- To przerażające Florence, nie spodziewałam się. - Jak widać nie wiedziała jeszcze o niej wszystkiego i nadal okrywała najciemniejsze sekrety jej osobowości. Niewiele znała osób, które nie przepadały za czekoladowymi żabami, ba samej Gerry nie chodziło o czekoladę, a o to uczucie niepewności czyją kartę znajdzie tym razem. Kiedy znajdowała po raz pięćdziesiąty tą samą twarz czuła ogromne rozczarowanie, ale radość że zdobyczy kogoś na kogo nie trafiła przez całe swoje życie była nie do opisania.
- Chociaż tyle, chociaż wolałabym twoją aprobatę od tej wuja i ojca. - Geraldine miała specyficzne podejście do mężczyzn, uważała, że nie doceniają siły, która drzemała w kobietach zupełnie bezpodstawnie. Na całe szczęście na kartach czekoladowych żab było sporo kobiet, ona sama bardzo chciałaby się znaleźć koło nich, tyle, że nie było to wcale takie proste. Musiałaby osiągnąć coś wielkiego, a póki co jej życie należało raczej do tych całkiem normalnych. Może jakby wytresowała smoka to wtedy mogłaby w ogóle myśleć o tym, że jest jakaś szansa. Była jednak młoda, miała przed sobą całe życie, wierzyła, że ma szansę aby zrobić w nim coś wielkiego.
Gerry mimo swojego zawodu potrafiła współczuć. Może sama umiała mordować, czy krzywdzić z zimną krwią, jednak dotyczyło to zwierząt, nie ludzi, którzy byli zupełnie niewinni. Już od czasu nauki w Hogwarcie nie do końca potrafiła zrozumieć tę niechęć innych osób do tych, u których magia dopiero co się objawiła. Ona traktowała to raczej jakoś cud, siła wyższa wiedziała kogo wyróżnić umiejętnościami magicznymi i nic nie stało na przeszkodzie, aby ci czarodzieje stali się wybitnymi. Mogli na spokojnie konkurować z osobami, które pochodziły z rodzin czystokrwistych od pokoleń, zresztą i w nich ktoś kiedyś był pierwszy. Niczym się to nie różniło.
- Tak, mogę odwiedzić, ale te odwiedziny to coś zupełnie innego od mieszkania tam na co dzień. Zresztą w moim przypadku raczej ciężko jest powiedzieć o tym, że mieszkam gdzieś na stałe. Posiadam mieszkanie, ale sama wiesz jak jest, ciągle jestem w drodze, trafiają się zlecenia na całym świecie. Fajnie jednak byłoby mieć świadomość, że ktoś na ciebie czeka, tak po prostu, no ale nie można mieć wszystkiego. - Wzięło ją trochę na nostalgię. Był to taki dziwny moment w jej życiu, kiedy faktycznie zaczęła jej doskwierać samotność. Tak po prostu. Niby od zawsze była bardzo samodzielna, nie szukała żadnych bliższych relacji, jednak z czasem do niej dotarło, że czegoś jej zaczyna brakować. Szczególnie kiedy jej najbliżsi przyjaciele również zaczęli wyjeżdżać.
- To jest dziwne, bo ja nigdy nie miewam planów. - Odparła z uśmiechem, bo Yaxley zdecydowanie wybierała żywioł. Szła przed siebie i spontanicznie decydowała o tym, gdzie wstąpi, co zobaczy. W tym przypadku było zupełnie inaczej.
Pociąg jechał całkiem szybko, powoli zbliżały się w okolice Doliny, pozostała im jeszcze jedna stacja i będą mogły wysiadać. - Czas się zbierać - Rzuciła jeszcze, bo wolała przygotować się do wyjścia, aby nie robić tego w biegu, wtedy zazwyczaj czegoś zapominała.