• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Alex

[15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Alex
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#11
29.01.2024, 03:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.01.2024, 03:58 przez Alexander Mulciber.)  
Alexowi podobała się defiacja w głosie i spojrzeniu Ambrosii, kiedy tak zacięcie z nim dyskutowała, nieważne, czy byli akurat w klasie wróżbiarstwa, w otoczeniu znajomych, czy kiedy tkwili w swoich objęciach. Z zadowoleniem skonstatował, że stawała się coraz odważniejsza w jego towarzystwie, coraz śmielej poczynała sobie z jego głupim sercem, które teraz łomotało mu w piersi – tej samej, którą jeszcze przed chwilą pokąsała dziewczyna – a w odwecie za jej flirciarskie podchody, sam zaczął całować ją po szyi, zgubiony w tym momencie, kiedy usłyszał, jak słodko drży jej oddech, dopóki nie dotarł do jej obojczyków i dekoltu.
- Zgubiłem się – zapewnił Rosie, niby to niewinnie, choć dopiero co rozpiął guziczek jej bluzki, a teraz nosem sunął z powrotem w górę, po jej szyi. Podobało mu się w Rosie, że w jednej chwili była tak ujmująco krucha, jej głos niesłychanie miękki i czuły, a w drugiej – potrafiła rzucić przekornie czymś tak absolutnie flirciarskim jak teraz. Alexa rozczulał ten kontrast, tak jak i to, że mimo wszystko, dalej była w niej ta sama nieśmiałość, którą pamiętał z ich pierwszego pocałunku, kiedy chyba nie doceniła, jak bardzo mu się podoba, bo liczy na coś więcej niż suchy buziak w policzek, jak i tego, że miał o wiele większe doświadczenie niż ona. – Trzeba zacząć od nowa to liczenie. – Alex całe swoje dzieciństwo obracał się w towarzystwie nie rówieśników, a ludzi starszych od siebie, więc w Hogwarcie, w bezpośrednim zetknięciu z ludźmi w swoim wieku, okazał się być absolutnie pozbawiony wszelkich zahamowań towarzyskich i jakiejkolwiek nieśmiałości, pod wieloma względami uważając się za o wiele bardziej dojrzałego niż reszta kolegów. To, że emanował kompletnie niezamierzenie pewnością siebie zwykle imponowało dziewczynom, ale Rosie zwykła krzywić się na jego sposób bycia, i nazywać to arogancją. Nie mógł się z nią o to nawet kłócić – bo przecież miała sporo racji – mógł jednak sprawić, by polubiła jego arogancję, tak jak wtedy, kiedy namawiał ją na ucieczkę z lekcji, kiedy jak gdyby nigdy nic ustawiał Kochanków na patronów rozkładu, nie unikając przy tym wcale jej speszonego wzroku, albo kiedy mówił do niej ironicznie co tam, Słońce.

