![]() |
|
[24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=6185) |
[24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 05.07.2026 Droga do domu minęła już znacznie spokojniej, nikt za nami nie szedł, nikt nie stał po drugiej stronie ulicy, nikt nie obserwował domu z cienia. Deszcz wciąż padał, jednostajnie bębniąc o dachy mijanych przez nas budynków, bruk chodników i asfaltowe, wyludnione ulice, ale nie miałem już wrażenia, że musieliśmy co kilka kroków oglądać się przez ramię. Najwyraźniej rzeczywiście cały dzisiejszy limit niespodzianek został wyczerpany, i to z naprawdę dużym zapasem. Mokry płaszcz ciążył mi na ramionach, z rękawów kapała woda, a zimno zaczynało wreszcie przebijać się przez materiał ubrań, lecz w gruncie rzeczy czułem się całkiem spokojny. Dotarliśmy pod drzwi naszego domu szybciej, niż się spodziewałem, a kiedy znaleźliśmy się przed bramką, odruchowo obejrzałem jeszcze ulicę za naszymi plecami, nie dostrzegłem nikogo podejrzanego, otaczały nas jedynie podmiejskie domy z pozapalanymi światłami i zaciągniętymi zasłonami, poruszające się na wietrze gałęzie i światło latarni rozlewające się po kałużach. Dopiero wtedy wsunąłem dłoń do kieszeni, wyciągnąłem klucze, przez moment obracając je między palcami, zanim wsunąłem właściwy do zamka. Przez chwilę mocowałem się z mechanizmem, mrucząc pod nosem coś niezrozumiałego, aż w końcu usłyszałem znajomy klik. Pchnąłem drzwi ramieniem i odsunąłem się od razu na bok, przepuszczając Prudence przodem, tak jak za każdym razem, gdy wchodziśmy gdzieś razem. Ciepło uderzyło we mnie natychmiast po przekroczeniu progu, dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak głośny był deszcz na zewnątrz, wewnątrz bowiem zastała nas kojąca cisza. W środku pachniało drewnem, starymi książkami i czymś znajomym - czymś, co od kilku tygodni zacząłem po prostu kojarzyć z domem, będącym nadal pewną abstrakcją, jednak realną i upragnioną. Zamknąłem za nami drzwi, dopychając je do futryny nieco dokładniej niż zwykle, przekręciłem zamek, a potem jeszcze machinalnie sprawdziłem go drugi raz. Nie wynikało to z przesadnej ostrożności, po prostu w ostatnich dniach nabrałem kilku nowych nawyków do i tak długiej listy tego, co robiłem na co dzień, by czuć się swobodnie w przestrzeni, którą zajmowałem… Ściągnąłem z ramion przemoczony płaszcz, z którego natychmiast zaczęła kapać woda na podłogę, odwiesiłem go na wieszak i strząsnąłem z włosów kilka kolejnych kropel. Skrzywiłem się, widząc niewielką kałużę pod własnymi butami. - Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze chwila i będziemy mogli hodowaś błotolyje w pszedpokoju. - Mruknąłem pod nosem, zdejmując przemoknięte buty i dochodząc do wniosku, że brytyjska jesień już zaczęła dawać mi się we znaki, chociaż dopiero się zaczęła. Czym innym była wysoka wilgotność i deszcze w miejscach, w których na ogół było ciepło i świeciło słońce, czym innym natomiast swojska, ojczysta pizgawica. Przeciągnąłem dłonią po karku i westchnąłem z wyraźną ulgą, po czym jeszcze przeczesałem palcami wilgotne włosy, przywracając im mniej przylizany wygląd. Dopiero teraz mogłem uczciwie przyznać, że miejsce, w które mnie trafiła, nie przestało pulsować przy każdym kroku - może rzeczywiście powinienem przejmować się tym fioletem, którym mi groziła - nadal o sobie przypominało, ale przynajmniej już nie w sposób, który odbierał człowiekowi godność, więc zamiast narzekać, uznałem to za małe zwycięstwo. W domu wszystko wydawało się od razu prostsze, był wypełniony tym spokojem, który człowiek zaczynał naprawdę doceniać dopiero wtedy, gdy przez kilka dni z rzędu ktoś próbował mu go odebrać. Nie było zimnego wiatru, nie było ciemnych uliczek ani powodów, żeby oglądać się przez ramię, byliśmy tylko my i kilka godzin spokoju, które zamierzałem wykorzystać znacznie lepiej niż czas przeznaczony na cały dzisiejszy plan eskortowania mojej własnej żony w „bezpieczny, heh, sposób”. RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 05.07.2026 Wcale nie dziwiło jej, że droga do domu przebiegła całkiem spokojnie, w taką pogodę mało kto wybierał szlajanie się po mieście, bez względu na to jak złych zamiarów by nie miał. Aura nie zachęcała do wyściubiania nosa poza ściany mieszkania. Deszcz nie przestawał padać, miała wrażenie, że z każdą minutą krople wody które na nich spadały były coraz bardziej gęste. Jesień w pełnej krasie. Dotarli pod ich dom, nie umknęło jej to, że Benjy jeszcze rozejrzał się za nimi jak to miał w zwyczaju, pokręciła tylko głową do siebie, pewnych nawyków nie dało się zmienić, w sumie to było całkiem urocze, że aż tak dbał o ich bezpieczeństwo. Wokół było cicho i pusto, w sumie nie, aż tak cicho, bo krople deszczu całkiem intensywnie uderzały o chodniki i ulicę, ale chyba nawet duchy nie zamierzały niepokoić nikogo swoją obecnością. Światła latarni ledwie przebijały się przez ten gęsty deszcz. Prue poprawiła swój kaptur, końcówki jej włosów były przemoczone, kaptur nie do końca był w stanie w pełni ochronić ją przed deszczem. Urok jesieni, czy coś. Znaleźli się w końcu przed drzwiami, które Benjy otworzył po krótkiej walce z zamkiem, ten swoje lata świetności zdecydowanie miał już za sobą - zamek, nie jej mąż. Weszła do środka, kiedy ten otworzył drzwi, gdy tylko przekroczyła próg zsunęła z głowy kaptur, sam też przesunęła się w głąb przedpokoju, aby i jej mąż mógł wejść do środka. Odetchnęła głęboko, znaleźli się w końcu u siebie, było tu całkiem ciepło i przytulnie, zwłaszcza w porównaniu do tego, co działo się na zewnątrz. Przywykła już do tego, że dom jej babci stał się ich miejscem, zupełnie nie brakowało jej mieszkania na Horyzontalnej, w sumie mówiono, że dom to ludzie, a nie mury, a że tutaj zamieszkała z miłością swojego życia to była w stanie uwierzyć w tę tezę. - Wolałabym jednak tego uniknąć, nie są zbyt przyjemne w obyciu, chociaż na pewno by się tutaj odnalazły. - Spojrzała jeszcze na kałużę pod butami Benjy'ego. Wnieśli ze sobą do środka odrobinę jesiennego chłodu, na szczęście nie wydawało jej się, aby miał podążyć za nimi w głąb domu. Również zdjęła z ramion płaszcz i zsunęła swoje pantofelki ze stóp, nie były dobrym wyborem na ten dzień, stopy również odrobinę jej przemokły. Dzisiejsze warunki zdecydowanie nie należały do najprzyjemniejszych jeśli chodziło o spacery. Nim ruszyła w głąb domu otaksowała jeszcze spojrzeniem Benjy'ego od stóp do głów, standardowo - sprawdzała, czy był cały i zdrowy i wyjątkowo nawet miała ku temu powód, w sumie to ona była tym powodem i to, że dość mocno mu wcześniej przyłożyła. Wyglądał nie najgorzej - przynajmniej na pierwszy rzut oka, zresztą nawet przez chwilę nie wierzyła w to, że byłaby w stanie go trwale uszkodzić, tylko odrobinę się z nim droczyła. - Te kałuże nam nie uciekną, nie sądzę, aby błotoryje były w stanie wprowadzić się tu w jedną noc, może zostawimy to na jutro? - Wolałaby zdecydowanie znaleźć się teraz w ciepłym salonie, najlepiej