![]() |
|
1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: 1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia (/showthread.php?tid=660) Strony:
1
2
|
1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia - Sauriel Rookwood - 20.12.2022 Rozliczono - Sauriel Rookwood - Piszę, więc jestem
adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Miłość od pierwszego wejrzenia Theme Niektóre spotkania są po prostu meant to be. Niektórzy powiedzieliby, że stanowią przeznaczenie. Wyniesione z kart, zapisane na wieżach, cesarzach czy innych tarotach. Sauriel się na tym nie znał - nawet mimo tego, że temat go fascynował. Jakoś nie było mu po drodze. Nie było okazji. Zajęcia z wróżbiarstwa w Szkole Magii i Czarodziejstwa może byłyby bardziej kuszące, gdyby nie jeszcze bardziej kuszącym było wykładanie się na szerokich, kamiennych parapetach w promieniach ciepłego słońca, by się wygrzać - i przespać. Jak to kot. Niektóre spotkania sprawiały, że drżałeś z ekscytacji. Były wyczekiwane - bo skoro przepowiedziane, to i musiały być przecież wymarzonymi! To kolejny krok twojego życia, kolejny etap podróży! Będzie na pewno wspaniale, a białe gołębie wzbiją się w niebo, a słońce nam przyświeci i pomodli się za nas, za nasze dusze. Amen. Inne zaś spotkania sprawiały, że deszczowe chmury jednolitą szarością przykrywały błękit. Jak pierzyna, którą zarzucałeś na prześcieradło łóżka. I nie były wyczekiwane. Przepowiedziane? No - może. Zapowiedziane - na pewno. Niektóre spotkania były chciane, inne - wymuszone. I dla Sauriela to spotkanie było właśnie jednym z takich. Przeznaczonych. Zapowiedzianych. Wyczekiwanych - by jak najszybciej mieć je za sobą. Takich, do których musisz się przygotować, wyglądać jak “człowiek” we wszystkich normach społecznych świata czystokrwistych “mam-kija-w-dupie” ludzi. Sauriel więc nie tylko założył garnitur, ale nawet uczesał włosy! A matka mu je przygładziła - co na długo nie pomogło, bo pojedyncze kosmyki i tak w końcu opadły do przodu. A on nie miał najmniejszej ochoty ich poprawiać. Trochę jak takie dziecko, które chce pokazać ponad wszystkim swoim rodzicom, że “on też ma tu coś do powiedzenia”. Podobno mężczyzna dojrzewał tylko do 3 roku życia, więc… chyba wszystko się zgadzało, i guess? Spotkanie w rezydencji, tą jakże ŚLICZNĄ, zimową porą odbyło się w przygotowanej salce dla gości. Pochmurne niebo zwiastowały opad - ale nie deszczu. Śniegu. Rześkie powietrze wdzierało się do płuc i oferowało odświeżenie. Takiego rodzaju powietrze wnieśli tutaj ze sobą państwo Lestrange. Dama, Dżentelmen i ich córka - delikatna jak płatek śniegu, kąśliwa jak mróz, kiedy opadał na rozgrzany policzek. Królowa Śniegu zjawiła się w domu Śmierciożerców i przyjdzie jej stworzyć może lustro, którego odłamki wpadną do oczu i klątwa nieszczęścia ogarnie cały, calutki świat… Wtedy naprawdę zapadniemy w zimowy sen. Długi, głęboki, sen. Garnitur nie pasował do Sauriela - a przynajmniej ty sam tak o sobie myślałeś. Nie pasuje. Sauriel nie próbował się nawet szczególnie prostować, chociaż nie był to poziom garbienia. Był za to na pewno sztywny. Czerń tego drogiego materiału za to doskonale do niego pasowała. Do jego czarnych jak noc oczu. Do jego kruczych włosów. A śmiertelnie blada skóra mogłaby mówić, że miał niemal urodę śnieżki, gdyby nie to, że jego policzkom brakowało rumieńca, a usta nie były krwisto-czerwone. Jedynym kolorowym elementem człowieka, który zdawał się być marmurową rzeźbą, były trzymane przez niego kwiaty. Śliczny, gustowny bukiet z róż i delikatniejszych, białych kwiatów, których Sauriel nie rozpoznawał. I nawet nie próbował. Za to próbował nie wdychać ich intensywnego zapachu, od którego chciało mu się rzygać. - Mam nadzieję, że podróż przebiegła spokojnie. - Mężczyzna podobny do Sauriela (nie pozostawiało wątpliwości, czyim synem był Sauriel, byli do siebie niezwykle podobni) wyszedł na powitanie, by uścisnąć dłoń najpierw mężczyzny (a jakże), a potem ucałować dłoń obu kobietom. Dopiero za nim poszła jego żona, by się przywitać w tym samym guście, by na samym końcu poszedł Sauriel. Ale on nie przywitał się najpierw z rodzicami Victorii, nie. Zgodnie z tym, czego od niego wymagano, podszedł najpierw do Victorii, by ująć jej dłoń swoimi bladymi, zimnymi palcami, ucałować ją i wręczyć jej bukiet kwiatów. Masz, kurwa. I teraz ty męcz się z tym smrodem. - Bardzo