Albo kiedy mówił…
- Nie przypominasz sobie, laleczko, hmm? – uniósł brwi, a chociaż jego spojrzenie utkwione było przez cały ten czas w oczach Ambrosii, ledwo wypowiedział te słowa, nie mógł się powstrzymać od przesunięcia wzrokiem tam, gdzie do tej pory wędrowały tylko jego dłonie – zdążył już zmiąć jej koszulę swoimi pieszczotami, i nagle ten mundurek w stanie nieładu stał się w jego oczach tak cholernie pociągającym widokiem, że aby się opanować, wrócił spojrzeniem z powrotem, bo nie ręczył za siebie – i chociaż Rosie nie cierpiała, kiedy taksował ją na korytarzu tym głodnym wzrokiem od stóp do głów, czasem po prostu nie mógł się powstrzymać. Alex w ogóle nie miał w zwyczaju się powstrzymywać, więc jakikolwiek umiar to i tak było z jego strony duże poświęcenie. Ale oczywiście, McKinnon nie doceniała, jak bardzo próbował być dyskretny, kiedy się na nią gapił… Równie dyskretny był teraz dotyk dłoni Alexa. Rosie ciągnęła go za kołnierz w dół, a on pochylał się silnie, teraz jeszcze dodatkowo kręcąc kciukiem kółeczka na kawałku nagiej skóry między gumką jej spódnicy a wyciągniętą na wierzch koszulą.
– Szkoda – rzucił, nie przerywając kontaktu fizycznego. – Bo cały czas chodziłaś mi po głowie. Myślałem, że to dzięki tej twojej eksterioryzacji; że po prostu wróciłaś do łóżka, i, niewidzialna jak duch, stoisz tam, i śmiejesz się z mojej naiwności. Że patrzysz na mnie, i… – Rozejrzał się czujnie dookoła, silniej zaciskając dłonie na jej ciele, w geście równie opiekuńczym, co zaborczym, zanim ciągnął dalej, głosem ściszonym do szeptu. – Po co komu sen, skoro myślałem, że spędzę noc tylko z tobą, Rosie? – Jego ręka, nie wiedzieć kiedy, z uda Ambrosii wślizgnęła się prosto pod jej spódnicę. Alex przytrzymał ją, tak, jakby chciał być jeszcze bliżej, tak blisko, by w razie czego ją zasłonić, choć przecież tylko gładził niespiesznie aksamitną skórę na udzie dziewczyny, a drugą, zatrzymał na jej szyi i policzku. Czuł wcześniej, jak oddech Rosie mimowolnie drży, więc był bardzo delikatny, by pomóc jej się rozluźnić… Chociaż on czuł się absolutnie rozluźniony, a jego oddech też przecież wydawał się wzburzony. – Naprawdę bym cholernie chciał, żebyś zmuszała mnie do niespania. Bo wiem, że gdybyś wybrała wczorajszej nocy moje ramiona – westchnął, opierając swoje czoło o czoło Rosie, tak, że dzielił ich tylko ten jeden oddech. –  Ja nie pozwoliłbym ci zasnąć aż do wschodu słońca.

Pocałował ją, delikatnie, niespiesznie; tak, jak chciał ją pocałować ją na wieży astronomicznej. Uśmiechnął się, szybko, ukradkowo; szczerze. Dopiero po chwili na jego twarz wrócił ten bardziej psotny, zawadiacki uśmieszek, który wcześniej gdzieś po drodze zniknął z jego twarzy, ustępując miejsca skupieniu i pełnego napięcia przejęciu – Alex nigdy nie był osobą zbyt ekspresyjną, więc jeżeli się nie uśmiechał, albo nie wykrzywiał buzi w grymasie wściekłości, przyjmował minę wyrażającą kompletną obojętność na wszystko, co dzieje się dookoła, z dwoma wariantami typu „jestem znudzony, więc będę dysocjował patrząc w ścianę naprzeciwko” albo „patrzę na ciebie wszystkimi moimi trzema oczętami i absolutnie nic, co zrobisz, nie ukryje się przed moim spojrzeniem” – przy Rosie zapominał się jednak, zbyt skupiony na teraźniejszej chwili, by dbać o przelotne impresje przyszłych wydarzeń i wszystkie możliwości rozwoju danej sytuacji; zbyt skupiony na reagowaniu na nią, by kontrolować swoją zredukowaną mimikę. Pieścił dalej jej szyję, jakby w zamyśleniu, a widząc, że dziewczyna chyba chce coś powiedzieć, tylko uniósł wyzywająco brwi. – Nawet odprowadziłbym cię potem na pierwszą lekcję, bo wiem, jaka z ciebie porządna dziewczynka. – zakpił zaczepnie, a jego ręka wyślizgnęła się spomiędzy fałdów jej spódniczki, wracając na bezpieczny dystans, na talię Ambrosii, porzucając miękką skórę wnętrza jej ud w tym samym momencie, w którym Alexander pochwalił, jaka to z niej grzeczna dziewczynka. – A ja umiem być porządny dla ciebie.

Ponieważ, mimo wszystko, to była Rosie. To była Rosie, a nie losowa typiara, której mógł z premedytacją wpychać palce w majtki w samym środku szkolnej biblioteki w dzień powszedni, a potem albo kpić w męskim dormitorium z „przebiegu” koleżanek z domu i śmiać się przy papierosku z kolegami z plotek o jakiejś łatwiej dupie, która obściskuje się w dziale krąg zakazanych z losowym śmieciem, albo mijać ją na korytarzu bez słowa, udając, że się nie znają, a to, co miało między nimi miejsce, to dawno i nieprawda, a tak w ogóle, to nawet jakby do czegoś doszło, to on niczego nie pamięta.

