![]() |
|
[grudzień 1970] Grudniowej śnieżnej nocy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [grudzień 1970] Grudniowej śnieżnej nocy (/showthread.php?tid=6221) |
[grudzień 1970] Grudniowej śnieżnej nocy - Guinevere McGonagall - 20.07.2026 Pierwsze ataki Śmierciożerców
Zwierzęta nie były tej nocy spokojne. Wyczuwały, że w powietrzu było coś mrocznego, coś pierwotnie złego. Hałasowały w swoich przestrzeniach, aż w końcu McGonagallowie obudzili się w środku grudniowej nocy, by je uspokoić i wtedy to zobaczyli. W oddali, gdzieś nad miasteczkiem, pysznił się wielki, mroczny znak. Tej nocy uderzyli Śmierciożercy. Nie w nich, nie. W kogoś, kto mieszkał w Pangbourne, nie tak na uboczu jak oni, potrzebujący mieć dużo miejsca dla przeróżnych zwierząt, których mugole zdecydowanie nie powinni widzieć. Mroczny Znak oznaczał coś najgorszego. Mówili o tym od miesiąca w gazetach, o przypadkach ataków, po których pozostawało tylko to: wielka zielona czaszka z rozwartą szczęką, z której wychodzi wąż, gdzieś na niebie. Nad domem, do którego weszli Jego Naśladowcy, jego poplecznicy. Wszyscy już wiedzieli, co można zastać w takim domu, nierzadko będącego już teraz ruiną. Że będą ciała, że będą martwi. Ale Mroczny Znak oznaczał jeszcze coś: że już się dokonało, a ci, którzy to zrobili, już odeszli. A co, jeśli ktoś przeżył? Co, jeśli ktoś potrzebował natychmiastowej pomocy? – ta myśl przebiegła przez umysł Guinevere nagle i z rozbłyskiem; była katalizatorem do tego, że w środku tej śnieżnej, grudniowej nocy, ona i Malcolm McGonagall udali się do miasta. W miejsce kaźni. To zaś, co tam zastali, przechodziło najśmielsze wyobrażenia: jednopiętrowy dom stał na uboczu, jego drzwi były wysadzone, okna wybite, ale to, co najbardziej uderzało, to była cisza. Nie było słychać żadnego dźwięku, ujadania psa, ani jednego wycia, które normalnie niosłoby się po okolicy niczym psi śpiew. Tej nocy było zupełnie, nienaturalnie wręcz cicho. Nie wiedziała, czy służby już wiedziały. Nie wiedziała, czy ktoś ich powiadomił. Nie wiedziała, czy ktoś przybędzie i ile to będzie trwało. Nie wiedziała, czy ktoś przeżył, nie wiedziała, czy może zrobić cokolwiek. Nie wiedziała bardzo wielu rzeczy, tak samo jak nie wiedział ich jej dziadek, a i tak zdecydowali się wejść do środka – ona, bo musiała, a on, bo nie chciał zostawiać jej samej, by zastać bałagan. Ktoś kto tutaj mieszkał ewidentnie się bronił. – To dom Brownów – wyszeptał Malcolm, gdy przechodzili przez jedno z pomieszczeń, w poszukiwaniu ciał. Oboje ściskali swoje różdżki w pogotowiu, nie zapalali światła. Guinevere zmieniła swoje oczy w kocie, by lepiej widzieć w ciemności, wystarczało jej upiorne światło rzucane przez Mroczny Znak, Malcolm zaś – w oczy sowy, w którą potrafił się zmieniać. – Znałem ich… Dobrzy ludzie. RE: [grudzień 1970] Grudniowej śnieżnej nocy - Atreus Bulstrode - 14.08.2026 Ogłoszenie manifestu przez Lorda Voldemorta, było datą bardziej znaczącą, niż można było się tego spodziewać. Atreus doskonale pamiętał moment, kiedy się z nim zapoznawał, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami z Florence. Więcej w tym było niedowierzania i sceptycyzmu, niż właściwego zmartwienia. Jakaś jego wewnętrzna buta nie pozwalała tak zwyczajnie i w pełni przyjąć do wiadomości tego, że teraz miał być gorzej. Ale przyszły kolejne dni, kolejne wydarzenia, kolejne charakterystyczne znaki na niebie, wywołane zaklęciem morsmorde. Szybko i jakże systematycznie, zaczęły być kojarzone z terrorem, a jednocześnie sporo ludzi wciąż niedowierzało, że coś złego mogłoby się przydarzyć im, albo ich sąsiadom. Śmierciożerców było chyba na tyle niewielu, że przeprowadzane przez nich ataki wydawały się być planowane na chybił trafił. Rozsiane po całej Anglii i jedyne co miały wspólnego, to pochodzenie lub przeświadczenia ofiar. Albo byli z mugolakami związani, albo popierali ich sprawy w magicznym społeczeństwie. Kimkolwiek byli Brownowie, kiedy informacja o czarnoksięskim znaku trafiła do Ministerstwa, Bulstrode zdawał się podświadomie wiedzieć, że nie byli winni temu, za co zostali skazani. Wspieranie słabszych nie było niczym, za co należało być piętnowanym, nawet jeśli on sam nigdy przesadnie nie przejmował się mugolakami. Byli, rozpychali się swoimi niemagicznymi łokciami, próbując pokracznie wpasować do magicznego społeczeństwa, ale w gruncie rzeczy pracowali na tym by zostać zaakceptowanymi, zamiast wywracać cały system do góry nogami. Odgłosy teleportacji rozległy się na pustej ulicy, przecinając dzwoniącą w uszach ciszę. Oprócz tego, że pojawiły się umundurowane jednostki, nie zmieniło się nic - żaden pies się nie zająknął, a uliczka pozostawała tak samo martwa, jakby mieszkańcy wciąż bali się okrutnie, że niebezpieczeństwo nie minęło. Atreus przez moment wchłaniał ten bezruch, jakby samemu bojąc się go naruszyć, wspinając się spojrzeniem po fasadzie zrujnowanego budynku. Drzwi zostały wysadzone, okna nie posiadały we framugach szyb. W środku też pewnie panował istny rozgardiasz. — Ktoś jest w środku — zauważył cicho. Spojrzeli na siebie, kiwając krótko, mocniej zaciskając palce na trzymanych różdżkach i ruszyli do przodu. Starszy auror wszedł pierwszy, przystając po paru krokach w przedsionku. — Tu służby Biura Aurorów. Zostaliśmy wezwani na miejsce zbrodni, ktokolwiek tu jest, ma natychmiast odłożyć różdżkę i wyjść z podniesionymi rękoma. |