Secrets of London
[23.10.72] Zielone klątwy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126)
+--- Wątek: [23.10.72] Zielone klątwy (/showthread.php?tid=6316)



[23.10.72] Zielone klątwy - Cathal Shafiq - 28.08.2026

Zaczęło się od tego, że Timmy Tim, chyba najbardziej pechowy pracownik wykopalisk, wypuścił korzonki.
Dosłownie.
Nell korzonki szybko usunęła, nakrzyczała na Tima, żeby nie wpakowywał nóg i innych części ciała w podejrzane miejsca, i może by się na tym skończyło, gdyby nie to, że godzinę później Timmy wyhodował sobie witki, a dwóch innych członków ekipy zajmującej się wydobywaniem murów i budynków spod ziemi, nie obrosło wyjątkowo zjawiskowym kwieciem. Kucharkę obozową, Brendę, ostatni raz zobaczono, jak biegła ku wrzosowiskom, wymachując rękoma, z których strzelały zielone pędy, i może ktoś by ją nawet zatrzymał… gdyby nie to, że osobnik, który ją dojrzał, zaczął wrastać w ziemię. Ginny mogła co najwyżej walczyć z korą, próbującą pochłonąć jego skórę, kiedy ten w panice przysięgał, że nie wtykał niczego w żadne dziwne miejsca, nie miał w rękach żadnych przeklętych posążków, i w ogóle nie wiedział, co się działo.
Uzdrowicielki dość szybko mogły stwierdzić, że dadzą radę co najwyżej zwalczać objawy, ale samą przyczyną tego nagłego ogrodu, w który zamieniało się obozowisko, była bez wątpienia klątwa. Cathal na tę informację przeklął pod nosem, zaciągnął się piątym papierosem tego dnia, przez jakieś trzydzieści sekund zapatrzył w przestrzeń, a potem ruszył posyłać każdego, kto nie wyhodował sobie korzeni, kory, kwiatów, gałęzi i pnączy na poszukiwania klątwołamacza. Dowolnego klątwołamacza, byleby tylko dało się go tu ściągnąć dostatecznie szybko, i Cathal Shafiq chyba był nawet gotów takiego porwać, gdyby było to konieczne, ale miał nadzieję, że parę monet z awaryjnego funduszu na nagłe wypadki wykopalisk po prostu wystarczy, aby takiego tutaj sprowadzić. Sam też znikł, teleportując się gdzieś do Londynu, aby dobijać się do drzwi osób, do których dostał kontakt.
W ten czy inny sposób na miejsce w każdym razie sprowadzono Billa Weasleya. Akurat w momencie, gdy Dominic usiłował wyszarpnąć nogę z ziemi, do której ta przerastała.
– To jakaś zemsta pozagrobowa Blackwoodów? – spytał żałośnie, wyciągając ku Ginewrze dłonie, które znowu zaczynała porastać kora.


RE: [23.10.72] Zielone klątwy - Guinevere McGonagall - 29.08.2026

Te ostatnie kilka dni, gdy była poza wykopaliskami i kręciła się po różnych częściach Wielkiej Brytanii, bardzo jej pomogły. To nie tak, że minęły trzy dni i już wszystko sobie poukładała w głowie, ale najwyraźniej pobycie sama ze sobą w jakiś sposób ułatwiło połączenie tych części w jej głowie, które były w rozsypce po śmierci pradziadka i całkowitym obudzeniu się jej trzeciego oka. Nie panowała nad tym w żadnej mierze, ale przynajmniej zdołała wypracować sobie jakiś wstępny plan postępowania. Każdego z tych dni zaglądała do ostoi dla zwierząt, gdzie przynajmniej przez jakiś czas pomagała przy zwierzakach, upewniała się, że głupia, znikająca runa nadal tam jest i nie można tam spać… i na noc wracała do Walii.