miło mi cię poznać, Victorio. - Było to kłamstwo. Kłamstwo wypowiedziane męskim, mrukliwym głosem. Trochę przepitym, trochę przepalonym. Głębokim. - Bardzo długo czekałam na możliwość aranżacji małżeństwa dla syna! - Kobieta, która wyglądałaby jak anioł, gdyby nie zniszczyło jej życie, o brązowych, lokowanych włosach, w eleganckiej sukni w kolorach beżu i butelkowej zieleni dopasowanych do jej zielonych oczu, uśmiechnęła się szeroko, chociaż zdystansowanie. Albo raczej - surowo? Jej postawa wyglądała na ostrożną, chociaż rzeczywiście w głosie pobrzmiało ukontentowanie i jakiegoś rodzaju ulga. - Jesteś niezwykle piękną kobietą, Victorio. Bardzo się cieszę, że mogę cię powitać w moim domu. - Usiądźcie, proszę. - Eryk wskazał miejsca przy stole, odpowiednio przygotowane, a Sauriel, zgodnie z poleceniem wcześniej wydanym, grzecznie odsunął krzesło dla Victorii. Posiadanie Sauriela za plecami było takim samym wrażeniem, jak moment w którym masz przeczucie, że COŚ za tobą jest. Ale nie możesz się obrócić. Nie możesz. I jakoś na moment zamierał oddech w płucach, a gdy się obracałeś… nikogo tam nie było. Tylko cienie przemykały mrocznymi uliczkami, gubiąc się między latarniami. RE: 1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia - Victoria Lestrange - 20.12.2022 To nie było jedno z tych wyczekiwanych spotkań, a przynajmniej nie dla Victorii, bo jej rodzice chyba bardzo czekali na ten umówiony dzień. A brązowowłosa? Wiedziała, że ma być jakieś spotkanie towarzyskie, że ma sobie zarezerwować ten dzień, ten wieczór, że to jakaś ważna impreza. Ale matka zawsze tak mówiła o tych wyjściach, albo odwiedzinach kogoś w ich domu – więc się niczego szczególnego nie spodziewała prócz nudnego wieczoru i rozmów niemalże o pogodzie. Miała przykazane, by ładnie się ubrać – tak jakby zawsze się ładnie nie ubierała – i włożyła na siebie granatową sukienkę, upięła długie, brązowe włosy, założyła kolczyki, naszyjnik i zrobiła lekki makijaż, podkreślając swoje duże, brązowe oczy i lekko oliwkową karnację. Tu nie było miejsca na wyglądanie zbyt skromnie, przecież trzeba było być dumnym ze swojej rodziny, a swój status pokazywać. I dopiero kiedy była już gotowa do wyjścia, to jej powiedzieli. Że wiedzą, że nie tak dawno temu straciła narzeczonego – (co z tego, że jakoś mocno nie ubolewała, był ich wyborem) – ale znaleźli dla niej kolejnego kandydata – (nie powiedzieli tego na głos, ale Victoria mogła przysiąc, że już słyszała lekko ściszony głos matki, kiedy mówiła do ojca, że jak powiedzą jej wcześniej, to będzie gotowa się nie zjawić) – i właśnie idą odwiedzić tę rodzinę. Nie pytała nawet o szczegóły – po prostu ją zatkało. Do tego stopnia, że jedyną odpowiedzią, jaką zdołała z siebie wykrztusić, było mruganie oczami. Z szoku. Była pewna, że teraz przez dłuższy czas będzie miała spokój – na opłakiwanie mężczyzny, który niewiele ją w ogóle obchodził, nie był w końcu jej wyborem, nie był nawet w jej typie. Ale tak było przecież w dobrym tonie – dać narzeczonej odetchnąć po tej… stracie. Miała więc nadzieję na pozostanie wolną kobietą, a tutaj… Co? Aportowali się najbliżej jak mogli i resztę drogi prszeszli pieszo. Może całe szczęście, bo mroźne powietrze uderzało do głowy i pomagało wyczyścić umysł z myśli. Z emocji. Mróz szczypał w policzki, dzięki czemu, gdy już znaleźli się w rezydencji Rookwoodów, Victoria miała żywo i uroczo zaczerwienione policzki – niemalże jakby była podekscytowana tą wizytą. Ale nie była. Czuła gulę w żołądku, kiedy ściągała swój płaszcz, i suchość w gardle, gdy podawała swoją dłoń do ucałowania na przywitanie. I czuła też narastającą złość, kiedy uśmiechała się miło i przyjmowała bukiet kwiatów. Czuła dojmujący chłód palców i ust Sauriela, kiedy ucałował jej dłoń. - Aportowaliśmy się niedaleko. Zimno, ale to był miły spacer, prawda, Isabelle? – to odezwała się głowa rodziny Lestrange, a jego żona po chwili mu zawtórowała, przytakując i kontynuując tę towarzyską pogawędkę o niczym. - Mi również – odparła, zerkając na Sauriela. Kojarzyła go ze szkoły – ale to tyle. Nie mieli nigdy ze sobą styczności; o ile się nie myliła, to należeli do innych domów. A na pewno do innych roczników. I z jej strony to też było kłamstwo – bo wcale nie było jej miło. Gdyby to od niej zależało, to siedziałaby właśnie w domu, a nie uśmiechała się fałszywie do ludzi, którzy obchodzili