20.12.2022, 15:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2024, 22:00 przez Król Likaon.)
Rozliczono - Sauriel Rookwood - Piszę, więc jestem
adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Miłość od pierwszego wejrzenia
Theme
Theme
Niektóre spotkania są po prostu meant to be. Niektórzy powiedzieliby, że stanowią przeznaczenie. Wyniesione z kart, zapisane na wieżach, cesarzach czy innych tarotach. Sauriel się na tym nie znał - nawet mimo tego, że temat go fascynował. Jakoś nie było mu po drodze. Nie było okazji. Zajęcia z wróżbiarstwa w Szkole Magii i Czarodziejstwa może byłyby bardziej kuszące, gdyby nie jeszcze bardziej kuszącym było wykładanie się na szerokich, kamiennych parapetach w promieniach ciepłego słońca, by się wygrzać - i przespać. Jak to kot.
Niektóre spotkania sprawiały, że drżałeś z ekscytacji. Były wyczekiwane - bo skoro przepowiedziane, to i musiały być przecież wymarzonymi! To kolejny krok twojego życia, kolejny etap podróży! Będzie na pewno wspaniale, a białe gołębie wzbiją się w niebo, a słońce nam przyświeci i pomodli się za nas, za nasze dusze. Amen. Inne zaś spotkania sprawiały, że deszczowe chmury jednolitą szarością przykrywały błękit. Jak pierzyna, którą zarzucałeś na prześcieradło łóżka. I nie były wyczekiwane. Przepowiedziane? No - może. Zapowiedziane - na pewno.
Niektóre spotkania były chciane, inne - wymuszone. I dla Sauriela to spotkanie było właśnie jednym z takich. Przeznaczonych. Zapowiedzianych. Wyczekiwanych - by jak najszybciej mieć je za sobą. Takich, do których musisz się przygotować, wyglądać jak “człowiek” we wszystkich normach społecznych świata czystokrwistych “mam-kija-w-dupie” ludzi. Sauriel więc nie tylko założył garnitur, ale nawet uczesał włosy! A matka mu je przygładziła - co na długo nie pomogło, bo pojedyncze kosmyki i tak w końcu opadły do przodu. A on nie miał najmniejszej ochoty ich poprawiać. Trochę jak takie dziecko, które chce pokazać ponad wszystkim swoim rodzicom, że “on też ma tu coś do powiedzenia”. Podobno mężczyzna dojrzewał tylko do 3 roku życia, więc… chyba wszystko się zgadzało, i guess?
Spotkanie w rezydencji, tą jakże ŚLICZNĄ, zimową porą odbyło się w przygotowanej salce dla gości. Pochmurne niebo zwiastowały opad - ale nie deszczu. Śniegu. Rześkie powietrze wdzierało się do płuc i oferowało odświeżenie. Takiego rodzaju powietrze wnieśli tutaj ze sobą państwo Lestrange. Dama, Dżentelmen i ich córka - delikatna jak płatek śniegu, kąśliwa jak mróz, kiedy opadał na rozgrzany policzek. Królowa Śniegu zjawiła się w domu Śmierciożerców i przyjdzie jej stworzyć może lustro, którego odłamki wpadną do oczu i klątwa nieszczęścia ogarnie cały, calutki świat… Wtedy naprawdę zapadniemy w zimowy sen. Długi, głęboki, sen.
Garnitur nie pasował do Sauriela - a przynajmniej ty sam tak o sobie myślałeś. Nie pasuje. Sauriel nie próbował się nawet szczególnie prostować, chociaż nie był to poziom garbienia. Był za to na pewno sztywny. Czerń tego drogiego materiału za to doskonale do niego pasowała. Do jego czarnych jak noc oczu. Do jego kruczych włosów. A śmiertelnie blada skóra mogłaby mówić, że miał niemal urodę śnieżki, gdyby nie to, że jego policzkom brakowało rumieńca, a usta nie były krwisto-czerwone. Jedynym kolorowym elementem człowieka, który zdawał się być marmurową rzeźbą, były trzymane przez niego kwiaty. Śliczny, gustowny bukiet z róż i delikatniejszych, białych kwiatów, których Sauriel nie rozpoznawał. I nawet nie próbował. Za to próbował nie wdychać ich intensywnego zapachu, od którego chciało mu się rzygać.
- Mam nadzieję, że podróż przebiegła spokojnie. - Mężczyzna podobny do Sauriela (nie pozostawiało wątpliwości, czyim synem był Sauriel, byli do siebie niezwykle podobni) wyszedł na powitanie, by uścisnąć dłoń najpierw mężczyzny (a jakże), a potem ucałować dłoń obu kobietom. Dopiero za nim poszła jego żona, by się przywitać w tym samym guście, by na samym końcu poszedł Sauriel. Ale on nie przywitał się najpierw z rodzicami Victorii, nie. Zgodnie z tym, czego od niego wymagano, podszedł najpierw do Victorii, by ująć jej dłoń swoimi bladymi, zimnymi palcami, ucałować ją i wręczyć jej bukiet kwiatów. Masz, kurwa. I teraz ty męcz się z tym smrodem.
- Bardzo miło mi cię poznać, Victorio. - Było to kłamstwo. Kłamstwo wypowiedziane męskim, mrukliwym głosem. Trochę przepitym, trochę przepalonym. Głębokim.
- Bardzo długo czekałam na możliwość aranżacji małżeństwa dla syna! - Kobieta, która wyglądałaby jak anioł, gdyby nie zniszczyło jej życie, o brązowych, lokowanych włosach, w eleganckiej sukni w kolorach beżu i butelkowej zieleni dopasowanych do jej zielonych oczu, uśmiechnęła się szeroko, chociaż zdystansowanie. Albo raczej - surowo? Jej postawa wyglądała na ostrożną, chociaż rzeczywiście w głosie pobrzmiało ukontentowanie i jakiegoś rodzaju ulga. - Jesteś niezwykle piękną kobietą, Victorio. Bardzo się cieszę, że mogę cię powitać w moim domu.
- Usiądźcie, proszę. - Eryk wskazał miejsca przy stole, odpowiednio przygotowane, a Sauriel, zgodnie z poleceniem wcześniej wydanym, grzecznie odsunął krzesło dla Victorii.
Posiadanie Sauriela za plecami było takim samym wrażeniem, jak moment w którym masz przeczucie, że COŚ za tobą jest. Ale nie możesz się obrócić. Nie możesz. I jakoś na moment zamierał oddech w płucach, a gdy się obracałeś… nikogo tam nie było. Tylko cienie przemykały mrocznymi uliczkami, gubiąc się między latarniami.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.