Głównie dlatego tego dnia w ogóle wiedziała, że dzieje się coś, co jednak wymaga, by została, a nie uciekała, by pobyć jeden na jeden ze swoim pogubionym ja. Już od rana miała jakieś takie dziwne przeczucia dotyczące gwoździ i Samhain i zdążyła tylko napisać jeden list do znajomej, nim ktoś (zapewne Nell albo Cathal) wpadł do jej namiotu powiedzieć, że mają situejszyn i że przydałaby się pomoc.

A tak się składało, że Guinevere nie umiała odmawiać znajomym. W większości to nawet nie chciała.

I może mieli szczęście, a może było to zrządzenie losu, że przeciągała swój poranek, zanim zniknęła z obozu, bo rzeczywiście sprawa była… Chaos to mało powiedziane. Cieszyła się, że wypiła swoją poranną kawę, bo bez tego chyba rozbolałaby ją głowa, jak zobaczyła typa porastającego korą.

Starała się go nie dotykać, bo nie miała pojęcia, jak się ta dziwna… choroba roznosi. Więc mierzyła do Dominica z różdżki, stojąc półtorej metra przed nim (a uprzednio kilka razy obchodziła go dookoła i próbowała jakoś powstrzymać magię, która sprawiała, że porastał i zamieniał się w ludzkie drzewo). Za każdym razem udawało jej się to tylko na chwilę, ale prawda była taka, że McGonagall nie była specjalnie wytrenowana w magii rozpraszania, a teraz próbowała zrobić coś innego – odwrócić transmutacją zmianę w stan wyjściowy.

– Nie wiem, spróbuj się nie wyrywać, bo nie chcę, żebyś coś sobie przypadkiem złamał albo naderwał – powiedziała z tym swoim wyraźnym akcentem, który nikogo już tutaj chyba nie dziwił, bo przez te kilka miesięcy zdołali się przyzwyczaić. Długie ciemne włosy miała odrzucone na plecy. – Będziemy się nad tym zastanawiać, jak już przestaniecie się zmieniać w las – dodała i w skupieniu wykonała jakiś skomplikowany gest ręką dzierżącą różdżkę pokrytą licznymi hieroglifami.

Gdzieś za jej plecami zadźwięczał charakterystyczny trzask teleportacji, ale nie miała teraz czasu się odwracać przez ramię, bo próbowała odmienić pokryte korą dłonie Dominica.


// Transmutacja ◉◉◉◉○
[roll=PO]


RE: [23.10.72] Zielone klątwy - Billius Weasley - 30.08.2026

Od pamiętnej nocy, gdy auror Lestrange, wsadziła go do ciupy, Billius nie tknął nawet grama alkoholu.
Nie był to jednak wybór świadomy, bo nie stał się nagle abstynentem — na trunki, nawet te najtańsze i najpodlejsze, co smakowały, jak siki, a nie wspaniała ambrozja zawierająca procenty, nie było go najzwyczajniej na świecie stać.

Jak zostawał tym łamaczem klątw, to wyobrażał sobie zatrważającą karierę; w swej głupiej głowie widział siebie samego, gdzieś pośród zapomnianych katakumb czy dawnych goblińskich budowli. Znajdował się w tych marzeniach, w samym środku akcji i za każdym, kolejnym razem, bohatersko ratował całą sytuację. I mama była z niego z tego powodu bardzo dumna razem z ojcem i młodszym rodzeństwem, i panienki się na niego praktycznie rzucały na ulicach, prosząc o autografy na krągłych piersiach, bo tak bardzo sławnym człowiekiem został. No, normalnie, żyć, nie umierać.

Za samym alkoholem tęsknił tak, jak nie tęsknił chyba nigdy wcześniej nikt. Bo tęsknił bardziej, niż matki odwożące swoje dzieci na King Cross, by odprowadzić je na pociąg prowadzący wprost do Hogwartu albo, jak niż mężowie tęsknili za żonami, gdy ich nie ma w domu, i nie ma komu ugotować obiadu czy posprzątać mieszkania.

