• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[18/10/1969] Chwała, pochwała i (nie)sława || Merkuria & Laurent

[18/10/1969] Chwała, pochwała i (nie)sława || Merkuria & Laurent
soul weaver
oh dear world
let's spin my own new dawn
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
szczupła sylwetka; ponadprzeciętny wzrost 187 cm; jasna karnacja; pewny siebie chód; jasnoniebieskie oczy w kształcie migdałów; blond włosy do ramion (upięte w estetyczny kok lub kucyk); długa, smukła twarz; zadarty nos o prostym kształcie; delikatny, naturalny makijaż; głęboki, lekko zachrypnięty głos

Merkuria Rosier
#1
19.10.2023, 23:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2023, 23:43 przez Merkuria Rosier.)  

18 października 1969


Hala widowiskowa, aleja Horyzontalna || Merkuria Rosier & Laurent Prewett

Święta Morgano, trzeba było się pokusić o ten szal przed wyjściem, rozpaczała Mercy, przeklinając brak własnego pomyślunku. Już chyba nikomu w tym mieście nie można było ufać w kwestii odpowiedniego przyjęcia gości. Na hali było cholernie zimno. W sumie był październik, jednak... Chociaż korony drzew zdążyły już w dużej mierze wyzbyć się swych liści, odsłaniając nagie gałęzie, ona dalej żyła latem.

Dalej łapała się na tym, że chciała poprawiać szkice przy otwartych na oścież drzwiach balkonowych w rodzinnej kamienicy. Tęskniła za lunchami z innymi krawcowymi w magicznych ogrodach i tęskniła za późnymi zachodami słońca, przy których bez większego skrępowania wlewała w siebie kolejne porcje szampana. Teraz na mieście było tylko szaro, ponoru i mokro. Wzdrygnęła się, gdy otworzono za nimi drzwi na halę przed kolejnymi gośćmi.

— Nie zimno Ci, tatku? — spytała zachrypniętym głosem, przybierając pogodny wyraz twarzy. — Trzeba było posłać skrzaty na strych po jesienne płaszcze. Organizatorzy chyba zapomnieli o zaklęciach rozgrzewających. — Mimochodem poprawiła wiązania peleryny wyjściowej; jedynej poważnej ochrony jej pleców przed chłodnym powietrzem. — Zamarzniemy tu, zanim rozdadzą te wszystkie statuetki.

Zaśmiała się krótko z własnego komentarza, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Gdyby wiedziała, że Departament Magicznych Gier i Sportów tak słabo sobie radził z organizacją przyjęć, to już kilka dni wcześniej zaczęłaby odciągać uwagę Rigellusa od tego wyjścia. Znalazłaby sposób. Rosierów w Domu Mody było pełno, w każdym dziale był jakiś.

Któryś z kuzynów na pewno był bardziej zainteresowany rozdaniem nagrody za „ponadprzeciętne osiągnięcia z dziedziny sportu”. Cokolwiek to miało znaczyć. Rozdawano teraz ścigającym dyplomy za zrobienie fikołka w powietrzu, a może pałkarzom za odpowiednio mocne trzaśnięcie kogoś w potylicę przy asyście tłuczka? Pokręciła głową.

— Powinniśmy znaleźć stolik i...

Zanim zdołała dokończyć zdanie, gdy na drodze stanął im jeden z gości i zamknął jej ojca w ramach powitania w niedźwiedzim uścisku. Merkuria otworzyła usta i zrobiła gwałtowny krok w tył, chcąc za wszelką cenę uniknąć tej wątpliwej przyjemności. W powietrzu unosił się zapach tytoniu i alkoholu. Krzywiąc się z tego pokazu przyjaźni i braterstwa, cofnęła się jeszcze dalej i... nastąpiła komuś obcasem na but. Momentalnie odskoczyła i spojrzała się przez ramię.

— Oh, najmocniej przepraszam! To moja wina, mogłam bardziej uwa... — Opuściła wzrok na chłopaka – nie, nie – mężczyznę, na którego wpadła. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby w jej głowie zaświtało jego imię i nazwisko. — Laurent. Ty tutaj?

Rozejrzała się na boki. Gdziekolwiek zerkała, widziała mężczyzn w garniturach i szatach wieczorowych oraz kobiety wystrojone w swoje najlepsze suknie. Większości z nich nie znała. Raczej nie mieli zbyt wiele wspólnego ze światem mody. Spodziewała się tu spotkać kilka modelek, które miały podpisany kontrakt z jej rodzinnym Domem Mody. Bądź co bądź, piękne kobiety przyciągały uwagę przystojnych panów, którzy od dzieciaka latali za piłką. A czasami nawet za kilkoma. Ale żeby trafić tu na Prewetta? To była niespodzianka. Miła niespodzianka.

— Wyglądasz obłędnie! — Nie mogła się powstrzymać i złapała za rękaw jego marynarki, gładząc go z uwagą. Miała wrażenie, że materiał rozpływa się między jej palcami. To nie była byle taniocha z sieciówki. Co to, to nie. — Powinnam być zazdrosna? Nie wygląda mi to na coś z pracowni Rosierów.. Sprowadzana ze zza granicy? Nicpoń z ciebie.

Chociaż dawny przyjaciel z czasów szkolnych prezentował się naprawdę dobrze, tak Mercy doskonale wiedziała, że są na bardzo zbliżonym poziomie. Jej ciemna spódnica była z jedwabiu, który mienił się w świetle, podkreślając przy tym czerń lakierowanej skóry butów na obcasie. Całość dopełniała koszula w kolorze zgniłej zieleni z długimi rękawami z bufkami i wiązaniami przy szyi oraz tiara wyjściowa przyozdobiona błyszczącymi kryształkami i piórami. Nakrycie głowy zakrywało część jej twarzy.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#2
20.10.2023, 13:08  ✶  

Nie było takiej pory roku, która nie przemawiałaby do Laurenta swoim pięknem. Nawet ponure, szare dni, jakie potrafiły gościć nad ślicznymi kamieniczkami Londynu posiadały urok. Podobne były do pierzyny, którą naciągasz na swoje ramiona z uśmiechem przy trzaskającym ogniu kominka, żeby skryć się przed chłodem i uciec jak najdalej od przeszywającego wiatru. Mieszkanie nad morzem miało jednak swoje minusy z tym związane - już kiedy zakradał się chyłkiem październik do bram New Forest porzucało się lato, by nie dać się zabić mrozowi, który atakował aż do kości. Ubranie i skóra nie były dlań wielkim wyzwaniem.

