![]() |
|
[17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy (/showthread.php?tid=6305) Strony:
1
2
|
[17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 24.08.2026 Wieczór był całkiem przyjemny, jak na jesień. Wiatr nie plątał włosów przechodniów, niebo było prawie bezchmurne, słońce chowało się za horyzontem, jednak trudno nazwać było okolicę malowniczą - stolica była zniszczona, pewnie wiele dni miała zająć jej odbudowa. Mimo wszystko ludzie wydawali się zaczynać wracać do normalności, odnajdywali zwyczajny rytm, przynajmniej tak wydawało się Prudence kiedy ich obserwowała. Teoretycznie nadal pomieszkiwała w Exmoor, ale jako, że musiała pracować to kursowała między Exmoor a Londynem, nie mogła pozwolić sobie na to, żeby w takiej chwili wziąć urlop - całe ministerstwo zostało postawione na nogi po tym, co wydarzyło się kila dni temu. Nie narzekała, lubiła swoją pracę, chociaż ostatnio zauważyła, że nie jest dla niej najważniejsza. Punkt widzenia potrafił się zmienić bardzo szybko, zwłaszcza, gdy pojawił się ktoś z kim można było spędzić wolny czas. Być może stało się to zupełnie niespodziewanie, jednak wcale tego nie negowała - korzystała z tego, co los jej podsunął. Była szczęśliwa, nawet bardzo, dawno nie czuła się, aż tak żywa, przez ostatnie kilka lat była raczej chodzącym trupem. Jako, że pogoda nie była najgorsza, a oni złapali się w Londynie, to nie spieszyli się szczególnie do tego, by wrócić do Exmoor, miasto oferowało inne rozrywki od wsi, zresztą dobrze było rozejrzeć się po stolicy. Nie zapuszczała się jeszcze w wiele miejsc po tym, co się wydarzyło. Widok nie należał do najprzyjemniejszych, to, co pamiętała zupełnie nie zgadzało się z rzeczywistością, istotne jednak było to, że próbowano jakoś ruszyć dalej. Plątali się po Niemagicznym Londynie, mijali kolejne uliczki, alejki, spacerowali, bo czemu by nie. Nigdzie nie musieli się przecież spieszyć, nie dzisiaj. Zatrzymała się na moment, bo jej uwagę zwrócił nawoływacz, który zachęcał do odwiedzenia klubu The Heaven - nie słyszała wcześniej o tym miejscu, przeniosła więc wzrok na Benjy'ego, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, było to w sumie bezgłośne zadanie pytania Czy słyszałeś o tym miejscu?. Nie wydawało jej się, bo przecież długo nie było go w Wielkiej Brytanii, jednak nie przesądzała sprawy, bo miała świadomość, że akurat on potrafił zaskoczyć i mogło się jeszcze okazać, że ktoś z jego znajomych był właścicielem, barmanem, czy jeszcze kimś innym. Nie był to niby najlepszy czas na wejście do klubu, ale w sumie czy był to odpowiedni czas na cokolwiek? Warto było sięgnąć chociaż po odrobinę normalności, a Prue w klubie nie była od lat, naprawdę wielu lat. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 24.08.2026 Londyn zmienił się pod moją nieobecność, co nie było dla mnie żadnym zdziwieniem, od samego początku miałem świadomość, że nie dało się wrócić gdzieś po tak długim czasie i oczekiwać, że miasto będzie stało w tym samym miejscu, ostatnie wydarzenia wystarczyły zresztą, by zrujnować wrażenie swojskości nawet u wieloletnich mieszkańców. Z daleka można było, co prawda, odnieść wrażenie, że wszystko wracało do normy, ludzie przechodzili ulicami, rozmawiali, okazjonalnie nawet zatrzymywali się przy świeżo ustawionych wystawach na witrynach, ktoś śmiał się pod wejściem do pubu, zdecydowanie nie będąc już pierwszej trzeźwości, ktoś inny przeklinał pod nosem, usiłując zapalić papierosa na wietrze, lecz była to zaledwie fasada, złudny cień prawdy, i dopiero kiedy przyjrzało się temu wszystkiemu odrobinę uważniej, dostrzegało się wyrwy w murach, świeże deski w oknach, rusztowania i całe fragmenty ulic, które wciąż wyglądały tak, jakby przez wiele godzin trawiła je niszczycielska pożoga. Nie przeszkadzało mi to jednak szczególnie w naszym dzisiejszym spacerze donikąd, nie burząc mojego wewnętrznego poczucia estetyki, bo jakże - była to cecha wyjątkowo niepraktyczna u kogoś, kto przez większość życia zarabiał na tym, że właził w miejsca, do których rozsądni ludzie nawet nie zaglądali - widywałem już gorsze rzeczy, sam zresztą miałem ostatnio okazję przekonać się, ile potrafił wytrzymać człowiek, zanim jego ciało zacznie oficjalnie protestować przeciwko dalszemu udziałowi w życiu, więc kilka rozwalonych