I chyba z tego powodu właśnieśnił o alkoholu każdej nocy. I w tych snach, pod samiutki nos przynosiły mu ten alkohol na metalowych tacach, cycate kelnerki. Sam Weasley w tych swoich mokrych snach, nie był za bardzo zainteresowany tymi wszystkimi pannami, bo chociaż kobiety różnej maści kochał, to dużo bardziej kręciło go to, co ze sobą nosiły niż ich krągłe kształty.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że gdy rzeczone, zmrożone do szpiku kości kufle, lądowały w okolicy jego ust, i gdy upijał z nich swój pierwszy, tak długo i rzewnie wyczekiwane, zbawienne łyki to złocista zawartość, za każdym przeklętym razem, zamieniała się w piasek.

I budził się z tych snów brutalnie, cały zalany potem i przerażony, tak jak przerażony nie był nigdy wcześniej, i może w oczach jego niebieskich, malowały się łzy, bo zrozpaczony był swą sytuacją, jednocześnie nie robił nic, by się z tego bagna wziąć i podnieść.

I chyba tylko dlatego stał tam, pośród tych ludzi mu zupełnie nieznanych; bo porwali go i to dosłownie, porwali, bo szedł sobie Śmiertelnym Nokturnem, nie wadząc nikomu, gdy nagle ktoś się obok niego teleportował, złapał go pod ramię, mówiąc szybko, "Potrzebujemy łamacza klątw i to na gwałt.". Miał czas jedynie kiwnąć głową, że się zgadza i w tym samym momencie, znalazł się pośrodku niczego.

Rozejrzał się wokół siebie, dalej trochę zaskoczony. Zmarszczył brwi, wyprostował się dumnie i sprawdził jeszcze prawą dłonią, czy na pewno ma przy sobie różdżkę, bo tej często przy sobie nie nosił. Mieli szczęście, bo ta znajdowała się w kieszeni jego znoszonych jeansów. Uff.

Ruszył przed siebie, pewnie, zupełnie, jakby miał jakiś życiowy cel, nie, że tylko baby, hazard i alkohol. No i chyba powinien się przywitać albo coś więcej powiedzieć, może spytać o co tu kurwa chodzi i dlaczego porywają biednych ludzi wprost z ulicy, albo w czyjej głowie pojawił się pomysł na to, by latać w poszukiwaniu czegoś, co może być strzeżone przez klątwy bez łamacza klątw w składzie. Westchnął ciężko, bo to podobno on był nieodpowiedzialny i głupi, a jednak, chyba chodzili po Wyspach, czarodzieje gorsi od niego.

Stanął obok tej egzotycznej panienki, co próbowała odmienić tego gościa co leżał teraz przed nią, równie przerażony co Billius po wybudzeniu i wyciągnął różdżkę. Wiedział, że zanim zacznie te klątwę zdejmować to powinien zatrzymać jej działanie, co by ten chłoptaś co teraz zamieniał się w enta, nie zamieniał się w enta jeszcze bardziej.

◉◉◉◉○ na rozpraszanie
[roll=PO]

I wyszło kurwa jak zawsze, ale czego innego mógł się po sobie spodziewać? O tyle dobrze, że nie rzucał tego zaklęca co to miało powstrzymać ten urok przeklęty na większą grupę czarodziejów, bo wtedy to by pewnie na nikogo nie zadziałało. Na razie udało mu się powstrzymać porost całkowicie, nie udało mu się go jednak cofnąć. Być może mierzył się z czymś co wykraczało poza jego umiejętności? A może zbyt trzeźwy był, kij wie.

