami, pomyślał Moody, zarechotawszy głupio. Takiego wała. Wziął jeszcze garść cukierków, ku swojej wielkiej uciesze obserwując, jak powoli przestaje się mieścić w ramie lustra. Jeżeli wszystko to było cwaną strategią, mającą na celu zniechęcenie chciwusów do zbyt szybkiego opróżniania misy z cukierkami… Widać nie byli przygotowani na taki pokaz zachłanności. — Temu tutaj to się chyba trochę aż za dobrze powodzi — stwierdził prześmiewczo, pokazując na swoje odbicie. Wyglądał jak gdyby pożarł zawartość ministerialnej stołówki, a potem jeszcze pudełko ulubionych pączków Bonesa na dokładkę. Poklepał się lekko po brzuchu, spodziewając się usłyszeć odgłos wojennych bębnów: bebech odbijający w lustrze był zaiste potężnym. — Zobacz — rzucił rozbawiony w stronę Lorien. — Wyglądam jak niemiecki czołg. Gdy tylko odstąpił od lustra, misa magicznie napełniła się na nowo, chociaż Aaron opróżnił ją niemal do połowy. Przystanął z boku, wyciągnąwszy w stronę Lorien ręce, w których miał pełno cukierków. Jednego już mamlał w gębie, z miną lekko zdegustowaną, acz godną. Trudno było powiedzieć, czy obraca na języku karmelka, czy kapsułkę z cyjankiem: taką samą jak ta, w którą wyposażył się agent mugolskich służb specjalnych z obejrzanego dziś filmu. Fabuła była taka z gatunku "zabili go i uciekł", ale film nawet mu się podobał. Spodziewał się, co prawda, większej ilości scen akcji, ale w ciągu pierwszych dziesięciu minut agent wyszedł cały i zdrów z samobójczej misji… Tylko po to, aby skupić się na romansie z agentką wrogiego wywiadu. "Wysoce nieprofesjonalne zachowanie", szepnął na ucho Lorien, która wbiła wtedy paznokcie w jego rękę, niezadowolona, że rozprasza ją w trakcie seansu. Szkoda, że w ciemnościach panujących na sali kinowej nie mógł zobaczyć, czy się zarumieniła. Róż rozlewający się na jej policzkach był czymś wyjątkowym. Przywodził wciąż jeszcze świeże wspomnienie przyspieszonego oddechu, lekko zamglonych oczu i wspólnego dywagowania na temat koloru, na jaki powinien odmalować sypialnię, gdy leżeli razem w jego łóżku. Stanęło na zielonym. Taki sam kolor papierka miał cukierek, którego wpakował do buzi Aaron. — Obrzydliwy — poinformował teraz Lorien, przerywając na chwilę rozgryzanie cukierka po to tylko, żeby wydać swój wyrok. Nigdy nie przepadał za smakiem lukrecji. Sąd był bezwzględnym, tym bardziej, że Aaron nie był człowiekiem szczególnie wybrednym: aby skrytykował jakiś smak, ten musiał naprawdę silnie podrażnić jego podniebienie. Cukierek okazał się zatem niemożebnie wręcz niedobrym. Próżno było jednak szukać śladów obrzydzenia na twarzy mężczyzny, na którą szybko wrócił ów charakterystyczny dla Aarona wyraz śmiertelnej powagi. Cukierka mimo wszystko nie wypluł, tylko skruszył głośno pod zębami, aż zachrupało, rozglądając się jednocześnie po pomieszczeniu ponad ramieniem Lorien. Pokazał skinieniem głowy w stronę wejścia do gabinetu luster, gdzie na odwiedzających miały czekać zdecydowanie bardziej imponujące iluzje. — Propozycja. — Aaron przechylił lekko głowę, śledząc uważnie reakcję Lorien. — Zjedzmy obiad na mieście. Pytanie. Czy spróbować znaleźć coś w deszczu, czy chcesz przeczekać słotę tutaj? — Nawet jego flirt układał się w formę służbowego raportu. Sam Aaron wydawał się jednak w pełni swobodnym, jak gdyby była to najnaturalniejszą rzeczą na świecie, tak jak i to, że sięgał już do kieszeni zwieszającej się z jej ramion kurtki po portfel. Trzymał tam zaklętą mapę Londynu, wymiętoloną przez lata intensywnego użytkowania. — Możemy najpierw obejrzeć gabinet luster, jeżeli chcesz, nie mam preferencji. Chociaż trochę się boję, że gdy otoczy nas zewsząd twoje odbicie, rzeczywistość za bardzo zacznie przypominać moje sny. Dziwnie jest, gdy granica między jednym a drugim zaciera się z dnia na dzień coraz bardziej. Aaron był z natury bezpośredni, ale nie aż tak bezpośredni. Może dlatego zamilkł na chwilę, zmarszczywszy brwi… Udając, że szuka na mapie jakiejś dobrej restauracji w pobliżu. Nagle papier, który studiował niezliczoną ilość razy, wydał mu się najbardziej fascynującą rzeczą na całym świecie. Jak gdyby nigdy nic wsadził nos w mapę, udając, że właśnie nie palnął na głos najgłupszej, kurwa, rzeczy, jaką można było palnąć. — Śniłaś mi się — mruknął, sfrustrowany, próbując wybrnąć. Mógł skorzystać z prawa do zachowania milczenia, a zamiast tego pogrążał się coraz głębiej z każdym wypowiadanym słowem. Taki stary a taki głupi. RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - Lorien Mulciber - 05.07.2026 Nie była pewna czy jej się to całe kino podobało. Może odrobinę. Aaron powiedział, że to “coś podobnego do telewizji, ale większe”. Nie doprecyzował o ile większe i to był pierwszy błąd. W dodatku wszystko działo się w pogrążonym w niemal całkowitej ciemności pomieszczeniu, w towarzystwie innych ludzi, siedzących zdecydowanie zbyt blisko, a już przy pierwszych scenach, gdzie mugolski agent (jak jej po cichu, bardzo cichutku wytłumaczył agent) niemal umarł od wybuchu rozbrajanej przez siebie bomby, pani Mulciber podskoczyła w fotelu i wysypała na siebie trochę popcornu. A szkoda, bo popcorn był z tego wszystkiego najlepszy. No i może wspaniały romans, który owy agent nawiązał z agentką wrogiego wymiaru. Takie trochę Romeo i Julia, ale współczesne i bardziej chyba nastawione na męskiego odbiorcę, sądząc po strojach w jakie wciskali ową agentkę. Już miała spytać czy Aaron jej coś przypadkiem sugeruje, ale ostatecznie film wciągnął ją na tyle, że zapomniała. Już by mu coś powiedziała o takim nieprofesjonalnym zachowaniu. Wcale nie był lepszy! Pan Auror zabierający na randkę przedstawiciela niezawisłego Wizengamotu. Oburzające. Chyba wolała oglądać jednak mugolskie filmy u niego w mieszkaniu. Tam przynajmniej mogła w każdej chwili dopytać o coś czego nie rozumiała, nie to co w kinie, gdzie jednak wypadało być bardzo cicho. W dodatku w mieszkaniu byli sami i … Nie pozwoliła myślom błądzić zbyt daleko. Ale za to pozwoliła zabrać się na spacer po urokliwych alejach w parku Sundridge. Ostatnimi czasy bywała częściej w niemagicznych miejscach. Niegdyś ta myśl przeraziłaby ją dogłębnie. Pewnych rzeczy nie wypadało robić. Z pewnymi ludźmi nie winna się pokazywać. Ale wszystkie wątpliwości znikały, gdy mogła go ująć pod ramię i po prostu spacerować w otoczeniu mieniących się kolorami jesieni dębów i buków. Jak na zawołanie ich idyllę przerwało oberwanie chmury. Pisnęła tylko zaskoczona, może odrobinę oburzona, choć Wielką Intrygę McMillanów skomentowała tylko parsknięciem śmiechu. Oczywiście - na złość światu kowen spuścił na Londyn wielką ulewę. A raczej nie światu, a Aaronowi Moody’emu, który akurat wtedy postanowił zabrać ją na randkę do kina i na spacer. Zupełnie jakby byli nastolatkami. Przemknęło jej przez myśl, gdy schroniła się przed deszczem pod kurtką. Nie było łatwym nadążać za jego rześkim krokiem, więc kiedy tylko przekroczyli próg Gabinetu Bletchley’ów aż musiała przysiąść na jednej z ławeczek ustawionych w środku i złapać oddech. Wykończy ją! Przecież ona nie miała przepisowych testów sprawnościowych! Dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że wokół zrobiło się nienaturalnie jasno. Deszcz wciąż bębnił o wysokie szyby wejściowe, ale światło w miejscu, do którego weszli było inne. Bardziej… rozproszone. Odbijało się od czegoś ze wszystkich stron jednocześnie. Podniosła wzrok od swoich dłoni. I spotkała się ze swoim własnym