Nawet kiedy dni naprawdę zachęcały do tego, żeby zostać domu, były takie imprezy towarzyskie, których Laurent przegapić najzwyczajniej w świecie nie mógł. Nie chodziło nawet o to, czego dokładnie dotyczyły - mogły i być świętowaniem wygranej Anglii w międzynarodowych mistrzostwach quidditcha, którego naprawdę nie znosił - gdyby dostał zaproszenie nie tylko nie potrafiłby odmówić, ale wręcz przyjąłby je z otwartymi ramionami. Tylko po to, by mieć okazję powdychać tych mieszanin perfum, poobserwować wargi tonące w głębokiej wiśni wina i mieć okazję przeciągnąć spojrzeniem po żywych kształtach. Zamienić parę słówek to tu to tam. Szepnąć na uszko to, co można było wypowiedzieć na głos jak i szeptać o tym, co powinno być przeznaczone tylko dla drugich uszu. Tutaj jednak sprawa była trochę bardziej osobista niż tylko zaproszenie przez znajomego czy znajomą. Nie mogło być inaczej niż przypadnięcie jednej z nagród dżokejowi dosiadającego ogiera ze stajni Prewettów. A jeśli stałoby się inaczej... nie, nie było takiej opcji. Edward Prewett, jego ojciec, by do tego po prostu nie dopuścił. I blondyn nawet nie chciał się zastanawiać, jakich dróg do tego używał i czy ktoś mieszał w głosach przelewając galeony ze skrytki do skrytki Gringotta. Był to też powód, dla którego nie przyszedł tutaj sam. Edward, jego ochroniarz Kevin Costner, który jak zwykle w garniaku wyglądał jak miliony monet, ale kobiety będą musiały jeszcze poczekać parę chwil na wzdychanie do niego, nim nakręcą film bodyguard na podstawie prawdziwych wydarzeń (chociaż oby nie). Nie zdziwił się wcale, kiedy Edward wyłapał Rigellusa Bartholomewa Rosiera i postanowił się z nim przywitać. Nie to, żeby Laurent nie mógł uścisnąć mu dłoni, jednemu z najlepszych projektantów, jego skromnym zdaniem, w całej Anglii, a nawet i poza nią. Tym nie mniej wcale nie zamierzał i nie planował pchać się do przodu, kiedy ewidentnie podszedł tam jeszcze jeden mężczyzna, chyba niekoniecznie trzeźwy, co zaraz pewnie miało skutkować niezadowoleniem głowy rodu Prewett i...

Ułożył dłonie automatycznie tak, jakby chciał nimi złapać ramiona kobiety, która tak się cofała, że przez moment sądził, że upadnie po nastąpieniu na but. Ale nie. Nie straciła równowagi, gładko stanęła na swoich nogach, naprostowała się. Obróciła.

- Merkuria! - Uśmiech rozjaśnił jego twarz, całkowicie sympatyczny - niektóre osoby dobrze było widzieć po szkolnych latach, nawet jeśli ciężko mówić o tym, żeby były to lata owocne. Laurent nie przepadał wracać do czasów szkolnych i żadne pieniądze (które kochał) nie namówiłyby go do tego, żeby tam się cofnąć. Do tej beznadziejnej bezradności, gdzie dzieciaki układały swój świat i swoją władzę, a profesorowie reagowali od przypadku, kiedy akurat było co udowadniać. Albo w zależności od tego, na jakiego profesora trafiłeś. Uważał swój okres życia szkolnego za niechlubny, albo wręcz - upokarzający. Bardzo wiele się zmieniło od tamtego czasu. Ona również się zmieniła. Wypiękniała, dojrzała, a co z życiem? Udało jej się coś więcej, poszła w ślady ojca? W końcu od zawsze miała ten niezwykły talent do tworzenia wszystkiego, co piękne, a jej dłonie były chyba najbardziej cennymi dłońmi w Hogwarcie. Podziwiał ją i admirował jej talent. - Ooch, dziękuję... choć nie ukrywajmy, przy twojej urodzie blaknę jak proste tło. - Przytrzymał jedną rękę przed sobą, spoglądając, z jaką miłością kobieta przesuwa dłoń, by poczuć materiał. Dla jej zmysłów o wiele milszy od ludzkiej skóry - tak zawsze uważał. Artyści już tak mieli i był tym absolutnie zafascynowany. - Ciebie też bardzo miło widzieć. - Zażartował, unosząc wzrok z jej dłoni na jej twarz. Oczywiście, że to nie była taniocha! Laurent mógłby jak smok spać na pieniądzach, ale nigdy ich nie żałował na to, żeby dobrze wyglądać. Albo wręcz najlepiej wyglądać. Tak ganiał i dbał o swoją urodę jak i o to, w co się ubierał. Choć preferował jasne kolory, już w szkole zauważając, że to działa na ludzi, ten image aniołka, tak na gale takie jak te jednak stawiał na barwy ciemniejsze. Dziś był to granat i szarość podkreślająca jego nienaturalne oczy wyglądające jak lazurowe, krystaliczne wybrzeża morza. - Nie ma tu czego zazdrościć, przecież twoje kreacje to zupełnie inna półka, szanujmy się, droga Merkurio... - Oczywiście to była uprzejmość, bo konkurencja w modzie rzeczywiście potrafiła być niemała.

- Mój ojciec spodziewa się wygranej jednej ze statuetek dla swojego dżokeja, więc impreza była obowiązkowa... a i nawet bez obowiązkowości nie przepuściłbym okazji na gorące ploteczki. - Bo w końcu co robiono w śmietance towarzyskiej, jeśli nie plotkowano. - A ty? Przyszłaś ocenić, czy na pewno nikt nie ubiera lepiej niż dom Rosier? - Zażartował i zaraz spojrzał ukradkiem na najbliższe osoby, jakby już chciał szukać celu, którego zdecydowanie poniosła wyobraźnia w tym sezonie. Bo akurat ekstrawaganckich bogaczy z dziwnymi pomysłami ubraniowymi nie brakowało.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
soul weaver
oh dear world
let's spin my own new dawn
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
szczupła sylwetka; ponadprzeciętny wzrost 187 cm; jasna karnacja; pewny siebie chód; jasnoniebieskie oczy w kształcie migdałów; blond włosy do ramion (upięte w estetyczny kok lub kucyk); długa, smukła twarz; zadarty nos o prostym kształcie; delikatny, naturalny makijaż; głęboki, lekko zachrypnięty głos

Merkuria Rosier
#3
25.10.2023, 00:04  ✶  
— Pochlebca. — Uśmiechnęła się, dalej oglądając materiał.