Rosie była wyjątkowa. Rosie była jedną z tych dziewczyn, które zasługują na romantyczne randki w słoneczne dni, kwiaty na przeprosiny i żeby czekać na nie całą noc na szczycie wieży astronomicznej.

Rosie zasługiwała na szacunek. Nie mógł go jej pozbawiać w taki sposób, jak wszyscy ci inni debile, którzy wyśmiewali się z niej na korytarzach – choć teraz większość już nauczyła się, że lepiej nie zadzierać z McKinnon, bo raz, potrafiła pokazać pazurki, i dwa, bo wtedy zadzierali także z Alexem, a ten nie darował żadnej urazy, nieważne, czy prawdziwej, czy urojonej – Mulciber traktował Rosie inaczej niż laski, które bezczelnie, i w sposób dosyć bezpośredni, podrywał. Oczywiście, że najpierw był dla niej miły głównie dlatego, że była ładna – z tymi swoimi blond falami i zamyślonymi szmaragdowymi oczyma zdradzającymi inteligencję większą od przeciętnej – ale kiedy zaczęli się kolegować, a potem przyjaźnić; kiedy stała się mu bliska… Zapałał do niej innego rodzaju uczuciem. Myślał mniej o sobie, a bardziej o niej, i kiedy się na tym złapał, unikał dziewczyny cały dzień, bo przeraził się, jak wiele miejsca zaczęła zajmować w jego głowie, jak bardzo przesiąkł Ambrosią, jak łatwo przyzwyczaił się do tego, że może mieć ją obok siebie; Alex chciał spędzać z nią czas; chciał z nią rozmawiać, i słuchać tego, co ona myśli na różne tematy; chciał, by czuła się przy nim bezpiecznie, i żeby całowała go, wplatając swoje drżące dłonie w jego zawsze nieprzycięte włosy, nie zwracając uwagi na podbite oko, ale narzekając na smród dymu tytoniowego.

Zastanawiał się, czy te oczy Arcykapłanki domyślają się, co chodzi mu po głowie, kiedy wpatrywał się w nią z tym lekko głupawym uśmiechem zabujanego gówniarza.

Chciał ją znowu pocałować, ale kiedy oparł się dłonią o półkę, próbując ulżyć plecom (być może dlatego się wahał poprosić ją o cHoDzEniE zE sobą, bo ten związek nie rokował mu jako przyszłościowy pod tym jednym względem, że obawiał się o stan swojego kręgosłupa na starość), zapomniał się, i zamiast skupić ciężar na regale, trafił w jakieś cieńsze woluminy, ustawione na jednej z mniej zapełnionych półek w niewielki rządek. Książki przewróciły się z głuchym hukiem, a Alexander mimowolnie wypuścił powietrze nosem, przestraszony i rozbawiony zarazem. Jeszcze raz zaczął sondować otoczenie dookoła, w razie czego gotowy pizgnąć jakimś zaklęciem mgły, ale nie był w stanie jakoś specjalnie się tym martwić, kiedy czuł się tak, jak w jego klatce piersiowej rozlewało ciepło niczym promienie słońca padające na nagą pierś, kiedy późną wiosną chodził rankami popływać w jeziorze.
- Więc, jebany esej z transmutacji odkładamy na za trzy dni. – bardziej stwierdził, niż zapytał, poprawiając spodnie. – Podoba mi się ten plan.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#12
29.01.2024, 21:12  ✶  
Rosie wchodziła w ich relację z pełną naiwnością i niewinnością, na jaką tylko było ją stać. Nie była jednak na tyle ślepa, by nie domyślać się tego, że Mulciber szuka jej uwagi głównie dlatego, ze z jakiegoś pokrętnego powodu mu się podobała, albo zwyczajnie się z kimś założył, że skradnie chociaż całusa Ponurej Rosie, która najczęściej wybierała własne towarzystwo. Zbyt była zajęta własnymi problemami i bolączkami, by dzielić swoje serce dodatkowo na chłopców, którzy jej się podobali.
Trzeba jej jednak było przyznać, że była pojętną uczennicą. Nawet jeśli na wszelkie potknięcia reagowała z właściwym dla siebie chwilowym wycofaniem czy zagubieniem, odnosiła wrażenie, że mu się to podobało. To, że mógł pokazywać jej nowe sztuczki. Odkrywać przed nią zupełnie nowy, wcześniej nieznany świat. Konstatowała wtedy, że to pewnie w ten sposób podbudowywał swoje i tak rozdmuchane ego.
- Czuję właśnie - wyszeptała z przekorą, jakby miała w głowie zupełnie inne perspektywy na to gdzie właściwie teraz powinien kierować swoją uwagę. Swoje usta.
Aż nadto dobrze pamiętała ich pierwszy pocałunek, a jego wspomnieniom zawsze towarzyszyło potężne zażenowanie, będące wynikiem tego jak bardzo go wtedy nie doceniała. Prawdę powiedziawszy, liczyła chyba naiwnie na to że jeden, całkiem niewinny buziak, wcale nie okaże się momentem który zapoczątkuje całą lawinę zmian w ich relacji. Wciąż myślała o nich w kategorii przyjaciół, jednak była to fundament, poza który sięgali w kierunku czegoś wciąż nienazwanego i niezwykle płynnego w swojej naturze.