ją tyle, co zeszłoroczny śnieg. Nie chciała żadnych kolejnych zaręczyn. Na pewno nie chciała żadnego małżeństwa. A już na pewno nie z nim. To też nie był jej wybór. I czemu nikt nie chciał jej go dać? - To wspaniała okazja na połączenie naszych rodzin – padło w odpowiedzi od Isabelle, kolejny pusty frazes, bo jakoś trzeba było zacząć tę całą rozmowę. Zupełnie jakby jeszcze nie wszystko było ustalone. - Dziękuję, bardzo mi miło, pani Rookwood – Victoria odpowiadała niemalże to samo, wyuczone formułki, wyuczone ruchy, wyuczone uśmiechy. Starała się przy tym oczyścić umysł – jak przy ćwiczeniu na opanowanie oklumencji. Brak emocji, brak problemów. Brak emocji, brak scen. Łatwiej było wtedy przetrwać w takich chwilach jak ta. Kiedy chciało się zniknąć. Usiadła jednak przy stole, we wskazanym jej miejscu, wygładziła sukienkę, pozwoliła się przysunąć… I na krótką chwilę wyciągnęła z ukrytej w kieszeni sukni różdżkę, by zrobić jeden płynny ruch i wyczarować smukły, czarny wazonik z wodą, do którego wsadziła otrzymany bukiecik. Ona akurat wiedziała, co to za kwiaty – róże i eustomy. Bardzo ładne, bardzo gustowne. Wcale nie chciało jej się od tego rzygać. Wyczarowanie wazonika z wodą nie było problematyczne – było niemalże jak oddychanie i po wszystkim schowała swoją różdżkę. - Nasza córka uwielbia kwiaty – podjęła Isabelle, od razu widać było kto tutaj wiódł prym w kontaktach towarzyskich; brązowowłosa, brązowooka kobieta nadal promieniała urodą, chociaż widać już było na jej twarzy zmarszczki. Zielona suknia dodawała jej smaku. - Musieliśmy odprawić ogrodnika, bo uznała, że lepiej zajmie się ogrodem – Victoria była bliska do przewrócenia oczami, ale wytrzymała, wgapiona w bukiet kwiatów. Matka zawsze lubiła się chwalić jej “dokonaniami” – czy jakkolwiek to nazwać. Ale taka była akurat prawda, faktycznie sama wolała się zajmować ich ogrodem. RE: 1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia - Sauriel Rookwood - 20.12.2022 - To bardzo urokliwa okolica. - Annie daleko było do okazu piękna. Kiedyś? Na pewno. Kiedyś może nawet nazwałby ją ktoś aniołem. Dzisiaj była chuda, nawet kiedy się prostowała to wydawała się wycofana, nie jak dumna żona, nosicielka nazwiska Rookwoodów. Nie, wróć. Miała swoją dumę. Trzymała głowę wysoko, nie schowaną między ramionami. Tylko te ramiona były takie słabe. Wątłe. Jeśli zimowy zgiełk wpadnie tu przez okno, jeśli uderzy podmuch zefiru błądzącego między ulicami Londynu - porwie ją? Połamie? Czy wytrzymałaby taki sztorm? - Dobre okazje trafiają się ludziom, którzy potrafią je samemu stworzyć. - Była pewna kultura rozmów, której należało przestrzegać, aby zrobić na drugiej stronie jak najlepsze wrażenie. Small talk należał do jednej z nich. To był początek, a początki zawsze były najważniejsze. Potem będą cię postrzegać przez pryzmat tego początku. Sauriel usiadł, rzecz jasna, obok swojej narzeczonej przy tym okrągłym stole, gdzie nie było równych i równiejszych. Wszyscy tu mieli w końcu jakże szlachetnie czystą krew. Miejsce zostało zorganizowane tak, że wszyscy go mieli pod dostatkiem, bo i mały to stolik nie był. Po lewej stronie Sauriela siedziała teraz jego matka, zaś po prawej stronie Victorii jej matka. Należy przy tym zauważyć, że nie stykał się nikt z nikim ramionami, a i miejsca zaręczonych (przyszłych zaręczonych) były delikatnie oddalone. Celowo, by dać im trochę “prywatności”. Sauriel zmuusił się do tego, żeby siedzieć prosto. Na tyle na ile. Jedna zgięta noga, druga wyciągnięta pod stołem. Równie mocno próbował się nie krzywić, ale jego mimika go zdradziła, kiedy “śliczne” kwiatki trafił do sprawnie wyczarowanego przez wiedźmę wazoniku. A szkoda. Miał nadzieję, że zwiędną, zanim kobieta doniesie je do domu. - Naprawdę? - Zainteresowała się Anna, kiedy zostało powiedziane o uwielbieniu dla kwiatów. Spojrzała więc na bukiet, który sama wybierała - bardzo starannie - a potem na właścicielkę owych kwiatów. - Będziemy miały o czym rozmawiać, mam nadzieję, że bukiet trafił w twoje gusta. - Nie trzeba było mówić tutaj wprost, że kobieta również ceniła kwiaty. Były hobby. Takim, które pozwalało się odciąć, oderwać. Zapomnieć. - Ogrody będą do twojej dyspozycji, panienko. - Dodał Eryk. - Sauriel z przyjemnością cię po nich oprowadzi, jeśli masz ochotę. Sauriel na momencik przekrzywił głowę patrząc na ojca tak, jakby sobie jaja z niego