Przywykła do komplementów, jednak aż nader często miała do czynienia z pustymi, pięknymi słówkami, które wiele obiecywały, ale nie oferowały zbyt wiele poza tym. W takich sytuacjach zazwyczaj po prostu wymieniała uprzejmości, jednak spotkanie z Laurentem było na tyle nieoczekiwane, że nie do końca wiedziała, jak się zachować. A co należało robić, gdy nie wiedziało się, co powiedzieć? Mówić mniej, ale dobitniej.

— Owszem, oddaję do użytku tylko odzież z wyższej półki — potwierdziła z nutką dumy w głosie. — Jednak każdy potrzebuje w życiu jakiejś odskoczni, prawda? Tylko dlatego, że czytam kryminały, nie znaczy, że nigdy nie sięgnę po reportaż, czyż nie? Można to odnieść również do mody.

Poza tym, dobrze znaną prawdą było to, że ludzie nie lubili się przemęczać i mieli nad wyraz niepokojącą skłonność zwaną lenistwem, która sprawiała, że aż nazbyt często sięgali po to, co akurat mieli pod ręką, zamiast faktycznie przemyśleć swoje decyzje. ”Tak samo jest z mężczyznami, Mercy!”, pomyślała z przekąsem panna Rosier, naśladując ton głosu jednej ze swoich ciotek. Facet mógł na co dzień otaczać się doświadczonymi, kulturalnymi, pięknymi i bystrymi kobietami, a i tak coś mogło skierować jego uwagę na kogoś młodszego i mniej wymagającego. A to wszystko w imię taniej podniety.

— Mam nadzieję, mój drogi, że nigdy nie będziesz zmuszony ubierać się w pierwszej lepszej sieciówce, zamiast w naszym domu mody. — Westchnęła ciężko, przesuwając się nieco na bok, aby mogli w spokoju dotyczyć dyskusję, nie ryzykując potrącenia innych gości. — Zasługujesz na najlepsze, co jest dostępne do rynku. Nawet jeśli ściągnięcie niektórych egzotycznych tkanin jest... czasłochonne.

Delikatnie mówiąc. Merkuria nie miała nic przeciwko temu, aby dostosować się do oczekiwań swoich klientów, jednak nawet jej cierpliwość miała pewne granice. Nigdy jednak nie dawała po sobie znać, że coś jej nie pasowało. Transport niektórych towarów z kontynentu na Wyspy Brytyjskie mógł przyprawiać ją o migreny, ale za nic w świecie nie przyznałaby publicznie do skali tego problemu. Duma jej nie pozwalała, poza tym uznałaby to za słabość. Dla Rosierów nie było rzeczy niemożliwych. Zwłaszcza jeśli chodziło o ubrania.

— Och, a więc to tutaj chodzi? — Jej oczy rozbłysły w zrozumieniu. To wiele wyjaśniało. Prewettowie byli znani śmietance towarzyskiej magicznego Londynu. Ciężko było ich nie kojarzyć. Bądź co bądź, maczali swoje palce w kilku dosyć lukratywnych interesach. — Już myślałam, że szef departamentu planuje rozdać naszej reprezentacji quidditcha kolejną partię medalów. To by wyjaśniało obecność tych panów. — Wskazała na grupę wysokich, barczystych mężczyzn zebranych pod ścianą. — Przysięgam, że przed chwilą był tam jeszcze jeden, tylko dużo mniejszy. Wyglądał jak ten... — Pstryknęła palcami. — Szukający.

Merkuria zmarszczyła nos na kolejne słowa Laurenta. Zamilkła na dłuższą chwilę, pozwalając sobie na przyjrzenie się kolejnym gościom. Po mężczyznach jedynie skakała wzrokiem, ale kobietom poświęcała więcej czasu. W jej mniemaniu moda męska była... prostsza. Szata albo garnitur. Proste. Coraz rzadziej widywało się tradycyjne szaty, które ustępowały mugolskim krojom. Jej ojciec dostawał szewskiej pasji, ilekroć jego klient rezygnował z szykownej szaty wyjściowej na rzecz prostego garnituru. A kobiety... Miały większą wolność w tym, jak się wyrażą poprzez swój strój.

— Widzę kilka sukienek z zeszłego sezonu — poinformowała rzeczowym wzrokiem swego kompana. — Tiary ze sklepów drugiej kategorii. Kilka szat, które z powodzeniem mogłyby wylądować w muzeum. — Wydęła dolną wargę na widok przysadzistej starszej czarownicy we wściekle żółtej sukni, która sprawiała, że wyglądała jak kanarek. Brakowało jej tylko kapelusza z czerwonymi piórami. — A ty? Ktoś ci dzisiaj wpadł w oko?

Zerknęła na niego. Czego by nie powiedzieć o Prewettcie, ten zawsze traktował jej hobby – i obecny zawód – z szacunkiem. Towarzyszył jej, gdy z upiorem maniaka cerowała po raz dziesiąty jedną i tą samą koszulę w Pokoju Wspólnym Slytherinu, aby osiągnąć wymarzony efekt. Poza tym miał swoje własne poczucie stylu i klasę. Wymiana spostrzeżeń mogła im nieco umilić spędzony tu czas.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#4
26.10.2023, 22:57  ✶  

Laurent chłonął obraz kobiety, która stworzyła obraz z samej siebie. Oto przykład jak człowiek mógł być płótnem, choć na jej skórze nie było żadnej skazy. Jej pędzlem była igła, a nici były farbami. Laurent nie miał siebie nawet w połowie za takiego znawcę mody jak Merkuria czy też Rosierzy jako rodzina. Och, śledził na bieżąco to, co w trawie piszczy, ale tutaj zaniżał całkowicie swój próg wstępu do świata prawdziwej cudotwórczyni, która ratowała ten nudny Hogwart przed zapadnięciem się w miraże modowego wstydu! Była tamtejszym aniołem i heroldem jednocześnie, zwiastowała im nowe tchnienie do tego, co było noszone poza mundurkami. To, że niektórzy uczniowie byli na to ślepi to już ich problem. Tak jak niektórzy z czarodziejskiego świata na tym zebraniu. Tak między żartami mówiąc, bo przecież Laurent nie potrafiłby powiedzieć komuś: nie noś tego, to jest niemodne. W szkole? Tak. Ale wtedy bardziej zadzierał nosa mając świetne przykłady zachowań chociażby w postaci Stanleya czy Atreusa albo Louvaina. Jak więc można się zorientować - kiepskie to były przykłady.