pod jakimś kocem z kubkiem czegoś ciepłego w dłoni. Była zmęczona, pogoda mimo wszystko robiła swoje. RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 05.07.2026 Dom był cichy, pachniał drewnem i ciepłem, i chociaż za oknami wciąż szumiała jesienna ulewa, dopiero tutaj poczułem, jak bardzo brakowało mi takiego zwyczajnego końca dnia, bez pośpiechu, bez zagrożeń, bez oglądania się przez ramię, z samą świadomością, że byliśmy już u siebie i żadne z nas nie musiało niczego nikomu udowadniać. No, może poza sobą nawzajem… Dzisiejszy wieczór mógł wreszcie należeć tylko do nas, jego przebieg był wyłącznie kwestią naszych negocjacji, o których rozmawialiśmy jeszcze chwilę wcześniej na ulicy. Zsunąłem buta z nogi i odstawiłem go obok drugiego, żeby nie roznosić wody dalej po domu, po czym przez krótką chwilę przyglądałem się śladom, które zostawiliśmy za sobą, doszedłszy do prostego wniosku, że naprawdę nie potrafiliśmy wrócić do domu w zwyczajny sposób. Spojrzałem na kałużę, która zdążyła zebrać się pod nami - nie była jeszcze imponujących rozmiarów, ale jeśli oboje postanowilibyśmy jeszcze chwilę tu postać w mokrych ubraniach, mogłaby zacząć konkurować z niejednym londyńskim stawem. Gdyby się tak zastanowić, scenariusz z błotoryjami nie był aż tak abstrakcyjny… - Skąd właściwie wiesz, sze są takie niepszyjemne w obyciu? - Rzuciłem, śląc jej lekko prowokacyjne spojrzenie. - Jeszcze się okasze, sze wystalszy je legulalnie kalmiś i mówiś do nich miłym głosem, i będą najlepszymi domownikami. - Naprawdę starałem się utrzymać powagę, szczególnie że mieliśmy już przecież doświadczenie w snuciu absurdalnych historii, nie mogłem tak łatwo porzucić pokerowej twarzy. Spojrzałem jeszcze raz na mokrą podłogę, potem na nią, po czym bez większego oporu wzruszyłem ramionami - deszcz i tak zrobił już swoje - miałem wrażenie, że gdybyśmy teraz zaczęli przejmować się każdą kroplą wody, to do rana nie wyszlibyśmy z przedpokoju. Nawet nie próbowałem udawać, że zabiorę się teraz za sprzątanie, znałem siebie zbyt dobrze, a chociaż po pracy, spacerze w deszczu i wyjątkowo osobliwej próbie odebrania własnej żony z Ministerstwa miałem ochotę zrobić wiele rzeczy, latanie ze ścierką lub mopem zdecydowanie nie znajdowało się na tej liście. Cały dzień biłem się z myślą, żeby wreszcie znaleźć się z nią w domu, a kiedy już to się udało, sprzątanie zajmowało ostatnie miejsce na liście moich priorytetów, choćby nawet w konsekwencji mieli nam się tu zalęgnąć niechciani lokatorzy. - Jestem całkowicie za. - Skinąłem głową od razu. Sam byłem zmęczony, nie tyle fizycznie, bo do tego zdążyłem się przyzwyczaić, ile zwyczajnie miałem dość wszystkiego, co wydarzyło się przez ten cały czas, zdecydowanie wystarczyło nam nagłych emocji jak na kilka dni, teraz marzyło mi się spędzić resztę czasu na czymś znacznie przyjemniejszym. Właściwie otwierałem już usta, by to skomentować, i… Poczułem na sobie jej spojrzenie, zanim jeszcze odezwała się w temacie czegokolwiek, co byłoby związane z wydarzeniami sprzed paru minut, znałem je już na tyle dobrze, że nie musiałem nawet podnosić głowy - po prostu czułem, iż oglądała mnie dokładnie w ten swój charakterystyczny sposób, bez pośpiechu, wychwytując wszystko, co mogło odbiegać od normy. Gdyby nie wiedzieć, że była z zawodu uzdrowicielką, można byłoby uznać, że po prostu się gapiła, ja jednak wiedziałem, że właśnie robiła w głowie szczegółowy przegląd techniczny mojego stanu zdrowia, pewnie zastanawiając się, czy przypadkiem nie przeoczyła czegoś, co sama przed kilkunastoma minutami mi zafundowała. „Cholera. Naprawdę musieliśmy to robić?” Nie patrzyła na mnie jak żona, tylko jak medyczka, która odruchowo oceniała stan pacjenta. Westchnąłem pod nosem i rozłożyłem ręce, nie mogąc darować sobie teatralnego półobrotu. - No? Wszystko się zgadza? Nic nie odpadło? - Odezwałem się jednocześnie z krzywym półuśmiechem, kończąc ruch oparciem się ramieniem o pobliską framugę drzwi, gdyż może - być może - odrobinę straciłem równowagę na kałuży mojego własnego autorstwa. To zdecydowanie nie był mój dzień. - Moszesz jusz zamknąś kaltę pacjenta? - Uniosłem wyżej brew. - Chyba będziesz musiała pogodziś się s tym, sze jestem balsiej wytszymały, nisz zakładałaś. - Rzuciłem, zerkając na nią znacząco, w końcu doskonale pamiętałem jej wcześniejsze przepowiednie dotyczące najróżniejszych kolorów i katastrofalnych konsekwencji. Wiedziałem, że specjalnie próbowała mnie wcześniej nastraszyć, dlatego teraz z satysfakcją odbierałem jej ten argument. RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 08.07.2026 Prudence nigdy jakoś specjalnie nie spieszyła się do domu. W mieszkaniu przy Horyzontalnej czekał na nią zawsze wyłącznie jej szczur, który całkiem nieźle radził sobie pod jej nieobecność. Tutaj było inaczej, miała do kogo wracać, w sumie więc i dla niej było to czymś zupełnie nowym. Z poprzednim narzeczonym nie zdążyła nawet zamieszkać, nie dopuszczała praktycznie nikogo do swojego świata, to co się zmieniło to to, że zaczęli go tworzyć tutaj, w tym miejscu i podobało jej się to, jak to aktualnie wyglądało, nawet jeśli było zupełnie nowe i kosztowało ją zmianę pewnych przyzwyczajeń i przymykanie oka na te jej męża. - Chciałbyś przeprowadzić taki eksperyment? - Fakt, być może zupełnie niepotrzebnie zakładała, że błotoryje są takie nieprzyjemne w obyciu. Nie słyszała o tym, aby ktoś z jej bliskich próbował się z jakimiś zaprzyjaźnić, więc być może jej mąż faktycznie miał rację. Czasem wystarczyło odpowiednie nastawienie, odrobina ciepła i można było zdobyć pełne zaufanie. Nie do końca wiedziała, czy mogło zadziałać to na błotoryje, ale może nie warto było ich od razu tak negatywnie oceniać? Był to zupełnie nowy punkt widzenia. Prue lubiła porządek, sprzątanie sprawiało jej przyjemność - zazwyczaj. Dzisiaj zdecydowanie wolała z tego zrezygnować, ostatni czas był dla nich całkiem intensywny, a pogoda na zewnątrz nie zachęcała do podobnych aktywności. Mogli sobie dzisiaj to odpuścić, uśmiechnęła się, kiedy Benjy to zaakceptował. - Być może nie najlepiej to o mnie świadczy jako o pani domu, ale jeśli mam być szczera to mi się po prostu nie chce. - Dobrze, że mieli podobne zdanie co do dzisiejszego, ewentualnego ogarniania przedpokoju. Zresztą zaraz pójdą dalej, nie będą tu zaglądać, nie będą tego widzieć, a jak będzie poza zasięgiem wzroku to tak jakby nie istniało, czyż nie?[/a]Później pozwoliła sobie dokładnie go obejrzeć, oczywiście nie robiła tego dyskretnie, przestała udawać, że nie zdarza jej od czasu do czasu tego robić, zwłaszcza w sytuacjach w których mógł nabawić się jakichś urazów. - Nie wiem, trudno to ocenić z tej odległości. - Na pierwszy rzut oka wydawało jej się, że wszystko było w porządku, ale… mogło być różnie, wzrok nie był najlepszym zmysłem do oceny ewentualnych urazów.