odbiciem w najbliższym z luster. Och nie. Tylko nie to. Podniosła się powoli, w pierwszej chwili ignorując nawet istnienie Aarona. Rząd wysokich zwierciadeł ciągnął się wzdłuż ścian, odbijając obraz coraz dalej i dalej. Poczuła jak coś nieprzyjemnie zaciska się pod mostkiem. To tylko lustra. Upomniała się w myślach. Tylko lustra. Trochę drewna. Szkła. Pewnie zaklęć, które miały cieszyć odwiedzających. A jednak odruchowo podniosła palce do twarzy. Poprawiła nieco rozmazaną szminkę. Na szczęście lustro, które wybrała nie płatało jej żadnych figlii. Może ich się po prostu nie dopatrzyła. Nie wiedziała czy fakt, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej pewnie obeszłaby radośnie cały gabinet, kręcąc się przy każdym z luster jak trzpiotka, którą wówczas była, zdawał jej się bardziej smutny czy raczej zabawny. Teraz wystarczyła sama świadomość, że gdzieś obok czai się jej odbicie, by poczuła ciężar na ramionach. Nie patrz. Ale jak mogłaby nie patrzeć? Patrzyła przecież tysiące razy - widziała za każdym coś innego. Wdowę. Sędzię. Kobietę. Siostrę. Pieprzonego dementora. Siebie? Kiedy ostatnio widziała siebie? Aaron się zaśmiał. Z niej? Samo podejrzenie sprawiło, że odwróciła się gwałtownie na pięcie, ale jakikolwiek gniewny grymas pojawił się na moment na jej twarzy i rumieniec zawstydzenia, zniknęły niemal od razu. Auror stał przed innym lustrem i śmiał się ze swojego odbicia. W dodatku nakradł cukierków jakby w domu brakowało! Słyszała jego głos, choć nie słuchała z początku co do niej mówi. Szeleścił papierkami, śmiał się. Uspokoiła się powoli. Jakież to było zwyczajne. Tak bardzo jej brakowało zwyczajności. Otuliła się mocniej kurtką, którą ją nakrył. Taki stary, a taki głupi. Przygryzła wnętrze policzka co by nie uśmiechać się zbyt mocno. Ciekawość zwyciężyła. Przeszła te kilka kroków i przystanęła obok, pod takim kątem co by jej odbicia nie pokazało to okropne lustro. Ale przynajmniej mogła się przyjrzeć Aaronowi, któremu faktycznie od podkradania cukierków wywaliło bebzol. Wyglądam jak niemiecki czołg. - Bardziej jak czołgista po pokaźnej kolacji.- Pokręciła z niedowierzaniem głową. Przecież te cukierki były dla dzieci! I z pewnością były zaklęte. Jeszcze zaraz się zrobi różowy w zielone ciapki albo mu czółka na łbie wyrosną.- Ale…- zawiesiła głos mierząc go, nie jego odbicie, od stóp po czubek głowy.- Gdybyś był niemieckim czołgiem byłbyś Panzerkampfwagen V Panther. Może nawet model II, bo bardziej opancerzony. Było coś absurdalnego w tym jak zręcznie posługiwała się wiedzą w takiej niszy jaką były mugolskie wojny światowe, a zasypiała przy jakiejkolwiek próbie wciśnięcia jej anegdotek z jakiegokolwiek innego okresu. Winić za to (co zresztą Adeline Prewett czyniła bardzo często) można było tylko i wyłącznie Philipa, który zaszczepił w córce miłość do opasłych tomów historycznych dotyczących współczesnych konfliktów zbrojnych. Lorien szybko odkryła, że czarodzieje mają zaklęcia, ale mugole byli… zdecydowanie bardziej kreatywni w swoim działaniu. Czyniło to książki o ich historii o wiele ciekawszymi. Ileż można w końcu czytać o tych nieszczęsnych goblinach i ich emocjonalnych problemach? Propozycja. Oho. Uniosła lekko brwi, dając znać, że słucha uważnie. Obiad na mieście nie brzmiał źle, więc skinęła głową na znak, że się zgadza. Zwłaszcza, że nie jedli nic praktycznie od rana, a w przeciwieństwie do niego nie chciała objadać się cukierkami. Pytanie. No i tu już nie było takiej prostej odpowiedzi. Wyjrzała przez okno na zewnątrz. Wciąż lało jak z cebra. Z drugiej strony wcale nie chciała zostawać w gabinecie luster zbyt długo. Ale może dzisiaj… Spędzili tak miło dzień, może nie będzie mieć problemu z patrzeniem na swoje odbicie zbyt długo. - Zostańmy póki się nie uspokoi na dworze.- Powiedziała, spychając wszelkie głębsze rozterki na dalszy plan. To tylko lustra. Miliony, setki milionów było takich na świecie, a ona obawiała się jak jakaś mała dziewczynka. Aaron nie bywał aż tak wylewny nawet, gdy przebywali w zaciszu jego mieszkania, pewni, że żadne ciekawskie ucho nie usłyszy ich rozmów. Co dopiero w miejscu publicznym, gdzie ktoś mógł zawsze przyjść. Przysunęła się bliżej, układając dłoń na zaklętej mapie. - Powinnam była cię dłużej przetrzymać wczoraj w nocy? - Zapytała cicho ani myśląc zadzierać głowy. Po prostu spojrzała w górę z trudem kontrolując drżenie kącika ust. W końcu to on zaczął o tym całym przechodzeniu z jawy do snu! Sam był sobie winny. Mając go odpowiednio mocno zdekoncentrowanego, przeniosła palce z mapy na jego nadgarstek i wreszcie przedramię. Teraz, kiedy jego kurtka ciążyła jej na ramionach był w samej koszuli, którą mogła miąć leniwie pod paznokciami. Nawet nie rzucił dzisiaj zaklęć, którymi ukrywał tatuaże.- Czy to był miły sen?- Dopytała już nieco bardziej niepewnie. Choć “miły” było przecież pojęciem względnym. Przecież mógł jej zaraz powiedzieć, że śnił o tym jak wpycha go do więziennej celi w Azkabanie! Z jej punktu widzenia - wyjątkowo seksowny i miły sen. Z jego - pewnie niekoniecznie. RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - Aaron Andrew Moody - 22.07.2026 Wciągnął gwałtownie powietrze, przymknąwszy na chwilę powieki, jak gdyby nie dowierzał temu, co usłyszał. Kąciki ust Aarona mimowolnie powędrowały do góry, gdy Lorien pociągnęła żart. Śmiał się nie tylko dlatego, że wynalazła okrężny sposób, aby połechtać jego męską próżność — bo przecież zrobiła to, wybierając czołg z armatą o najdłuższej jak na tamte czasy lufie! — śmiał się, bo łatwym było śmiać się przy niej. Było coś podniecającego w stanie, w jaki go wprawiała, w bliskości, jakiej wrażenie potrafiła stworzyć. Wtedy, gdy wciągała go w tę intymną przestrzeń między nimi, w przestrzeń, w której mogli mówić językiem znanym tylko im dwojgu. Wówczas z trudem wyobrażał sobie czasy, kiedy byli sobie obcymi. Nie rozumiał tego. Tego, że w locie chwytać umieli swoje myśli, tego, że dostrajali się do siebie, jak gdyby ciała ich ukształtowała ta sama procedura. Z wieloma aurorami stawał do walki ramię w ramię, ale żaden nie umiał odczytać go tak, jak czytała go Lorien. Nie dało się udawać takiej familiaryjności, nie dało się też zrzucić tego na pociąg fizyczny wyłącznie. Niewątpliwym było, że grawitowali w swoją stronę coraz bardziej. Nawet teraz, w ciemnościach spowijających gabinet luster, Aaron objął Lorien ramieniem, mimowolnie zwracając w jej stronę ciężar swego spojrzenia. Lubił to w niej. To, jak odpowiadała na jego dotyk. To, jak przyjemnie dociążała go do ziemi, chociaż samej wydawała się potrzebować ugruntowania. Może dlatego nie wahał się zagłębić wraz z nią w labirynt zaklętych luster. Nawet jeżeli cukierek uczynił go bardziej szczerym niż ustawa przewidywała, nie przejmował się tym zanadto; jak na jego gust, otaczało ich wystarczająco wiele iluzji. Nie lubił mówić o tym, co czuje, nie sposób było jednak od tego uciec, gdy odbicie obiektu jego uczuć otaczało go ze wszystkich stron. Nie przepadał za słowami górnolotnymi nie dlatego, że był kimś mało inteligentnym albo ograniczonym: mógł wydawać się mężczyzną wyzbytym pospolitych wrażliwości, zdystansowanym od własnych uczuć, a jednak nie sądził, żeby miał problemy z ich wyrażaniem. To, że nie czynił z nich motoru swojego życia, nie znaczyło, że pozbawione były głębi. Aaron Moody godził w sobie wiele sprzeczności, których nie czuł potrzeby artykułować. Bywał kłamliwym, bywał też szczery