Ta analogia była prosta, ale w swojej prostocie - ciekawa. Kupiła zainteresowanie Laurenta. To nie tak, że nie lubił w ogóle próbować rzeczy nowych, ale czasami nie bardzo był przekonany, czy te nowości to nie jest za dużo Pewne spotkanie przesunęło się przez jego pamięć, pewne słowa, które dotyczyły właśnie czegoś tak prostego jak próbowanie nowego ubioru, kiedy Esme powiedział mu: nie wyobrażam sobie ciebie w skórze. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie dotknął tej nowości przed nim sprezentowanej i nie musnął palcami tematu. Leciuteńko. Czy odpowiednim było zmieniać człowieka i z miękkich jedwabiów, satyn czy bawełny wciskać go w skórę? Obcisłą, która doskonale podkreśliłaby sylwetkę i długie nogi? Przypomniało mu się to i ta wizja wetknięta w jego głowę przelała ją gładko na kobietę przed nim. Zgniła zieleń - skóra węża, materiał sukni już się mienił tak, jakby chciał być smoczym blaskiem...

- Nawet, jeśli ta odskocznia jest bardzo daleka od strefy komfortu? - Wyglądała bardzo... urokliwie, kiedy jej spojrzenie częściowo kryło się za tym kapeluszem. To było całkiem fenomenalne, jak człowiek potrafił nabierać na tajemniczości, kiedy tylko chował swoje spojrzenie - chociażby za ciemnymi okularami, które stawały się coraz bardziej modne. Gdzie była więc jej granica? Gdzie było to, po co sięgać była gotowa i jak mogła to przystosować, żeby dopasowało się do jej modły? Merkuria kojarzyła mu się z osobą, która była w stanie złapać wszystko, co podrzuci jej Los i nadać temu nową formę. A wszystko to z gracją i wdziękiem, bez wulgarności, jaka teraz potrafiła opętywać tę ziemię. Niezależnie, czy w imieniu tych tanich podniet czy też nie. Leżący na stole pączek w końcu był bardziej kuszący od myśli, że musisz iść do kuchni i samemu go sobie zrobić. Tak było z kobietami, tak było z mężczyznami i w końcu - z ukochaną przez Rosierów modą, którzy doprowadzili ją niemal do roli religii.

Powiódł spojrzeniem za jej gestem i oczyma do drużyny quidditcha. Ach, sport, który uwielbiał! Tak naprawdę to nie. Uśmiechnął się, nie kryjąc się nawet, że przypatruje się panom. Nie każdy był stworzony do spotlightu, nawet jeśli niektórzy byli wybitnymi sportowcami. Nie każdego również natura obdarzyła urodą. Ale to nie miało znaczenia dla prawdziwych fanatyków sportowych.

- To się nie zmieniło, nadal tak samo oddana fanka tego jakże męskiego sportu. - I nie chciał tutaj urazić kobiet, które również przecież latały i miały swoje reprezentacje, nie o to chodziło. Bardziej był to żart z czasów szkolnych, gdzie przebicie się niewiasty do drużyny quidditcha było równe z szokiem, niedowierzaniem, a ile się trzeba było nawalczyć! Ale latały. I niektóre były prawdziwymi gwiazdami i w dniu dzisiejszym. - Tak... chyba szukający. Oby poszło to bardziej gładko niż każda uroczystość, na której nasz Minister się pokazuje. - Promugolskie poglądy czy też nie - Laurent nie lubił żadnych przejawów agresji czy przykrych komentarzy, a pan Nobby Leach nie zjednywał sobie zbyt wielu fanów... Przesunął wzrokiem szukając innych osób wyróżniających się nieco spośród towarzystwa, innymi słowy - przedstawicieli świata sportu. Nie każdy wtapiał się tak gładko w towarzystwo jak Philip Nott. I nie każdy przy tym tak łatwo ściągał na siebie uwagę, bo ktoś obraził jego, albo on obraził kogoś.

- Poświęciłaś się w pełni modzie? - Ni to zapytał, ni to stwierdził, wracając wzrokiem do towarzyszki. - Byłoby mi wstyd mówić o przyciąganiu spojrzeń, chociaż jedna pani w sukni jak z cyrku wyjętej przyciąga chyba spojrzenie każdego... - Nie znał jej ani imienia, ani nazwiska, ale wyglądała, jakby ktoś ją wyciągnął z... z Lecznicy Dusz, żeby mogła się trochę pobawić. Choć mogli ją przy tym dostojnie ubrać... - Wstyd przy ekspertce, jeszcze byś mnie oskarżyła, że kiedy opuściliśmy mury Hogwartu to się zaniedbałem w informacjach... - Kąciki ust mu drgnęły. - Mam nadzieję, że nie będziesz zbyt surowa dla naszego Ministra Magii, który ma się dziś pojawić.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
soul weaver
oh dear world
let's spin my own new dawn
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
szczupła sylwetka; ponadprzeciętny wzrost 187 cm; jasna karnacja; pewny siebie chód; jasnoniebieskie oczy w kształcie migdałów; blond włosy do ramion (upięte w estetyczny kok lub kucyk); długa, smukła twarz; zadarty nos o prostym kształcie; delikatny, naturalny makijaż; głęboki, lekko zachrypnięty głos

Merkuria Rosier
#5
01.11.2023, 20:09  ✶  
Czasem dystans w stosunku do danej dziedziny życia sprawiał, że człowiek był bardziej szczęśliwy. W przeciwieństwie do Merkurii, młody Prewett nie musiał zaprzątać sobie głowy tym, jak wyglądał proces produkcji ciuchów, czy zaklinania go przy pomocy magii na życzenie klienta. Wystarczyło, że wiedział, co mu się podobało i w czym dobrze się prezentował wśród ludzi. Wystarczyło kilka zdań, w których podsumował swoje życzenia, a całą resztę mógł zostawić specjalistom. Gdyby nie to, że jej praca była także jej pasją, Mercy pewnie nawet by mu zazdrościła tej wolności, tego braku związku ze światem mody.