[/a]- Ta karta pacjenta będzie zawsze otwarta, tutaj nie ma opcji zamknięcia. - Mogło mu się to nie podobać, ale małżeństwo z uzdrowicielem niosło za sobą pakiet prywatnej opieki medycznej, całodobowy. - albo to ja jestem niegodnym przeciwnikiem. - Nie, żeby chciała go bardziej uszkodzić, jakoś tak wyszło, że dzisiaj sprawy potoczyły się w bardzo dziwny sposób. Zresztą nadal nie mieli pewności, czy faktycznie wszystko było w idealnym porządku, bo nie widziała urazu - nie, żeby spodziewała się, iż ma tyle siły, żeby zrobić mu faktyczną krzywdę. RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 08.07.2026 Dom zawsze był dla mnie konceptem, nie miejscem, był również przypadkowym budynkiem, do którego wchodziłem, żeby się przespać, wysuszyć ubrania i następnego dnia znowu ruszyć w drogę, przyzwyczaiłem się do tego dawno temu. Bycie na wygnaniu oraz praca klątwołamacza nie zostawiały zbyt wiele miejsca na budowanie codzienności, a jeszcze mniej na przywiązywanie się do czterech ścian, dopiero odkąd zamieszkaliśmy razem, zacząłem łapać się na tym, że naprawdę chciałem wracać właśnie tutaj. Nie dla kominka, nie dla wygodnego fotela ani nawet dla świętego spokoju. Wracałem dla niej. Dla świadomości, że kiedy otworzę drzwi, ktoś podniesie głowę znad książki albo dokumentów i zwyczajnie będzie. Brzmiało to zaskakująco prosto, ale właśnie tej prostoty najbardziej mi wcześniej brakowało. Zaskakiwało mnie to, jak szybko obecność drugiej osoby potrafiła zmienić znaczenie miejsca, które wcześniej byłoby po prostu jednym z wielu adresów odwiedzanych po drodze przez życie. Nigdy nie przypuszczałem, że tak szybko przyzwyczaję się do czyjegoś towarzystwa, ciesząc się nim nawet w najbardziej ponurych, najtrudniejszych chwilach - a może zwłaszcza w nich, chociaż to w dalszym ciągu była dla mnie nowość - jeszcze mniej spodziewałem się, że wspólne mieszkanie i spędzanie chwil stanie się dla mnie czymś tak oczywistym, za czym będę tęsknił. Wystarczyło zamknąć za sobą drzwi, zostawić za progiem deszcz, zimny wiatr i cały ten bałagan ostatnich dni, a człowiek przypominał sobie, po co właściwie wracał ciągle w to samo miejsce, nazywając je „domem”. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej sam nie przywiązywałem do tego większej wagi - mieszkanie było zawsze czymś tymczasowym, miejscem, w którym jadłem, spałem i w którym czasami udawało mi się przeczytać kilka stron książki albo złożyć jakiś chwiejny model, zanim zmęczenie wygrywało, później przestawało nim być i zostawało zastąpione przez kolejne lokum. Teraz wyglądało to zupełnie inaczej, łapałem się wręcz na tym, że coraz częściej myślałem o powrocie do niemagicznej części Londynu już w połowie dnia, i to zupełnie nie dlatego, że brakowało mi własnych czterech ścian. Zaledwie kilka tygodni temu temu nie przypuszczałbym, że będę wracał do domu z myślą o kimś, kto już tam na mnie czekał albo za chwilę miał się w nim pojawić, przywykłem do samotnych powrotów, do ciszy, która nikomu nie przeszkadzała, ciasnych przestrzeni o spartańskim wyglądzie i do tego, że mogłem zostawić buty na środku pokoju, często stanowiącego całą dostępną przestrzeń życiową, jeśli akurat nie chciało mi się ich odstawiać. Niegdyś „dom” nie kojarzył mi się z niczym przyjemnym, był przeze mnie utożsamiany z przymusem, sztywnymi regułami i twardymi obowiązkami, teraz jednak wyglądał inaczej - był pełniejszy, żywszy, a jednocześnie dziwnie spokojny, gdy znajdowaliśmy się w nim razem. Nawet takie prozaiczne rozmowy przy wejściu miały w sobie coś, czego wcześniej zwyczajnie nie znałem, nawet jeśli wcześniej zdążyliśmy urządzić sobie najbardziej absurdalne powitanie, jakie tylko przyszło komukolwiek do głowy. - Nie mówię, sze od lasu chciałbym jednego wplowadziś do domu. - Spojrzałem w stronę miejsca, gdzie zostawiliśmy najbardziej mokre ślady, po czym wzruszyłem ramionami. - Podwólko wystalszy. Na ten moment. - Rzecz jasna, był to żart, ale skoro już powiedziałem „a”, nie zamierzałem się łamać, co prawda, nie znałem nikogo, kto prowadziłby hodowlę błotoryjów, ale nie zamierzałem pozwolić, żeby taki drobiazg zepsuł całkiem niezłą teorię. - Pomyśl tylko… - Sam nie wierzyłem w to, co mówiłem, ale właśnie dlatego ten obraz wydawał mi się tak zabawny. Rehabilitacja podobnych stworzeń w ogrodzie mającym stanowczo zbyt mało metrów kwadratowych, by zrobić to poza czujnymi spojrzeniami mugolskich sąsiadów, którzy byli przeczuleni na punkcie swoich zielonych trawników, białych płotków i krasnali ogrodowych… Nie potrzebowałem nawet chwili, żeby wyobrazić sobie minę większości ludzi, gdyby usłyszeli podobny pomysł. - Widzisz? - Rzuciłem, gdy przyznała mi hipotetyczną rację. Mówiłem pół żartem, pół serio, bo z własnego doświadczenia wiedziałem, że niejednokrotnie największym zagrożeniem okazywał się człowiek, nie zwierzę. Zbyt wielu takich ludzi spotkałem w życiu, żeby jeszcze wierzyć w pierwsze wrażenie. Czasem najgłośniej warczał ten, który później był całkiem przyzwoity, podczas gdy ten z miłym uśmiechem potrafił wbić nóż między żebra przy pierwszej okazji. Zwierzęta przynajmniej miały swoje przewidywalne zachowania, w przeciwieństwie do istot ludzkich lub nieludzkich, na ogół nie zachowywały się inaczej, gdy nie było ku temu jawnego powodu. W moim fachu bardzo szybko uczyło się, że opinie o stworzeniach magicznych rzadko były całkowicie sprawiedliwe, w przeciwieństwie od opinii o miejscach, większość ludzi bała się tego, czego nie znała, a później powtarzała cudze historie, jakby były ich własnymi doświadczeniami. - Widziałem jusz golsze szeszy od błotolyjów, uwiesz mi. Zlesztą mam do nich pewną słabość. Lobią kiepskie pielwsze wlaszenie, a to bszmi znajomo. - Posłałem krzywy uśmiech w kierunku żony - skoro potrafiła dostrzec coś więcej w kimś takim jak ja, to i dla tego rodzaju stworzeń była jeszcze jakaś nadzieja, sam przecież nigdy nie wywierałem najlepszego pierwszego wrażenia na ludziach. Nie dało się inaczej, nie z moją posturą giganta i twarzą, która większości kojarzyła się raczej z szemranymi interesami, ciemną alejką i żądaniem oddania galonów niż z ciepłem domowego ogniska - nie wyglądałem jak ucieleśnienie stabilności - byłem tego w pełni świadomy. Po prawdzie przez większość dorosłego życia nawet poruszałem się tak, jakbym szedł komuś połamać żebra, a nie powiedzieć „dzień dobry”. Nawet kiedy milczałem, wyglądałem podobno tak, jakbym był o krok od wszczęcia awantury, chociaż przecież teoretycznie uczono mnie kiedyś panowania nad mimiką, na równi z wciskaniem mi do głowy bzdurnej etykiety i zasad dobrego zachowania. Niestety, pomimo wszelkich starań starszych ode mnie członków rodziny, nawet w młodzieńczych latach miałem w sobie coś takiego, co notorycznie sprawiało, iż przypadkowi ludzie przypisywali mi kwestionowalne intencje. Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby ktoś spojrzał na mnie i pomyślał „o, jaki sympatyczny chłopiec”, werbalizując chęć nawiązania ze mną całkowicie czystej więzi emocjonalnej. W połączeniu z przebiegiem historii, raczej pisane mi było bycie kimś o wątpliwych wartościach moralnych, może nie od razu pełnowymiarowym - lub nawet ponadwymiarowym - bandytą, ale niegdysiejsza etykieta „złotego chłopca” słabo do mnie przylegała i szybko została zerwana. Nie zmieniało to faktu, iż czasem pierwsze wrażenie naprawdę nie miało wiele wspólnego z rzeczywistością. Byłem wysoki, szeroki w barach, mój nos już dawno przestał być idealnie prosty, twarz miałem bardziej odpowiednią dla zakapiora z Nokturnu niż człowieka, któremu warto było zaufać, ale w gruncie rzeczy naprawdę ceniłem sobie zdrowy święty spokój. Nie raz widziałem, jak ktoś odruchowo schodził mi z drogi albo milkł, kiedy pojawiałem się w pomieszczeniu - nauczyłem się z tym żyć - nie zamierzałem nikogo przekonywać na siłę, że pod tą całą posturą nie kryło się nic szczególnie groźnego dla ogółu ludności. Dopóki ktoś mnie, osobiście lub pośrednio, nie wkurwił - było dobrze. - Jeśli to ma świadczyś o tobie źle, to o mnie świadczy jeszcze goszej, bo nawet pszes chwilę nie pszyszło mi do głowy, szeby się tym telas pszejmowaś. - Spojrzałem na kałużę w przedpokoju, a potem z powrotem na nią. - Jebaś to. - Przejście do porządku dziennego nad bałaganem w przedpokoju poszło nam nadzwyczaj gładko, w przeciwieństwie do tego, co znacznie bardziej zaprzątało myśli mojej żony. - Czyli nie mam szans się s tego wypisaś? - Upewniłem się, już dla samej zasady, gdyż doskonale wiedziałem, co miałem usłyszeć, po czym westchnąłem teatralnie. Wiedziałem już, że nie miało sensu protestować - odkąd została moją żoną, nie byłem wyłącznie mężem, automatycznie stałem się również pacjentem dyżurnym, dostępnym przez całą dobę, niezależnie od własnego zdania na ten temat. - S tej odległości wygląda całkiem dobsze. - Poprawiłem ją niemal automatycznie. - I ploponuję, szeby na tym etapie zakończyś diagnostykę. Nie chciałbym się dowiedzieś, sze kalta pacjenta jest waszniejsza od kalty męsza. - Mimo to rozłożyłem ręce, pozwalając jej dokończyć te oględziny, chociaż miałem wrażenie, że gdyby naprawdę mogła, kazałaby mi jeszcze stanąć pod lepszym światłem, po czym przeniosłem wzrok na przedpokój, na który oboje tak demonstracyjnie staraliśmy się teraz nie patrzeć. Mogłem narzekać, mogłem się droczyć, ale oboje wiedzieliśmy, że jeśli naprawdę coś by mi się stało, ona pierwsza postawiłaby mnie do pionu, a ja ostatecznie i tak dałbym się obejrzeć. - Nie opowiadaj głupot. - Odpowiedziałem spokojnie, kręcąc głową. - Zawsze byłaś godnym pszeciwnikiem. Po plostu nie takim. - „I chwalła Merlinowi za to” - uśmiechnąłem się pod nosem, opierając ramię o framugę drzwi. Przynajmniej wiedziałem już w stu procentach, że kiedy mnie nie będzie obok, nie stanie bezradnie i nie będzie czekała, aż ktoś zdecyduje za nią, co wydarzy się dalej. Po naszej kłótni pamiętnego wieczoru, nie mogła dać mi dziś lepszego zapewnienia, iż rzeczywiście całkiem celnie oceniała swoje predyspozycje. RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 09.07.2026 - Metoda małych kroków, rozumiem. - Gdyby się nad tym zastanowić, to wcale nie byłoby takie głupie, wręcz przeciwnie - im dłużej o tym myślała, tym bardziej interesujące jej się to wydawało. Mogliby im stworzyć jakąś zagrodę, tylko, czy błotoryje chciałyby tam mieszkać? Gdyby miały podsunięte pod nos pożywienie, stałą dostawę błota… to mogłoby się im tam podobać, nie miałyby potrzeby, aby szukać szczęścia gdzie indziej. Kilka maskujących zaklęć mogłoby je skryć przed ciekawskimi sąsiadami. Tak - była już w stanie sobie wyobrazić przed oczami ten plac zabaw dla błotoryjów. Być może nawet udałoby się im je nieco oswoić, to mogłoby być całkiem ciekawym wyzwaniem, mogliby je obserwować kiedy tylko chcieli, być może udałoby się im dowiedzieć czegoś o ich zwyczajach, czego nikt dotąd nie wiedział. Im dalej w las, tym więcej drzew… czy coś, im bardziej intensywnie się nad tym zastanawiała, tym bardziej wydawało jej się to być ciekawym rozwiązaniem. Nie, żeby wcześniej marzyła o pupilu takim jak akurat to stworzenie, ale dlaczego by nie? Gdy Benjy tak o tym mówił… Wiedziała, że rzucił to tak po prostu, ale naprawdę dostrzegła w tej propozycji potencjał. - Gdybyś kiedyś jakiegoś spotkał, mógłbyś go tu przeprowadzić, a najlepiej dwa, żeby ten jeden nie był smutny. - Wypadałoby zadbać o jego towarzystwo. Wiadomo, jak jest, jak ma się przy sobie drugiego osobnika, to jakoś tak przyjemniej się żyje. Jeśli więc mieliby już interesować się tematem, to tak, żeby stworzeniu było u nich jak najlepiej, żeby uznało to miejsce za swój dom. - Wiesz jak jest, we dwójkę zawsze jest prościej. - Wydawało jej się, że dotyczyło to każdego gatunku, nie tylko ludzi. Jej zdecydowanie było prościej, lepiej kiedy miała do kogo wracać. Podejrzewała, że działa to tak samo u wszystkich. - To nie jest pilne, ale tak sobie myślę, że jakbyś trafił kiedyś na jakiegoś błotoryja, który wyglądałby na potrzebującego to może faktycznie mógłby zamieszkać w naszym ogrodzie. - Mieli duży dom, duży ogród znalazłoby się tutaj miejsce dla wielu pokiereszowanych przez życie stworzeń, których pewnie nikt nie chciałby przygarnąć, mogliby się nimi dobrze zaopiekować, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. - Tak, widzę to. - Musiała mu się do tego przyznać, kiedy tak o tym mówił naprawdę była sobie to w stanie wyobrazić, chociaż kiedyś pewnie nie wpadłaby na podobny pomysł, kiedy Benjy znajdował się obok, to wszystko zdawało się być na wyciągnięcie ręki, możliwe, nawet to, o czym kiedyś w ogóle by nie pomyślała. - Nie warto oceniać książki po okładce. - Ona też coś o tym wiedziała. Nie musiała daleko szukać dowodów, miała świadomość tego, jak w otoczeniu był postrzegany jej mąż, nie wzbudzał zaufania, chociaż dla niej był jedyną osobą, której ufała bezgranicznie, pozory mogły być bardzo mylące, warto było walczyć ze stereotypami i inaczej spoglądać na świat. Naprawdę uważała ten pomysł za warty realizacji, być może faktycznie udałoby się im stworzyć w ogrodzie ostoję dla błotoryjów. - Poniekąd jest to odrobinę pocieszające. - Skoro on nawet o tym nie pomyślał, nie było sensu być nadgorliwym, wyjątkowo nie chciało się jej ogarniać bałaganu, który tutaj zrobili, na to przyjdzie pora jutro, istniała szansa, że warunki będą nieco bardziej ku temu sprzyjające, być może pojawią się jakieś promienie słońca, które zachęcą ją do działania. Zresztą nie musiała iść rano do pracy, więc będzie miała energię, aby się tym zająć. Rzuciła jeszcze okiem na przedpokój. - W sumie to nie jest, aż tak źle… - Było, ale starała się samą siebie odrobinę pocieszyć i usprawiedliwić. - Podpisałeś cyrograf, przykro mi, ale nie da się z niego wypisać. - Akt małżeński niósł ze sobą najwyraźniej nieco więcej zobowiązań w ich przypadku, nie miał innego wyjścia jak do tego przywyknąć, zresztą naprawdę starała się nie być nadgorliwa, po prostu czasem nie mogła odpuścić, dzisiaj sama go skrzywdziła więc odczuwała wyjątkowo silną potrzebę, aby sprawdzić jak się miewał. - Skoro tak