budynków nie robiło na mnie aż takiego wrażenia, przeciwnie, podobało mi się to, że ludzie zaczynali zachowywać się tak, jakby mieli jeszcze jutro. To było całkiem rozsądne podejście, każdy mógł przez jakiś czas oglądać ruiny i rozpamiętywać, kto stał za tym wszystkim, dlaczego do tego dopuścił i ile jeszcze osób miało za to zapłacić, ale ostatecznie i tak trzeba było zjeść kolację, zapłacić rachunki i znaleźć sobie coś, czym można było zająć ręce oraz głowę. Życie miało tę irytującą właściwość, że nie zamierzało się zatrzymać tylko dlatego, że komuś bardzo wygodnie byłoby jeszcze przez tydzień siedzieć w żałobie nad własnym nieszczęściem. Należało wziąć się w garść i ruszyć dalej, co też zrobiliśmy… Całkiem… Nieoczekiwanie wspólnie. Skoro już tutaj byliśmy, skoro nie musieliśmy wracać do Exmoor, skoro przez kilka godzin nie czekało na nas nic pilnego, to właściwie dlaczego mielibyśmy od razu wracać do domu? Właśnie tego rodzaju pytania prowadziły mnie zazwyczaj w miejsca, w których później pojawiały się problemy, ale tym razem nie widziałem powodu, żeby doszukiwać się ich na zapas. Po tym, co wydarzyło się kilka dni wcześniej, normalny wieczór wydawał mi się czymś niemal absurdalnie cennym, szczególnie spędzony z kimś, z kim nie tak dawno zupełnie się go nie spodziewałem. „The Heaven”, na które trafiliśmy, mówiło mi mniej więcej tyle samo, co połowa nazw londyńskich lokali, czyli niewiele, pokręciłem więc głową, dostrzegłszy reakcje Prue na nawoływanie, chociaż nie wyglądałem na szczególnie rozczarowanego tym odkryciem. Zatrzymałem spojrzenie na wejściu, potem przesunąłem je po okolicy, odruchowo sprawdzając ludzi stojących przed klubem i tych przechodzących ulicą - nawet po tym geście trudno było powiedzieć, że byłem szczególnie dobrym przykładem człowieka wracającego do normalności, a jednak - nazwa była ciut podejrzanie nazbyt optymistyczna jak na stolicę po ostatnich wydarzeniach… Wzruszyłem jednak ramionami, całkiem poważnie rozważając milczącą sugestię stojącą za spojrzeniem Pruey, właściwie sam byłem ciekaw, co mogliśmy napotkać w środku - nie chodziło nawet o sam lokal, nie obchodziło mnie szczególnie, czy za drzwiami mieliśmy zastać dobrą muzykę, kiepskie drinki i ludzi, którzy będą próbowali udowodnić sobie nawzajem, że potrafili tańczyć, choć nie powinni, po prostu nie miałem najmniejszego problemu z przyznaniem przed sobą, że przez ostatnie lata ominęło mnie sporo zwyczajnych rzeczy i może… Być może… Warto byłoby to zmienić, no, przynajmniej spróbować, bo przy moim szczęściu równie dobrze mogłem odkryć, że za barem stał człowiek, któremu kiedyś złamałem nos, a przy wejściu na zaplecze czekał ktoś, komu obiecałem, że nigdy więcej nie pokażę się w jego lokalu - nie byłby to nawet szczególnie zaskakujący obrót spraw - mimo to nie miałem nic przeciwko, jeśli ona też tego chciała. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 25.08.2026 Tak właściwie to nigdy nie zastanawiała się nad tym, jakby to było, gdyby znali się jako dorośli ludzie. Jako dzieci spędzili ze sobą wiele czasu, później było gorzej, aż w końcu zupełnie zniknął z jej życia, tylko po to aby pojawić się w nim ponownie kiedy będzie tkwiła w pewnego rodzaju rutynie. Jak zawsze nieco nią potrząsnął, wywrócił jej świat do góry nogami i jak zawsze jej się to podobało. Zdążyli sobie wyjaśnić wiele spraw, nie wszystkie, ale jednak doszli do pewnego rodzaju porozumienia, pozwoliła na to, by wyrwał ją z marazmu. Teraz spacerowali sobie po stolicy, jakby to było najbardziej zwyczajną rzeczą na świecie. Nie zadawała sobie niepotrzebnych pytań, nie zastanawiała się nad tym, do czego to prowadzi, bo przecież ustalili to między sobą. Wszystko było jasne, zrozumiałe, nie powodowało jednak, że bała się, iż ją poparzy, była na to gotowa, świadoma tego, jak wygląda sytuacja. Benjy przez tą krótką obecność w jej życiu wniósł w nie dużo więcej, niż ktokolwiek inny. Była mu za to wdzięczna, była też zdziwiona, że tak łatwo pozwoliła mu wkraść się do swojej codzienności, ale nie potrafiła reagować inaczej. Nie, kiedy okazywał jej tyle zrozumienia. W sumie chyba trafili na siebie ponownie w najlepszym z możliwych momentów. Ostatnio dostrzegła, jak kruche było życie, jak łatwo można było je stracić przez co pozwalała sobie na więcej. Nie sądziła, że