— Gdybyśmy nie opuszczali naszej strefy komfortu, nigdy byśmy nie docenili bezpieczeństwa, jakie nam zapewnia — odbiła piłeczkę. — A tak, gdy wracamy do czegoś, co tak dobrze znamy, znajdujemy... wytchnienie?

Zamilkła, ewidentnie licząc, że ten rozwinie jej myśl i doda coś od siebie. Wypuściła powoli powietrze z ust, lustrując wzrokiem reprezentantów kraju. Przyjemnie się na nich patrzyło, jednak zabolało ją nieco serduszko, gdy zdała sobie sprawę, ile poprawek musiałaby dodać do najnowszej kolekcji, aby chociażby spróbować wyprawić któregokolwiek z tych mężczyzn na wybieg. Dobry Merlinie, ile materiału by się zmarnowało. Ile by trzeba było pruć i podszywać...

— Oczywiście. Niebywała fanka — odparła, nie potrafiąc ukryć sarkazmu w swoim głosie. — Najbardziej uwielbiam te momenty, gdy trzeba ich ubrać w coś, do czego nie potrzeba ochraniacza na praktycznie każdą część ciała. Świetnie się wpisują we współczesne standardy świata modelingu.

Bez względu na to, czy chodziło o graczy quidditcha czy innych sportowców, problem zawsze był ten sam. Byli cholernie niewymiarowi. Przystojna facjata, dołek w brodzie i przenikliwe spojrzenie mogło zdziałać wiele dobrego w kampaniach reklamowych, ale kiedy musieli wystąpić w czymś na żywo... Merkuria nie raz słyszała narzekania krawcowych. Sama najchętniej wrzuciłaby ich przed oblicze aparatu w szatach sportowych. To przecież właśnie w tych strojach – ganiając przy okazji za magicznymi piłkami – czuli się najbardziej komfortowo. Ewentualnie rozważyłaby jeszcze opcję kompletnej nagości; wtedy problem dobrania do nich odpowiednich ciuchów w ogóle by zniknął.

— O, tak! — przytaknęła, kiwając głową z entuzjazmem. — Już dobrych kilka lat temu. — W pierwszym odruchu chciała podzielić się z Laurentym opowieścią o tym, ile musiała walczyć, aby w końcu dostać dostęp do igły i nici, jednak dosyć szybko się powstrzymała. Pozory. Pozory były najważniejsze. — Jakiś czas temu nawet awansowałam. Nieco wyższe stanowisko, dużo więcej obowiązków. Wiesz, jak to jest. — Uśmiechnęła się urokliwie, pochylając lekko głowę. — A ty? Dalej hodujesz konie, czy rodzina zdołała cię przekierować na inny biznes?

Na wzmiankę o Leachu, który miał uświetnić swoją obecnością to przyjęcie, usta Merkurii ułożyły się w niemal idealną literę ”o”. Ilekroć widziała tego mężczyznę pośród innych czarodziejów, za każdym razem czuła zażenowanie. Bądź co bądź, Rosierowie byli tradycjonalistami w kwestii poglądów społeczno-politycznych, a mugolaka na stanowisku Ministra Magii nie dało się łatwo zignorować.

— Postaram się nie zerkać w jego stronę zbyt często. Tak będzie dla niego najbezpieczniej, prawda? — obiecała, uśmiechając się pod nosem. Sięgnęła po kieliszek szampana oferowanego przez jednego z kelnerów, a po chwili umoczyła usta w winie musującym. — Chociaż nie oczekiwałabym po nim zbyt wiele. Słyszałam ostatnio w szwalni, że ubiera się w niemagicznym Londynie. Wyobrażasz to sobie?

Pokręciła z ubolewaniem głową. Nie interesowała się zbytnią polityką, jednak nawet jej uwadze nie uszły fale plotek i domysłów, które przewijały się cyklicznie przez gazety i radio. Te wszystkie oskarżenia dotyczące oszustw, manipulacji i domniemanej kochanki... Z jednej strony brzmiały jak wyssane z palca, jednak kto na dobrą sprawę wiedział, co siedziało w głowie takiemu mugolakowi, jakim był Leach?

— Dostajesz bilet do świata wypełnionego magią i zamiast się tym cieszyć, czerpać z tego całymi garściami, to wracasz do najbardziej wyblakłych dzielnic miasta. — Przeniosła energicznie kieliszek z ręki do ręki, przez co kilka kropel alkoholu spadło na podłogę. — Nic dziwnego, że ojciec jest taki podenerwowany. Jeszcze kilka sezonów z naszym Nobbym u władzy, a wszyscy będziemy wyglądać, jak mugole. Szaty wyjściowe pójdą w odstawkę, a tiary spalimy na stosie.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#6
02.11.2023, 21:51  ✶  

Związki! Piękna Mercurio, związki to rzecz wyklęta! Nie trzeba, nie powinno się! Podcinała skrzydła i prowadziła do jakichś brzydkich nawyków poszukiwania czegoś, czego mieć nie można, czego nigdy mieć nie będziesz. Albo do czego zostaniesz przywiązana i już nigdy nie uda ci się wyplątać z tych skomplikowanych niteczek. Wiąż się z tym, co bardzo stałe i niezmienne - tak by powiedziały mądre kobiety. Z tym, który zawsze pomoże, o kogo się podeprzesz. Ale, ale - przecież w ludzkie życie wpisane były zmiany. Czy jednak nie? W świecie mody nie unikniesz pozostawienia szpul jedwabiu szmaragdowego w tyle, gdy akurat moda przyszła na czerwone. I tak skakał człowiek i musiał się dopasować, zamiast móc się podeprzeć i poczekać, aż dostosują się do niego. Nie, nie, związki i jego czerwone nitki niech jednak trzymają się z dala, nie pasowały nawet do błękitu oczu Laurenta. Więc tak - to było błogosławieństwo, że z modą nie chodził za dłoń i nie musiał słuchać, że nasz klient - nasz pan, a wszystko, co pan sobie zażyczy musi zostać wypełnione. Nawet jeśli tobie samemu się to nie podoba. Laurent nie znał stanu majętności Rosierów, ale zakładał, że w banku Gringotta spoczywały takie sumy, że każdy smok z legend mógłby się tam wytarzać z rozkoszą. W roli tego smoka Laurent widziałby siebie samego, bo jego zamiłowanie do błysku złota i kamieni szlachetnych zawsze się pokazywała. Gdyby mógł pewnie przybrałby się cały w złoto, a jego dotyk na skórze byłby jednym z tych najprzyjemniejszych w jego życiu. Na szczęście pewne konwenanse (a nawet sporo konwenansów) kultury niekoniecznie zachęcały do pokazywania się w bardziej ekstrawaganckich strojach. Szczególnie, że Laurent bardzo celowo wybierał te proste, jasne, w których wrażenie niewinności dla ludzkiego oka było tylko podkreślone, aby celowo podsyłać do głowy słowo aniołek.