robił i uniósł jedną brew, ale potem napotkał jego spojrzenie. Tak, Eryk był całkowitym przeciwieństwem swej żony. Zdawał się być niemożliwym do wygięcia metalem, uzbrojonym, chłodnym w dotyku i doskonale wypolerowanym przez całe lata. Był kunsztem sztuki i wszystkim, co mogłoby jak najlepiej reprezentować nazwisko Rookwood. - Zimą niewiele widać. Jeśli masz ochotę to nie ma problemu. - Tak naprawdę i tak było to lepsze niż siedzenie tutaj i słuchanie tych okropnych rozmów. Zaraz poznałby całą historię dzieciństwa tej podekscytowanej spotkaniem kobietki albo usłyszałby sam, jak to był uroczy za dziecka kiedy narobił siku do piaskownicy. Nie miał okazji jeszcze uczestniczyć w tak WSPANIAŁYM spotkaniu, które polegało na handlowaniu ludźmi, byle tylko się gdzieś wkupić, ale w najgorszych opcjach, kiedy czasami słyszał jak matki potrafią ze sobą rozmawiać, to tak sobie to właśnie wyobrażał. RE: 1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia - Victoria Lestrange - 20.12.2022 - Na pewno ma więcej uroku na wiosnę – zgodziła się z Anną Isabelle i tak mogły sobie tę rozmowę ciągnąć. Obie wprawione w rozmawianiu o niczym – zanim dojść do konkretów i zakończyć to bezsensowne (w mniemaniu Victorii) spotkanie szybciej niż się rozpoczęło. Ale nie. Trzeba było kontynuować ten taniec gadki-szmatki. Ojcowie się nie wtrącali w wymianę grzeczności matek, było skinięcie głową, mocny uścisk ręki i uśmiechy. Victoria też starała się uśmiechać, ale w tej sytuacji było ją stać co najwyżej na drgnięcie kącika ust. Nie myśl, oczyść umysł, nie myśl, ćśśśśśśś… - I tym, którzy potrafią z nich korzystać – to Alexander w końcu się odezwał, podtrzymując tę rozmówkę. Victoria siedziała cicho – właściwie jeśli ktoś się do niej tutaj bezpośrednio nie zwrócił, to sama nie próbowała zagadywać; przeszkadzałoby jej to w oczyszczeniu umysłu, żeby się tutaj nie rozzłościć. Z zewnątrz musiała wyglądać na niezwykle grzeczną, posłuszną rodzicom młodą niezamężną kobietę. Wewnątrz gotowałaby się z szoku i złości, że znowu próbują ją… sprzedać – bo inaczej niż handlem nie można było tego nazwać – gdyby nie to, że próbowała nad sobą zapanować. I ta próba powodowała, że z pewnością sprawiała zupełnie inne wrażenie, niż było naprawdę. - Tak, bardzo ładne kwiaty. Zwłaszcza te eustomy – została wyrwana z “letargu”, kiedy znowu zwrócono się do niej bezpośrednio. To nie tak, że była nieobecna – siedziała i słuchała, po prostu starała się nie okazywać emocji, bo te mogły być bardzo zdradliwe. A to nie wypadało na takim spotkaniu… nawet jeśli Victoria bardzo go nie chciała. Nie spodziewała się jednak, że dostanie pozwolenie… nie, zaproszenie wręcz do ogrodu – cóż z tego, że w zimie. Miała wyobraźnię, potrafiła sobie wyobrazić kwiaty, kiedy rozpozna ich krzaki czy inne miejsca. Zresztą to były ogrody czarodziejów, tu nie było takich problemów jak u mugoli. Kobieta wahała się tylko przez chwilę. Sauriel dobrze sobie pomyślał, że to byłoby lepsze od siedzenia tu – i Victoria pomyślała dokładnie tak samo. Niech się starzy dogadają po swojemu, niech ciągną tę idiotyczną rozmowę, tak jakby się już wcześniej nie dogadali. Skoro to i tak w pewnym sensie była wizyta zapoznawcza dla tej dwójki najmniej zainteresowanych tematem… Bo rodzice już się przecież znali i z tego co Victoria kojarzyła, to wcale nie od niedawna. - Czemu nie? Bardzo chętnie – odparła po krótkiej chwili i poczekała chwilę, pozwalając, by Sauriel wstał i odsunął jej krzesło, blablabla. Wazonik, rzecz jasna, zamierzała tutaj zostawić. Już raz to przechodziła i nie było to nijak przyjemne. Było trudne. A kiedy tak patrzyła na tę rodzinę, na tego… wybrańca to czuła, że to będzie jeszcze trudniejsze. Ale cóż – taki mieli klimat. Mogła się oczywiście zbuntować… i zostać wyklęta i wydziedziczona, to w najlepszym wypadku. Ale to było całe życie jakie znała. To plus to, na co zapracowała sobie sama. Odkładała swoje pieniądze z pracy, ale to nie było tyle, by mogła sobie pozwolić na takie odejście od rodziny. Zresztą… Wcale tego nie chciała, nie tak do końca. Pozwoliła się wyprowadzić – znowu wyciągnęła różdżkę, by przywołać swój płaszcz, żeby nie zmarznąć, i kiedy byli już z dala od oczu rodziców, to pozwoliła sobie na głośniejsze wypuszczenie powietrza przez usta. A później głębiej nabrała powietrze. Nie myśl, oczyść umysł. RE: 1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia - Sauriel Rookwood - 20.12.2022 Bla, bla, bla, chuje muje, dzikie węże… Sauriel nawet nie próbował się starać. Udzielać. Robić dobrą minę do złej gry. Jego mina może i nie wskazywała stricte na znudzenie, ale na zmęczenie na pewno. Spotkaniem? Pobytem tutaj? Mocno podkrążone oczy mogły wskazywać na niewyspanie, niesławną bezsenność, z którą przecież borykała się Viki. Znudzony nie był. Nie był też niewyspany. Ale zmęczony? To na pewno. Nie dało się też nie słuchać tych słów, które tu padały - musiałby naprawdę mocno potrenować, żeby się od tego odciąć i wyłączyć. Wpadały na uszu jak żyletki, chociaż nikt tu nie mówił przesadnie głośno ani nie nadawał piskliwym tonem. Po wszystkim pewnie Anna będzie uspokojona, a Eryk ukróci jakiekolwiek narzekania krótkim “ciesz się, mogłeś trafić o wiele gorzej’. Ano - na pewno mógł. Na brzydką, na chorą psychicznie, na jakąś zupełną wariatkę albo… właśnie na posiadaczkę piskliwego głosiku. O tym, co MÓGŁ mieć i jak większego pecha napotkać miało być pisane dopiero w przyszłości, bo chwilowo nie doceniał tego, co miał. Kiedy coś (albo ktoś) jest niechciane, to nie będziesz w stanie się pocieszyć mówiąc “no mogło być gorzej”. Między słowami zastanawiałeś się za to nad tym, czego Eryk może chcieć od rodziny Lestrange. Bo po prawdzie - nie miał pojęcia. Ba! Nawet nie wiedziałeś do końca, czy na pewno cię to interesuje. Dramat. - Napiją się państwo czegoś? Mamy w piwniczce kilka wartych uwagi trunków, których butelki są odpowiednie na takie okazje. - Eryk nawet się uśmiechnął, poprawiając swój garnitur i zakładając nogę na nogę. Z jednej strony - nie mógłby się wyprzeć syna. Te same, czarne jak noc oczy. Ich kształt, czarna linia rzęs. Te same, czarne włosy. To, w jaki sposób się układały. Z drugiej? Wydawali się odmienni jak ogień i lód. Niby oboje parzyli - ale w zupełnie inny sposób. Esu… suty. Niektóre nazwy są tak dziwne, że skojarzenie samo się pojawiało w naszej głowie i jakoś tak… jakoś tak zostawało. Aczkolwiek kiedy to genialne skojarzenie pojawiło się w głowie Sauriela i spojrzał on na kwiaty nie był przekonany, żeby godne były miana sutków. Niekoniecznie podobne. Ale co on tam wiedział… Skoro jego WSPANIAŁA narzeczona wstała, to ciężko (ale z gracją) Sauriel podniósł się z krzesła i tak… teraz jest miejsce na “te tamte”. Odsuń krzesełko, a damie może wypada pomóc wstać, podać jej rąsię. Delikatna dłoń Victorii była przyjemnie ciepła na jego skórze. Dłoń i skóra nieskażone pracą fizyczną. Te Sauriela były dość szorstkie. Opuszki twarde. I nie było takiej możliwości, żeby kiedyś stały się ciepłe. Wskazał dłonią kierunek i sam ruszył mimo to przodem… orientując się, że W SUMIE to wypadałobyy… więc zaoferował jej ramię, żeby rodzice byli jak najbardziej zadowoleni. Nie kosztowało go to nic, a przynajmniej będzie mniej miałczenia i marudzenia potem. Warto. - Wiosną będziemy mogli zorganizować kilka spotkań dla młodego pokolenia w ogrodzie, Sauriel to romantyk. - Na te słowa matki Sauriel się może nie potknął, ale stracił balans i gładkość swojego kroku, obracając się z miną “WTF” w kierunku rodzicielki. Ta jednak na odchodzących nie patrzyła. Obróciłeś się od razu przodem, odzyskując rytm kroków, ale ciągle miał wymalowanego takiego małego, małeeego wkurwika na twarzy. No, romantyk… Sauriel był tak romantyczny, że gdyby żyli w czasach kebabów, to zaprosiłby Victorię na randkę do najbliższego kebsa. - Początek lata byłby idealnym terminem na przyjęcie zaręczynowe. - Eryk skinął głową. Te pół roku (mniej więcej) powinno spokojnie wystarczyć, żeby wszystko zorganizować i upewnić się, że oba rody na tym skorzystają. Jakże wspaniałe były wiedźmy, kiedy potrafiły same o siebie zadbać. Szczerze mówiąc to nie pomyślał nawet o zapewnieniu jej płaszcza, żeby nie zmarzła, żeby się o nią zatroszczyć. Bez słowa przesunął wzrokiem po odzieniu wierzchnim, prowadząc ją w całkowitej ciszy do ogrodu. A przynajmniej on tej ciszy nie przerywał. Głos jego kroków zupełnie niknął w cichym korytarzu. Otworzył przed kobietą drzwi i puścił ją przodem. Cienka warstwa śniegu pieszczotliwie pokryła cały ogród - i miało to swój niezwykły urok. Sople lodu zwisające z dachu, pomalowane mrozem okna, obszronione gałęzie drzew. On wyszedł tak, jak był w środku - nie kłopocząc się ubraniem. Puścił ją, kiedy wyszli i sam przesunął się na bok, by podeprzeć ścianę swoimi plecami i wyciągnąć z wewnętrznej kieszeni papierośnicę, patrząc na ten piękny, utulony do snu świat. Świat, któremu zazdrościł. Chciał usnąć razem z nim.