mówisz, to nie będę nadgorliwa, jakby coś się działo to wiesz, gdzie mnie znaleźć. - Nie mogła nadużywać karty pacjenta, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Uważała zresztą za spory sukces to, że pozwalał jej czasem się o siebie troszczyć, nie krzywił się, gdy uważnie mu się przyglądała, bo przecież to nie było dla niego typowe. Przez większość życia sam o siebie dbał i nie najgorzej mu to wychodziło zważając na to, jaki tryb życia prowadził. Cieszyło ją to, że teraz mogła reagować, kiedy miała na to ochotę, dopuszczał ją do siebie. - Fakt, nie można być dobrym we wszystkim. - Wzruszyła jedynie ramionami. Miała świadomość, że były takie dziedziny, w których niestety się nie sprawdzała i sprawność fizyczna była jedną z nich. Była nieco zbyt drobna, żeby sprawić komuś fizyczny ból, chociaż doskonale wiedziała, gdzie uderzać, aby zabolało - w końcu jako medyk doskonale znała ludzkie ciało. Nigdy jednak nie miała szansy zbytnio korzystać ze swojej wiedzy w ten sposób, nie żeby jakoś specjalnie jej to ciążyło. - Na co masz ochotę? - Zapytała jeszcze idąc w głąb domu, wypadałoby się nieco rozgrzać, sama w sumie jeszcze nie miała pewności, czy ma ochotę się czegoś napić, coś zjeść, czy po prostu walnąć na kanapie, opcji było naprawdę wiele. RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 12.07.2026 „Gdybyś kiedyś jakiegoś spotkał, mógłbyś go tu przeprowadzić, a najlepiej dwa, żeby ten jeden nie był smutny…” Parsknąłem cicho, gdy wspomniała o dwóch osobnikach, żeby żaden nie był samotny - niby ne potrafiłem nawet udawać, że ten argument do mnie nie trafiał, ostatnie dni skutecznie mi to udowadniały, we dwoje naprawdę było lepiej, ale mimo wszystko, odrobinę mnie przytkało, gdy dotarło do mnie to, że moja droga małżonka hipotetycznie zaproponowała przygarnięcie dwóch stworzeń, które większość ludzi omijałaby szerokim łukiem. To mówiło o niej więcej niż niejeden długi opis, „metoda małych kroków”, jasne, ale u Prue ten mały krok właśnie na moich oczach potencjalnie zamieniał się w życiowy projekt hodowlany… Przez chwilę tylko się na nią gapiłem, próbując ustalić, w którym dokładnie momencie niewinny żart o na ogół odpychających bestiach zaczął przekształcać się w całkiem poważny projekt badawczy połączony z planowaniem ich adopcji. Tak jak zawsze w naszym przypadku, wystarczyło rzucić jedno zdanie, by moja żona zaczęła analizować wszystkie zmienne - co lepsze - później zazwyczaj potrafiwszy zbudować wokół nich cały misterny plan. Odkąd pamiętałem, umysł Prue działał w ten sposób, nie zamierzałem więc próbować jej z tego wyprowadzać, szczerze mówiąc, trochę mnie to bawiło, być może o tym nie mówiłem, lecz uwielbiałem patrzeć, jak jej uporządkowana logika brała się do pracy nad czymś kompletnie absurdalnym z taką samą powagą, z jaką rozwiązywała wpierw szkolne, a teraz zawodowe problemy. Znałem ją już na tyle dobrze, żeby rozpoznać ten błysk w oczach, świadczący o tym, iż właśnie dochodziła do wniosku, że coś dało się zrobić lepiej niż dotychczas i że warto byłoby to sprawdzić. Im dłużej rozmawialiśmy, tym wyraźniej widziałem, że ten pomysł przestał być kompletną abstrakcją - mógłbym dać sobie rękę uciąć, iż naprawdę analizowała, ile miejsca potrzebowałyby takie stworzenia, czego mogłyby chcieć w kwestiach bytowo-żywieniowych i czy przypadkiem nie czułyby się gorzej poza ich standardowym środowiskiem. Oparłem się ramieniem o framugę drzwi i przez chwilę po prostu na nią patrzyłem, dochodząc do wniosku, że chyba właśnie niechcący uruchomiłem kolejną z jej naukowych fascynacji. Wyobraziłem sobie przez chwilę grupę błotoryjów włażących do oczka wodnego, ryjących w rabatach i zostawiających błoto dokładnie wszędzie tam, gdzie Prudence zwykle chciała widzieć idealny porządek. Sam ten obraz wystarczył, żebym z trudem powstrzymał uśmiech. - Wiedziałem, sze nie powinienem był zaczynaś. - Założyłem tylko na moment ręce na piersi, uśmiechając się półgębkiem na widok tego, jak błysnęły oczy Pruey. Poprawiłem rękawy koszuli, nie potrafiąc ukryć rozbawienia na widok tego, jak bardzo zapaliła się do pomysłu sprowadzenia tu tych parszywych, acz najwyraźniej fascynujących stworzeń. - S tym „we dwójkę zawsze laśniej” u zwiesząt to lósznie bywa, wiesz, czasem zamiast miłego towaszystwa dostajesz po plostu podwójną dawkę hałasu i zdemolowany tlawnik, ale co ja tam wiem… Nie śmiałbym niszczyś twojego idealnego planu latowania świata. Jaksze bym mógł, plawda? - W końcu byłem inicjatorem pomysłu dawania „drugiej szansy”… Zrobiło mi się zresztą zaskakująco ciepło na myśl o tym, że mogła pomyśleć o naszym miejscu w taki sposób - nie chodziło nawet o same stworzenia, bardziej o to, że bez zastanowienia zakładała, iż ten dom będzie miejscem, do którego można przygarniać to, czego inni nie chcieli. Rzecz jasna, nie byłem ślepy - zauważyłem, że coraz częściej rozmawialiśmy o przyszłości tak, jakby była czymś oczywistym. Nie planowaliśmy jej może z przesadną dokładnością, ale budowaliśmy ją małymi rzeczami, zupełnie mimochodem - dom, ogród, miejsce dla kolejnych istnień, które potrzebowały odrobiny spokoju… Złapałem się na tym, że taka wizja wcale mnie nie odstraszała, po prawdzie mówiąc, ja już też widziałem oczami wyobraźni nasz - na szczęście nie do końca idealnie wypielęgnowany - trawnik zamieniony w wielkie, bulgoczące bajoro, po którym uganiałyby się te dorodne, tłuściutkie potworki. Posiadłość, którą otrzymaliśmy od Ellie rrzeczywiście była spora, a otaczający ją areał potrafiłby pomieścić wiele sekretów i, jak się właśnie okazywało, potencjalną arkę Noego dla stworzeń, których nikt inny by nie chciał. Nawet nie zauważyłem, kiedy z człowieka wiecznie będącego w drodze stałem się kimś, kto odliczał godziny do powrotu do domu. Kiedyś nie musiałem oglądać się na nikogo, nikomu niczego tłumaczyć, wracałem wtedy, kiedy chciałem, wychodziłem wtedy, kiedy musiałem. Wydawało mi się, że tak było prościej. Teraz coraz częściej łapałem się na tym, że nie wyobrażałem sobie powrotu do tamtego stylu życia. To było trochę szokujące, ale znacznie bardziej przyjemne niż przerażające. - Powinniśmy tylko chyba najpielw splawdziś, czy one pszypadkiem nie losmnaszają się szybciej nisz klóliki. - Zerknąłem na nią kątem oka, nie wątpiąc, iż to był ten moment, gdy mogła wykazać się wiedzą branżową magizoologicznego uzdrowiciela, a potem wyjrzałem przez okno na ciemniejący, rozległy ogród. Im dłużej o tym mówiliśmy, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że gdybym naprawdę kiedyś przytaszczył do domu rannego… Jakiegokolwiek zwierza wykazującego potencjał, ona nawet przez chwilę nie zastanawiałaby się nad tym, czy go zatrzymać. Najpierw obejrzałaby go od czubka pyska po koniec ogona, później przygotowałaby dla niego miejsce, a na końcu jeszcze dobrałaby mu parkę. - Inaczej, zanim się obejszymy, będziemy mieli całe stado małych, piszczących i wiecznie nienasyconych błotolyjątek losnoszących nam oglód w