Spoglądając na Merkurię Laurent mógł tylko pomyśleć o Damie z Londynu. Dostojna, pełna niewymuszonej elegancji kobieta, przy której nie musiałeś myśleć, że będzie wysoko zadzierać głowę, bo przecież Damy nosiły ją zawsze wysoko. Każdy jej gest, każdy jej krok - to nie była salonowa kokieteria, jakiej pełno, bo ta kobieta nie musiała się do niej dopinać. Autentyczność tej postaci wpasowywała ją w ramy zdjęć z pierwszych stron gazet, na których każdy chciał oglądać równie naturalnie piękne kobiety, których wyuzdanie nie raziło oczy swoim brakiem kobiecej dumy. A jednak panienka Rosier się na okładkach pierwszych stron gazet nie znajdowała. Laurent wyobrażał sobie ją z długim, orlim piórem w ręce (i to byłoby pióro Wojownika Wspaniałego), z tym samym kapeluszem, jak kryjąc spojrzenia przed błyskiem aparatów podpisuje swoim nazwiskiem własne zdjęcia wyciągane przez jej fanów. Wyobraźnia selkie była jednak zawsze bardzo szeroka. A teraz przede wszystkim wyczuwał to, że już nie byli dziećmi. Teraz byli dorosłymi, którzy już mieli za sobą kilka dobrych lat pracy.

- Strefa komfortu wyznacza czasami bezpieczeństwo zdrowego rozsądku. - Laurent w pełni zgadzał się z tym, że warto próbować nowych rzeczy. Ba! Sam uwielbiał doświadczać, badać, poznawać. Chociaż w tym momencie, kiedy Merkuria odpowiedziała, przestał już myśleć tylko o modzie, w której strefy komfortu swojej się trzymał nie dlatego, że nie chciał próbować czegoś nowego. Nie zamierzał psuć swojego wizerunku, jaki tworzył dla świata. Natomiast zgadzanie się z nią wcale nie przeszkadzało mu wypowiadać się tak, jakby nie do końca tak było. Z ciekawości. Merkuria zarzuciła bardzo skuteczną przynętę na Laurenta, bo jego responsywność na takie dysputy, jeśli były obustronne, była duża. - Idąc tym tropem czy nie lepiej wyznaczyć jednak bezpieczną przestrzeń, gdzie poczucie komfortu jest stałe niż ryzykować zmiany, które mogą przynieść rozczarowanie? Niektóre z takich porażek mogą się ciągnąć za człowiekiem całe życie. Do jakiego stopnia można ryzykować, a gdzie się zatrzymać? - Ping-pong. Stabilne, miarowe odbijanie piłeczki. Bez fałszywych ruchów, bez nagłych ścięć, bez chęci pozbycia się partnera do gry. A jednak uważasz na to, co się dzieje. Zwracasz uwagę. Zainteresowanie Laurenta ułożone już było na Merkurii w pełni. Cokolwiek toczyło się właśnie wokół i o czymkolwiek ich ojcowie rozmawiali - nie miało znaczenia. Chwilowo ten mały świat ograniczył się do kobiety, która postanowiła mu podeptać buty. Niespecjalnie, ale przypadki chodzą czasem po obuwiu.

Zaśmiał się szczerze na ten popis sarkazmu. Wierzył. Wierzył, że to nie było banalnie proste i mógł sobie wyobrażać tylko z tego, co widział, co tworzyła w szkole, że to nie było takie... hop siup. Ale kompletna nagość w przypadku umięśnionych i wytrenowanych sportowców poparłby całym sercem. Niektórzy mężczyźni dobrze wyglądali w garniturach - ale jeszcze lepiej bez niego. Kto nie lubił otaczać się osobami pięknymi, zgrabnymi, smukłymi? Albo umięśnionymi. Pewien kanon piękna wpisywał się w świat i chociaż upodobania były różne, to niektórych od razu nazywano brzydkimi, a innych pięknymi.

- Bardzo się cieszę w takim razie i moje gratulacje. Nie będę się wypowiadał na temat mankamentów sztuki krawieckiej, w Hogwarcie byłem na pewno twoim oddanym fanem. - Ubrał to w bardziej żartobliwy ton, bo nie lubił pustych frazesów w stylu "zasłużony awans!", skoro nie miał żadnego pojęcia o tym, czy zasłużony czy nie. Gratulacje były jednak w pełni szczere. Tak jak w sumie to, że był jej fanem w Hogwarcie. Och jak on się cieszył za każdym razem, kiedy Merkuria mu coś uszyła..! Nie znosił wracać do czasów szkolnych, bo kojarzyły mu się w większości z przykrościami. Ale te akurat momenty... były fantastyczne. - Otworzyłem rezerwat. Chociaż miłości do abraksanów się nie wyzbyłem, więc jeśli być miała fantazję poszukać inspiracji wśród magicznych stworzeń zapraszam do New Forest. - Były osoby, które mógł oprowadzić za darmo, choć biznes kręcił się wręcz wybornie, kiedy czarodzieje chcieli pooglądać sobie ptaszki czy inne hipogryfy w naturalnym środowisku.