do bólu. Znał, kiedy może wyładować gniew. Znał też, kiedy powinien powściągnąć swój temperament. Nie widział potrzeby w cenzurowaniu swych słów, aby nie godzić w cudze ego. Konflikt był dla niego czymś naturalnym, a różnica zdań nie oznaczała końca świata, nigdy jednak Aaron nie wywlekał swych frustracji w stosunku do tych, którzy nie mieli na to przestrzeni. W trakcie akcji ratunkowej potrafił w emocjach warknąć na kolegę z biura, po to tylko, aby zaraz w sposób nieskończenie cierpliwy tłumaczyć niedoszłej ofierze, że wszystko jest już dobrze. Aaron Andrew Moody większość czasu wiedział, co ludzie chcieli usłyszeć, a jednak rzadko decydował się wypowiedzieć to na głos. Gdyby tylko zechciał, z każdym umiałby nawiązać rozmowę. Był jak zaprawiony w bojach dowódca, któremu wystarczał jeden rzut oka, żeby ocenić morale swych żołnierzy. Często obejmował jego funkcję, nie dlatego, że zależało mu na zaszczytach, ale dlatego, że taki miał charakter. Ludzie mu ufali. Nie skrywał w sobie pokładów charyzmy, ale był kimś godnym zaufania, kimś stabilnym: osiągnąłby w życiu więcej, gdyby zdecydował się to wykorzystać dla własnej korzyści. Gdyby był choć odrobinę bardziej ugodowym, zamiast obstawać uparcie przy swoim. Kiedyś był mniej zatwardziałym. Nauczyciele powtarzali, że dzięki swemu sprytowi zajdzie bardzo daleko w życiu. Przyjaciele marszczyli brwi, gdy zdradzał się przed nimi ze swoją dwulicowością: gdy krył swoje niechęci i uprzedzenia pod maską poprawności. Co się stało z młodzieńcem, który dbał o to, aby zwracać się do każdego z właściwym szacunkiem, zimno uprzejmym nawet wtedy, gdy czuł się zranionym? Co z mężczyzną, który powściągał język, bo wiedział, że jego szczerość zranić może ludzi bardziej niż kłamstwo? Ostał się tylko starzec, podobny w swej upartości do pacholęcia. Nie wiek sprowadził na niego zmianę, lecz moralny sprzeciw wobec korupcji, jakiej podlegał świat. Żyli bowiem w świecie, w którym słowa nieustannie traciły na znaczeniu. Nie dlatego, że powtarzano je zbyt często, ale dlatego, że szafowano nimi zbyt odważnie w stosunku do niewłaściwych ludzi, a przede wszystkim — w niewłaściwej intencji. Aaron nie chciał używać słów, aby manipulować ludźmi. Wiedział, że byłby do tego zdolnym, a jednak hardo przeciwstawiał się własnej naturze. Wielu mogłoby nazwać go przez to prostym, prostackim wręcz. Widziano w nim zaślepionego własnym fanatyzmem glinę, którym łatwo manipulować, umięśnionego chłopka roztropka, ślepo wykonującego rozkazy, upajającego się iluzją władzy funkcjonariusza, wykorzystującego swoją funkcję do siania systemowego terroru. Tylko on wiedział, jakim mógłby być naprawdę. Aaron Andrew Moody wybierał dobro w pełni świadomie. Nie oznaczało to, że był dobrym dla wszystkich: oznaczało to, że odmawia przyzwolenia na zło. Czasem musiał być więc złym. Ze swoją naturą był w pełni pogodzonym, a jednak na początku wciąż zdarzało mu się hamować, kiedy chodziło o Lorien. "Powinnam była cię dłużej przetrzymać wczoraj w nocy?", spytała. Jeszcze kilka tygodni temu odpowiedziałby, że powinna wyjść wcześniej, bo za bardzo pragnie, żeby została. Dzisiaj tylko spojrzał na nią z góry. — Żeby tylko wczoraj — odpowiedział prosto, składając zaklętą mapę jednym skinieniem różdżki. Było coś w jego sposobie bycia, co tchnęło niewymuszonym spokojem, gdy była tuż obok. Było w nim też coś wyzywającego. Nie była to arogancja, bardziej uważna kalkulacja, w zielonych ślepiach pojawiło się bowiem wyczekiwanie. No i co, zdawały się pytać, naprawdę jestem taki opancerzony, że nie zdołasz podważyć blachy paznokciami? Cały sęk tkwił w tym jednak, że nie musiała się z nim siłować. Oto po dżentelmeńsku otworzył przed nią właz, zaprosił do obejrzenia wnętrza. Odsłonił konsolę z panelem sterowania, jak gdyby nie miał przed nią niczego do ukrycia. Czy nie obawiał się, że jest szpiegiem obcego wywiadu? Aaron potrafił być szalenie nieprzystępnym, gdy jednak miał obok siebie Lorien, wtedy nie chciał być nikim innym, jak sobą. — Sny nie dorównują jawie, bo są jedynie jej odpryskiem. Niczym więcej jak wiórami krzesanymi z drewna, któremu świadomie nadać musisz kształt. Rzeczywistość kształtujesz rękoma. Po co mam więc śnić o czymś, gdy mogę mieć to namacalnie? — Poruszyły się palce dłoni, którą trzymał dotychczas opartą na talii Lorien: nie musiał wpijać ich pożądliwie w ciało, aby przypomnieć o swojej obecności; jego dotyk był wystarczająco ciężkim. — Snów nie schwytam przecież w ręce. Nie poczuję, jak sen wspiera się na moim ramieniu. Sen nie da się zaprosić do kina na głupi film, nie pobiegnie ze mną w deszczu. Nie odpowie na mój żart. Sen nie ogrzeje mojego łóżka. A po przebudzeniu… Po przebudzeniu nie zastanę go obok. — Mówił cicho, powoli, dostosowując swój krok do kroku Lorien, kluczącej między lustrami. Nie patrzył w stronę zaklętych tafli, kątem oka śledząc tylko bardziej krzykliwe efekty. — Wiem wszystko o Lorien ze snu — stwierdził obojętnie. — Nie wiem jeszcze tak wiele o rzeczywistej Lorien. Ta ze snu zażartowałaby, że bliżej mi do brytyjskiego Centuriona. Rzeczywista natomiast… — Aaron przechylił głowę w stronę Lorien, ściszywszy głos, jak gdyby zdradzał jej wielką tajemnicę. Delikatne zmarszczki pojawiły się w kącikach jego oczu, wyprzedzając uśmiech, który tak rzadko rozświetlał jego twarz. Aaron zawsze uśmiechał oczami. — Rzeczywistość zawsze okazuje się lepszą niż moje wyobrażenia. Myślę, że jest między nami coś dobrego, Lorien. Coś rzeczywistego. Ty tak nie myślisz? Zmarszczył delikatnie brwi dopiero, gdy stanęli przed kolejnym lustrem. !BINGO D4 RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - Pan Losu - 22.07.2026 Walentynkowe Bingo adres pola: D4 wariant: 1 typ: prompt Nieidealna pamięć.
„Przecież sam kiedyś powiedziałeś, że…” – Pierwsze słowa przed tragedią. Pamięć zawodzi, ale kiedy zaczynamy powoływać się na przekręcone wspomnienia, zaczyna robić się niezręcznie, a ty właśnie doprowadziłeś do takiej sytuacji. Druga osoba nie pamięta tego tak samo. Może nigdy tego nie powiedziała, a może powiedziała, ale w zupełnie innym kontekście. RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - Lorien Mulciber - 24.08.2026 Ty tak nie myślisz? Z początku nie otrzymał odpowiedzi, choć przecież słuchała go wyjątkowo uważnie. Każdego jednego słowa, każdego miłosnego wyznania, które padało z ust aurora. Wpatrywała się jak zaklęta w lustrzane odbicie, w swoje własne błyszczące oczy. Chwilę zajęło jej zorientowanie się, że to nie Aaron stoi obok. Ale znała dłonie, które mężczyzna z odbicia trzymał zaciśnięte na jej ramionach, na miękkim atłasie czarnej szaty. Znała sygnet rodowy na palcu. Serce zabiło jej mocniej, gdy dostrzegła na swoim palcu obrączkę. Tą samą, którą nosiła Selina. Nie uśmiechała się. Ani ona ani jej odbicie, ani nawet czarodziej, którego twarz znała lepiej niż własną. Donald nigdy się nie uśmiechał. Włosy miał krótsze, ułożone gładko, tak jak to zawsze lubił; na skroniach parę siwych pasm. Stał wyprostowany, górując nad nią jak to miał w zwyczaju. Utkwiła spojrzenie w samej sobie. Nie było już Diany, nie było Roberta. Nie wiedziała skąd to wie, pewnie taka była magia lustra. Po prostu czuła, że nie ma nikogo kto mógłby kiedykolwiek stanąć im na drodze. Ta tutaj została panią na Mulciber Manor. Wygrała. Tak wyglądało zwycięstwo. Ty tak nie myślisz? Głos Aarona wrócił ze zdwojoną siłą. To tylko lustro. Tylko i wyłącznie lustro. Donald nadal leżał nieprzytomny w Lecznicy Dusz, podpięty do aparatury. Żył. Wciąż żył. A skoro żył - ona czekała. Siadywała przy nim, czytywała listy i Proroka Codziennego. Może, jeśli tylko się obudzi, to będzie pamiętał kto czuwał. Ukarze wszystkich tych, którzy ją wyśmiewali. Będzie ją kochał. Nie będzie miał wyboru. Ty tak nie myślisz? Sen był niczym w porównaniu z rzeczywistością. Donald nie mógł jej objąć, pogłaskać po głowie. Donald nie odwiedzał jej w gabinecie; nie przynosił jej ulubionej kawy. Donald nie chadzał z nią na przyjęcia, których w duszy z pewnością nie znosił. Donald nie oddał jej samego siebie. Ale nie zrobił tego też Alexander. Dlatego wreszcie odwróciła się od nieszczęsnego lustra. - Ja myślę, że…- Zatrzymała się w półkroku. Przekręciła głowę, równocześnie gestem ściągając Aarona nieco niżej. Bliżej. Jej dłonie powędrowały w górę ramienia aurora, przymuszając go do zgięcia karku.