gszęsawisko. - Przez ułamek sekundy pomyślałem o tym, jak to jest budować dla kogoś bezpieczną przystań, ale szybko odgoniłem tę myśl, skupiając się na jej rozpromienionej twarzy. Człowiek nawet nie zauważał, kiedy zaczynał myśleć o przyszłości trochę dalej niż do następnego zlecenia… Moje myśli na moment uciekły w stronę tej wielkiej, pustej przestrzeni, a potem wróciły do jej słów o ocenianiu książki po okładce. Doskonale wiedziałem, co ludzie o mnie mówili i jak na mnie patrzyli - facet z przeszłością, szemrany typ, który nie wzbudzał zaufania u porządnych czarodziejów - a jednak ona stała tu przede mną, patrząc na mnie wzrokiem, w którym nie było ani krzty zwątpienia. To niesamowite, jak bardzo potrafiła przejrzeć moją fasadę i jak bezczelnie, z pełną premedytacją, ignorowała wszelkie ostrzeżenia, decydując się ufać mi bezgranicznie, co jednocześnie napawało mnie dumą i kompletnie rozbrajało. To, że o tym nie mówiłem, nie zmieniało faktu, iż to widziałem. Odetchnąłem z ulgą, kiedy temat sprzątania został oficjalnie odłożony na jutro, bo wizja machania różdżką i zbierania tego całego bałaganu o tak nieludzkiej porze napawała mnie autentycznym wstrętem. Rozejrzałem się po przedpokoju, który po naszych dzisiejszych… Przejściach wyglądał, jakby przeszło przez niego małe tornado. Skoro ona uznała, że nie jest tak źle i wolała odłożyć sprzątanie na jutro, absolutnie nie zamierzałem protestować, bo lenistwo w jej wydaniu było wyjątkowo zaraźliwe i kuszące. - Oczywiście, sze nie wygląda źle. - Przytaknąłem z całkowicie poważną miną. - Gdybyśmy byli błotolyjami, uznałbym nawet, sze jest całkiem pszytulnie. - Wystarczyło jednak spojrzeć na jej twarz, żeby wiedzieć, że sama nie wierzyła we własne usprawiedliwienia. Cieszyłem się też w duchu, że nie musiała z samego rana biec do pracy, bo to oznaczało, że nie ucieknie mi o świcie do Ministerstwa i będziemy mogli po prostu posiedzieć razem, ignorując ten cały rozgardiasz, który sami stworzyliśmy. To chyba najbardziej mnie w tym wszystkim bawiło, stwierdzenie, że „nie jest aż tak źle”, zasługiwało na jakąś nagrodę w kategorii bezczelnego zaklinania rzeczywistości. Na wzmiankę o cyrografie jęknąłem demonstracyjnie. Gdyby ktoś powiedział mi kiedyś, że przywyknę do tego, iż ktoś będzie się o mnie martwił, pewnie popukałbym się w czoło. Teraz było inaczej, nadal nie cierpiałem być oceniany pod kątem zdrowotnym, analizowany niczym pacjent w Świętym Mungu, zwłaszcza po tym, jak oberwałem - natychmiast czułem potrzebę spięcia mięśni i udawania, że wszystko jest w absolutnym porządku, żeby tylko nie dać jej pretekstu do wyciągnięcia eliksirów - natomiast jakoś się przed tym powstrzymywałem. - O tak, ten słynny cylograf małszeński… - Odparłem z udawanym ciężkim westchnieniem, moja żona potrafiła być bezwzględna w swoim uroczym despotyzmie, przypominając mi o małżeńskich zobowiązaniach w najmniej oczekiwanych momentach. Musiałem przyznać, nawet jeśli tylko przed samym sobą, że ten jej specyficzny „cyrograf” był najlepszą rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała, nawet jeśli oznaczała wieczną utratę kawalerskiego, impulsywnego stylu postępowania. To było na swój sposób przerażające, a jednocześnie dziwnie pociągające, zupełnie sprzeczne z moim dotychczasowym podejściem do życia. Wiedziałem, że gdzieś był haczyk, lecz mimo żartów czułem coś zupełnie innego niż teraz teatralnie sygnalizowałem - przez większość życia nikt nie pytał mnie, czy wszystko ze mną w porządku, przywykłem do tego, trudno było tak po prostu zmienić podejście - jej troska czasem mnie mieszała, czasem drażniła, ale ani razu nie pomyślałem, że wolałbym jej nie mieć. Nie byłbym jednak sobą, gdybym tak łatwo odpuścił sobie komentowanie - dlatego, kiedy zapewniła, że nie będzie nadgorliwa, uniosłem brwi z powątpiewaniem. To, że ufałem jej bezgranicznie i wpuszczałem ją za mury, których nikt inny nigdy nawet nie musnął, nie oznaczało, że zamierzałem stać się potulnym pacjentem realizującym zalecenia z karty. Moje wewnętrzne „ja” wciąż zgrzytało zębami na widok każdej próby oceny moich żeber w celach czysto medycznych. - Mhm… I tego się tszymajmy - uniosłem palec ostrzegawczo - bo jak znowu zaczniesz oglądaś mnie jak jakiś wyjątkowo intelesujący pszypadek kliniczny, to specjalnie zacznę utykaś na dlugą nogę, szeby splawdzić, czy zauwaszysz lósznisę. - Udawałem cierpiętnika, ale prawda była taka, iż wiedziałem, że zauważyłaby natychmiast - na tym właśnie polegał „problem” - nie dało się niczego przed nią ukryć, jeśli tylko postanowiła się przyjrzeć… Koniec końców, gdy tak wzruszyła ramionami, rzucając uwagą, że nie można być dobrym we wszystkim, z trudem powstrzymałem drżenie warg, przypominając sobie, jak bezbłędnie potrafiła uderzyć słowem i wiedzą - nie musiała być nieludzko silna fizycznie, wystarczyło, że umiała człowieka wykończyć argumentami, a to często bolało mocniej i dłużej niż porządny siniak. Ruszyłem za nią w głąb domu, przyglądając się linii jej pleców i temu, jak swobodnie poruszała się w przestrzeni, którą wspólnie stworzyliśmy. Opcji na spędzenie reszty tego wieczoru było rzeczywiście sporo, ale nagle straciłem jakiekolwiek zainteresowanie lodówką, barkiem z alkoholami czy nawet po prostu bezczynnym leżeniem na kanapie. Dom był duży, noc długa, a my mieliśmy przed sobą mnóstwo czasu, którego nie zamierzałem marnować na spanie czy rozmyślania o minionym dniu. Skupiłem cały swój wzrok na jej sylwetce, ignorując otaczający nas chaos, chciałem ją mieć blisko, poczuć zapach jej skóry i zagłuszyć ten jej racjonalny, uzdrowicielski głos czymś znacznie przyjemniejszym. - A jak myślisz, moja dloga pani usdlowicielko, na co facet w moim stanie, po tak wyczelpująsym dniu, mosze mieś największą ochotę, kiedy stoi tak blisko swojej sony? - Przechyliłem lekko głowę, a na moje usta wypełzł ten specyficzny, wyzywający uśmiech, który zawsze zwiastował, że nie zamierzałem odpuścić klarującego się w mojej głowie planu. RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 13.07.2026 Błotoryj mieszkałby na zewnątrz, warto więc byłoby, żeby miał jakieś towarzystwo. W przeciwieństwie do kota, czy szczura nie miałby szansy spędzać z nimi, aż tyle czasu, sam mógłby popaść w jakąś depresję, no i na pewno by się nudził, a gdyby się nudził to pewnie zdemolowałby im ogród z racji na to, że nie miałby ciekawszego zajęcia. To prosiło się o to, aby zorganizować mu koleżankę, bo przecież nie kolegę, jakoś od razu wyobraziła sobie parkę. Pomysł coraz bardziej wydawał się jej być interesujący, mogłaby z tego sporo wyciągnąć, a zwierzęta nieco poturbowane przez los miałyby tu swój azyl, właściwie to każdy w tej sytuacji trochę wygrywał. Myślała bardzo intensywnie, widziała coraz więcej pozytywów związanym z przygarnięciem pod swój dach właśnie takich zwierzątek. Czuła, że faktycznie mogłyby im się za to odpłacić oddaniem, czy zaufaniem, wystarczyło tylko pokazać im odrobinę serca. - W przyszłości pewnie