- Nie przepadasz za naszym Ministrem? - Podpytał zaciekawiony. Czemu? Co było wyznacznikiem jej zniechęcenia? Laurentowi... było go żal. Żal tych oszczerstw i szkalowania, jakiego dopuszczali się ludzie tylko dlatego, że był mugolakiem. - Hmm... - Obrócił głowę w kierunku sceny, gdzie akurat ustawiano już pierwszą drużynę, ktoś coś mówił, Laurent nawet nie słuchał i nie uważał, co się tam działo. Zrobił taką nietęgą minę, bo w zasadzie to nie wiedział, co o tym myśleć i był zmieszany. - Wydaje mi się, że nasza czarodziejska moda zaczyna czerpać garściami ze świata mugoli? - Zwrócił znów na nią spojrzenie. - Choć akurat, jeśli to prawda, to mógł się powstrzymać... dla własnego dobrego imienia... - Z tym ubieraniem się u mugoli, rzecz jasna. Uśmiechnął się, kiedy nadeszła od niej odpowiedź. - Sądzę, że zmiany, które dążą w kierunku akceptacji i wzajemnego zrozumienia nigdy nie będą złymi zmianami. Dopóki drzemie w tym umiar. - Dopóki granica światów jednak nie jest przekraczana.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
soul weaver
oh dear world
let's spin my own new dawn
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
szczupła sylwetka; ponadprzeciętny wzrost 187 cm; jasna karnacja; pewny siebie chód; jasnoniebieskie oczy w kształcie migdałów; blond włosy do ramion (upięte w estetyczny kok lub kucyk); długa, smukła twarz; zadarty nos o prostym kształcie; delikatny, naturalny makijaż; głęboki, lekko zachrypnięty głos

Merkuria Rosier
#7
07.11.2023, 22:29  ✶  
— Dylemat stary jak świat, czyż nie? — Mrugnęła do Laurenta porozumiewawczo. — Aczkolwiek ciągłe poczucie komfortu kojarzy się ze stagnacją. Operujemy wokół tego, co znamy, co nie ulega zmianie. Jeśli rzucamy sobie wyzwania, rozwijamy się. Bez rozwoju nikt nie będzie potężny, silny, nie zdobędzie koneksji.

Ktoś tu osiągnął sukces, pomyślała, skrzętnie notując w głowie ten fakt. Musiał wyrosnąć na zorganizowanego mężczyznę, który poukładał sobie wiele rzeczy w głowie. Zarządzenie przestrzenią i opieka nad zwierzętami to nie było zajęcie dla kogoś leniwego lub pozbawionego perspektyw. Kto by pomyślał?

— Mogę się skusić na taką wycieczkę w niedalekiej przyszłości — przyznała, uśmiechając się skromnie. — O ile zgodzisz się pełnić rolę przewodnika.

Nie przepadała za wyprawami na górskie szczyty, czy długimi wyprawami daleko poza granice magicznego Londynu, jednak na odwiedzenie rezerwatu nie trzeba było ją długo namawiać. Wiedziała, że magiczne stworzenia są wyjątkowe; nie tylko ze względu na ich umiejętności czy cechy szczególne, ale też składniki, jakie można było od nich pozyskać.

Dla Merkurii taki wypad miałby jeszcze jedną warstwę – artystyczną. Dotyk piór, łusek, sierści... Spora część jej zleceń była przeznaczona dla szczególnych, wybrednych klientów, a odwzorowanie pewnych aspektów estetycznych było nie lada wyzwanie. Poczucie, dotknięcie czegoś własnymi palcami, mogłoby znacznie ułatwić jej pracę.

— Powiedzmy, że nie bywałam na jego przyjęciach wyborczych — odparła z cichym westchnieniem. — Niektórzy powiedzieliby, że nie docenia przywilejów, jakimi się cieszy. Może nawet nimi gardzi. Jakby schodzenie na niższy poziom drabiny społecznej czyniło z niego „człowieka ludu”. — Wzruszyła sztywno ramionami, uciekając wzrokiem w bok. — Wydaje się taki... Inny.

Nie na miejscu, dorzuciła w myślach. Nie myślała o Leachu na co dzień, jednak gdy już pojawiał się w jej głowie, towarzyszyły temu całe dyskusje toczone między ojcem a innym wujami, między ojcem a jego klientelą, między ojcem... A nią samą, gdy zarzucał ją całymi monologami na temat tego, jak wielką zakałą jej Leach. Ponoć wiodłoby im się o wiele lepiej, gdyby to jego poprzednik dzierżył władzę.

— Ojciec twierdzi, że się przez to rozdrabniamy i hamujemy własny rozwój — wymruczała Mercy, biorąc kolejny łyk szampana. — Zamiast czerpać z własnych pomysłów, naśladujemy mugoli, bo to łatwe i wygodne. Bo coś już jest zrobione, a teraz wystarczy po prostu zmienić to na naszą modłę.

Efektywność? Być może. Wziąć to, co najlepsze, a odrzucić całą resztę, zastępując własnymi modyfikacjami. Tylko od kiedy to, co niemagiczne stało się nagle atrakcyjne i warte uwagi? Uśmiechnęła się nieco wrednie, gdy Laurent przyznał jej rację. Nawet on widział w plotkach o Leachu kontrowersję.

— Najpierw tolerancja, potem akceptacja, a niedługo Ministerstwo Magii zacznie się uginać pod żądaniami mugolskich polityków. — Pokręciła głową. — Wyobrażasz sobie zamknięcie nieba nad Londynem? Odcięcie czarodziejów od komunikacji przy pomocy mioteł czy zaklętych dywanów? — Skrzywiła się na samą myśl. Sama preferowała zaczarowane karoce, jednak nawet jej nie w smak był scenariusz, gdzie ona – Rosierówna – miałaby się podporządkować sugestiom mugoli. — Nasza dzielnica i tak nie jest zbyt duża. I tak poniekąd jesteśmy zepchnięci na margines. Myślisz, że pozwolono by nam rozszerzyć magiczny Londyn o... Trzy, cztery ulice w każdą stronę?

Nie szukała zwady z Prewettem, a po prostu dała się porwać nurtowi własnych przemyśleń. Gdy była mała, magiczny Londyn zdawał się wielki. Zaklęcia zmniejszająco-zwiększające robiły swoje, ale jako dorosła widziała, jak mało przestrzeni miała ich społeczność. Little Hangleton, Dolina Godryka i pomniejsze wioski, mogły sobie radzić nieco lepiej, ale Londyn... To było centrum Wielkiej Brytanii, a czarodzieje praktycznie siedzieli jeden na drugim, podczas gdy mugole mieli potencjał, aby rozbudować się w praktycznie każdym kierunku.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#8
10.11.2023, 18:18  ✶  

Co racja to racja - ludzie od wieków dumali nad tym, na co sobie pozwolić, do jakiego stopnia pozwolić i gdzie była ta granica, o którą Laurent właśnie zapytał. I choć to było pytanie jedno z tych odwiecznych pytań to należało też jednym z tych, które mógł powtarzać każdemu. Ponieważ co człowiek to inne podejście do tematu. Jeden ci powie, że bzdura, że to nudne siedzieć ciągle w jednym i poznanym. Drugi powie, że nie, on nie chce, nie ruszy się poza to, co zna dokładnie. A trzeci, że w zasadzie to dobrze mieć miejsce, gdzie się zatrzyma, ale z drugiej strony poszukiwałby nowości. Laurent lubił poznawać i doświadczać, ale nie znaczyło to, że nie poszukiwał swojego bezpiecznego miejsca, gdzie zawsze w ciszy możliwe było nabranie paru oddechów. Merkuria zaś w jego uszach brzmiała jak kobieta sukcesu. Jak osoba, która miała ambicje, która miała perspektywę, której wzrok sięgał dalej niż oczy przeciętnego czarodzieja. Słowa wyćwiczone czy szczere? Była córą Rosierów, dumę miała wpisaną w krew, nawet tak ją zapamiętał. Cóż, prawda była zazwyczaj zarezerwowana dla odważnych lub potężnych. Laurent nie zaliczał się, swoim zdaniem, ani do jednego ani do drugiego grona. Więc i nie było mu prędko do upewniania się, czy Merkuria uznawała swoją przynależność do któregoś z tego grona.