- Myślę, że…- Zniżyła głos do szeptu. Objęła jego twarz dłońmi. Przesunęła palcami po gładkim policzku. Musiał się dzisiaj ogolić, bo wciąż czuła zapach tej jego taniej wody kolońskiej.- Myślę, że… te cukierki trzeba wysłać do toksykologów. Chyba ktoś je nafaszerował Amortencją, bo mówi pan Panie Moody jak zakochany uczniak w Hogwarcie!- Stwierdziła już ze śmiertelną powagą. Lekki, śpiewny trel wyrwał się jej z gardła szybciej niż śmiech. Rozmowy o uczuciach przychodziły jej zawsze z okropną trudnością. Prawdę powiedziawszy nikt nigdy Lorien nie powiedział, że “wszystko już jest dobrze”. Nigdy przecież dobrze nie było. Była smutna i w smutku swoim szalenie wręcz żałosna. Wiedziała, że prędzej czy później przyjdzie czas, gdy będą musieli o tym wszystkim porozmawiać. O nich. - Nie śnię o Tobie Aaronie.- Powiedziała spokojnie, odrywając wreszcie wzrok od kolejnego z luster. Odbita czarownica (a raczej jej alternatywna mugolska wersja) prezentowała się szalenie gustownie w najnowszym krzyku mody jakim były jeansy dzwony z bardzo wysokim stanem i kwiecistej koszuli. Do tego miała buty na platformach. No i to już było warte rozważenia. Dopiero po paru długich sekundach zorientowała się jak mogło to wybrzmieć, więc machnęła nonszalancko ręką, jakby nie było to nic aż tak ważnego.- Powinno cię to cieszyć. Moje sny są…- Zamilkła, ale nie uciekała spojrzeniem.- To trudno wytłumaczyć.- Przyznała w końcu, już zdecydowanie ciszej. Nie opowiadała tego nikomu nigdy wcześniej, ale ukrywanie prawdy przed Aaronem zdało jej się naraz sprzeczne z naturą; z jakimś niepisanym prawem, którego wcale nie chciała łamać.- Często śnię o Morzu Północnym. Budzę się na wyspie, całkiem sama. Cele są puste. Azkaban jest pusty. Jestem tylko ja i mury z czarnego kamienia. Jest zimno. Tam zawsze jest zimno. Idę schodami na górę. Czasem mam latarnię, czasem idę w kompletnej ciemności. Mijam zamknięte pokoje, w których zebrałam wspomnienia. Jesteś w jednym z nich. Przynajmniej mam taką nadzieję, że jesteś. Przechodzę przez zaklętą klapę, a nade mną rozpościera się nocne niebo. Gdzieś pode mną łączy się z horyzontem i spokojnym bezmiarem wód. Wiem, że poza mną i tym niebem nie ma już nic. Jestem tylko ja, gwiazdy i ta przenikliwa pustka, jakby już nigdy nie miało wydarzyć się nic dobrego. To jest piękny sen, z którego kiedyś się nie obudzę. Wiem to. Zostanie mi tylko to niebo i czarny kamień i pokoje wspomnień, które się wtedy otworzą.- Przerwała na moment, czując ucisk w gardle. Nie chciała się rozpłakać. Nie tu, nie teraz w jakimś głupim gabinecie luster. Zdecydowanie jedno z gorszych miejsc, żeby się rozkleić.- Prędzej czy później - nie będziesz mnie mieć w rzeczywistości. Nie będzie już tej mnie. Mam nadzieję, że wtedy ta w snach będzie w stanie cię uszczęśliwić choć troszkę. Podprowadziła ich dalej, ani na moment nie wypuszczając jego dłoni ze swojej. Chyba znajdowali się bliżej środka dziwacznego, lustrzanego labiryntu. Sądząc po ławeczce ustawionej przed jednym z luster - właśnie ono było główną atrakcją gabinetu. Bogato zdobione złotem i inskrypcjami, których nie zamierzała teraz rozszyfrowywać. Nie zastanawiała się nad tym dłużej. Przysiadła na ławeczce, ciągnąc mężczyznę za sobą. - Nie zestarzeję się z tobą. Ale chyba… chcę z tobą żyć. Tak jak teraz.- Wsparła głowę o jego ramię. Była zmęczona - fizycznie, bo nogi zaczęły ją boleć po całym dniu spacerowania; psychicznie - bo każde kolejne słowo pieczętowało los na który nie była gotowa.- Jest taki mit. Głupi mit. Czytałam o nim kiedyś w jednej z tych wróżbiarskich gazetek. Ponoć każdego z nas łączą nici powiązań. Każda jedna - w innej barwie, oddająca jedno z uczuć. Przyjaźń. Zazdrość. Miłość. Nienawiść. Jak w pajęczynie wszystkie są potrzebne, ponoć przepływa między nimi magia. Najpiękniejsza z nich łączy dusze, które zostały stworzone razem przed wiekami i choćby nie chciały, odnajdą się w każdym czasie i wszechświecie. Nie wiem czy to co jest między nami to to. Ale wiem, że chciałabym, żebyś mnie odnalazł w innym życiu. Dopiero teraz spojrzała w odbicie w lustrze. Nie było w nim nic ciekawego, przynajmniej z początku. Ona przynajmniej niewiele się zmieniła. Siedzieli sobie na ławeczce jak gdyby nigdy nic. Tylko Aaron miał tego okropnego wąsa, którego czasem nosił na misje pod przykrywką. Och jak ona go takim nie lubiła. Włosy czarował sobie dłuższe, dorabiał sobie zmarszczki (jakby to było potrzebne), odsłaniał tatuaże (to było do zaakceptowania) i nosił okropne mugolskie koszule w kratę. Dokładnie te najtańsze, co okropnie drapały i ją uczuliły. Za cholerę nie szło się domyślić co Bletchey’owie nawymyślali z tym lustrem. RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - Aaron Andrew Moody - 11.10.2026 Co pokazywało lustro? Aaron nie widział nigdzie podpisu, który wyjaśniłby naturę nałożonego na nie zaklęcia, magii zaklętej tuż pod powierzchnią gładkiej taflii. Pokazywało rzeczy niemożliwe, tego był pewien. Czy były to utracone możliwości, czy niespełnione życzenia? Nie wiedział. A jednak gdy Lorien przypatrywała się swemu odbiciu w przejęciu błyszczących oczu, Aaron patrzył… Z czymś na kształt smutku. Nie była to tęsknota za tym, co mogło być, nie była to nostalgia. Nie był to nawet żal. Nie. Aaron wyglądał przez chwilę tak, jak gdyby stał nad grobem. Być może właśnie tak było. Pamiętał przecież bardzo dobrze, jak wybierał kamień na płytę. Powienien wybierać prezent na rocznicę ślubu, pomyślał wtedy. Wiele miał wtedy niedorzecznych myśli. Wszystkie powróciły, gdy spojrzał w lustro. Widział w nim zmarłą żonę. Widział w nim Madeleine. Dopiero po chwili dostrzegł również dzieci: Millie bez tej przeklętej żałości w oczach, Alastora bez brzmienia klątwy, trzymającego w ramionach brzdąca, który bawił się odznaką aurora. Oto było utracone życie, które powinno być jego udziałem. Kobieta, którą poślubił, stojąca u jego boku. Była starsza niż pamiętał, ale oczy miała młodsze. Weselsze. Rumieńce, które różowiły jej policzki, były zdrowymi. W niczym nie przypominały gorączkowych wypieków, które trawiły jej ciało, gdy męczyła ją kolejna infekcja. Bezkrwistej bladości między tymi infekcjami. Jej uśmiech też był inny, niż pamiętał: mniej wymuszony, jak gdyby utrzymanie go nie wiązało się z wysiłkiem. Przez lata dałby tak wiele, żeby zobaczyć znów jej uśmiech, a jednak to, co teraz widział, sprawiało mu jedynie ból. Godnie wyprawił Madeleine na tamten świat, corocznie płacił nawet komuś, żeby czyścił nagrobek przed obchodami Samhain. Wszystko