Dopiero wtedy wsunąłem dłoń do kieszeni, wyciągnąłem klucze, przez moment obracając je między palcami, zanim wsunąłem właściwy do zamka. Przez chwilę mocowałem się z mechanizmem, mrucząc pod nosem coś niezrozumiałego, aż w końcu usłyszałem znajomy klik. Pchnąłem drzwi ramieniem i odsunąłem się od razu na bok, przepuszczając Prudence przodem, tak jak za każdym razem, gdy wchodziśmy gdzieś razem. Ciepło uderzyło we mnie natychmiast po przekroczeniu progu, dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak głośny był deszcz na zewnątrz, wewnątrz bowiem zastała nas kojąca cisza. W środku pachniało drewnem, starymi książkami i czymś znajomym - czymś, co od kilku tygodni zacząłem po prostu kojarzyć z domem, będącym nadal pewną abstrakcją, jednak realną i upragnioną.
Zamknąłem za nami drzwi, dopychając je do futryny nieco dokładniej niż zwykle, przekręciłem zamek, a potem jeszcze machinalnie sprawdziłem go drugi raz. Nie wynikało to z przesadnej ostrożności, po prostu w ostatnich dniach nabrałem kilku nowych nawyków do i tak długiej listy tego, co robiłem na co dzień, by czuć się swobodnie w przestrzeni, którą zajmowałem…
Ściągnąłem z ramion przemoczony płaszcz, z którego natychmiast zaczęła kapać woda na podłogę, odwiesiłem go na wieszak i strząsnąłem z włosów kilka kolejnych kropel. Skrzywiłem się, widząc niewielką kałużę pod własnymi butami.
- Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze chwila i będziemy mogli hodowaś błotolyje w pszedpokoju. - Mruknąłem pod nosem, zdejmując przemoknięte buty i dochodząc do wniosku, że brytyjska jesień już zaczęła dawać mi się we znaki, chociaż dopiero się zaczęła. Czym innym była wysoka wilgotność i deszcze w miejscach, w których na ogół było ciepło i świeciło słońce, czym innym natomiast swojska, ojczysta pizgawica.
Przeciągnąłem dłonią po karku i westchnąłem z wyraźną ulgą, po czym jeszcze przeczesałem palcami wilgotne włosy, przywracając im mniej przylizany wygląd. Dopiero teraz mogłem uczciwie przyznać, że miejsce, w które mnie trafiła, nie przestało pulsować przy każdym kroku - może rzeczywiście powinienem przejmować się tym fioletem, którym mi groziła - nadal o sobie przypominało, ale przynajmniej już nie w sposób, który odbierał człowiekowi godność, więc zamiast narzekać, uznałem to za małe zwycięstwo. W domu wszystko wydawało się od razu prostsze, był wypełniony tym spokojem, który człowiek zaczynał naprawdę doceniać dopiero wtedy, gdy przez kilka dni z rzędu ktoś próbował mu go odebrać. Nie było zimnego wiatru, nie było ciemnych uliczek ani powodów, żeby oglądać się przez ramię, byliśmy tylko my i kilka godzin spokoju, które zamierzałem wykorzystać znacznie lepiej niż czas przeznaczony na cały dzisiejszy plan eskortowania mojej własnej żony w „bezpieczny, heh, sposób”.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)