- Chciałbym stanąć w opozycji dla dobra dyskusji, ale znajdowane przeze mnie argumenty są nic nie warte. - Ponieważ sam je zbijał w zasadzie na tyle, że wręcz nie wypadało mu karmić nimi panienki Rosier. - Ze względu na fakt, że się zgadzam. Człowie, który stoi w miejscu, zaczyna się cofać. - I tak to było z tą stagnacją i strefami komfortu. Niektórzy ludzie potrafili błyskawicznie sięgać po nowe okazje, inni potrzebowali więcej czasu, ale niczego nie da się osiągnąć, kiedy chcesz tylko statecznie żyć. Laurent miał na to drugie określenie: egzystować.

- To będzie nie tylko czysta przyjemność, ale i wręcz czuję się do tego zobowiązany. - Uśmiechnął się szarmancko, spoglądając na nią spod półprzymkniętych powiek. - Z piór abraksanów powstałby piękny płaszcz. - Nie, Laurent nie pozwoliłby wyrywać piór ze swoich abraksanów, żeby ogołocić je całkiem, ale same z siebie zrzucały ich dużo. Niemal marzył mu się takowy - wyglądałby jak skrzydła, które ciągną się za plecami człowieka po ziemi. Były takie osoby, w które inwestowanie było inwestycją obustronną. Za przeprowadzenie przez rezerwat liczył sobie całe stosiki galeonów, bo normalnie nie wolno było do niego wchodzić. Nie bez kozery był to rezerwat, a nie... magiczne zoo. Choć smoków próżno było tam szukać.

- W swoich decyzjach wydaje się jednak osobą podejmującą wykalkulowane ryzyko. - To było bardzo ładne określenie tego, że blondyn nie uważał go za debila. Zastanawiało go to, co powiedziała Merkuria. Odnotował fakt, że kreowała się na osobę zapoznaną z polityką bliżej niż on - nie to, że celowo, po prostu sam miał porównanie do siebie. Nie bardzo wystarczało mu czasu w życiu, żeby jeszcze śledzić wszystko, co między departamentami a Ministrem Magii piszczy między listami i regałami. Prosto w ciemnych korytarzach Ministerstwa Magii. Przede wszystkim nie sprawiało mu to przyjemności, interesował go tylko jego obszar działań, a kiedy przychodziło do borykania się z prawem - zatrudniał prawnika. Od czegoś ci ludzie istnieli. - Marginalizacja społeczna przez wzgląd na ekstrawertyczne zachowanie czy może nieczystą krew? - Które z tych dwóch? Bo powiedziałby, że oba. Z tym, że... - Czuję, jakbyśmy wrócili do tematu o kwestii rozwoju, stagnacji i strefie komfortu. - I tak, wrócili. Tylko w następnej kwestii, która już dotyczyła kwestii samej mody, na co Laurent uśmiechnął się szerzej w zamyśleniu na parę chwil. - Czerpać z własnych pomysłów to dobrze, ale czerpać z pomysłów mugoli - niedobrze. - Skrócił wypowiedź Merkurii, która tutaj zapodała im to, co myślał jej ojciec. A co ona sama o tym myślała? Zgadzała się z tym? Laurentowi wydawało się, że nie była zdecydowana co do tego. Że nie była skłonna do powiedzenia, że fujka - co mugolskie to zupełnie złe, chociaż nie reagowała optymizmem na sa fakt, że cokolwiek mugolskiego wkraczało do ich świata. - Sztuka jest wtórna. - Niektórzy gotowi byliby mu się rzucić do gardła za to stwierdzenie. - Chociaż nie pochwalam mieszania naszych światów to dopóki pojawia się piękno, dopóty warto z niego czerpać. - Cokolwiek by to nie było.. No, pod warunkiem, że nikogo i niczego to nie krzywdziło przy okazji. Ponieważ niestety nie było to oczywiste.

- Błagam, nie strasz mnie takimi koszmarnymi wizjami. - Śmiech pobrzmiał w jego głosie, chociaż się nie zaśmiał, błyskając oczami w kierunku Rosierówny. Fakt, że o skrajności było aż za łatwo. Ludzie mieli... naprawdę straszne pomysły. A tym bardziej wizja mugolaków przejmujących ministerstwo. Wzdrygnął się aż, bo chociaż zdawało się to być odległym i nierealnym żartem, bo czasem łatwo było zagiąć rzeczywistość i to, co było fikcją, wylewało się nam na ręce. Dosadność kierunku myśli Merkurii dawała do zastanowienia nad tym zagadnieniem. Laurent, prawdę mówiąc, nigdy tak o tym nie pomyślał - nie w ten sposób. Ot - Leach sobie był, ale "klęska" w postaci wyparcia "prawdziwych" czarodziei z rządu była dla niego czystą abstrakcją. Władza ludzi wpływowych, czystokrwistych czarodziei zdawała się niewzruszona. - Hmm... przyznaję, że nie jestem za dobrze zaznajomiony z tym tematem... - Sytuacja Londynu... i kwestia zaludnienia rzucała się jednak w oczy tak na głupi rozum. - Obawiam się jednak, że byłaby to ciężka wojna. - Jak prawie ze wszystkimi zmianami w tym zaklętym społeczeństwie. - Jestem skłonny uwierzyć, że ubiera się u mugolskiego krawca nasz Minister. - Wycenił, kiedy w końcu odbił wzrokiem od swojej rozmówczyni i przyjrzał się Nobbyemu Leachowi.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (3649), Merkuria Rosier (2490)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa