Dosłownie.
Nell korzonki szybko usunęła, nakrzyczała na Tima, żeby nie wpakowywał nóg i innych części ciała w podejrzane miejsca, i może by się na tym skończyło, gdyby nie to, że godzinę później Timmy wyhodował sobie witki, a dwóch innych członków ekipy zajmującej się wydobywaniem murów i budynków spod ziemi, nie obrosło wyjątkowo zjawiskowym kwieciem. Kucharkę obozową, Brendę, ostatni raz zobaczono, jak biegła ku wrzosowiskom, wymachując rękoma, z których strzelały zielone pędy, i może ktoś by ją nawet zatrzymał… gdyby nie to, że osobnik, który ją dojrzał, zaczął wrastać w ziemię. Ginny mogła co najwyżej walczyć z korą, próbującą pochłonąć jego skórę, kiedy ten w panice przysięgał, że nie wtykał niczego w żadne dziwne miejsca, nie miał w rękach żadnych przeklętych posążków, i w ogóle nie wiedział, co się działo.
Uzdrowicielki dość szybko mogły stwierdzić, że dadzą radę co najwyżej zwalczać objawy, ale samą przyczyną tego nagłego ogrodu, w który zamieniało się obozowisko, była bez wątpienia klątwa. Cathal na tę informację przeklął pod nosem, zaciągnął się piątym papierosem tego dnia, przez jakieś trzydzieści sekund zapatrzył w przestrzeń, a potem ruszył posyłać każdego, kto nie wyhodował sobie korzeni, kory, kwiatów, gałęzi i pnączy na poszukiwania klątwołamacza. Dowolnego klątwołamacza, byleby tylko dało się go tu ściągnąć dostatecznie szybko, i Cathal Shafiq chyba był nawet gotów takiego porwać, gdyby było to konieczne, ale miał nadzieję, że parę monet z awaryjnego funduszu na nagłe wypadki wykopalisk po prostu wystarczy, aby takiego tutaj sprowadzić. Sam też znikł, teleportując się gdzieś do Londynu, aby dobijać się do drzwi osób, do których dostał kontakt.
W ten czy inny sposób na miejsce w każdym razie sprowadzono Billa Weasleya. Akurat w momencie, gdy Dominic usiłował wyszarpnąć nogę z ziemi, do której ta przerastała.
– To jakaś zemsta pozagrobowa Blackwoodów? – spytał żałośnie, wyciągając ku Ginewrze dłonie, które znowu zaczynała porastać kora.