to i jeszcze więcej należne było jego żonie, a raczej, pomnikowi pamięci o jego żonie. Godność. Nawet jeżeli sam nie był na jej grobie od czasu pogrzebu. Nie potrzebował tego. Madeleine tego nie potrzebowała. Bo Madeleine tam nie było. Nigdy jej tam nie było. Było tylko jej wymęczone chorobą ciało, nie dusza. Co powiedziałaby, gdyby zobaczyła, że modli się nad kamieniem, który wybierał ponad godzinę w zakładzie pogrzebowym? Czy zaczęłaby snuć cichym głosem opowieści o Limbo, tak jak wtedy, gdy próbował nakłaniać ją, żeby spróbowali kolejnego niedorzecznego lekarstwa, chociaż wiedział, że miała już dość? Czy milczałaby, zawiedziona, że nie kocha jej wystarczająco, ażeby pozwolić jej nieśmiertelnej duszy odrodzić się na nowo? Że jego miłość jest tak samolubną, a wiara tak małą, że sprowadza ją do trawionego zgnilizną ciała, nie do ducha trwającego w jedności ze światem? Czy może zaśmiałaby się, gdyby zobaczyła, jak patrzy w ziemię. "Nie patrz w dół, Aaronie", powiedziałaby przekornie. "Spójrz w górę. Spójrz w niebo". Może i nie umiał podnieść się z żałoby po niej, ale nie zamierzał obrażać jej pamięci. Chociaż bolało go, że Maddie odeszła, ból nie był wystarczającym usprawiedliwieniem, żeby wzgardzić jej madrością. Bo była przecież mądrzejszą od niego: miała w sobie wewnętrzny spokój, tę przedziwną właściwość jasnowidzów, która czyniła ich wszystkich odległymi od ludzi, ale wrażliwymi na ludzkość jako taką. Czasem czuł się zazdrosny, że jest zbyt małym, żeby zapełnić wielkie serce Madeleine, ale taką ją przecież kochał: większą niż zdołał pojąć i nie jego. Bo jego żona nigdy tak do końca nie była jego. Dlaczego to lustro musiało mu o tym przypominać? Dlaczego wskrzeszało kobietę, która bardziej niż ktokolwiek zasługiwała na spokój? Może i chciał kiedyś takiego życia. Może i były takie momenty, kiedy żałował, że wszystko nie ułożyło się inaczej. A jednak zawsze dochodził do wniosku, że żałować, oznaczałoby unieważniać to, co przeżył. Co oboje przeżyli. A Aaron nie chciał unieważniać. Nie chciał znieważać pamięci żony nekromanckimi ciągotami. Nie chciał przywracać Madeleine do życia, gdy wiedział, że to wiązało się dla niej już niemal wyłącznie z cierpieniem. Nie chciał, żeby mu przypominano o tym, że przyczynił się do wydłużenia tego cierpienia, bo przyczynił się, chociaż ją kochał. Tak samo jak i ona kochała go wystarczająco, żeby się na to cierpienie godzić. "…Mówi pan, panie Moody, jak zakochany uczniak w Hogwarcie!" Aaron zmusił się do skinięcia głową, ale umknął przed spojrzeniem Lorien, starannie ważąc swoją reakcję. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo oboje często zachowywali pełną powagę, żartując, a jednak normalnie nie unikał jej wzroku. Napięcie pojawiło się sposobie, w jaki zaciskał gładko ogolone szczęki, gdy ostatni raz zerknął ponad jej ramieniem w stronę zaklętego lustra. — Nie wiedziałbym… Nie wiedziałbym, jak tacy mówią. — Aaron zmusił się do szybkiego, kurtuazyjnego uśmiechu, pozwalając, aby uspokoiła go bliskość kobiety, która zalała go nagle czułością. Nie powiedział nic ponad to, nie spojrzał już jednak więcej w stronę lustra. Dotyk dłoni Lorien na jego policzku: to wystarczyło, aby skupił na niej pełnię swej uwagi. Nie wiedział, czy to napomknienie Hogwartu, czy widok jej twarzy, odbitej w lustrze tuż obok twarzy jego dzieci, obok twarzy Madeleine, zmienionej przywilejem wieku, sprowokowało go do rozważań. Wiedział przecież, że nie pozwoliłby sobie na podobną szczerość będąc młodszym. Nie był nigdy wylewnym. Nie mówił ludziom, że mu na nich zależy. Dlaczego tak łatwo było więc mówić z Lorien? Czy miękł wraz z upływem czasu? Uważał, że wręcz przeciwnie. Z wiekiem stawał się coraz bardziej zgorzkniałym, ale i coraz chętniej dawał upust swojemu zgorzknieniu. Nie zawsze lubił tę wersję siebie, jaką przyszło mu się stać, ale wierzył, że była w tym pewna wolność: w możliwości powiedzenia, że mówi z pełną świadomością siebie. Świadomością, o której młodszy Aaron nawet nie umiałby marzyć. Nie lubił jednak myśleć o dzielącej ich różnicy wieku. Było w tym coś głęboko niekomfortowego, coś, co wolał od siebie odsuwać, dopóki nie przekroczyło granicy cielesności. Choć gdyby miał być z sobą w pełni szczerym… Nawet wtedy nie dokonał konfrontacji z myślą o tym, że Lorien bliższa jest wiekiem jego dzieciom, niż jemu samemu. Może dlatego, że była od nich tak różną. Dzieci były dziećmi, a Lorien była… Lorien. Aaron nie wiedział, co z tym fantem począć. Wstyd był dla niego nowym uczuciem, a jednak okłamywałby samego siebie, gdyby stwierdził, że jej nie chce, gdyby stwierdził, że żałuje. Bo nie żałował. Dojrzałość dała możliwość istnienia uczuciu, którego młodość prawdopodobnie nie byłaby zdolna przeżyć. Nie był jednak na tyle głupi, żeby nie wiedzieć, jak to będzie wyglądać z boku. Nie potrzebował do tego żadnego zaczarowanego lustra. Czarodzieje często kłamali na temat swojego wieku, bo wiek przydawał powagi: dodawali sobie lat, tak samo jak czarownice ich sobie ujmowały. Byli tak samo próżni, inne było tylko to, co pragnęli w swej próżności dojrzeć na dnie lustra. Siedemnaście lat, tyle ich dzieliło. A jednak Aaron Andrew Moody w żadnym z tych luster nie widział siebie z nastoletnią kokietką u boku. Widział Lorien. Tylko Lorien. Nie życzył sobie poczuć się młodszym przy młodszej kobiecie, a czuł wręcz coś na kształt obrzydzenia, że mógłby być o to posądzonym: nie podniecało go to, lecz obrzydzało, że ktoś projektowałby na niego takie fantazje. A co gorsza, że ktoś czyniłby obiektem własnego fetyszu kobietę stojącą obok niego. Gdy był z Lorien to wszystko było łatwe, bo z nią mógł czuć się tak po po prostu sobą. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie wydawało się to złym. Bycie sobą. Nie oznaczało to też powrotu do tego, jakim był, tylko życie dalej pomimo tego. Lustro nie przywracało mu świadomości chronologii, zmieniało jednak ciężar, jaki tej świadomości przypisywał. Było nadto coś jeszcze, coś, czego obawiał się znacznie bardziej niż osądu innych. Bo dla innych Lorien mogła być młodszą kobietą przy starszym mężczyźnie, a dla Aarona była kobietą, z którą… Mógłby żyć, pomyślał, gdy ujęła jego dłoń. Przywykł już do tej myśli, na początku tak nieoczekiwanej. Mógłby ułożyć sobie z nią życie. Ale życie z kimś prowokowało do zadania pytania najważniejszego: pytania o to, jak zamierzają wykorzystać czas, jaki przypadł im w udziale. Pruderia ustępowała wówczas miejsca czemuś dalece bardziej przejmującemu. Nie liczyło się już bowiem, ile mają lat, tylko to, ile mają lat do dyspozycji wspólnie. Aaron bał się zapytać o czas, a jednak nie mógł nie zapytać. Zrobił to nieumiejętnie, ale nie dało się przecież inaczej. Krążyli więc dalej dookoła tematu, dokładnie tak, jak krążyli ostatnie tygodnie wokół siebie: bliżej, i bliżej. Podczas gdy on prowadził ją poprzez labirynt luster, ona prowadziła go ścieżkami swych snów. Nie puścił jej ręki choćby na chwilę. Lustrzane miraże obserwował kątem oka wyłącznie, przysłuchując się opowieści o ciemnej twierdzy. O warowni Azkaban, gdzie zaległy cienie. Nawiedzała i jego sny, choć nigdy w taki sposób. Nie, sny Aarona były inne, a jednak pozwolił się uwieść snom Lorien, jej opowieści. Nie przerywał. Po prostu siedział obok, ciesząc się jej bliskością; odnajdując uciechę w czymś tak prostym, jak głowa Lorien wsparta o jego ramię. "Nie zestarzeję się z tobą", usłyszał. Przez chwilę