Londyn tak szybko będzie starał się wrócić do normalności, ale co innego niby mieli zrobić mieszkańcy? Dobrze było odetchnąć po tym wszystkim, co im się przytrafiło. Być może nic nie wyglądało jak wcześniej, ale czy warto było się tym przejmować, musieli odbudować to, co zostało im odebrane. Benjy pokręcił głową na jej bezgłośne zapytanie. Najwyraźniej również nie słyszał o tym miejscu. Kto wie, może otworzyło się niedawno, może wcale nie. Nie była szczególnie rozrywkowa, więc też trudno było jej to stwierdzić. Nie oczekiwała, że będzie wiedział więcej od niej, bo przecież to on dopiero wrócił do kraju, wypadało, aby to ona oprowadzała go po okolicy, jednak nieszczególnie się do tego nadawała. Musieli eksplorować świat razem, co również uważała za ciekawe doświadczenie. Nawoływacz postanowił się do nich zbliżyć - był wyczulony na najdrobniejsze oznaki zainteresowania tym miejscem. Jako, że się zatrzymali to pewnie wydawało mu się, że byli idealnymi osobnikami na stanie się kolejnymi ofiarami, które miały wejść do środka. Taka praca, czy coś. Opowiadał o tym miejscu, zachęcał do wejścia do środka, w sumie Prue zaczęła się zastanawiać nad tym, czy faktycznie nie powinni tego zrobić. Nieco zmieniła swoje podejście do życia, zaczęła próbować nowych rzeczy, wszystko przez obecność swojego tymczasowego chłopaka, jakoś tak ułatwiała jej podejmowanie tych spontanicznych decyzji. Spojrzała w stronę wejścia, zawiesiła na nim wzrok na dłuższą chwilę przez co póki co nie wiedziała, co działo się przy niej. Nawoływacz wyciągnął swoją dłoń i próbował sięgnąć do płaszcza Prue, chciał ją okraść. [roll=Z] - rzucam na percepcję, czy Prue zauważy, że nawoływacz chce ją okraść? RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 25.08.2026 Przez chwilę kątem oka przyglądałem się człowiekowi, który podszedł do nas z miną kogoś, kto właśnie zauważył dwie wyjątkowo obiecujące ofiary - ciekawe tylko, z której strony - i zamierzał zrobić wszystko, żeby nie pozwolić im przejść obojętnie obok swojego lokalu. Słuchałem jednym uchem jego zachwalania „The Heaven”, podczas gdy drugim odruchowo rejestrowałem wszystko dookoła, nie znałem tego miejsca, nie wiedziałem, czego się po nim spodziewać, ani tym bardziej nie miałem pojęcia, czy Prue od początku naprawdę myślała o tym, by tam wejść, czy zwyczajnie zatrzymała się z ciekawości i chciała wspólnie podjąć decyzję, której zaoferowania się po niej raczej nie spodziewałem. Poniekąd właśnie to było najbardziej interesujące, znałem ją przecież od dziecka, ale jednocześnie miałem coraz wyraźniejsze poczucie, że przez te wszystkie lata kojarzyłem ją przede wszystkim jako kogoś, kim już dawno nie była - to było dziwne uczucie - pamiętałem dziewczynkę, z którą spędzałem kiedyś mnóstwo czasu, pamiętałem jej sposób reagowania, drobne przyzwyczajenia, rzeczy, które potrafiły ją bawić i te, które później doprowadzały ją do szału, ale im dłużej przebywałem z nią teraz, tym wyraźniej widziałem, jak mało wiedziałem o dorosłej Prudence Madison Bletchley. Zdawałem sobie sprawę z tego, kim była kiedyś, wiedziałem też, co wydarzyło się pomiędzy nami, zanim zniknęliśmy sobie z życia, ale do niedawna nie miałem pojęcia o tym, jak wyglądały jej zwyczajne dni, te poza pracą w Ministerstwie, spędzane przez wszystkie te lata. Nie wiedziałem, co robiła rano, kiedy nikt jej nie przeszkadzał, czego słuchała, kiedy była sama, jakie miejsca lubiła, czego nie znosiła, co zamawiała w restauracjach, jak spędzała wolne wieczory ani co robiła, kiedy miała zły dzień. Znałem fragmenty, kilka wspomnień i parę nowych informacji, które zdążyła mi o sobie zdradzić, ale reszta pozostawała zagadką. Tamta Prue była częścią mojego życia tak długo, że przez lata popełniałem prawdopodobnie naprawdę komiczny błąd, zakładając, że skoro znałem ją wtedy, to automatycznie wiedziałem, jaka będzie później, tymczasem zbiegiem okoliczności okazało się, że potrafiłem „kojarzyć” kogoś przez pół życia i jednocześnie odkryć po latach, że bardzo wiele rzeczy musiałem poznać od nowa, zupełnie się tego nie spodziewając, a jednak idąc w to w pełni… W dodatku razem jako… Jakkolwiek by to określić… Tymczasowa para? Przywykłem do ludzi, których można było rozgryźć po kilku spotkaniach, w mojej pracy bywało to wręcz konieczne, trzeba było stosunkowo