Czy mogłabyś mi powiedzieć co tu się dzieje? I dlaczego urządzacie sobie wykopaliska bez łamacza klątw na straży? — rzucił, jakoś niemiło, zupełnie nie po Weasleyowskiego. Wkurwiony był przede wszystkim na samego siebie, bo chyba pojawiła się szansa na zarobek i nie musiał się o tę pracę prosić, bo ta dosłownie znalazła go sama, na ulicy! Ale i tak wiatr w oczy i kij w mrowisko. — Kto zaczął przemieniać się pierwszy i co dokładnie wtedy robił? — spytał w końcu, po tych swoich poprzednich pretensjach i spojrzał na nią poważnie, marszcząc swoje rude brwi. Chyba pierwszy raz w życiu, bardziej skupiony był na swej robocie niż na tym, że stoi obok urodziwej czarownicy, ale może nadszedł czas dorosnąć?




RE: [23.10.72] Zielone klątwy - Cathal Shafiq - 31.08.2026

Jednym z powodów, dla których Cathal tak gwałtownie zapragnął ściągnąć tu klątwołamacza (poza tym oczywiście, że ludzie zaczęli się im zamieniać w drzewa i kwiatki) był fakt, że nie miał pojęcia, skąd ta klątwa się wzięła. A chciał mieć. Bo pracowali tu w bardzo podejrzanych podziemiach, natykali się na różne rzeczy, i faktycznie Owen zrezygnował ledwo wczoraj… tyle że… tyle że teraz ze względów bezpieczeństwa bo zasypaniu korytarza zabezpieczano przejścia i sprawdzano, czy wstrząsy niczego nie uszkodziły i nic nie groziło zawaleniem. Żadnych nowych komnat. Żadnych podejrzanych posążków. A nawet gdyby były, z pewnością osobą, która by je sprawdzała, nie byłaby ich kucharka.
Działo się tu coś bardzo dziwnego.
Shafiq pojawił się z powrotem chwilę przed Weasleyem. W samą porę, by zobaczyć, jak dwa czary, ten Ginny i ten jego, sprawiają, że ręce Timmyego Tima odzyskały normalną barwę, ku wielkiej uldze głównego zainteresowanego.
– Dzięki. Dzięki – powiedział, dwa razy, tak na wszelki wypadek. – Chyba nie lubię obrastać korą.
– Czegoś potrzebujesz, by to złamać? Świec? Rytualnego noża? Oby nie dziewicy, o takie w dzisiejszych czasach trudno – mruknął Cathal, podchodząc bliżej, mierząc Weasleya spojrzeniem i sięgając po kolejnego już papierosa. Rudy, znaczy się bez duszy. Nie wyglądał imponująco, ale Nell też nie wyglądała imponująco, pozory więc lubiły mylić, a oni naprawdę potrzebowali klątwołamacza. Darowanemy klątwołamaczowi włosów się nie ogląda czy coś takiego. – Płatne wedle standardowej stawki, z dodatkiem za sytuację awaryjną…
– Halo! – głos Nell, jednej obozowych uzdrowicielek, doszedł z najbliższego namiotu. – Ktoś mógłby mi tutaj pomóc?! Tracę kontrolę nad sytuacją. Liam zaczyna owocować!
Przez dach namiotu przebiły się gałęzie, tak na oko przypominające jabłoń. Shafiq przymknął oczy, zaklął, rzucił papierosa i ruszył w tamtą stronę, zostawiając Ginewrę przy Timmym. Gdy odsunął płachtę namiotu, oczom każdego, kto by zechciał popatrzeć, ukazałoby się wnętrze zarośnięte przez rośliny. Drobna blondynka klęczała przy czymś, co wyglądało jak skrzyżowanie mężczyzny z drzewem i próbowała walczyć o to, aby wszystkie jego kończyny nie zamieniły się w gałęzie. Przynajmniej jedną rękę miał jednak sprawną, bo może w panice chcąc się znieczulić, trzymał w niej butelkę ognistej whisky i wlewał w siebie kolejne łyki alkoholu, kiedy Nell machała różdżką, usuwając kolejne gałęzie. Na niektórych faktycznie zaczynały już pojawiać się owoce.


RE: [23.10.72] Zielone klątwy - Guinevere McGonagall - 01.09.2026

Zdążyła tylko odwrócić na moment wzrok, gdy gdzieś blisko niej zjawił się nieznajomy, rudy mężczyzna (pewnie ten klątwołamacz, którego tak szukali? To była jej pierwsza, najliczniejsza myśl) i również wyciągnął różdżkę. Rzeczywiście pytania mogły odrobinę poczekać, bo mając przed oczami właśnie ten obrazek: osobę porastającą korą, jakoś połowa znaków zapytania znikała. Dokładnie tak samo było z nią, gdy ją wyciągnęli z namiotu mówiąc, że potrzebują pomocy uzdrowiciela, bo ludziom wyrastają gałęzie – i jak zobaczyła, to w głowie pojawił się zupełnie inny zestaw pytań.

Cokolwiek ten rudy zrobił i cokolwiek zrobiła ona – przynajmniej kora się zatrzymała i przestała się piąć dalej po kończynach Timmyego Tima.

Dopiero wtedy nastąpiło to grubiańskie “przywitanie’, po którym Ginewra zmrużyła oczy jak kot i wlepiła je w nieznajomego. Miał szczęście, że to nie do Nell się tak odezwał, bo zmyłaby mu głowę i bardzo szybko by zrozumiał, dlaczego bawili się w wykopaliska bez klątwołamacza. Wcale nie z wyboru!

– Po pierwsze dzięki za pomoc. Po drugie, tak, mi też miło poznać. Po trzecie klątwołamacz zwolnił się dwa dni temu – powiedziała z lekkim przekąsem. I nie zdążyli żadnego zatrudnić, chociaż najwyraźniej… dało się to zrobić do pewnego stopnia z łapanki. Przynajmniej doraźnie, gdy najwyraźniej potrzeba była duża. Bo była. To nie tak, że byli głupi i nieodpowiedzialni, niestety te dwa dni, czy ile tam, wystarczyły, żeby sprawa na wykopaliskach pokiełbasiło się jeszcze bardziej i Ginny zastanawiała się teraz, czy miało to jakiś związek z zawaleniem się jednego z przejść, czy coś się wtedy zaczęło “uruchamiać” i magia się tak sączyła przez kilka dni, aż… nastąpiło to? Ale to była tylko niczym niepoparta teoria.

Wtedy zresztą zbliżył się Cathal, który nijak nie reagował na rudego, stąd też dlatego założyła, że to rzeczywiście musi być klątwołamacz, którego szukali na szybko, żeby pomógł w tym bałaganie. I może by się uśmiechnęła przy tym tekście o dziewicy do złamania klątwy, ale jakoś nie było jej teraz do śmiechu.

Nie zdążyła odpowiedzieć na kolejne pytania Weasleya, bo właśnie Nell zaczęła wołać o pomoc i Ginny odwróciła się gwałtownie, żeby akurat zobaczyć, jak gałęzie wystają przez dach namiotu, a kiedy Cal podszedł tam i odsłonił wejście, to aż gwałtownie nabrała powietrza w usta i zaklęła soczyście. Po arabsku.

– Pacjenta zero masz przed sobą – powiedziała w końcu, wracając swoją uwagą do Tima. – Co wtedy robiłeś, Timmy? – mruknęła, bo sama nie do końca wiedziała, ściągnęli ja tutaj, gdy burdel już wesoło trwał i miał już nawet kółka. – Przepraszam na moment – i rzuciła się do tego nieszczęsnego namiotu, bo stan Liama był teraz o wiele gorszy od tego, co działo się z Timem, który przynajmniej przestał wypuszczać nowe korzenie.

Bez słowa komentarza po prostu spróbowała odmienić drugą z jego rąk na powrót w ludzką, bo w tym stanie to nie bardzo mieli możliwość zrobić niczego innego. Przebiegała myślami po eliksirach, którymi dysponowała, ale nie kojarzyła tam niczego, co mogłoby pomóc w zatrzymaniu tego… porostu.