Jego plan na to, by polubiła tę jego arogancję, niestety działała. Niestety, bo Rosie mimo wszystko nie mogła za każdym razem nie myśleć o tym, jaki to nie jest aż nazbyt pewny siebie i jak to ona nie marzy o tym, żeby jego ego było chociaż odrobinę mniejsze. A z drugiej strony sprawiało jej pewną satysfakcję, kiedy widziała go takiego. Szczególnie, kiedy mieszał tę arogancję z pewnością siebie tak, że granica między nimi zdawała się zamazywać niemal całkowicie. Jak na przykład wtedy, kiedy bezwstydnie kiedy wysuwał z talii Kochanków. Zwykle odwracała wtedy od niego wzrok, koncentrując go na karcie, jakby była w tym momencie jej najgorszym wrogiem. Bo przecież kiedy robił takie rzeczy, to nie mogła mu odmówić.

Uśmiechnęła się do niego niewinnie, słysząc kolejną laleczkę wystosowaną pod jej adresem. Tym razem jednak nie kwapiła się do tego, żeby jakkolwiek go za ten zwrot pokarać. Nawet nie wywróciła na niego oczami, które zamiast tego zmrużyła lekko, kiedy tylko zauważyła jak jego własne spojrzenie zaczęło błądzić gdzieś niżej, kiedy najwyraźniej oceniał swoje dzieło w postaci jej wymiętego mundurka. I nawet jeśli zazwyczaj, kiedy widziała jak się na nią bezczelnie gapi, wykrzywiała brzydko buzię, tym razem uśmiechnęła się do niego, jakby przyłapała go na jakimś gorącym uczynku.

Ale uśmiech ten nie potrwał długo. Nie chodziło ani o kółeczka, które zataczał kciukiem po jej skórze, ani też o to, jak bezczelnie sobie właśnie poczynał, wślizgując dłoń pod materiał jej spódnicy. Jego pieszczoty przyjmowała z pewną przekorą malującą się na twarzy, ale też i zadowoleniem, czającym się gdzieś w kącikach ust. Chyba nawet też złapała się w pewnym momencie na tym, że zwyczajnie zapominała oddychać, kiedy był tak blisko i czuła jego dotyk. Problem jednak stanowiło to, co powiedział, a co mimowolnie odepchnęło jej umysł od bieżącej chwili, przybliżając go natomiast do wczorajszego wieczoru. Nawet jeśli Alex próbował teraz usilnie pomóc się jej rozluźnić, to zamiast tego spięła się nieco, przygryzając nerwowo wargę. Spojrzenie, do tej pory koncentrujące się na nim i przede wszystkim na jego błękitnych oczach, teraz uciekło gdzieś w bok, a jej uda przywarły do siebie, uniemożliwiając mu dalsze błądzenie po nich dłonią. Rozluźniłaby je jednak, gdyby tylko poczuła że chciał zabrać rękę. Puściła też jego koszulę, z pewnym wyraźnym roztargnieniem wygładzając jej materiał, jakby miało to w czymkolwiek pomóc.
- Ja... - zawahała się, wpatrując w jego guziki i próbując zebrać myśli. - Myślałam o tym wczoraj. O wieży Astronomicznej - palce sięgnęły do jego kołnierzyka, kiedy już zamiast wygładzać jego mundurek, zaczęła się nim bawić. - Ale nie dałam rady wejść po schodach - dokończyła wreszcie bardzo cicho, praktycznie szepcząc do niego te słowa, z wyraźnym zakłopotaniem malującym się na twarzy. Tym samym, które zawsze pojawiało się, kiedy wspominała o limbo i kiedy zaraz po tym przygryzała z pewnym wstydem wargi, jakby miało to nieco uśmierzyć poczucie zażenowania. Jednocześnie przechyliła głowę, z pewną natrętnością wtulając się w jego dłoń trzymaną na jej policzku.

Bo jakby nie patrzeć, mimo też że była na niego okrutnie obrażona, to przecież tak okropnie chciała wczorajszego wieczoru wreszcie mu wybaczyć i wdrapać się na Wieżę Astronomiczną, żeby całą noc liczyć z nim gwiazdy, albo żeby nie pozwolił jej spać w zupełnie inny sposób, tak jak jej to właśnie deklarował.
- Ale może następnym razem - wyszeptała, wzdychając lekko, kiedy oparł swoje czoło o jej własne. - Będziesz mógł wtedy zrobić wszystko to, co chodziło ci wczoraj po głowie na mój temat i przekonamy się, czy faktycznie będziesz w stanie nie dać mi zasnąć do wschodu słońca - próbowała dodać jeszcze przekornym, rozbawionym tonem, ale mimo starań dało się wyłapać w nim nuty melancholii, które wkradły się tam chwilę wcześniej.

Przesunęła dłonie z jego kołnierzyka, wsuwając je pod rozpiętą pod szyją koszulę, opuszkami palców badając najpierw jego obojczyki, a potem wspinając się wyżej, w stronę jego karku. Uwielbiała te momenty, kiedy stawał się delikatniejszy, jakby były to jedyne chwile, kiedy zrzucał z siebie właściwą dla siebie powierzchowność i pozwalał jej zobaczyć pochwycić fragmenty prawdziwego Alexa. Tak samo kochała, kiedy czuła pod wargami kształtujący się na jego ustach uśmiech, jakby jej obecność była w tym momencie najlepszą rzeczą na całym świecie. Nie mogła jednak nie zastanawiać się, czy dokładnie tak samo nie uśmiechał się, kiedy całował też inne dziewczyny.
- Tylko odprowadził? - zapytała z dokładnie taką samą manierą jak on. - Byłam gotowa pomyśleć, że potem przez resztę dnia nie dawałbyś mi spokoju - uśmiechnęła się kwaśno, jakby dając mu znać, że właśnie nieco się na nim zawiodła. Prawda jednak była taka, że ta porządna grzeczna dziewczynka właśnie nieznośnie obijała się jej po głowie. - Tylko dla mnie? - zapytała podstępnie, zaglądając mu w oczy z całą swoją niewinnością.

Rosie bardzo chciała wiedzieć, że była wyjątkowa, nawet jeśli na brzmienie tych słów krzywiłaby się z niesmakiem, uważając to za najbardziej przeciętny tekst na świecie. W końcu używany był gęsto i często przez chłopaków wszelkiej maści, którzy ruszali na niewieście podboje. Jesteś wyjątkowa, mówili, obłapiając dziewczyny w jakichś ustronnych zaułkach zamku. Inna od reszty dziewczyn, szeptali, kiedy wpychali im ręce w majtki między regałami szkolnej biblioteki. Ale nawet jeśli Ambrosia chciała być wyjątkowa, to wiedziała że jest dokładnie taka sama jak koleżanki ze szkolnych ławek. Naiwnie pragnęła, by te głupie kłamstewka szeptane na podryw, były prawdą chociaż przez krótką chwilę. Tak było łatwiej, bo wtedy posiadało się jakiekolwiek usprawiedliwienie dla późniejszych łez, kiedy wybranek okazywał się skończonym dupkiem.
Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak sam Alexander potraktował niektóre z jej koleżanek. Jak potem udawał, że ich nie zna, mijając na korytarzu bez słowa. Może dlatego, kiedy pierwszy raz się pocałowali, nie czekała na to by to ją spotkał taki los, zamiast tego przez najbliższy miesiąc ignorując go z uporem maniaka, tak jakby w ogóle nie istniał. Kiedy do niej coś mówił, zwyczajnie milczała, pochłonięta dokładnie tym, co robiła do tej pory, albo kontynuowała rozmowę, którą próbował jej przerwać. Czasem łamała się i spoglądała na niego, ale w ten charakterystyczny sposób, który dobitnie oświadczał mu, że nie jest wart jej czasu. Pomijając jednak fakt, że w głównej mierze robiła to żeby samej nie zostać zranioną, zwyczajnie nie była w stanie z nim rozmawiać przez palące zażenowanie, które tak długo jej towarzyszyło.