szybko ocenić człowieka, jego zamiary, temperament, granice i to, czy w razie problemów mógł spróbować wbić komuś nóż między żebra, czy jednak wolał decydować się na coś mniej osobistego. Z Prue nie działało to w ten sposób - mogłem obserwować ją godzinami, mogłem przypominać sobie dzieciństwo, mogłem łączyć fakty, a i tak za każdym razem pojawiało się coś nowego - co więcej, coraz bardziej podobało mi się to, że nie miałem gotowej odpowiedzi. Żadne z nas jej nie miało, tak właściwie, jednak zdawało się to nam w niczym nie przeszkadzać, co samo w sobie też było zaskoczeniem. Spojrzałem na nią, dostrzegając, iż nadal patrzyła w stronę wejścia do klubu, po czym odchrząknąłem cicho. Jeszcze niedawno pewnie uznałbym, że powinienem coś zrobić, coś powiedzieć, popchnąć sytuację w konkretną stronę, teraz wolałem pozwolić jej zdecydować. Nawoływacz tymczasem mówił coś dalej, niezrażony naszym brakiem reakcji, najwyraźniej próbując sprzedać nam wizję wieczoru, który miał być niezapomniany, chociaż z mojego doświadczenia wynikało, że ludzie obiecujący niezapomniane wieczory zazwyczaj mieli na myśli coś, czego później wolałoby się nie pamiętać. !Strach przed imieniem RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Pan Losu - 25.08.2026 Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 25.08.2026 Pewnie normalnie nie rozważałaby w ogóle możliwości, jaką było wejście do tego klubu. Nie interesowały jej takie miejsca, to nie był do końca jej typ rozrywki na wieczór, jednak ostatnio nieco się zmieniło. Zaczęła korzystać z okazji, które los rzucał jej pod nogi. Na ich drodze stanął ten nawoływacz, więc czemu by nie mieli wziąć pod uwagę wejścia do środka? Życie było zbyt krótkie, aby nie korzystać z podobnych możliwości, zwłaszcza, że pewnie nie mieli się tutaj pojawić razem nigdy więcej, a doświadczanie nowych rzeczy z Benjym było na swój sposób wyjątkowe. Była ciekawa opinii Benjy'ego na ten temat, nie miała pojęcia, czy sądził, że to dobry pomysł. Właśnie dlatego najpierw na niego spojrzała, zastanawiając się, czy w ogóle znał ten klub. Z tego, co wyczytała z jego wyrazu twarzy to nie, więc ich wiedza na temat lokalu The Heaven była na tym samym poziomie. Wpatrywała się w wejście do klubu nieco dłużej niż powinna. Nawoływacz nadal coś do nich mówił, miała wrażenie, że znalazł się zbyt blisko, jednak ruszyła się z miejsca dopiero wtedy, kiedy jej tymczasowy chłopak odchrząknął. Cofnęła się o krok, widząc, że obcy mężczyzna nieco zbyt blisko do niej podszedł, niby taką miał pracę - jednak nie do końca podobał jej się taki sposób zdobywania klientów. Coś jej nie pasowało, jednak nie do końca wiedziała co, bo nie była w pełni skupiona na tej interakcji. Jako, że poczuła się nieswojo, to stwierdziła, że chyba lepiej będzie jednak kontynuować ten wieczorny spacer. Mrugnęła, żeby ponownie odnaleźć się w pełni w rzeczywistości, jej mózg zaczął bowiem wędrować w dziwne miejsca. - Chyba odpuścimy? - Powiedziała do Benjy'ego, nie podejmowała jednak jeszcze decyzji, bo chciała dowiedzieć się, co on o tym właściwie myśli. Jeśli chciałby wejść do środka, to pewnie nie miałaby nic przeciwko, zresztą tak, czy siak chciała poznać jego opinię na ten temat. Nawoływacz spasował, odsunął się o kilka kroków, zmierzał w stronę wejścia do The Heaven, co również mogło wzbudzić nieco podejrzeń, bo chwilę wcześniej wydawało się mu bardzo zależeć na tym, aby weszli do środka. Być może dotarło do niego, że ta dwójka niekoniecznie należała do osób, które łatwo jest przekonać? Kto go tam wiedział, pewnie nie chciał tracić na nich więcej czasu, skoro byli niezdecydowani. Prue nie wpadła na to, że mógł już po prostu zrobić swoje i chciał się wycofać, póki nie zauważyła braków w kieszeniach swojego płaszcza. Nawoływacz zniknął w środku, rozmył się gdzieś w powietrzu, oni nadal stali przed tym klubem. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 25.08.2026 Nie znałem tego miejsca, nie wiedziałem, co właściwie znajdowało się za drzwiami, a człowiek, który próbował nas tam zwabić, nie zrobił na mnie najlepszego pierwszego wrażenia, zwłaszcza kiedy zaczął podchodzić zdecydowanie zbyt blisko. Nie musiałem długo patrzeć na tego faceta, żeby dojść do wniosku, że wyjątkowo nie podobało mi się to, w jaki sposób próbował nas wciągnąć do środka, zwłaszcza że z każdą kolejną sekundą coraz bardziej skracał dystans dzielący go od miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Nie lubiłem, kiedy obcy ludzie wchodzili mi w przestrzeń, a jeszcze mniej podobało mi się, kiedy robili to komuś stojącemu obok mnie, dlatego odruchowo przeniosłem ciężar ciała na jedną nogę i spojrzałem na nawoływacza chłodniej, niż zapewne wymagała tego sytuacja. Co prawda, nie zrobiłem z tego przedstawienia, nie miałem zamiaru urządzać awantury o kilka kroków za dużo, ale też nie zamierzałem udawać, że tego nie zauważyłem, szczególnie że Prue wyraźnie cofnęła się, kiedy koleś znalazł się tuż przy niej. Nie miałem problemu z tym, że wykonywał swoją pracę, mógł zachwalać lokal, rozdawać ulotki i obiecywać cuda na kiju, jeśli właśnie za to mu płacono, ale istniała pewna granica, której przekraczać nie należało, a ja nie przepadałem za tymi, którzy sprawdzali ją na własnej skórze. Ograniczyłem się jednak do odchrząknięcia i spojrzenia na niego w sposób wystarczająco wymowny, żeby zrozumiał, że kolejnego kroku w naszym kierunku raczej nie powinien był już wykonywać. Niemniej przestrzeń osobista była przestrzenią osobistą, niezależnie od tego, czy ktoś nazywał swoje zachowanie „pracą”, „sprzedażą”, „reklamą” czy jakkolwiek inaczej. Istniała pewna odległość, po której przestawało chodzić o reklamowanie lokalu, a zaczynało o włażenie komuś w paradę. Ostatecznie, gdy jegomość najwyraźniej zrozumiał przekaz albo po prostu zakończył swoją dzisiejszą wartę i wrócił do wnętrza lokalu, rozluźniłem barki, wsunąłem dłonie do kieszeni płaszcza i odsunąłem się kawałek od wejścia, zostawiając klub za plecami, chociaż kątem oka jeszcze przez moment spoglądałem na drzwi, które zamknęły się za natrętnym pracownikiem. - Laszej nic nie stlasimy. No, chyba sze masz na to ochotę. - Stwierdziłem, patrząc na Prue z ukosa, bo nie zamierzałem udawać, że moja decyzja była zdecydowana i nieodwołalna tylko dlatego, że nie spodobał mi się jeden człowiek przed drzwiami. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jeszcze raz zerkając na szyld „The Heaven”, po czym wzruszyłem ramionami - nie była to wyjątkowa okazja, która miała się więcej nie powtórzyć, zawsze mogliśmy znaleźć jakieś inne miejsce, przejść jeszcze kilka ulic albo zwyczajnie wrócić do domu. Nie ruszyłem jednak od razu, bo tamta początkowa ciekawość była wystarczająco silna, żeby zatrzymać mnie jeszcze przez kilka sekund, i prawdę mówiąc, gdybym zobaczył jakiś konkretny powód, żeby wejść do środka, pewnie bym tego nie wykluczył. Sam pomysł wpadnięcia gdzieś na drinka bądź kilka nie wydawał mi się szczególnie zły, nigdy też nie byłem przeciwnikiem sprawdzania miejsc, których wcześniej nie znałem, szczególnie jeśli trafiały się przypadkiem i nie wymagały ode mnie żadnych większych zobowiązań, ale zachowanie nagabywacza skutecznie ochłodziło moją ochotę na natychmiastowe spontaniczne wejście. Miałem wystarczająco dużo doświadczenia z ludźmi, żeby wiedzieć, że pewne rzeczy lepiej było ucinać na początku, zanim ktoś uznał, że skoro pozwoliło mu się na jeden krok, mógł zrobić następne trzy. Przecież Londyn nie kończył się na jednym klubie, wieczór dopiero się zaczynał, a jeżeli jeszcze dziś mogło wydarzyć się coś interesującego, nie zakładałem, że cała ta potencjalna rozrywka została zamknięta właśnie za tymi drzwiami. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 25.08.2026 Zrobiło jej się jakoś tak lżej, gdy nawoływacz wszedł do środka. Nigdy nie czuła się szczególnie pewnie, kiedy zagadywali ją obcy ludzie. Nie należała do osób, które lubiły pogawędki, czy small talki. Zdawała sobie sprawę z tego, że miał taką pracę, jednak wolałaby, gdyby jednak wybrał sobie inne ofiary. Rzuciła okiem jeszcze raz na szyld, kiedy mężczyzna zniknął za drzwiami. Nie wydawało jej się, że musieli wchodzić właśnie tutaj, być może był to po prostu znak, że mogli wejść do jakiegokolwiek klubu, skoro sugerował im to wszechświat, być może do takiego w którym nikt nie będzie ich do tego nachalnie zachęcał. - Niekoniecznie. - Nie słyszała nigdy o tym miejscu, tak naprawdę sama nie wiedziała, czy chciała wejść akurat tutaj. - To znaczy możemy gdzieś wejść na chwilę, jednak niekoniecznie tutaj. - Sprostowała jeszcze. Być może nie była duszą towarzystwa, jednak wydawało jej się, że wejście do jakiegokolwiek klubu mogłoby być całkiem przyjemnym oderwaniem się od tej smutnej i szarej rzeczywistości. Ludzie powoli wracali do normalności, może i oni powinni spróbować to zrobić. Zwłaszcza, że pewnie szybko nie poczuje ponownie ochoty na wizytę w podobnym miejscu, no i na pewno nie będzie miała możliwości znaleźć się w nim z Benjym. Niby nie określili momentu do kiedy tworzyli ten tymczasowy związek, jednak wiedziała, że skończy się szybciej niż później, więc warto było korzystać z jego towarzystwa, bo z nim wszystko było na swój sposób wyjątkowe. - Możemy poszukać innego lokalu. - Zrobiła nawet krok do przodu, aby ruszyć się z miejsca, wsadziła przy okazji ręce do kieszeni, przez co znowu się zatrzymała. Brakowało jej czegoś, chwilę zastanawiała się nad tym skąd wzięło się to uczucie - jej kieszenie wydawały się być lżejsze niż zazwyczaj. Portfel. Brakowało portfela. Czyli to, że miała wrażenie, że coś jej nie pasuje nie stało się przypadkowo, tak samo jak ten dyskomfort, który powodowała bliskość obcego mężczyzny. Zagapiła się na wejście, a on skorzystał z okazji, zwinął jej portfel - fantastycznie, nie mogło być lepiej. - Okradł mnie. - Stwierdziła właściwie bez żadnych większych emocji, jakby był to najbardziej suchy fakt. - W sensie, wziął sobie mój portfel z kieszeni. - Wyjaśniła jeszcze, żeby nie pozostawić żadnych niedopowiedzeń. Najwyraźniej uznała, że sprawa jest stracona, zwłaszcza, że nawoływacz wszedł już do środka, pewnie zniknął gdzieś w tłumie i cieszył się z tego, że trafił na wyjątkowo łatwą ofiarę. W sumie zrozumiała skąd wziął się jego odwrót, teraz wszystko stało się jasne - nie udało się mu namówić ich na wejście do klubu, ale zrealizował inny plan. Tak, czy siak jego zadanie zakończyło się sukcesem. Westchnęła jedynie ciężko, nieco rozczarowana swoim rozproszeniem. - Powinnam być czujniejsza. - Uznała, że to była jej wina, bo przecież mogła być nieco bardziej uważna, po ludziach można się było spodziewać wszystkiego, doskonale zdawała sobie z tego sprawę, pozwoliła sobie jednak na moment nieuwagi i wyszło, jak wyszło. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 25.08.2026 Nie od razu dotarło do mnie, że facet, który przed chwilą niemal właził nam w dupy i ekscesywnie zachęcał nas do wejścia do tego przeklętego lokalu, nie był jedynie irytującym naganiaczem, ale zwyczajnym złodziejem, chociaż przecież powinienem był wiedzieć lepiej. Zdecydowanie bardziej skupiłem się jednak na tym, aby podjąć decyzję o kontynuacji tego złudnie błogiego spaceru, jaki sobie wcześniej urządziliśmy. - Okej. - Kiwnąłem głową, wyciągając dłoń w stronę Prudence, ale nie zdążyłem nawet zrobić porządnego kroku, kiedy usłyszałem spokojne stwierdzenie, że została okradziona. Zmarszczyłem brwi. Mój mózg potrzebował chwili, żeby połączyć fakt, że właśnie staliśmy przed klubem, do którego jednak nie zamierzaliśmy wejść, z informacją, że facet, którego przed momentem miałem ochotę złapać za kark i odstawić kilka metrów dalej, zdążył coś zajebać, zanim zniknął za drzwiami, szczególnie że słowo „okradł” zupełnie nie pasowało do tonu, jakim je wypowiedziała. Przez sekundę po tych słowach zwyczajnie zamarłem w miejscu, bo wieść o tym, że ktoś właśnie podpierdolił coś mojej dziewczynie, robiąc to tuż pod naszymi nosami, potrzebowała czasu, żeby przebić się przez wszystko inne, co jeszcze przed momentem miałem w głowie, lecz kiedy dotarło do mnie, że ten pieprzony nagabywacz nie odszedł dlatego, że stracił zainteresowanie byciem rekinem biznesu, tylko dlatego, że zdążył wykonać swoje zadanie, coś we mnie zwyczajnie puściło. Nagle wszystkie te drobiazgi, które przed chwilą wydawały mi się tylko irytujące, zaczęły układać się w całkiem konkretny obraz. Bardzo, kurwa, wyrazisty. Najbardziej wkurwiło mnie jednak nie to, że jakiś cwaniak postanowił sam wręczyć sobie premię za zasługi marketingowe, tylko że zrobił to praktycznie na moich oczach, podczas gdy ja stałem obok i zajmowałem się ocenianiem wszystkiego, tylko nie jego etyki pracy, zamiast od razu zauważyć, co właściwie robił. Zacisnąłem szczękę i jeszcze raz popatrzyłem na wejście, a potem przesunąłem wzrok na Prue, kiedy zaczęła brać całą winę na siebie. Wtedy… Cóż, wtedy zirytowałem się już podwójnie. - Nie