– Prawie każdy – Voldemort nie zasługiwał. Był na szczycie listy ludzi, którzy zasługiwali tylko na jeden los, w którym nie było żadnego spokoju. Ale nie chciała teraz rozmawiać o innych, bo byli bezimienną masą ludzi, których nawet nie znała. Była tutaj, w New Forest, z Laurentem, i w tej chwili interesował ją on… jego otoczenie i ona sama. – Tak, ale nie przy każdej decyzji się nie żałuje – i owszem, jeśli powiedziało się sobie, że się nie żałuje, to nie było problemu. Gorzej, jeśli jednak siedziało się i myślało o tym, jakby to było, gdyby się czegoś nie zrobiło. Victoria na przykład… Wcale nie była pewna, że weszłaby w ogień, gdyby wiedziała, że prowadzi prosto do Limbo i jakie będą tego konsekwencje. To zniszczyło jej życie znacznie bardziej niż jakiś przedłużony rytuał z Beltane. Wspomnienia, nie swoje, które zmieszały się z jej… duszą… Zatruwały jej umysł skuteczniej niż regularnie podawany arszenik.
Może to faktycznie była jej wina. Że starała się spełnić wymagania swojej rodziny i jednocześnie znaleźć w tym cokolwiek dla siebie. Ten mężczyzna nie sprawiał, że na samą myśl o nim chciało jej się rzygać i uciekać, miał swój rozum i po prostu w trakcie różnych spotkań i rozmów dostrzegła w nim coś więcej. Nie myślała wtedy wcale o tym, że to po to żeby rodzina była zadowolona i żeby dali jej spokój, myślała wtedy o sobie, ale to naprawdę było wszystko bardzo skomplikowane.
Przystał bo co miał zrobić? Wiesz, to nie jest takie proste. On wcale… Nie wybrał sobie bycie wampirem, bo to jest takie cool… – pomyślała, ale nie powiedziała na głos, za to wzięła głębszy oddech nosem. Tak, Sauriel był zależny od swojej rodziny. Zrobili z niego wampira wbrew jego woli, zrobili z niego Śmierciożercę, również wbrew jego woli, chociaż nie miał nic do mugoli, zmusili go do zaręczyn, choć nie chciał jej poślubiać, a kiedy zrobił coś nie tak, to go katowali, aż ledwo się trzymał na nogach. Wampir. Victoria bardzo chciała go stamtąd zabrać, od Rookwoodów. Choćby i do siebie. Mieć na tyle wpływów (bo pieniędzy już miała bardzo dużo), by rzucić im to jako argument, że ma hajs, ma swój dom, to jest jej mąż i mogą się cmoknąć, bo nie będą mieszkać z resztą rodziny.
Rzeczywiście, pewnych rzeczy może nie powinno się mówić do tak zranionej osoby. Nigdy nie próbowałaś znaleźć swojego szczęścia w miłości. Nie, nie próbowała. Bo uważała, że się do tego nie nadaje. Zresztą co miała robić? Chodzić po klubach i szukać okazji, a potem patrzeć które z tych spotkań będą jednorazowym, a które nie? Ona taka nie była. Nie zmieniała facetów jak rękawiczki, nie ciągnął się też za nią nigdy sznur zainteresowanych mężczyzn. Poza tym co. Miałaby sobie kogoś znaleźć, a potem usłyszeć od rodziny, że nie udzielają zgody na małżeństwo i że wyjdzie za kogoś innego? Przecież to byłaby katastrofa. Ubodły ją bardzo słowa Laurenta. To nie było coś, co chciałaby słyszeć. A już na pewno nie od niego. Odwróciła od niego spojrzenie i zacisnęła ręce.
– Czyli to moja wina? – tak to odebrała. Że to jej wina, bo sobie nikogo nie szukała i nie znalazła. A w większości to było tak, że jak szukasz, to i tak nie znajdziesz. To przychodziło samo, w najmniej oczekiwanym momencie.
Wzięła ten kubek w ręce i wręcz przytuliła się do niego, jakby to zrobiła w każdym innym przypadku, kiedy miała tak zły humor, by się ogrzać i dodać tym sobie otuchy… Ale nadal było jej przeraźliwie zimno. Jakby w jej życiu i świecie już nie miało być nadziei na cokolwiek. Przymknęła oczy i łzy w końcu poleciały, choć nie żadnym strumykiem, ot po prostu poznaczyły jej policzek, ona pociągnęła nosem. Chyba też nie wiedziałaby co powiedzieć komuś, kto ci mówi, że facet, który złamał jej serce do tego wszystkiego próbował się zabić.
– Nie jest lepiej – to było ledwie wczoraj, jak miało być lepiej? Trzymała się jakoś do momentu, aż nie wróciła od Rookwoodów do siebie do domu – i wtedy się rozkleiła całkiem. To wtedy napisała do Laurenta list. Nie minęło dużo czasu, wszystko było na świeżo… – Wiesz co mi powiedział wcześniej? Że… Że jestem jego muzą. Że chyba jest zauroczony. Że jestem jego inspiracją do życia. A potem próbował się… próbował… – urwała, bo nie umiała tego powiedzieć drugi raz. Bolało, oczywiście, że tak. A kiedy się już zacznie płakać, to trudno przestać. Co zrobiła nie tak? Spróbowała się napić gorącej czekolady. Była pyszna, gęsta… A potem poczuła nieznany jej dotyk na ramieniu i ciche słowa skrzata. Na moment odwróciła głowę w tamtą stronę. – Dziękuję, Migotku, naprawdę – skrzat szybko zniknął.