// Transmutacja ◉◉◉◉○
[roll=PO]


RE: [23.10.72] Zielone klątwy - Billius Weasley - 03.09.2026

Potrzebuje wyjaśnień, czegoś więcej niż, nagle moi ludzie zaczęli zamieniać się w sad i owocować. Po pierwsze, co to za wykopaliska? Wiecie czego dokładnie szukacie? Jak długo już grzebiecie? I dlaczego ten wasz łamacz klątw zrezygnował zanim coś znaleźliście? Nie wiem, jak Wam, ale mi to trochę śmierdzi, że dokładnie dwa dni po jego odejściu aktywuje się klątwa i transmutuje prawie cały skład. — rzucił w stronę Shafiqa, zanim meżczyzna wyszedł z namiotu.
Starał się nie być stronniczy, ale rozważał wszystkie możliwości, a jedną z nich była właśnie tak, że ten co z nimi tu pracował znalazł coś, czym nie chciał się dzielić z resztą i postanowił, że wykończy ich klątwa.

Denerwował się już trochę mniej, gdy usłyszał o tym, że pracowali z klątwołamaczem tyle, że ten odszedł. W sumie to zaczął się zastanawiać dlaczego postanowił to zrobić. Czy natknął się na źródło klątwy i stwierdził, że nie da sobie z nią rady dlatego zostawił ich na pastwę losu? A może pokłócił się z kimś, kto też tam pracował i po prostu spakował swoje manatki, a to był zwykły zbieg okoliczności, że akurat po dwóch dniach od odejścia, ktoś aktywował klątwę. W każdym razie, należał mu się ojcowski w potylicę, bo było to zachowanie zupełnie niehonorowe i nawet ktoś taki, jak Weasley — czyli trochę śliski typ — by sobie po prostu zniknąć i zostawić grupę z którą się pracuje.

Szczególnie, że ta banda na pierwszy rzut oka, nie wydawała mu się taka zła.

Musiał zrobić coś żeby się rozluznić, bo napięcie nigdy Billiusowi nie służyło i najlepiej swoją robotę wykonywał właśnie na wesoło i odrobinę pjiano. Tego drugiego nie mógł osiągnąć, ale to pierwsze nic nie kosztowało.

Przyglądał się temu Timmiemu uważnie. Dalej obserwował jego ciało, odsłonięte fragmenty dłoni i ciała, bo wiedział, że to jego udane zaklęcie nie było tak do końca udane i mogło się rozpaść w każdym momencie. No, ale co miał zrobić, jak w stu procentach improwizował — może jakby był z nimi od początku, mógł obserwować otoczenie i to co się działo to wiedziałby co zrobić, ale był w czarnej dupie i błądził w tej ciemności kompletnie. Pocieszający był fakt, że oni wszyscy tak samo błądzili, na co wskazywały chociażby przekleństwa, jakie wydobywały się z zewnątrz, ale Bill był pewien, że uzdrowicielom uda się powstrzymać porost zieleni na kilka minut, bo Weasley potrzebował chyba przede wszystkim czasu.

No dobra Timmy. Skoro już nikt nas nie słucha, powiedz szczerze, czy natknąłeś się na coś o czym nikomu nie powiedziałeś? A może widziałeś coś podejrzanego, coś co powinienem sprawdzić? — spytał,  go w końcu, jak zostali sami, cały poważny i napięty. Łypał na niego spod byka, marszcząc brwi, cierpliwie czekając na odpowiedź. Chyba próbował wyglądać na straszniejszego niż był, ale możliwe, że nawet mu to wychodziło, bo wyglądał podejrzanie z tym trochę krzywym nosem, bo słabo mu go kiedyś nastawili czy posturą chłopa co się czasem, właściwie to często bije tak po mugolsku i nie boi się nikomu mordy obić.