miał ochotę się zaśmiać. Jakie to było głupie, martwić się o dzielącą ich różnicę lat, podczas gdy ona… Zawsze miała tych lat zbyt mało do dyspozycji. Bo jak długo żyły maledictusy? Nie ukrywała nigdy swojej przypadłości, ani przed nim, ani przed nikim innym. Nie dało się jednak zapomnieć o konsekwencjach ciążącej na niej klątwy. Aaron znał to uczucie aż nazbyt dobrze. Świadomość przedziwnej tymczasowości wszystkiego, która napawała większość ludzi dyskomfortem. Ale on nie potrafił żyć inaczej. Zawsze taki był. Nie śmierć Madeleine uczyniła go takim, choć to przy niej nabrał zwyczaju oglądania się przez ramię. Zbyt dużo zobaczył. Zbyt dużo przeżył. Aaron uważał, że auror powinien być świadomy własnej śmiertelności. Tego, że nie należy w pełni do siebie, ale do obowiązku. Nie znajdował niczego dziwnego w tym, że dawno już skreślił swój testament. Nie mógł być niezniszczalnym, ale mógł być gotowym. A jednak egzystencja jego nie była ograniczona określonymi ramami czasowymi. Dla Aarona śmierć była częścią ryzyka zawodowego, dla Lorien stanowiła natomiast część tożsamości. Gładził jej ramię w zamyśleniu, kreśląc palcami kółeczka na nagiej skórze. Spojrzenie utkwione miał w wielkim lustrze w zdobnej ramie, ustawionym naprzeciw ławeczki, na której przysiedli wcześniej, aby odpocząć. Wyglądało tak, jak gdyby miało być jedną z głównych atrakcji gabinetu Bletchleyów: specjalnie wyeksponowane zostało bowiem na środku pomieszczenia. W oczach Aarona niczym nie różniło się jednak od zwykłego lustra, odbijało bowiem ich dwoje — jego i Lorien — siedzących na ławce. Być może takie było zamierzenie właśnie twórców lustra. Zwieńczeniem miejsca pełnego dziwów miało być coś do bólu wręcz zwyczajnego. Być może gdyby przyjrzał się odbiciu na jego dnie uważniej, dostrzegłby, że nie jest ani trochę zwyczajnym: we włosach Lorien gościły bowiem siwe pasma, a na jego twarzy widać było więcej zmarszczek. Subtelne oznaki starzenia się umknęły jednak oczom mężczyzny, który w tym momencie nie zdawał sobie sprawy, że lustro miało pokazywać najgłębsze pragnienia jego serca… A może wiedział to aż nazbyt dobrze. W końcu zwrócił przecież bystre spojrzenie w stronę Lorien. — Myślę, że tobie przyda się bardziej niż mnie — powiedział, podając jej zwiniętą wcześniej mapę. — Nie chciałbym, żebyś się zgubiła, zanim cię znajdę. — A łatwo było przecież poczuć się zgubionym gdy wokół było ciemno i zimno. Przytrzymał jej drobną, poznaczoną bladymi blizenkami dłoń, pomagając jej rozłożyć zaczarowaną mapę na kolanach: lekko objął przy tym Lorien ramieniem, jak gdyby było to najbardziej naturalną rzeczą na świecie. — Nie znam się na sprawach tych, którzy obdarzeni są trzecim okiem. Zazdrościłem im niegdyś pewności. Nie możesz przecież zbłądzić, gdy wiesz, myślałem. Nie możesz się zgubić. Myliłem się, oczywiście. — Powiódł palcem wzdłuż plątaniny kresek, jakimi oznaczone zostały poszczególne środki transportu. Londyn rzeczywisty zredukowany do abstrakcyjnego systemu połączeń. — A jednak nici powiązań niewiele różnią się od linii, jakie wyrysowano na tej mapie. Od kolorowych oznaczeń linii metra. — Metro miało barwy czyste i jaskrawe, kolej, wyrysowana kreską ciężką i ciągłą, pozostawała monochromatyczną. Linie autobusowe były cieńsze, przerywane. Główne arterie komunikacyjne zaznaczono szerokimi smugami grafitu, a drogi mniej ważne cieniem ołówka. — Nie jest to wierne odwzorowanie ulic. To byłoby zbyt skomplikowane. Ale wątpię, żeby i nici były w stanie wiernie oddać uczucie jednym kolorem. Ludzie… Też bywają skomplikowani. — Cień uśmiechu przyczaił się w kącikach ust Aarona. — Można znać połączenie, a nie znać drogi. Można znać drogę, ale nie to, kim się stanie po jej przebyciu. I tak dalej. Patrz, jak kolory splatają się na mapie. Czasem biegną równolegle, jak gdyby konkurowały o tę samą część miasta. A czasem przecinają się ze sobą. Jedna linia przejmuje pasażerów drugiej. Najpierw jednak muszą się spotkać. — Aaron zwrócił spojrzenie w stronę Lorien. — Być może twoja makieta Azkabanu nigdy nie powstałaby, gdybym nie kleił w dzieciństwie modeli pociągów. Gdybym wprzódy nie śnił o pociągach, nie przyłożyłbym do niej ręki. Gdybyś nie śniła o Azkabanie… — Pokręcił nagle głową, jak gdyby nie chciał wnikać w te zawiłości. Nie szło przecież porównać rozkładu ich żyć tak jak rozkładu pociągów. — Może twój pociąg odjedzie wcześniej. W porządku. — Wszystko w jego głosie, w postawie i spojrzeniu sugerowało, że wcale nie jest to w porządku. Ale Aaron podjął już decyzję. — Odprowadzę cię na peron, jeżeli tylko zechcesz. Będę patrzył jak odjeżdzasz. A może pojadę z tobą? Może wsiądę w następny pociąg? Nie wiem. Wiem tylko, że spotkamy się kiedyś na ostatniej stacji. Ale nie nam dane decydować o rozkładzie, Lorien. — Zacisnął usta. — Dane nam decydować o tym tylko, jak spędzimy czas przed odjazdem. Ale… Ale jest takie miejsce, gdzie czas się zatrzymał. Miejsce, o którym śnię. — Zastukał nagle palcem w mapę, w miejsce, w którym zbiegało się większość połączeń: w obrys stacji kolejowej St Pancras, położonej tuż naprzeciw stacji King’s Cross. — St Pancras. Być może właśnie przez St Pancras zawsze wracałem do Camden. Pamiętam jej młodość, czasy, kiedy była największą stacją w Londynie. Lubiłem to miejsce, bo nie wyglądało jak stacja kolejowa, lecz jak jakiś gotycki pałacyk, przypadkiem zbudowany nad torami. Czerwone cegły, kamień, wieżyczki, ostre łuki. Ogromny zegar, pinakle i strzelista iglica. Ale wystarczyło wejść do środka, aby wiktoriańską tradycję zastąpił postęp rewolucji. Gigantyczny łuk konstrukcyjny wisiał nad torami: monstrum o żeliwnych żebrach pokrytych przeszkleniem. Można było dzięki nim zajrzeć do środka, obejrzeć jego mechaniczne trzewia. Buchała z nich para. Wszystko wydawało się tak przerażająco żywym. Syczące zawory. Metaliczny stukot toczącej się po torach lokomotywy. Zapach węgla i smaru. A wszędzie wokół ludzie, zdający się tak małymi wobec potęgi tego miejsca. Tak wygląda przyszłość, pomyślałem, wpatrując się w wielki zegar u szczytu sklepienia. Przy otwarciu St Pancras opisywano go jako największy zegar na dworcu kolejowym w Anglii — Uśmiechnął się, może lekko kpiąco, ale też i z dziwną czułością, która nie pozwalała mu wstydzić się sentymentu, z jakim się właśnie zdradził przed Lorien. — A teraz… Ten sam budynek, który kiedyś wydał się symbolem przyszłości, jest starą, niewygodną konstrukcją — powiedział cicho. — Dach, w który wpatrywałem się z zachwytem, próbując dociec, jak zdolny jest utrzymać swój ciężar, został uszkodzony podczas wojny. Wnętrze jest brudne, zużyte. Niegdyś potężne St Pancras cudem uniknęło rozbiórki w szęśćdziesiątym siódmym. A zegar… Zegar zniknął jeszcze wcześniej. Podobno uległ uszkodzeniu podczas planowanych prac modernizacyjnych. Nigdy go nie naprawiono. Odetchnął głęboko. — W moich snach zegar wciąż tam jest — wyznał. — Zegar wciąż tam jest, ale czas stanął w miejscu. Budzę się więc na stacji St Pancras. Idę dworcem. Podnoszę głowę, żeby sprawdzić godzinę. Wskazówki nie poruszają się, dopóki nie wsiądę do jednego z pociągów na stacji. Wspomnienia ciągnięte przez lokomotywy jadące do tyłu. Widzę je przez okna. Przyglądam się im, czekając na mój pociąg, tak jak gdybym przyglądał się ludziom na peronie. Pożegnania. Powroty. Myślę sobie, że ludzkie życie niczym nie różni się od dworca kolejowego. Widzisz, mam czas na takie rozmyślania, bo wciąż czekam na mój pociąg. Ten, który przyjedzie dopiero wtedy, gdy ruszą wskazówki zegara. Ten, który pojedzie w inną stronę niż wszystkie. — Uśmiechnął się znowu Aaron. — Chcę zobaczyć, co jest dalej. Pogładził ją uspokajająco po ramieniu, na powrót podnosząc wzrok na stojące przed nimi lustro, w którym wciąż odbijali się oboje… Tylko że tym razem siedzieli we wnętrzu pociągu. Jak gdyby od niechcenia pocałował Lorien w czoło. — Znajdę cię, ale musisz zaczekać na mój pociąg. RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - Lorien Mulciber - 12.10.2026 Drgnęła nieznacznie, gdy uciekł od niej spojrzeniem. Co takiego Aaron Moody zobaczył w przeklętym lustrze? Kogo zobaczył? Było w jego reakcji coś irracjonalnie irytującego - nieuważne skinięcie głowy, zaciśnięcie zębów, ten sam uśmiech, którym zwykle raczył obdarzać sekretarkę Biura Aurorów, gdy chwaliła jego krawat. Twarz człowieka, który swojej twarzy nie chciał pokazywać wcale. Zmarszczyła brwi. Złagodniał pod jej dotykiem ale… to nie wystarczyło. Dziwne kłucie w sercu pani Mulciber zagnieździło się na dobre, a ona ku własnemu niezadowoleniu nie potrafiła znaleźć dla niego żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Widziała gdzie po raz ostatni ucieka jego spojrzenie. - Nie wiedziałbym… Nie wiedziałbym, jak tacy mówią. Zrozumiała, że posunęła się za daleko. Nie do końca była jednak pewna w którym miejscu. Żart o zakochanym uczniu wydał jej się niewinnym, gdy go wypowiedziała. Może jednak chodziło o nagły pokaz czułości? Ale nie przecież nie uciekł, nie odsunął się. Może o wspomnienie Amortencji? Przecież ona nigdy… nie jego. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że Aaron też miał kiedyś te siedemnaście lat. On też kiedyś kończył Hogwart, opuszczał szkolne mury z całą tą młodzieńczą werwą, pragnieniami i ambicją; gotowy zmieniać świat. Czy to właśnie odbijało lustro, które jej pokazało Donalda? Czy tym było Aaronowe zwycięstwo? Chłopcem, który zakochał się w dziewczynie w szkolnych szatach, nie mając pojęcia jak szybko będzie wybierał kamień na jej grób? Dziewczynę, która da mu syna, z którego będzie mógł być dumny przez kolejne lata? Rodziną? Nie znała Madeleine inaczej jak z tego jednego zdjęcia, które Moody uparcie trzymał na swoim biurku w Biurze. Po prawdzie wcale nie chciała jej znać. Nie wiedziała czy była jedną z tą dziewcząt, za którą oglądali się chłopcy, której odsuwano krzesło w klasie i noszono jej książki. Czy może raczej była typem wkurzającej kujonicy z pierwszej ławki. Pewnie była Gryfonką. Albo Puchonką. Pewnie była miła, roztropna, może trochę uparta. Na pewno wszystkich lubiła, a wszyscy lubili ją. Znała takie jak ona. Materiały na średniej klasy gospodynie domowe, co w prezencie ślubnym dostawały przepiśnik po prababci i walizkę ze sztućcami; wyciągały je zawsze na świąteczne kolacje. Pierwsza cholerna młodzieńcza i najprawdziwsza miłość. Znów miała szesnaście lat. Leżała na miękkim kocu pośród kwiatów, którymi porastały szkolne błonia. Był czerwiec, kwitły nasturcje i jaskry, a słońce grzało na tyle przyjemnie, że nie widziała powodu, by zawracać sobie głowę nadchodzącymi egzaminami. Hati siedział obok pochylony nad podręcznikiem do mugoloznawstwa. Wkuwał kolejne formułki jak jakiś nerd. Ona natomiast grała w swoją ulubioną grę pt. “A kochałbyś mnie gdybym…” - A kochałbyś mnie, gdybym była duchem jak Jęcząca Marta? - Tak. - A gdybym była wampirem ale takim z bardzo słabymi zębami i musiałbyś mi robić codziennie krwawą mary? - Też. - A gdybym była wilkołakiem? A takim z kręconą sierścią jak u pudla? - Bardziej niż teraz. - Ej!- Poderwała się do półsiadu. Wydęła usteczka w grymasie ogromnej urazy i niezadowolenia. W jej poczuciu, wyjątkowo uzasadnione. Znów gadał jakieś farmazony i próbował się z nią droczyć. A przecież pytała całkiem poważnie. - Jakbyś była wilkołakiem, ożeniłbym się z tobą natychmiast i mielibyśmy całe stadko szczeniaków. Co najmniej siedem, żeby mieć drużynę quidditcha. Albo mugolskiej piłki nożnej. Pokazał jej rozdział, który czytał - kultura i sporty mugolskie. Przewróciła oczami, szybko zabierając mu z rąk podręcznik. - Byłbyś absolutnie ostatnim wilkołakiem za którego bym wyszła! Ostatnim w całej Anglii! Albo i w Europie.- Ani myślała oddać książki, którą przytuliła do siebie niczym zdobycz wojenną.- Albo urodziłabym dziewczynki i tyle byłoby po twojej drużynie. - Wcale bym nie pytał. Ożenię się z tobą i tak, Loricina. Pokręciła głową, padając z powrotem plecami na koc. Nie pamiętała już, co odpowiedziałaby mu wtedy, gdyby naprawdę nalegał. Ale przecież przez moment wierzyła, że mogliby być razem. Może i siódemka dzieci nie wchodziła w rachubę, ale… - Ożenisz się, a ja umrę i będzie Ci przykro, mio caro. A potem ożenisz się z jakąś inną… A gdybyś się ożenił po raz kolejny, pochowaliby Cię przy tej nowej czy przy mnie? - Rzuciła z rozbawieniem, jakby pytała o listę gości na to ich wielkie wesele. Miała szesnaście lat. Śmierć miała nadejść nie wcześniej niż za dwie dekady. Nie pamiętała odpowiedzi Hati’ego. Chyba powiedział coś o tym, że będzie miał kilka żon, każda piękniejsza od kolejnej, ale nigdy już nie znajdzie szczęścia. I chyba uznała tą odpowiedź za wyjątkowo satysfakcjonującą, bo nawet pomogła mu zrobić ściągi. Wiedziała przy kim pochowają Aarona Moody’ego. Umrze jak każdy jeden przed nim w służbie umiłowanej Ojczyzny, a dzieci postawią mu kamień nagrobny przy jedynej kobiecie, która miała prawo na niego czekać. Przy Madeleine. Ona… Ona miała już swój pomnik, swoje miejsce na cmentarzu, porośnięte bluszczem i wrzoścem, w cieniu starej wierzby. Wiedziała na kogo czeka grób obok. Kto na jej skinienie wypije truciznę, otumaniony eliksirami i zaklęciami; kto pójdzie za nią, gdy przyjdzie pora nie zadając żadnych pytań. Pani na Mulciber Manor. Nie było przed tym ucieczki. Nigdy nie było innego zakończenia. Musiała wygrać, nawet jeśli wygrana smakowała wyjątkowo gorzko. Donald mógł obudzić się w każdej chwili - otworzyć oczy, zawołać za nią, wyciągnąć do niej rękę. A ona by ją przyjęła. Podałaby mu szklankę wody. W powietrzu unosiłby się ciężki zapach dymu papierosowego, choć nikt nie śmiał palić w Lecznicy Dusz. I tylko wątły zapach taniej wody kolońskiej Moody’ego drażniłby jej zmysły. Wróciliby do swoich powinności i zmarłych, tak jak powinno być. Na razie jednak siedzieli tutaj, razem. W opustoszałym gabinecie przedziwnych luster, do którego w tak okropną pogodę nie zaglądał nawet pies z kulawą nogą. Poczuła jak Aaron mocniej ściska jej dłoń. Nie zauważyła, kiedy skończyła swoją opowieść o snach. Nie miała prawa oczekiwać nic więcej. On nie miał prawa czekać na jej deklaracje. Nie zamierzała go jednak obarczać swoją zazdrością o lustrzane odbicia. Mogła zapytać. Taka już była natura sędzi - pytać. Pewnie by jej odpowiedział, jak to mieli w zwyczaju aurorzy. Po prostu zamilkła. Odwróciła wzrok od ozdobnego lustra prawdziwych pragnień dopiero, gdy wcisnął w jej dłonie zwiniętą mapę. Przyjęła ją, nie rozumiejąc z początku znaczenia prezentu. Przecież znała Londyn. Urodziła się w nim. Wychowała. Pewnie tu umrze. - Nie chciałbym, żebyś się zgubiła, zanim Cię znajdę. Nie próbowała się nawet uśmiechać w odpowiedzi. Jak mogłaby się zgubić we własnych wspomnieniach? Wpatrywała się uważnie w mapę miasta, które znała przecież od tak dawna. Londyn rozpościerał się przed nią w całej swej postindustrialnej okazałości, utkany niczym miejsca pajęcza sieć z arterii, zaułków i placów; z Tamizą przecinającą go na wskroś - rzeką tak skażoną, że zaledwie piętnaście lat wcześniej nazwano ją “biologicznie martwą”. Zabawne. Mugole potrafili swoją nierozwagą, głupotą i chciwością zabić nawet to. Miasto jej narodzin. Miasto, w którym przyszło jej budzić się i pracować. Miasto tak obce. Gdy spoglądała na sieć linii metra, miejskich autobusów i kolei, odniosła nieprzyjemne wrażenie, że zna je tylko i wyłącznie z nazwy. Nigdy nie kwestionowała faktu, że mieszkają pośród mugolskich ulic, skryci przed wzrokiem postronnych tarczą ochronną z pradawnych zaklęć i zabezpieczeń. Nie napawało jej to wielkim wstydem, nie zaciągała ciężkich zasłon, nie czuła obrzydzenia, gdy mugolskie dzieci biegały po chodniku bawiąc się w policjantów i złodziei. Przecież serce magicznej społeczności, ich Ministerstwo Magii rozpościerało się pod tymi samymi, brukowanymi ulicami; W tych dzielnicach Lestrange’owie mieli swój przepiękny ogród; tu rezydowali Nottowie i Blackowie. To tutaj było Clerkenwell. I choć żadne z tych miejsc nie należało do mugolskiej, brytyjskiej stolicy, która rozrastała się niczym pleśń, każde jedno musiało nauczyć się z nią koegzystować - w wiecznym ukryciu, w błogiej niewiedzy. Chyba nigdy nie podróżowała londyńskim metrem. Ba, w samych podziemiach była zaledwie raz - niemal na samym początku swojej kariery, gdy miała okazję przyglądać się pieczętowaniu miejsca wyjątkowo brutalnego morderstwa na pewnego czarownicy mugolskiego urodzenia. Nie pamiętała nawet jej nazwiska. Szczerze powiedziawszy, twarzy też nie pamiętała. Samochody? Te mogła co najwyżej obserwować zaintrygowana i oceniać, jak to kobieta, po kolorze. A te nieszczęsne autobusy? Coś zdecydowanie poniżej jej godności. Nie dyskryminowała - nawet Błędny Rycerz pozostawał dla niej dziwną osobliwością. Nie dlatego, że nie miała sposobności nim podróżować. Wręcz przeciwnie - od urodzenia dysponowała środkami, by dotrzeć niemal wszędzie, a gdy droga okazywała się choć odrobinę niewygodna, wystarczyło zażądać, by ktoś znalazł lepszą. Poczuła uścisk w żołądku, jak dziecko, które wstydzi się po raz pierwszy w swoim życiu. Żyła w Londynie, ale nigdy nie próbowała go poznać choć odrobinę. Musiał spłonąć, by po raz pierwszy pomyślała o nim jak o własnym domu. Sycylia wkradła się w jej myśli jak cichy oddech zapomnianego kochanka. Tamtejsze słońce pamiętała inaczej. Było ciężkie, złote, rozlewało się na skórze. Niebo miało barwę, której nie potrafiła otworzyć nawet w pamięci bez poczucia, że coś istotnego jej umyka. Do sycylijskich ulic przywiązana była sentymentem, którego nie szło tłumaczyć pochodzeniem. Na Sycylii była jej rodzina. Jej prawdziwa rodzina. Byli rodzice, dziadkowie, kuzynostwo - włoska odnoga rodu Prewett ze swoimi radościami i problemami, które nie obejmowały żadnej wojny, bo (jak wyjaśniła stryjeczna nonna Prewett, która przeżyła już trzy pokolenia mężczyzn o wątpliwej moralności, dwóch mężów i próbę otrucia) żaden Voldemario czy inny Afroangielski Lord (“Czarny Pan” poprawił grzecznie Philip Crouch za co nie dostał dokładki ciasta) nie był powodem nie był powodem, dla którego należałoby zaniedbywać rodzinne interesy, albo - o madonna santa! - zrezygnować z sjesty. Włoscy Prewettowie mieli swoje zmartwienia. Ktoś pokłócił się z kimś o pieniądze. Maria oświadczyła mężowi, że się z nim rozwodzi, bo kupił kochance willę w ładniejszej części wybrzeża i udobruchała ją dopiero nowa winnica. Jej ulubiony kuzyn - Andreas - wyemigrował przed laty do Szwajcarii, dziś handlował ze Związkiem Radzieckim gazem i poślubił (jak to lubił mówić wuj Arturo) “cyniczną córę Zurychu”, niemagicznie urodzoną Raszidę, jedną z sześciu sióstr, które pewnej nocy uciekły ze Stambułu i ułożyły sobie nowe życie w szwajcarskiej stolicy. Ponoć jak wuj dostał zdjęcia synowej, porwał go szał, włosy z głowy rwał. A potem urodziła mu się wnuczka i wreszcie zaakceptował synowską mugolofilię. W tym wszystkim sprawy Anglii i jej małej wojenki domowej wydawały się irracjonalne i dziecinne. - Nie żałuj tych, którzy widzą więcej Aaronie. Nie zazdrość im.- Powiedziała cicho, może nawet ciszej niż planowała.- Nie należą oni do naszego świata, nie podlegają jego prawom. Czasem ciężko rozpoznać czy równi są dzieciom czy Prorokom. Nie patrzyła na niego, ale nie patrzyła też na ofiarowaną mapę. Opuściła głowę, uparcie wpatrując się w posadzkę. Nie chciała, żeby widział, że ma trudność z opanowaniem łez. Oparła z powrotem głowę o jego ramię, odruchowo ocierając oczy wierzchem dłoni. - Nie wiem jaki kolor mogłyby mieć nasze nici, ale…- Nie dokończyła. Głos utknął jej w gardle. Pozwoliła mu więc opowiadać o metrze i pociągach. O zamiłowaniu do modeli. O swojej makiecie Azkabanu. Chyba mu za nią nigdy nie podziękowała. Chyba tych podziękowań w ogóle od niej nie oczekiwał. - Może twój pociąg odjedzie wcześniej. Nie wiedział, że modliła się o to całe życie. Być może modły te były samolubne i okrutne, ale nie potrafiła znaleźć w sobie dość szlachetności, by pragnąć czegokolwiek innego. Nie miała dość sił by oglądać śmierć bliskich. Nie chciała patrzeć jak gasną i odchodzą ludzie, których ukochała. Jeśli miała odejść, wolała to zrobić tak jak było jej obiecane, pod ptasią formą, która nie znała cierpień serca. Jeśli Aaron zaś odejdzie pierwszy… pożegna go z godnością i honorami na jakie zasługiwał auror. Ale czuła, że jego jednego nie zdoła zapomnieć. A potem zaczął jej opowiadać o dworcu St. Pancras; o jego strzelistych łukach, gotyckiej fasadzie i żelaznej konstrukcji, na którą nigdy w życiu nie zwróciłaby uwagi. O relikcie przeszłości. O miejscu zaklętym w czasie. Słuchała go uważnie, próbując wyobrazić sobie to wszystko rozrysowane na mapie. Czy w jego snach dworzec był równie piękny jak za czasów dziecięcych wspomnień? Czy rzeczywiście rozbrzmiewał gwizdkiem lokomotyw? Kluczył po dworcu samotnie; równie samotnie co ona snuła się ciemnymi korytarzami swojego więzienia. Czym różnił się taki peron od Azkabanu? Niczym. Wszystkim. Odchyliła lekko głowę, łapiąc go w krótkim pocałunku. Może niebawem skończy się ichniejsze “tu i teraz”. Ale na razie trwało. Byli tu, wciąż jeszcze żywi w obliczu wszechogarniającej śmierci. - Gdy wysiądziesz szukaj dziewczyny w zielonej sukience. W tej twojej ulubionej.- Nie odsuwała się jeszcze przez krótką chwilę, ciesząc się smakiem jego ust i… chyba tych cukierków, które spałaszował przed chwilą. Nie obiecywała, że będzie czekać, przy dworcowym stoliku z krzyżówką w dłoniach i filiżanką mocnej, parującej kawy. Były obietnice, których nie należało składać. Ale może ten jeden raz spotkają się za zamkniętymi drzwiami jednego z pokoi na wyspie pośród pogrążonego w ciszy Morza Północnego. Może raz jeden ten pokój będzie przypominał dworcową poczekalnię. Może choć przez moment nie będą tak straszliwie samotni w obliczu nieskończoności. Splotła ich palce razem. - Przejdźmy się tam. Na St. Pancras.- Zadecydowała nagle. Nie czekała na odpowiedź, na jakże rozważne stwierdzenia, że dworzec jest z pewnością niedostępny i należałoby się tam zakraść. Jak jacyś przestępcy albo włamywacze. - Na pewno przestało już padać. Poza tym, ktoś musi pana, panie Moody odprowadzić bezpiecznie do domu. I może dać się zaprosić na herbatę… Spojrzała jeszcze raz w lustro. Nie widziała w odbiciu ptasich szponów, które boleśnie wbijały się w jej ramiona, brudząc sukienkę krwią. Koniec sesji
|