[/b] RE: 1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia - Victoria Lestrange - 20.12.2022 Victoria nie pamiętała nawet dobrze imienia tego faceta, z którym chcieli ją swatać tylko po to, by połączyć rodziny i czystą krew, a co dopiero imion przyszłych teściów. Nie pamiętała dobrze jego twarzy, a oni tutaj chcieli wyciągać jakieś wino na specjalną okazję. Tak, ewakuowanie się było jak najlepszym pomysłem. Kilka spotkań wiosną… Romantyk Sauriel – a to tak ma na imię. Na romantyka nie wyglądał ani trochę. Sprawiał za to wrażenie równie zadowolonego z tego spotkania co i ona, z tym, że po nim było to po prostu widać. Chociaż nie był nijak niegrzeczny, ani nic takiego. Był po prostu… Wyglądał, jakby mu kot nasrał do butów, a nie miał innej pary, by założyć – przy czym odchody tego kota były nieusuwalne żadną magią. Tak właśnie wyglądał. Przyjęła jego ramię, ale trzymała go ledwo co – nie czuła się komfortowo z tą obecnością, nie znali się wcale to i strefa osobista i strefa komfortu miały granicę dość daleko. Ale przez to, że przyjęła to ramię, to poczuła, jak się czarnowłosy zawahał na słowa swojej matki. Victoria też odwróciła głowę, ale nie zauważyła złej miny Sauriela, sama też nic nie powiedziała. Nie odezwała się przez całą ich drogę na ogród, zresztą ze wzajemnością a kiedy już wyszli – z początku też milczała. Ubierała swój płaszcz, chowała różdżkę, oglądała otoczenie. Nic nie mówiła. Tylko mieliła w głowie. Że już wymyślają jakieś przyjęcie za pół roku – i to naprawdę brzmiało tak, jakby już dobili targu, a ta dwójka mogła tylko pokiwać głową. To po co była ta szopa? Żeby ich ze sobą poznać? To mogli mówić od razu, że to spotkanie zapoznawcze, to jest taki a taki, to taka a taka, porozmawiajcie o tym co robicie w życiu żeby poznać się choć odrobinę. Nie. Oni tam sobie prowadzili swoje biznesy i udawali, że ta dwójka ma coś do powiedzenia i jednocześnie rozmowa była prowadzona w trybie dokonanym. - Nie ubierasz się? – zapytała w końcu po dłuuższej chwili, kiedy Sauriel tak się opierał plecami o ścianę i wyciągnął sobie papierosa, którego pewnie odpalił i zaczął się zaciągać. Ogólnie to ś w i e t n i e się zapowiadało. Victoria lekko się skrzywiła, kiedy tak patrzyła na tego papierosa w jego palcach. Coś jej ciągle nie pasowało. Ten cały Sauriel. Coś w jego wyglądzie nie dawało jej spokoju, jakby nie powinno mieć miejsca. Albo jakby ona była zbyt głupia na to, by zauważyć coś, co powinno być jasne jak słońce dla kogoś z jej wykształceniem. RE: 1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia - Sauriel Rookwood - 20.12.2022 Pewien mądry człowiek powiedział kiedyś do Sauriela, że jest skurwysynem - ale chociaż skurwysynem z sercem. To nie tak, że chciał zamienić życie tej kobiety w piekło, że planował się teraz na niej wielce mścić za te decyzje. Nie planował też jednak czegokolwiek ułatwiać czy pokazywać, że może być dobrze i że może być lepiej. Za to była w nim mała garstka jakiejś sympatii, jeśli od biedy można to tak nazwać, która podyktowała mu myśl wydać córkę za trupa - jak wiele trzeba chcieć w zamian? Ta myśl, krucha i ulotna, miała miejsce, kiedy postawiono go przed faktem, że odbędzie się spotkanie mające go zapoznać z przyszłą narzeczoną. Po prostu. Żadnego podoba ci się? Chcesz? A może chcesz się przekonać, czy to ma szansę? Nie był osobą. Był częścią złota, które należało zainwestować. To, ile był w stanie przynieść dochodu stanowiło jego wartość. A uczucia nie miały żadnej wartości. Powiedzenie, które po Stalinie przyjął jego ojciec, a w końcu i Sauriel zaczął je powtarzać, że lepiej, by ludzie popierali cię ze strachu, nie z przekonania, powinno być wyryte w kamieniu nad wejściem do tego domu. Idealnie oddawało panującą tu atmosferę. Lubił śnieg. Albo wręcz - kochał. Był o wiele lepszy od gorącej zieleni, kiedy słońce potrafiło zalewać całe miasto. Mienił się jak diamenty w słońcu, nawet jeśli wtedy musiał go oglądać z bardzo, bardzo daleka. Był czysty. Nieskazitelny. Kropla woda zamieniona w dzieło sztuki. Gadka o romantyzmie może nie została jednak tak do końca wyssana z palca, bo w końcu byłeś duszą kreatywną. Arystyczną. Jeśli jednak prawda w tym drzemała to