Wszystko skończyło się chyba tylko dlatego, że w tym okresie pokuty wyznaczonej dla Alexa, mając jakiś wyjątkowo podły dzień, jakiś ślizgon z kolegą próbowali się z niej nabijać, chyba zwęszywszy fakt, że ostatnimi czasy rzadziej jak częściej można było zobaczyć u jej boku Mulcibera. W jakimś szale próbowała chyba wtedy wydrapać jednemu oczy, za co zgodnie ochrzcili ją wariatką. A kiedy wreszcie ją złapali i zabrali różdżkę, żeby nie rzuciła na nich niczego parszywego, dostali w mordę od Alexandra. Potem zapytała się go, dlaczego tak długo mu to zajęło.

Ale potem było już prościej. Nie chodziło o ten drobny akt agresji, a przynajmniej nie do końca, bo te zawsze przyjmowała jednocześnie z dezaprobatą i satysfakcją, bo wbrew pozorom łechtało to jej ego. W jakiś jednak sposób doszła do porozumienia z samą sobą, że może faktycznie zależało mu na niej bardziej, jak na innych dziewczynach, które podrywał. Kiedy tak go obserwowała, jak próbował owinąć sobie wokół palca kolejne panny, czuła ukłucia zazdrości atakujące serce, ale z drugiej strony przecież zawsze do niej wracał. Zawsze w końcu to na niej koncentrował swoją uwagę, jakby faktycznie była najważniejszym elementem jego życia. Tak samo jednak jak nie lubiła uczucia zawiści, tak samo chciała by również go doświadczał. Może dlatego, kiedy pewniej poczuła się z samą sobą, robiła dokładnie to samo co on. Zawsze jednak miała przeczucie, że swoim wybrankom pozwalała na o wiele mniej, niż on sobie w stosunku do swoich przelotnych panien.

Wzdrygnęła się, niemal podskakując, kiedy próbując oprzeć się o regał, zatopił dłoń w niepełnej półce, zawalając znajdujące się na niej książki. Puściła go mimowolnie, zabierając dłonie z jego karku i cofając je, jedną bezwiednie sięgając do guzika, który wcześniej jej rozpiął, jakby on sam w sobie był o wiele gorszy i bardziej wymowny o pomiętej bluzki lub faktu, że była niedbale wyciągnięta ze spódnicy. Zdając sobie jednak sprawę z tego, że jakimś cudem wciąż byli bezpieczni, cicho parsknęła rozbawiona.
- Odkładamy? - uniosła lekko brwi. - Z tego co zrozumiałam, to mam go tylko odpisać. Mam nadzieję, że to nie jakiś podstęp, żeby jednak kazać mi pracować. - wydęła policzki, ale przecież doskonale wiedziała, o co mu chodzi. Bo jej też niezwykle się ten plan podobał.


she was a gentle
sort of horror
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#13
10.03.2024, 02:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.03.2024, 03:15 przez Alexander Mulciber.)  
– Schody – powtórzył tępo Alex, obracając przez chwilę to słowo w ustach, jakby usłyszał je po raz pierwszy w życiu; ale przecież znał doskonale prawdziwe znaczenie tego ukrytego żartu, który żartem tak do końca nie był; wiedział, co kryje się za speszonym spojrzeniem Ambrosii, za sposobem, w jaki nagle przygryzała wargi, za jej zakłopotanym szeptem, nagłym napięciem, kiedy zamykał wokół niej ramiona; znał ją, uświadomił sobie – nie po raz pierwszy, choć dalej nie wiedział, jak powinien się w związku z tym czuć – znał ją, i wiedział, kiedy chce uniknąć kłopotliwego tematu.

Wiedział, ale zapomniał.

