Skinął głową. Proste odpowiedzi czasem były najlepsze. Poza tym młody detektyw nie szukał też powodu do wytknięcia czegokolwiek Morfeuszowi. Czasem po prostu lepiej było powiedzieć, co siedziało człowiekowi na wątrobie, nawet jeśli była to ulotna myśl. Przygryzł dolną wargę, starając się nie parsknąć śmiechem, gdy wuj drugi raz tego dnia oberwał pędzlem.
— Założę się, że tego nie zdążyłeś przewidzieć. Zbyt nieoczekiwane, czy zbyt mała waga zdarzenia?
Może na tym polegał cały szkopuł? W przeciwieństwie do swego bratanka Morfeusz żył swoim darem; każdy dział był wypełniony okazjami do tego, aby poznać go z nowej strony, oswoić się z nim, zbadać mocne i słabe strony, zdecydować się jak go rozwinąć, jak nie. Dla Erika nie było to takie łatwe. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków przemiana odbywała się wbrew jego woli. W gruncie rzeczy, jak cała reszta społeczności likantropów był ofiarą księżyca; szczenięciem skazanym na swoje brzemię przez niefortunne zrządzenie losu, a jednocześnie bestią, która w każdą pełnia mogła bez cienia wyrzutów sumienia wybebeszyć żywe zwierzę lub zetrzeć dorosłego człowieka na miazgę.
Najgorsze było to, że większości nocy spędzonych pod postacią człekokształtnego wilka nawet nie pamiętał. Eliksir Tojadowy z apteki Lupinów łagodził najbardziej krwiożercze instynkty, jednak doznania i wspomnienia pełni pozostawały skryte za kurtyną niepamięci. To jak spokojnie upłynęła mu noc, mógł ocenić po pobojowisku, jakie po sobie zostawiał i relacjach Brenny, która zwykła go pilnować, gdy tkwił zamknięty w starej chacie na odludziu. To minimalnie pomagało, jednak czy mógł w pełni ufać siostrze? Czy faktycznie mógł wierzyć, że mówi mu prawdę i tylko prawdę i nie omija tych najgorszych fragmentów?
To wcale mu niczego nie ułatwiało. Nie wiedział, co ma do przepracowania, bo nic na dobrą sprawę nie pamiętał. Pojedyncze wrażenia, strzępki skrytej pod futrem furii, dźwięki i zapachy - na czymś takim nie dało się oprzeć terapii. Gdyby chciał przepracować swoją klątwę i przejść z nią w pełni do porządku dziennego, mógłby co najwyżej operować na wspomnieniach z nocy ugryzienia i kilkutygodniowej wizycie w Szpitalu św. Munga. Wsparcie bliskich i mnogość wrażeń w latach następujących po tym zdarzeniu pozwoliły znaleźć nową rutynę, jednak czy nie tłamsił w ten sposób tego, co uwalniały padającego na niego co miesiąc światło księżyca?
— Brzmi nieco niepokojąco — przyznał powoli, stawiając na kompletną szczerość. Uśmiech wuja nieco uspokoił, jednak nie sprawiło, że wszelkie zmartwienia momentalnie odeszły w zapomnienie. — Tak jakby teraźniejszość to było za mało, a to, co się dzieje wokół ciebie było zbyt... statyczne? — Miał wrażenie, że przyszłość stała się częścią Morfeusza, przenikała go i wiązała ze strumieniem bezustannie upływającego czasu. Lata pracy nad sztuką jasnowidzenia mogły pozwolić mu się dostroić do tego nurtu, jednak jaką płacił za to cenę? Jakąś musiał, magia zawsze miała jakąś cenę. — Skoro ciągle zerkasz do przodu, to pewnie postrzegasz nas przez pryzmat... Teraźniejszości i przyszłości?
Było to bardziej zapytanie niż stwierdzenie. Erik potrafił ubrać wywód w ładne słówka, jednak brakowało mu wiedzy, niektórzy powiedzieliby pewnie nawet, że wyobraźni. Nie znał się na wróżbiarstwie i jasnowidzeniu; znał podstawy, tak jak większość dzieci, które odbyło naukę w jakiejś magicznej akademii. Nie zgłębił jednak tych arkanów na tyle, aby móc opierać się na faktach. Plotki, opowieści, parę doniesień medialnych, własne domysły i kilka informacji zdobytych w ramach współpracy z ludźmi pokroju Dolohova. Zbyt mało, żeby zrozumieć naturę czasu i tego, jak przyszłość, w jaką zerkali czarodzieje, zmieniała się pod wpływem decyzji zwykłych ludzi, a gdzie przyczyna faktycznie rodziła skutek.
Rozmowy z Erikiem nie należały do najprostszych. Miał tego świadomość. Prosta rozmowa o pogodzie mogła przerodzić się w konwersacje o czymś zupełnie innym, a pytania wymieniane między rozmówcami tylko nabierały na powadze. Czasem Longbottom musiał się hamować, ale czy w swoim rodzinnym domu nawet musiał? Już jako dzieciak latał po krewnych, zasypując ich najróżniejszymi pytaniami. Niektóre były potwornie głupie, innych nie wypadało zadawać w towarzystwie, a jeszcze inne bywały po prostu uciążliwe lub irytujące. Morfeusz musiał tego doświadczyć nie raz w swoim dotychczasowym życiu. Czy było to jednak coś, co cenił, wspominał z nostalgią czy wręcz przeciwnie?
— Więc cały świat jest jak feniks? — Uniósł pytająco brwi, łapiąc się bardziej opowiastki Morfeusza, niż zarzutów przypadkowej czarownicy wobec niego. — Świat łamane na człowiek rozwija się, przywiązuje się, pokonuje kolejne granice, aż dochodzi do punktu, w którym widział tak wiele, doświadczył tak wiele, że wraca do punktu wyjścia? Cywilizacje obracają się w pył, ale przez to, że ludzkość się odradza, wszystko po prostu... Idzie dalej? — Zamyślił się na moment, zastanawiając się, czy faktycznie odpowiednio przedstawił to, co miał na myśli. — Wszystko toczy się podobnie, ale nie tak samo? Część wierzeń zostaje przekształconych, inne pozostają niezmienne, przez co Świat idzie inną ścieżką. — Uśmiechnął się półgębkiem. — To jest, dopóki znowu nie stanie się Głupcem.
Chociaż skupiał się przede wszystkim na ich dyskusji, tak starał się też zwracać uwagę na płot. Matka może i będzie zadowolona, że nie szlajał się po mieście, szukając kłopotów, ale też nie będzie skakała z radości, gdy okaże się, że zlecone przez nią prace nie zostaną wykonane przynajmniej w połowie. Trzeba było zakasać rękawy i wziąć się do poważnej pracy, tak więc i zrobił.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