05.07.2026, 00:50 ✶
Bromley, gabinet luster Bletchleyów
Sundridge Park był jedną z najbardziej malowniczych części Bromley, którego okolice bardziej przywodziły na myśl głębię angielskiej prowincji, aniżeli typową podmiejską dzielnicę. Szerokie, wysadzane drzewami aleje ciągnęły się wzdłuż bogatych posiadłości ziemskich, otoczonych rozległymi ogrodami. Korony rosnących wokoło buków i dębów przybierały odcienie złota, miedzi i czerwieni. Spokojna była to dzielnica, ziemiańska niemal w swoim cichym uroku. Sprawiała wrażenie odciętej od zgiełku centrum, do którego Aaron był przecież nawykłym. Nie słychać było świstu przejeżdżających aut. Nikt nie pokrzykiwał na ulicy. Jedynie żwir chrzęścił pod ich stopami, gdy spacerowali z Lorien wolnym krokiem, rozpamiętując fabułę filmu, którego projekcję dzisiaj obejrzeli. Wydawałoby się, że nic nie jest w stanie przerwać tej idylli. Nic poza angielską pogodą. Deszczu tutaj należało się spodziewać zawsze, nawet wbrew prognozie, która obiecywała dzień pogodny, choć nieco chmurny.
Zgarnął Lorien blisko siebie, nakrywając oboje kurtką, na którą nałożył niegdyś zaklęcie wodoodporne. Załaskotały go jej loki, ciężkie od unoszącej się w powietrzu wilgoci. Gdy biegli w strugach deszczu w stronę zabudowań, przytrzymał ją chwilę nad ziemią, żeby nie wpadła w kałużę. Wymamrotał wtedy do jej włosów, że to wszystko wina tych oszołomów z kowenu Whitecroft manipulujących pogodą.
Wpadli do gabinetu luster Bletchleyów tylko dlatego, że był blisko. Moody osobiście wolałby jednak, żeby była to restauracja, bo po biegu w strugach deszczu najzwyczajniej w świecie zgłodniał. Może dlatego jego wzrok od razu powędrował w stronę misy ze słodyczami dla odwiedzających stojącej w głębi foyer, tuż obok długiego rzędu zwierciadeł. Od razu wypatrzył, że niektóre cukierki były w brązowych papierkach, to może akurat te kawowe, które lubiła Lorien… Ale ona pewnie zje jednego, a on pokrzepi się resztą w oczekiwaniu na obiad, pomyślał, zmusiwszy się, żeby oderwać wzrok od kobiety poprawiającej szminkę przy lustrze nieco na uboczu. Niemal pożałował, że nie dał jej powodu, żeby rzeczywiście musiała tę szminkę poprawiać. Okrył kurtką ramiona Lorien, jak gdyby samym tym gestem chciał upewnić ją, że nie odchodzi daleko.
Co najwyżej na odległość miski ze słodyczami.
Sięgnął do niej łapą, biorąc garść łakoci. Nie wydawał się tym w żaden sposób skrępowany — jeżeli dają za darmo, to tylko głupi by nie wziął! — przynajmniej dopóki nie spojrzał w lustro.
— No proszę — mruknął pod nosem, przypatrując się swemu zniekształconemu odbiciu we wnętrzu luster… Początkowo wydających się pozbawionymi magicznych właściwości. Tafla największego z nich musiała być jednak w jakiś sposób zakrzywiona, rozciągała bowiem obraz na boki. Tak oto w lustrze pojawiły się najpierw bardzo szerokie męskie bary, na których tkwił bardzo szeroki łeb. Moody zawsze poruszał się tak, jak gdyby był gotów do wyważenia gołymi rękoma każdych drzwi napotkanych na swej drodze: najpierw szły więc ramiona, dopiero potem wszystko inne. Była w tym przedziwna gracja człowieka, który wyczuć umie słabe punkty przeciwnika z zabójczą wręcz skutecznością; pewność siebie kota na łowach, czekającego, aż nadarzy się właściwa okazja, aby zaatakować.
Elegancję odebrał jednak mężczyźnie bardzo szeroki bebech, którego odbicie w lustrze zdominowało wszystko inne. A więc tak Bletchleyowie radzili sobie z łakomczuchami, pomyślał Moody, zarechotawszy głupio. Takiego wała. Wziął jeszcze garść cukierków, ku swojej wielkiej uciesze obserwując, jak powoli przestaje się mieścić w ramie lustra. Jeżeli wszystko to było cwaną strategią, mającą na celu zniechęcenie chciwusów do zbyt szybkiego opróżniania misy z cukierkami… Widać nie byli przygotowani na taki pokaz zachłanności.
— Temu tutaj to się chyba trochę aż za dobrze powodzi — stwierdził prześmiewczo, pokazując na swoje odbicie. Wyglądał jak gdyby pożarł zawartość ministerialnej stołówki, a potem jeszcze pudełko ulubionych pączków Bonesa na dokładkę. Poklepał się lekko po brzuchu, spodziewając się usłyszeć odgłos wojennych bębnów: bebech odbijający w lustrze był zaiste potężnym. — Zobacz — rzucił rozbawiony w stronę Lorien. — Wyglądam jak niemiecki czołg.
Gdy tylko odstąpił od lustra, misa magicznie napełniła się na nowo, chociaż Aaron opróżnił ją niemal do połowy. Przystanął z boku, wyciągnąwszy w stronę Lorien ręce, w których miał pełno cukierków. Jednego już mamlał w gębie, z miną lekko zdegustowaną, acz godną. Trudno było powiedzieć, czy obraca na języku karmelka, czy kapsułkę z cyjankiem: taką samą jak ta, w którą wyposażył się agent mugolskich służb specjalnych z obejrzanego dziś filmu. Fabuła była taka z gatunku "zabili go i uciekł", ale film nawet mu się podobał. Spodziewał się, co prawda, większej ilości scen akcji, ale w ciągu pierwszych dziesięciu minut agent wyszedł cały i zdrów z samobójczej misji… Tylko po to, aby skupić się na romansie z agentką wrogiego wywiadu.
"Wysoce nieprofesjonalne zachowanie", szepnął na ucho Lorien, która wbiła wtedy paznokcie w jego rękę, niezadowolona, że rozprasza ją w trakcie seansu.
Szkoda, że w ciemnościach panujących na sali kinowej nie mógł zobaczyć, czy się zarumieniła. Róż rozlewający się na jej policzkach był czymś wyjątkowym. Przywodził wciąż jeszcze świeże wspomnienie przyspieszonego oddechu, lekko zamglonych oczu i wspólnego dywagowania na temat koloru, na jaki powinien odmalować sypialnię, gdy leżeli razem w jego łóżku. Stanęło na zielonym. Taki sam kolor papierka miał cukierek, którego wpakował do buzi Aaron.
— Obrzydliwy — poinformował teraz Lorien, przerywając na chwilę rozgryzanie cukierka po to tylko, żeby wydać swój wyrok. Nigdy nie przepadał za smakiem lukrecji. Sąd był bezwzględnym, tym bardziej, że Aaron nie był człowiekiem szczególnie wybrednym: aby skrytykował jakiś smak, ten musiał naprawdę silnie podrażnić jego podniebienie. Cukierek okazał się zatem niemożebnie wręcz niedobrym. Próżno było jednak szukać śladów obrzydzenia na twarzy mężczyzny, na którą szybko wrócił ów charakterystyczny dla Aarona wyraz śmiertelnej powagi. Cukierka mimo wszystko nie wypluł, tylko skruszył głośno pod zębami, aż zachrupało, rozglądając się jednocześnie po pomieszczeniu ponad ramieniem Lorien. Pokazał skinieniem głowy w stronę wejścia do gabinetu luster, gdzie na odwiedzających miały czekać zdecydowanie bardziej imponujące iluzje.
— Propozycja. — Aaron przechylił lekko głowę, śledząc uważnie reakcję Lorien. — Zjedzmy obiad na mieście. Pytanie. Czy spróbować znaleźć coś w deszczu, czy chcesz przeczekać słotę tutaj? — Nawet jego flirt układał się w formę służbowego raportu. Sam Aaron wydawał się jednak w pełni swobodnym, jak gdyby była to najnaturalniejszą rzeczą na świecie, tak jak i to, że sięgał już do kieszeni zwieszającej się z jej ramion kurtki po portfel. Trzymał tam zaklętą mapę Londynu, wymiętoloną przez lata intensywnego użytkowania. — Możemy najpierw obejrzeć gabinet luster, jeżeli chcesz, nie mam preferencji. Chociaż trochę się boję, że gdy otoczy nas zewsząd twoje odbicie, rzeczywistość za bardzo zacznie przypominać moje sny. Dziwnie jest, gdy granica między jednym a drugim zaciera się z dnia na dzień coraz bardziej.
Aaron był z natury bezpośredni, ale nie aż tak bezpośredni. Może dlatego zamilkł na chwilę, zmarszczywszy brwi… Udając, że szuka na mapie jakiejś dobrej restauracji w pobliżu. Nagle papier, który studiował niezliczoną ilość razy, wydał mu się najbardziej fascynującą rzeczą na całym świecie. Jak gdyby nigdy nic wsadził nos w mapę, udając, że właśnie nie palnął na głos najgłupszej, kurwa, rzeczy, jaką można było palnąć.
— Śniłaś mi się — mruknął, sfrustrowany, próbując wybrnąć.
Mógł skorzystać z prawa do zachowania milczenia, a zamiast tego pogrążał się coraz głębiej z każdym wypowiadanym słowem. Taki stary a taki głupi.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name
Spoiler