ugryziesz się w język. - Teraz jednak było na to zbyt późno. Potrafiła sobie bowiem już wyobrazić ten azyl dla błotoryjów w ich ogródku, tak naprawdę nie wydawało jej się też, że musieliby go pod to przedsięwzięcie bardzo przygotować. No jasne, zorganizować nieco błota, pewnie jakąś zagrodę, pożywienie, ale to nie wydawało się jakoś szczególnie skomplikowane. - Myślę, że trawnik tak, czy siak będzie zdemolowany, w tym przypadku chyba jeden osobnik nie zrobi, aż takiej różnicy. - W sumie miała wrażenie, że zazwyczaj nie zauważało się, aż tak większej ilości osobników, bo tak, czy siak biorąc pod opiekę jedno zwierzę danego gatunku akceptowało się to, jakie konsekwencje mogą się przy okazji pojawić. Nie do końca potrafiła oszacować je w przypadku błotoryjów, ale najwyraźniej, aż tak nie bała się zdemolowanego ogrodu. - Wiem, że plan nie jest idealny, jeszcze nie jest, bo dopiero zaczęłam nad nim myśleć, ale może coś z tego będzie. - Tak naprawdę póki co próbowała sobie ułożyć w głowie wszystkie za i przeciw, wiedziała, że pomysł był dosyć spontaniczny, jednak nie widziała w tym niczego złego, to miały być tylko nowe zwierzątka w ich ogrodzie, zresztą tak szybko pewnie Benjy by ich nie znalazł, więc dyskutowali czysto hipotetycznie, ale blask w jej oczach mówił sam za siebie, zdecydowanie uznała to za coś, co mogliby wprowadzić w życie, może zaczną od błotoryjów, a później rozszerzą nieco działalność azylu? Czemu by nie, tyle, że o tym póki co wolała jednak nie wspominać swojemu mężowi, żeby przypadkiem nie zasugerował jej, że to bardzo głupi pomysł… Planowanie przychodziło jej bardzo lekko, miała do tego smykałkę, wystarczył tylko drobny bodziec, sugestia, a była gotowa przeanalizować wszystko dokładnie i spróbować wybrać najlepsze możliwości. Nie rozkładała tego na części pierwsze, zakładała, że będą mieli jeszcze naprawdę wiele czasu, który spędzą w tym domu, nie było innej opcji, właśnie dlatego tak lekko przyszło jej stwierdzenie, że mogą spróbować stworzyć tu raj dla błotoryjów. Nie zastanawiała się jeszcze ile właściwie żyły takie stworzenia, na pewno nie tak długo jak ludzie, więc nie musieli się tym póki co martwić. - Z tego, co się orientuję… - Zaczęła, zmrużyła przy tym oczy, na moment odpłynęła gdzieś daleko, to znaczy jej wzrok zrobił się zamglony, ciałem oczywiście została na miejscu, jednak przemierzała właśnie meandry biblioteki, która znajdowała się w jej głowie. Mrugnęła, wzięła głęboki oddech i kontynuowała. - Z tego co się orientuję, to mają miot raz w roku, około dwadzieścia sztuk do czterdziestu, więc faktycznie to może być dość ciekawym doświadczeniem, nie wydaje mi się, że będzie je łatwo opchnąć znajomym, bo większość ledwie toleruje koty i psy, ale może… może ktoś się skusi. - Mogliby pokazać światu, że błotoryje były całkiem przyjacielskie, być może ktoś by im pozazdrościł, mogliby wtedy uraczyć ich własnym egzemplarzem, jeszcze wszyscy pokochaliby te stworzonka. - Później mogłoby być nieco gorzej… - Jeszcze pierwsze sztuki pewnie dałoby się komuś wcisnąć, ale im dalej w las… nie do końca wiedziała co mieliby z nimi robić, ale z drugiej strony, czy faktycznie powinni się tym martwić teraz? Być może nawet nie uda im się znaleźć ani jednej sztuki potrzebującej pomocy. - To całkiem niezły argument. - Faktycznie, gdyby byli błotoryjami to na pewno by im się tutaj spodobało. Starała się więc podejść do tego optymistycznie, przynajmniej jak na siebie, bo normalnie pewnie nie byłaby w stanie przejść wokół tego bałaganu zupełnie obojętnie, teraz po prostu odwróciła wzrok i udawała, że ta wielka kałuża w przedpokoju nie istnieje. - Oczywiście, że zobaczę różnicę, nic się przede mną nie ukryje, ale dobrze o tym wiesz. - Prudence była naprawdę doskonała w obserwacji otoczenia, potrafiła dostrzec niuanse, których nie widział praktycznie nikt, nawet jeśli często nie komentowała tego, co widziała - to wcale nie oznaczało, że jej to umykało. Nie zawsze komentarze były potrzebne, czasem wystarczyło, że ktoś miał świadomość tego, że coś się działo. Starała się też nie być w stosunku do Benjy'ego zbyt natarczywa, bo wiedziała, że musiał się przyzwyczaić do tego, że ktoś się nim interesował. Czasem nie potrafiła przestać taksować go wzrokiem, tak już po prostu miała - kiedy jej na kimś zależało, a że jej mąż prowadził nie najbezpieczniejszy tryb życia, to dość często jej się to zdarzało. Musiała nauczyć się bronić w inny sposób niż siła fizyczna, nie miała więc żadnych oporów, aby korzystać z zasobów swojej wiedzy, które były ogromne, mało kto mógł się z nią w tym mierzyć. Nie zawsze jednak chciało jej się demonstrować swoją przewagę w ten sposób, bo ludzie potrafili być obojętni. Wiedziała jednak, że jak trafi się jej odpowiedni przeciwnik, to jej słowa mogą przynieść spore szkody, wtedy sięgała po swoją broń. Umiała zaleźć za skórę, gdy jej na czymś zależało. - Facet w Twoim stanie… - Udała, że zastanawia się nad odpowiedzią, dostrzegła ten bezczelny uśmiech na jego twarzy, przewróciła oczami, bo to byłoby zbyt proste. - Przed chwilą mówiłeś, że nic Ci nie jest, zastanawiam się więc, co to za stan, czy coś mi jednak umknęło. - Nie mogła przecież tak po prostu przyjąć tego, co mówił, musiała odrobinę się nad nim poznęcać. - wydajesz się nie być do końca pewny, jak tak dalej pójdzie to faktycznie będę musiała nieco popracować nad diagnozą. - a zatem dokładniej się mu przyjrzeć, skoro to było takie konieczne. RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 17.07.2026 Po całym dniu najbardziej brakowało mi właśnie tej zwyczajnej bliskości, której przez większość życia nawet nie potrafiłem nazwać. Nigdy nie planowałem życia z takim wyprzedzeniem, zawsze skupiałem się na następnym zleceniu, następnym tygodniu, najwyżej następnym miesiącu… A teraz? Nasz dom powoli przestawał być tylko miejscem, w którym mieszkaliśmy, coraz bardziej przypominał miejsce, które wspólnie urządzaliśmy pod siebie, nawet jeśli oznaczało to prowadzenie wyjątkowo dziwnych dyskusji o magicznych stworzeniach, podczas gdy ja coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nie istniał na świecie pomysł, którego moja żona nie potrafiłaby w ciągu kilku minut rozwinąć do rozmiarów pełnoprawnego projektu. Zaczynała od jednego szczegółu, a potem dokładała kolejne elementy z taką naturalnością, jakby od dawna czekały na właściwe miejsce. Właśnie dlatego powinienem nie rzucać przy niej pomysłów zupełnie bez zastanowienia - Prudence potrafiła znaleźć sens tam, gdzie ja widziałem tylko dowcip - lecz, oczywiście, było inaczej. Sam się o to prosiłem. - Mhhhmm… Pszeeepadłem. - Westchnąłem z udawaną rezygnacją. Nie potrafiłem jednak powiedzieć, że był to głupi pomysł, aby się odezwać, wręcz przeciwnie, im dłużej jej słuchałem, tym bardziej łapałem się na tym, że sam zaczynałem się zastanawiać, jak wyglądałby taki kawałek ogrodu przeznaczony dla stworzeń, których nikt nie chciał. Było w tym coś bardzo… Naszego. Oboje