RE: [23.10.72] Zielone klątwy - Cathal Shafiq - 05.09.2026

– Mamy jakiś tydzień na streszczenie? – spytał Cathal uprzejmie, bo i „co to za wykopaliska”, i „czego dokładnie szukają”, to były długie historie, których nijak nie był w stanie zmieścić w krótkich wyjaśnieniach. – Zrezygnował, bo doszło do konfliktu między nim, a inną członkinią ekipy. Jedno z nich musiało odejść, a druga osoba pracuje tu dłużej i trudniej ją zastąpić. I nie, ona nie owocuje. I to ona mnie właśnie wzywa, i urwie łeb, jak nie pójdę. Timmy, wyjaśnij panu – rzucił jeszcze, zanim wypadł z pomieszczenia. Na pytania odnośnie pacjenta zero odpowiedziała Ginny, zresztą tego to on nawet nie dosłyszał, dołączając do nich, gdy już ściągali z mężczyzny czar… czy raczej próbowali go chwilowo zatrzymać.
Timmy Tom otworzył usta, by odpowiedzieć Ginny, a gdy ta wybiegła, posłał Weasleyowi rozbiegane spojrzenie.
– Ja przysięgam! Nic! – zapewnił szybko. – Nawet niczego nowego nie wykopywaliśmy, sprawdzaliśmy ostatnie dwa dni, czy nic z tego, co już wyciągnęliśmy, się nie zawali, bo był parę dni temu wstrząs na dole. Nic nie wyciągali, a ja to w ogóle nawet jakby wyciągnęli, nie daliby mi dotknąć. Każdy budynek był sprawdzany i w ogóle, Leta po nich chodziła dobry tydzień, czy nic nie przegapiliśmy, jeszcze w kwietniu. A ona łamała klątwy w Egipcie, to się zna! Ciągle tam ktoś chodzi. A dziś to byłem sobie na śniadaniu, Brenda podawała, wyszedłem zapalić i nagle zacząłem przyrastać do ziemi. A Brenda to kucharka. Ona w ogóle tam na dół nie wchodzi – dodał z nieszczęśliwą miną, bo też wyraźnie nie miał pojęcia, za jakie grzechy to wszystko go spotyka. Podrapał się po przegubie i jęknął, widząc, że ten znowu robi się trochę brązowy. – Znaleźli to miejsce z rok temu, my tu weszliśmy w marcu, i szukamy tu różnych rzeczy, dzieją się kurwio dziwne rzeczy, ale one zawsze się dzieją na magicznych wykopaliskach, tylko dotąd to były takie zwykłe wybuchy albo zjadające ludzi ściany, nic specjalnego, a nie obrastanie liśćmi. Parę osób zaczęło się zamieniać jednocześnie, i to z różnych zespołów, znaczy się ja i Liam odkopujemy, ale Mark, on zobaczył jak Brenda ucieka, zajmuje się katalogowaniem, a Brenda to kucharka. I ja nic nie zrobiłem, ja mogę wieczne przysięgi składać – dodał, jakby czuł się w obowiązku to podkreślić dziesięć razy, by ktoś nie uznał, że to wszystko jego wina.
*

Zaklęcie Ginewry nie podziałało. Gałęzie rozprzestrzeniły się i sięgnęły co gorsza ku niej, jakby chcąc ją opleść. Cathal machnął różdżką, usiłując rozproszyć magię, przynajmniej tymczasowo.

[roll=PO]

Gałęzie oderwały się od ręki Liama i opadły na ziemię, niestety jednak na jego włosach zaczęły zakwitać przecudnej urody kwiatki. Ten znów napił się whisky i zachwiał na krześle, a Nell wyrwała mu butelkę i wepchnęła ją w dłonie Cathala.
- Kretyn pije już drugą, a to nie pomaga! - oświadczyła ze złością. - Skombinowaliście klątwołamacza? Bo jak nie, to przysięgam, że wypierdalam do Lety do Egiptu.
- Mamy klątwołamacza. A teraz proszę o jakieś sugestie. Mam kazać wszystkim stać nad ofiarami i rzucać na zmianę rozproszenie, a wy urządzicie sobie jakieś kolegium, by ustalić, co dalej? - zapytał, a potem niemal natychmiast się poprawił. - Ginny i rudzielec urządzą sobie kolegium.
Bo gdyby Nell i Bill okazali się niekompatybilni, to jeszcze rudy by im uciekł, a oni bardzo go w tej chwili potrzebowali.


RE: [23.10.72] Zielone klątwy - Guinevere McGonagall - 06.09.2026

Guinevere nie była zbyt dobra z dziedziny rozpraszania magii, nie mówiąc już w ogóle o kwestii łamania klątw, ale w tej krótkiej wymianie zdań nie mogła zrozumieć, co temu nieznajomemu da wiedza o tym, czego tu szukają i jak długo już grzebią w ziemi. To znaczy… To nie była jakaś wielka tajemnica (a przynajmniej nie w całości), o tych wykopaliskach pisano nawet swego czasu w gazecie, ale czy to rzeczywiście była wiedza niezbędna, by klątwę cofnąć? Nie wiedziała, ale też z drugiej strony dotychczasowe doświadczenia z klątwołamaczami miała takie, że raczej pytali o rzeczy, które miały miejsce bezpośrednio przed pokazaniem się pierwszych objawów (to zupełnie, jak pytania, które zadawali uzdrowiciele!), a nie o to, co miało miejsce przez ostatnie pół roku.

– Nie mamy ostatnio szczęścia. Odejście tamtego klątwołamacza jest bardzo niefortunne – zdążyła jeszcze powiedzieć Billiusowi, wtrącając swoje trzy grosze do wytłumaczenia Cathala, który już zdążył sobie pójść, wzywany przez Nell (i powiedział to tak, jakby się jej bał, a to dobre). Ale po chwili zostawiła go samego z Timmym, uważając, że ten jest teraz w dobrych rękach, a może nawet i w najlepszych, biorąc pod uwagę, że Nell nie umiała sobie poradzić z owocującym Liamem, i Ginewra, jak miało się zaraz okazać, również miała z tym problem.

***

Trudno było jej określić,  czy nie skupiła się wystarczająco na rzucanym zaklęciu, czy może klątwa była zbyt silna, by mogła cokolwiek, nawet tymczasowo, poradzić na gałęzie, które wyrastały z Liama, upodabniając go do enta z książek dla dzieci, ale takie były fakty. Cokolwiek próbowała zrobić, nie wyszło, a pędy, które zaraz drewniały, wyciągnęły się w jej stronę, jakby ją chciały pochwycić. Dość przytomnie zaczęła się cofać i na całe szczęście Cathal zareagował w porę, ale i to dało efekt tylko połowiczny.

– Co, i tak po prostu byś nas z tym zostawiła, Nell? – rzuciła przy tym, nieco zirytowana, że nicniedziała i prawdę mówiąc na końcu języka miała uwagę, że w Egipcie są skorpiony, ale się powstrzymała. Nell w chwilach stresowych ewidentnie reagowała nerwowo, niepotrzebne było, żeby i one się ze sobą teraz ścięły. – Z Timmym nie jest tak źle. Możemy tego klątwołamacza po prostu zaprosić tutaj, Liam potrzebuje teraz większej pomocy – zasugerowała. – Może trzeba wszystkich poszkodowanych ściągnąć w jedno miejsce, on będzie pracowal, a  my wstrzymywali porost u innych… I przy okazji może uda się ustalić źródło tego… gówna ostatnie słowo powiedziała po arabsku, ale z taką miną, że można się było raczej domyślić, co miała na myśli. – Ale tak, mogę to z nim przegadać, taa – wysyłanie do niego Nell, która syczała i pyskowała, mogło się skończyć naprawdę źle.

Spróbowała przy tym raz jeszcze podziałać na dziwną transformację Liama, bo i ona czuła, że to, czego najbardziej teraz potrzebują, to czas.


// Transmutacja ◉◉◉◉○
[roll=PO]