zaczynaj. - Wyrzuciłem to z siebie tak szybko, że nawet nie próbowałem nadać temu łagodniejszego brzmienia, bo nie miałem ochoty słuchać, że powinna być czujniejsza, kiedy skurwiel stojący przed nami celowo odwrócił naszą uwagę, żeby ją okraść. Brzmiało to ostro, bo z sekundy na sekundę byłem coraz bardziej wściekły, zdecydowanie nie zamierzałem udawać spokojnego i wyrozumiałego tylko po to, żeby przypadkiem nie zabrzmieć zbyt oschle. Nie chodziło nawet o samą pieprzoną wartość tego, co straciła, bo pieniądze można było odzyskać, dokumenty wyrobić ponownie, a nawet gdyby znajdowało się tam coś naprawdę cennego, o co nawet nie pomyślałem spytać, istniały sposoby, żeby to później załatwić, tylko że ktoś właśnie wykorzystał chwilę jej nieuwagi, wlazł jej w przestrzeń, odwrócił uwagę i bezczelnie ją okradł, a ja stałem obok i pozwoliłem mu odejść. Na dodatek Prue zaczęła natychmiast szukać winy po swojej stronie, co rozjuszyło mnie jeszcze bardziej, bo znałem ten ton i wiedziałem, dokąd prowadziło takie myślenie. - Miałaś, kulwa, plawo nie wiedzieś, co lobi. - Westchnąłem przez nozdrza, próbując nie powiedzieć czegoś, czego później musiałbym żałować, bo łatwo było mi w takich chwilach wpaść na pomysł rozwiązania problemu w niekoniecznie racjonalny sposób, a tym razem nie chodziło wyłącznie o mnie. Nie zamierzałem urządzać jej wykładu o ostrożności, ani tym bardziej przyklaskiwać braniu na siebie winy za kradzież, bo przecież zdecydowanie potrafiła uważać na siebie, a jeden moment nieuwagi nie robił z niej nagle idiotki, tylko czynił ją człowiekiem, który trafił na zawodowego złodzieja. Zamiast tego zakląłem pod nosem, przetarłem dłonią szczękę i jeszcze raz spojrzałem na wejście, tym razem już bez cienia zainteresowania tym, co mogło znajdować się w „The Heaven”, bo nagle miałem bardzo konkretny powód, żeby przekroczyć jego próg. W jednej chwili przestało mnie obchodzić, czy ten klub był dobry, zły, podejrzany czy prowadzony przez bandę idiotów, skoro właśnie dowiedziałem się, że facet, który miał nas tam zwabić, okradł moją dziewczynę i bezczelnie wszedł sobie do środka. Nie podobało mi się, że ona tymczasem próbowała przyjmować odpowiedzialność za cudze lepkie łapska, szczególnie że znajdowałem się obok niej i sam również dałem się zwieść tej całej szopce, więc jeśli już mieliśmy komuś coś zarzucać, to równie dobrze mogła zacząć ode mnie. - I pszestań lobiś tę minę, jakbyś właśnie zjebała pszes to, sze jakiś skulwiel wyciągnął ci poltfel s kieszeni. - Burknąłem, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy i mrużąc oczy. - Ukladł ci go, bo kutas umiał, kulwa, klaść, nie dlatego, sze pszez tszy sekundy patszyłaś w inną stlonę. Ja pieldolę. - Nie musiałem podnosić głosu, żeby było jasne, że nie zamierzałem odpuścić, bo w tej chwili cała moja wcześniejsza obojętność wobec tego klubu wyparowała, a na jej miejscu pojawiła się bardzo konkretna potrzeba znalezienia delikwenta, choćby nawet po zapachu. - Zmiana planów. - To mówiąc, bez zbędnego zawahania ruszyłem w stronę wejścia, nie zastanawiając się szczególnie długo nad tym, czy było to rozsądne posunięcie, bo rozsądek w takich chwilach zwykle przegrywał u mnie z potrzebą wyjaśnienia sprawy własnymi rękami. Nie czekałem, bo im więcej czasu mijało, tym większa istniała szansa, że ten skurwiel zdążył już przekazać portfel komuś innemu albo zwyczajnie zniknąć tylnym wyjściem, a na jedno i drugie nie miałem ochoty pozwolić. Prue była moją dziewczyną, nawet jeśli oboje wiedzieliśmy, że mieliśmy przed sobą ograniczony czas, a to wystarczało, żebym potraktował tę kradzież osobiście. Nie miałem najmniejszego zamiaru stać na ulicy i zgadzać się na to, by ktoś właśnie zrobił z niej łatwą zdobycz, a następnie spokojnie rozpłynął się w tłumie, szczególnie że doskonale wiedziałem, co oznaczało takie zniknięcie w lokalu pełnym ludzi - gdybyśmy odpuścili teraz, równie dobrze moglibyśmy wręczyć mu forsę z karteczką z podziękowaniem, a tego akurat nie zamierzałem robić. Zrobiłem kilka długich kroków w stronę lokalu, zatrzymałem się jednak przed drzwiami i spojrzałem na nią przez ramię, czekając aż do mnie dołączy i próbując opanować tę część siebie, która najchętniej już teraz wparowałaby do środka i zaczęła zadawać pytania wszystkim po kolei. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 26.08.2026 Benjy zgodził się z nią co do opuszczenia tej okolicy, w sumie nie sądziła, że będzie inaczej. Nie znał tego miejsca, więc nie musiało mu tak jak i jej zależeć na tym, aby wejść właśnie do tego klubu. Sam pomysł nie wydawał jej się jednak tak głupi. Mogliby umilić sobie ten wieczór wypijając gdzieś kilka drinków. Wyciągnął dłoń w jej kierunku, jednak nie zdążyli się nawet złapać za ręce, gdy Prue zorientowała się, że czegoś jej brakuje. Nie wydawała się być jakoś szczególnie rozemocjonowana, tak właściwie nigdy nie reagowała jakoś mocno na to, co jej się przytrafiało. Raczej podchodziła do wszystkiego na spokojnie, czy bardzo chłodno, gdy coś ją wyjątkowo irytowało. Nie była jedną z tych osób, które strzelały błyskawicami z oczu, raczej lodem. Spoglądała na swojego chłopaka, nie chciała, żeby się denerwował zaistniałą sytuacją, raczej widziała w tym swoją winę - w końcu to ona pozwoliła sobie wsadzić rękę do kieszeni, zagapiła się na moment i mogła się spodziewać, jakie wynikną z tego konsekwencje, chociaż w sumie, czy w ludzkiej naturze leżało od razu zakładanie, że każdy ma złe zamiary? Starała się mimo wszystko mieć wiarę w ludzi i spodziewać się po nich czegoś dobrego, najwyraźniej zupełnie niepotrzebnie, bo nawoływacz skorzystał z okazji, która się nadarzyła. Znalazł sobie szybki i łatwy sposób na zarobek. - Jak sobie życzysz. - Właściwie to zdążyła już zacząć - jak zawsze nie miała najmniejszego problemu, aby obwinić samą siebie za zaistniałą sytuację, zawsze to robiła. Uważała, że mogła być lepsza, uważniejsza, bardziej ostrożna, przychodziło jej to jakoś odruchowo, w sumie czemu by nie miało, skoro to ona została obrabowana. - Miałam prawo, ale mogłam też nieco bardziej zwracać uwagę na otoczenie. Nie powinnam zakładać, że jest tu bezpiecznie. - Typ był natrętny, zbliżył się do niej mogła zauważyć, że coś jest nie tak. Zagapiła się jednak, często jej się to zdarzało, chociaż rzadko kiedy ktoś wykorzystywał tę okazję, najwyraźniej nawoływacz był sprytniejszy niż zakładała. Nie mogła jednak wiedzieć, że miał w tym jakieś ukryte zamiary, chociaż teraz całe jego postępowanie układało jej się w spójną całość. Zrozumiała dlaczego się wycofał, dlaczego przestał być natrętny, dlaczego pozwolił sobie na to, żeby ofiary nie weszły do środka - znalazł sobie lepsze źródło dochodu, szkoda, że trafiło akurat na nią. - Nie do końca umiem tak na zawołanie zmienić swoją mimikę. - Była sobą rozczarowana, czego nie dało się nie zauważyć, bo jak zawsze jej ciało to pokazywało. Spróbowała jednak wysilić się na uśmiech, który był zdecydowanie pokraczny, bo wymuszony, ale skoro mówił jej, że powinna przestać, to spróbowała to zrobić. - Umiał kraść, to prawda, ale nie ma się co oszukiwać, że nieco mu to ułatwiłam. - Nie powinna brnąć w tę dyskusję, bo wiedziała, że Benjy zaraz sięgnie po bardziej dobitne argumenty, znała go na tyle, żeby wiedzieć, że na pewno nie będzie się powstrzymywał. Jakoś zawsze łatwo przychodziło jej doszukiwanie się winy w sobie, ten typ tak miał. Zmrużyła oczy, kiedy wspomniał o tym, że zmieniają plany. Powinna się tego spodziewać, Benjy nie zamierzał odpuścić, westchnęła cicho, po czym ruszyła za nim. Prue rzadko kiedy konfrontowała się z kimkolwiek, było to dla niej dyskomfortowe, jednak wiedziała, że jej chłopak nie odpuści temu typowi i pewnie dosadnie pokaże mu dlaczego nie powinien kraść. Szła więc za nim, całkiem żwawym tempem, żeby nie zgubić go gdy wejdzie do środka - nie powinna się tego obawiać, bo zaczekał na nią przy drzwiach, jednak pewnie czuła się w tej sytuacji tylko u jego boku. Weszli do środka klubu. Zaczęła uważnie się rozglądać, próbując zlokalizować złodzieja, tyle, że coś innego przykuło jej wzrok, parkiet był pełen par, tyle, że nie do końca tego się spodziewała. Nie była przyzwyczajona do podobnego widoku. Wnętrze The Heaven było kolorowe, muzyka dudniła głośno, była skoczna i taneczna, ludzie najwyraźniej doskonale się tutaj bawili, tyle, że niekoniecznie w takich konfiguracjach jakich się spodziewała. Tuż przy wejściu całowała się para mężczyzn, szybko odwróciła wzrok, żeby nie wyjść na natrętna, odruchowo jednak sięgnęła po rękę Benjy'ego bo poczuła się tutaj bardzo nieswojo, jakby weszła do zupełnie obcego świata. |