mieliśmy słabość do wszystkiego, co świat zbyt szybko skreślał. - Plan nie jest idealny. - Powtórzyłem za nią. - Ale ma jedną zaletę. Jeszcze pięś minut temu nie istniał, a telas znam jusz jego dlugi etap. - Mimo to wciąż zmarszczyłem czoło, kiedy zaczęła recytować informacje o rozrodzie błotoryjów, robiąc to z taką swobodą, jakby właśnie czytała z podręcznika, po prostu wyciągała to wszystko z pamięci, a ja nie do końca byłem w stanie udawać, że za każdym razem wcale nie robiło to na mnie podobnego wrażenia, co za tym pierwszym razem… Aż zagwizdałem pod nosem, kiedy wspomniała o dwudziestu do czterdziestu młodych rocznie, tego akurat się nie spodziewałem. - No i właśnie dlatego cieszę się, sze najpielw policzyłaś, a dopielo później zaczęliśmy je splowadzaś. - Zaśmiałem się cicho, zupełnie niedowierzająco. - Wyoblaszasz sobie? Wlacam ze zlecenia, a ty mówisz zupełnie spokojnie, sze mamy tszydzieści dwa nowe błotolyje i tszeba im znaleźć odpowiedzialne domy. Nie wiem, czy tylu odpowiedzialnych ludzi w ogóle istnieje. - Na moment zamilkłem. Sam nie wiedziałem, dlaczego tak łatwo przyszło mi wyobrażanie sobie tego wszystkiego - domu pełnego życia, ogrodu, w którym coś się działo, miejsca, które z roku na rok stawało się coraz bardziej nasze - jeszcze niedawno podobne wizje wydawałyby mi się obce, lecz teraz nie odrzucałem ich od razu, nie musiały wydarzyć się jutro ani za miesiąc, wystarczało, że były możliwe. Przez chwilę nie odrywałem od niej wzroku. Dom był cichy, za oknami monotonnie bębnił deszcz, a ciepło kominka powoli wypierało jesienny chłód, który przynieśliśmy ze sobą - lubiłem takie momenty - bez pośpiechu, bez konieczności wychodzenia za kilka minut, z samą świadomością, że cały wieczór należał do nas i mogliśmy go wykorzystać… No, może niekoniecznie na badania. Nie zamierzałem kłócić się jednak ze stwierdzeniem, iż moja najdroższa potrafiła dostrzec dosłownie wszystko - zmęczenie, którego sam jeszcze nie czułem, zadrapanie schowane pod rękawem czy grymas, który trwał ułamek sekundy - nadal mnie to odrobinę irytowało, bo przyzwyczajenie do radzenia sobie samemu siedziało we mnie zbyt głęboko, lecz chyba jednocześnie oboje powoli zaczynaliśmy oswajać się z tą naszą nową dynamiką. Tym razem dla samej zasady pokręciłem głową, niedowierzająco, kiedy zaczęła podważać moje własne słowa o stanie zdrowia - oczywiście, że musiała się tego uczepić - nie byłaby sobą, gdyby odpuściła tak łatwo. - Nie kombinuj. - Wskazałem na nią palcem. - Powiedziałem, sze nic mi nie jest, bo nic mi nie jest. A to, sze chwilę wcześniej odczuwałem balso wylaśny blak entuzjazmu do szycia, nie znaczy jeszcze, sze wymagam hospitalizacji. - Parsknąłem pod nosem. - Ty po plostu despelasko plóbujesz znaleźć sobie pacjenta na wolny wieczól, plawda? - Mimo tych słów nie odsuwałem się od niej, już dawno przestałem to robić, zatrzymałem się zostawiając między nami ledwie tyle miejsca, żeby mogła swobodnie podnieść głowę i spojrzeć mi w oczy. - Powiedz mi tylko jedno. - Zniżyłem głos. - Zamierzasz pszes cały wieczól udawaś moją usdlowisielkę, czy w końcu pszypomnisz sobie, sze jesteś tesz moją soną? - Moje spojrzenie na moment zatrzymało się na jej ustach, po czym znowu wróciło do jej oczu. RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 21.07.2026 Nie potrzebowała wiele, aby trybiki w jej głowie zaczęły pracować. Wystarczył żart - jak w tym przypadku, a ona zaczynała planować całe przedsięwzięcie. Być może jeszcze nie do końca szczegółowo, były to dopiero podwaliny pod ich ewentualną hodowlę, azyl - jak zwał tak zwał, ale wydawało jej się to całkiem sensowne. Najważniejsze - Benjy nie wydawał się wcale uznawać tego za głupie, co też było dla niej czymś zupełnie nowym. Miała wrażenie, że przystałby na jej każdy, nawet najbardziej nieprzemyślany eksperyment, żeby sprawić jej radość - zresztą tutaj to on był prowodyrem, na pewno spodziewał się w jaką stronę mogą pójść podobne rozważania. - Nawet nie jest mi z tego powodu przykro. - Tak to już bywa w małżeństwie, czyż nie? - Bardzo szybko ewoluuje, to prawda, ale tak chyba mają dobre plany, co nie? - Pięć minut temu w ogóle nie wpadłaby na to, żeby rozmyślać nad czymś takim, wystarczył jeden żart, a ona była gotowa szykować przestrzeń dla błotoryjów - chociaż jeszcze nie wpadli na żadnego, prędzej, czy później na pewno znalazłby się jakiś osobnik, którym mogliby się zaopiekować, najlepiej dwa, żeby pierwszemu nie było smutno. Podeszła do tego całkiem poważnie, jak na to, że zostało to rzucone tak po prostu. Nie wydawało jej się, aby jej mąż miał zamiar teraz oponować, pod tą fasadą, którą wykreował w końcu kryło się dużo więcej i ona doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jak ona był osobą, która lubiła zmieniać wizję świata, walczyć ze stereotypami. Robił to przecież od zawsze. - Nie było innego wyjścia, nie możemy się przecież porywać z motyką na słońce, wszystko trzeba bardzo dokładnie policzyć i przeanalizować. - Zaśmiała się jeszcze, kiedy usłyszała jego gwizdnięcie. Faktycznie był to całkiem ładny wynik jak na ilość potomstwa. - Dwadzieścia, czy tam czteredzieści… co to za różnica, mam wrażenie, że po dwudziestu to już przestaje być istotne. - Nie sądziła, aby faktycznie mieli miejsce dla tylu stworzeń i to mogło okazać się sporym blokerem dla ich przedsięwzięcia. - Pewnie nie istnieje, aczkolwiek chciałabym zobaczyć Twoją minę, gdybym Cię o tym informowała. - Potrafiła sobie to nawet zwizualizować w tej chwili, chociaż z racji na to, że już zdążyła się z nim podzielić tym, jak to u nich wygląda to nie byłoby, aż takiego zaskoczenia. Szkoda, na pewno byłby bardzo szczęśliwy widząc, jak rośnie ich błotoryja rodzina. - Nie. Nie potrzebuję pacjentów, nie jestem jeszcze tak zdesperowana, żeby sama sobie ich organizować. - Nie była, aż taką desperatką, dzisiaj zupełnie przypadkiem uszkodziła swojego męża, na szczęście było to tylko tymczasowe, na pewno już minęło, nie zrobiłaby mu większej krzywdy nawet przypadkiem. - Teraz się tylko z Tobą droczę. - Dlaczego, bo mogła? Pewnie to było powodem. Znała jego podejście do troski, czasem odrobinę więc przesadzała, nie po złości, ale, żeby zobaczyć jego reakcję. Prue lubiła odrobinę przeciągać strunę, tylko po to, aby sprawdzić na ile mogła sobie pozwolić. Dzisiaj jednak zamierzała już przystopować, bo co za dużo to wiadomo. - Funkcja żony ma zawsze priorytet. - Podniosła głowę, by na niego spojrzeć. - Muszę nieco popracować nad tym, aby to było widać, skoro w Twoim mniemaniu o tym zapominam. Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. - Dostrzegła to, że się w nią wpatrywał. Zawiesił spojrzenie na jej ustach, więc przygryzła dolną wargę. W końcu stanęła na palcach, aby dodać sobie wzrostu i móc zachować się jak żona, a nie prywatna uzdrowicielka. Pocałowała go, w sumie od samego początku, kiedy się dzisiaj spotkali tego pragnęła, tyle że okoliczności niekoniecznie temu sprzyjały. Koniec sesji
|