całe lata temu, zanim świat powiedział ci, kim masz zostać. Pamiętasz jeszcze, kim byłeś, zanim się to stało? Tak - zapalił papierosa. Albo raczej - papieros sam się zapalił, kiedy wsunął go w wargi. Uczucie mrozu było bardzo specyficznym doznaniem, kiedy twoja skóra jest i tak zimniejsza od ludzkiej. Nadal możesz ulec odmrożeniu, bo jakoś ułomne było to ciało. Nadal czujesz, jak jest zimno. Ale to było przyjemne. Odpowiedź na zadane pytanie nie pojawiła się od razu, bo pociągnęła dreszcz po martwej skórze, bo przyniosła ze sobą myśli, że to naprawdę przyjemne. Pojawił się w końcu dym, a mężczyzna finalnie spojrzał na swą brankę. - Klacz rozpłodowa martwi się zdrówkiem ogiera? - Jego głos nie był opryskliwy, nie był jadowity, nie był… w ogóle wydawał się być aż zbyt pozbawiony emocji jak na zdanie, które z jego warg wypłynęło. Tak samo jak wyraz jego twarzy, bo irytacja o tę “romantyczną duszę” już z niej zeszła. I zobaczył jej skrzywienie, więc aż przesunął dłoń z papierosem na bok. - Palę też w domu. - Naprostował, żeby nie miała wątpliwości, że cały jego pokój jebał fajkami. RE: 1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia - Victoria Lestrange - 21.12.2022 Póki co nie widziała tu żadnego serca – jedynie cynizm i chamstwo. To, że się do siebie oboje nie odzywali to jedno – potrafiła to zrozumieć. Kiedy czegoś nie chcesz, to trudno szybko się pogodzić, że nie będzie tak, jak sobie wyśniłeś. Ale to naprawdę nie znaczyło, że wszyscy tutaj byli wrogiem. Ona była w tę sytuację wrzucona dokładnie tak samo jak i on; nie była tym spotkaniem ani trochę podekscytowana, jak to pomyślał Sauriel widząc jej zaczerwienione od mrozu policzki.Nie chciała tego. Jak mógł w ogóle myśleć, że może jej się ta sytuacja w ogóle podobać? Znaczy… Może niektórzy marzyli o zamążpójściu, ale czy w ten sposób? Heh, ktoś by się pewnie trafił, ale szczerze, to nie były klimaty Victorii. A jednak dokładnie w takie została wsadzona i musiała z tym… żyć. Tyle, że z kolei ona nie planowała niczego utrudniać, bo domyślała się, ze to nie musi być spełnienie marzeń tej drugiej strony. I tak jak dla niej był to szok i nie chciała przynieść wstydu rodzinie, tak… wcale nie chciała robić scenę przed… przyszłym małżonkiem? A mogłby. Merlin jej świadkiem, że mogłaby! Na moment jej zblazowana fasada pękła i Sauriel mógł zobaczyć jej wzburzone spojrzenie i rysy twarzy, które nie mówiły nic o spokoju. Ale to była chwila – nie ułamek sekundy co prawda, bo Victoria potrzebowała jednak kilkunastu sekund, by się opanować, by jej oczy nie błyszczały już złością, tylko… ach, niczym konkretnym. Jej czoło się wygładziło. Klacz rozpłodowa. Brzmiało równie obraźliwie co powiedzenie komuś, że jest szlamą. - Jak ostatnio sprawdzałam, to nie miałam niczego wspólnego z koniem, ale jak bardzo chcesz, to możemy poćwiczyć i mogę cię zamienić w ogiera. Tylko nie ręczę za siebie, może przypadkiem skończysz jako pająk – odszczeknęła mu za to – z głosu nie pozbyła się niestety złości, nie było to aż tak proste jak ze spojrzenia i wyrazu twarzy. Świetnie się zaczyna. Ona chciała miło zagaić i dostała niemalże z liścia w twarz. Odwróciła od niego głowę, patrząc na dziedziniec posiadłości i na ogród dalej. - Fantastycznie – co jeszcze robił, co zupełnie jej nie pasowało? Panna Lestrange na momencik przymknęła oczy. To nie na niego powinna być zła, a na swoich rodziców. I mieli cholerną rację, że uświadomili ją w ostatniej chwili. RE: 1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia - Sauriel Rookwood - 21.12.2022 Cham i cynik - no, nooo..! Całkiem niezłe komplementy jak na początek znajomości! Z tym, że nie powinny być dla nikogo komplementami, ale w końcu cynicy już tak mieli. Lepiej brzmiało, kiedy ktoś cię wyzywał, bo przynajmniej było śmiesznie. Kiedy prawili komplementy? Z ich zbywaniem już tak zabawnie nie było. Tych bullies zazwyczaj za to najbardziej bawiły reakcje drugiej strony z tego wszystkiego i muszę przyznać, że tutaj też pojawiła się drobna reakcja od strony Sauriela. Minimalnie, ledwo ledwo uśmiechnął się pod nosem, widząc, jak zapłonęło w Victorii. Nie były to żadne hard feelings. Wyglądała w jego oczach na taką przejętą małżeństwem, że lepiej było jej sypnąć piaskiem w oczy przed, zanim w ogóle się zacznie. Zresztą może pobiegnie do rodziców i będzie chciała odwołać? Bo będzie nieszczęśliwa? Ano - będzie. To na pewno jej wróżył, pomimo tego, że wcale jej tego nie życzył. Czemu by miał? W końcu to nie był jej wybór. Wiedział, jak to działa w tym jakże pięknym świecie. - Pająk ma tę zaletę, że nie gada. - Nie było to takie głupie - zmienić drugą stronę w jakieś paskudztwo, które nie mogło ci pyskować, rżeć czy tam miałczeć pod oknem. Indywidualizm tutaj odchodził do lamusa, nie liczyło się to, w co cię zamienią, tylko to, że tak czy siak będziesz się prezentował chujowo, ale druga strona będzie z tego zadowolona. Jakoś nie zabrzmiało to w uszach czarnowłosego jak prawdziwa groźba, której powinien się wystraszyć, to jest - że kobieta mówiła na serio. A mówiła? Ludzie potrafili czasami zaskoczyć i zadziwić. Co zaś zyskała to to, że przynajmniej czarnowłosy się nią zainteresował, chociaż… wydaje mi się, że to nie było wcale celowe działanie. - Przypadkiem to można dziewkę zbrzuchacić. - A na pewno nie PRZYPADKIEM zamienić kogoś w pająka. Chociaż nie, wróć. Całkiem łatwo PRZYPADKIEM kogoś zamienić w pająka, jeśli za mało się starasz. Wyobraź sobie taką sytuację - chcesz kogoś pozszywać, a w wyniku wychodzi ośmionożne pokractwo… zdarza się nawet najlepszym! - Twarz pokerzystki. - Trzeba przyznać i docenić, że niewiasta bardzo szybko i płynnie zapanowała nad własnym ciałem, wzięła je w ryzy i po prostu próbowała prezentować się dumnie po doznanej obrazie. No, dała popis małego talentu. Talentu do bycia prawdziwą damą czystej krwi, której przecież nie wypada się uzewnętrzniać. RE: 1 grudnia 1971 [Rezydencja Rookwoodów] Miłość od pierwszego wejrzenia - Victoria Lestrange - 21.12.2022 To nie były żadne komplementy – tylko szczera prawda. Nie było to też śmieszne. Znaczy może Sauriel by się uśmiał, gdyby usłyszał od Victorii, że jest cynikiem, chamem i prostakiem, ale w jej odczuciu – nie było w tym ni grama śmieszności ani zabawy. A to co się tutaj działo, to było właśnie klasyczne: pozory mylą. Bo ona nie była przejęta małżeństwem… Znaczy – była, ale nie w ten sposób, w jaki myślał Sauriel, że ona jest przejęta. Ale teraz wychodziły te diable rogi Sauriela i Victoria naprawdę zaczynała rozumieć, w co się wpakowała. Czy raczej – w co ją wpakowano. To nie będzie życie usłane różami. jej rodzice też sami siebie nie wybrali, ale przynajmniej byli dla siebie cywilizowani, a tu…? Ale panna Lestrange nie wiedziała jeszcze w jak wielkie bagno wcisnęli ją rodzice, a było przecież znacznie gorzej, niż mogłaby w ogóle podejrzewać. - Koń też nie – tylko rżał co najwyżej. A niektóre pająki piszczały – równie denerwujące, co obecne pyskówki Sauriela. Victoria co prawda nie była asem transmutacji – ale dla niego mogła się postarać. Żeby mu udowodnić, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych i że może. A zawsze lubiła się uczyć. Była w końcu prymuską swojego roku i nie stało się to przypadkiem, a ciężką pracą. Gorzej nie mogliby być dobrani: prymuska i leń. Nie mówiła do niego o tym na serio… chociaż? Byłaby do tego zdolna…? - Chyba mało ćwiczyłeś zaklęcia – odburknęła, ignorując kolejną wspaniałą odzywkę. Bo przypadkiem to się wcale “dziewki nie brzuchaciło” – to był pewien akt, po którym trzeba było mieć świadomość, że mogło się wpaść. I to nie był wcale przypadek, tylko samo życie. Natomiast młody czarodziej musiał ćwiczyć ruchy dłonią i rzucanie zaklęć i ile razy podczas nauki poszło zupełnie nie tak, jak powinno? Ile razy zamiana szczura w kielich kończyła się zamianą szczura w wielki tapczan…? Nie raz i nie dwa. A zamiana człowieka w zwierzę… ha! Jeszcze trudniejsza sztuka i jeszcze większa szansa, że coś by się miało stać przypadkiem. Ale w jej wypadku zamiana w pająka… czy byłaby taka przypadkowa? To, jak zaakcentowała tamto zdanie znaczyło raczej, że to byłoby tak dalekie od przypadku jak to zbrzuchacenie dziewki. - Lata praktyki – odparła spokojnie po chwili, kiedy zauważył jej zmianę i to jak się nagle uspokoiła. Nie kłamała, to naprawdę były lata praktyki. Ale tutaj też wychodziło, że tak jak ona nic nie wiedziała o nim, tak on nic nie wiedział o niej. Bo gdyby wiedział gdzie i jako kto pracuje… to może byłoby dla niego dość jasne, że może zna takie sztuczki. - Za to po tobie od początku widać, jak bardzo jesteś niezadowolony. Prawie tak bardzo, jakby zamiast domowego skrzata usługiwał ci jakiś mugol – to tak jakby się zastanawiał, czy zauważyła: to owszem, tak. |