Zwierzęta nie były tej nocy spokojne. Wyczuwały, że w powietrzu było coś mrocznego, coś pierwotnie złego. Hałasowały w swoich przestrzeniach, aż w końcu McGonagallowie obudzili się w środku grudniowej nocy, by je uspokoić i wtedy to zobaczyli.
W oddali, gdzieś nad miasteczkiem, pysznił się wielki, mroczny znak. Tej nocy uderzyli Śmierciożercy. Nie w nich, nie. W kogoś, kto mieszkał w Pangbourne, nie tak na uboczu jak oni, potrzebujący mieć dużo miejsca dla przeróżnych zwierząt, których mugole zdecydowanie nie powinni widzieć.
Mroczny Znak oznaczał coś najgorszego. Mówili o tym od miesiąca w gazetach, o przypadkach ataków, po których pozostawało tylko to: wielka zielona czaszka z rozwartą szczęką, z której wychodzi wąż, gdzieś na niebie. Nad domem, do którego weszli Jego Naśladowcy, jego poplecznicy. Wszyscy już wiedzieli, co można zastać w takim domu, nierzadko będącego już teraz ruiną. Że będą ciała, że będą martwi.
Ale Mroczny Znak oznaczał jeszcze coś: że już się dokonało, a ci, którzy to zrobili, już odeszli.
A co, jeśli ktoś przeżył? Co, jeśli ktoś potrzebował natychmiastowej pomocy? – ta myśl przebiegła przez umysł Guinevere nagle i z rozbłyskiem; była katalizatorem do tego, że w środku tej śnieżnej, grudniowej nocy, ona i Malcolm McGonagall udali się do miasta. W miejsce kaźni. To zaś, co tam zastali, przechodziło najśmielsze wyobrażenia: jednopiętrowy dom stał na uboczu, jego drzwi były wysadzone, okna wybite, ale to, co najbardziej uderzało, to była cisza.
Nie było słychać żadnego dźwięku, ujadania psa, ani jednego wycia, które normalnie niosłoby się po okolicy niczym psi śpiew. Tej nocy było zupełnie, nienaturalnie wręcz cicho.
Nie wiedziała, czy służby już wiedziały. Nie wiedziała, czy ktoś ich powiadomił. Nie wiedziała, czy ktoś przybędzie i ile to będzie trwało. Nie wiedziała, czy ktoś przeżył, nie wiedziała, czy może zrobić cokolwiek. Nie wiedziała bardzo wielu rzeczy, tak samo jak nie wiedział ich jej dziadek, a i tak zdecydowali się wejść do środka – ona, bo musiała, a on, bo nie chciał zostawiać jej samej, by zastać bałagan. Ktoś kto tutaj mieszkał ewidentnie się bronił.
– To dom Brownów – wyszeptał Malcolm, gdy przechodzili przez jedno z pomieszczeń, w poszukiwaniu ciał. Oboje ściskali swoje różdżki w pogotowiu, nie zapalali światła. Guinevere zmieniła swoje oczy w kocie, by lepiej widzieć w ciemności, wystarczało jej upiorne światło rzucane przez Mroczny Znak, Malcolm zaś – w oczy sowy, w którą potrafił się zmieniać. – Znałem ich… Dobrzy ludzie.