Przez króciutką chwilę nie mógł bowiem myśleć – tak jakby Ambrosia uwięziła między swoimi zaciśniętymi udami nie tylko jego dłoń, ale i zdrowy rozsądek – tak, jakby zamknęła przed Alexem nie tylko nogi, ale i dostęp do wyższych zdolności poznawczych.
Mulciber bezwiednie poddał się instynktowi, i mimowolnie sięgnął trzecim okiem dalej, aby odczytać intencje dziewczyny – nie było to trudne, zwłaszcza, kiedy chodziło o kilka sekund czy minut naprzód; zwłaszcza, kiedy chodziło o ludzi, którzy byli mu bliscy – uczył się wyciszać te szybkie premonicje, bynajmniej nie dlatego, że szanował prywatność swoich kolegów i koleżanek, ale dlatego, że cenił sobie święty spokój i nie cierpiał, kiedy cudze myśli wdzierały się niespodziewanie do jego głowy, zaburzając wewnętrzny monolog; oczywiście, wciąż jednak wykorzystywał swoją moc, mniej lub bardziej świadomie: teraz przyszła mu z pomocą, bo mógł przeanalizować słowa Ambrosii, zanim te dotarły do niego w czasie teraźniejszym.

Schody.

Przecież od tego zaczęła się tak na dobre ich przyjaźń: od tego, że znalazł ją zapłakaną, i, jak mu się zdawało, absolutnie przerażoną na schodach do wieży zegarowej – gdzie chadzał czasem, by poczytać albo po prostu posiedzieć w samotności, za towarzyszy mając jedynie książkę albo tarota – siedziała skulona, ze starożytnym smutkiem w nieobecnym spojrzeniu, drżąc przeraźliwie; nie wiedział, czy bardziej z zimna, czy z trwogi; sam poczuł zresztą, że po plecach przebiega mu dreszcz, kiedy usłyszał jej grobowy szept. Siedział razem z nią, dopóki się nie uspokoiła, nie bardzo wiedząc, jak pomóc: mógł co najwyżej oddać dziewczynie swój sweter i objąć ją ramieniem, choć nie obyło się bez niepewności i chwilowego zażenowania – czy Ambrosia, którą do tej pory zwykł co najwyżej ciągać za warkocze, nie odepchnie go z obrzydzeniem, gdy przekroczy tę niepisaną granicę bliskości? – i czekał tak, szepnąwszy od czasu do czasu jakieś uspokajające słowo pocieszenia, aż wreszcie dziewczyna przestała się tak strasznie trząść. Daj spokój, McKinnon, sama będziesz tu siedzieć?, rzucił Mulciber, niby to od niechcenia, nie wiedząc, że ten jeden wieczór zmieni między nimi wszystko – wiedział jedynie, że jeżeli puści ją samą, ta mała idiotka utknie na klatce schodowej na czwartym piętrze i zmarnuje dobre dwadzieścia minut na szukaniu drogi powrotnej w labiryncie szkolnych korytarzy, bo zaklęte schody właśnie ją wyjątkowo upodobały sobie jako ofiarę swych psikusów…

Limbo, zrozumiał wreszcie.

Powinien ją pocieszyć, czy udawać, że nic się nie stało? Nigdy nie wiedział.

– No tak, schody. Twoje nemezis. – Ucichł na chwilę, analizując wzrokiem twarz Ambrosii: ta jednak unikała teraz jego spojrzenia, skupiona na niespiesznych ruchach wiecznie niespokojnych palców, które bezskutecznie próbowały wygładzić pogniecioną koszulę Alexa. Bezwiednie poddał się jej dotykowi, uśmiechając się mimowolnie, kiedy sięgnęła do jego rozpiętego kołnierzyka – jakby ten nie był już w wystarczającym nieładzie – i zaczęła się nim bawić, co byłoby szalenie seksowne i rozpraszające, gdyby Mulciber nie znał jej tak dobrze: czuł, jak bardzo jak spięta, widział smutek w jej zielonych oczach… On też zaczął bawić się kosmykiem jej blond włosów, bo bał się, że Rosie zobaczy w jego spojrzeniu złość, która towarzyszyła mu zawsze wtedy, kiedy widział ją taką. Potrafił odegnać od niej szkolnych prześladowców, ale duchy…?

Zanim poznał Ambrosię, niespecjalnie przejmował się tajemnicami eschatologii, nie dumał nad rzeczami ostatecznymi, nad śmiercią czy życiem wiecznym; nie był też szczególnie zainteresowany religią, wszelkie dylematy natury duchowej kwitując krótkim pomyśl, że to sen, aż rodowa dewiza stała się dlań odpowiedzią na wszystkie problemy, litanią, przywoływaną w chwilach zwątpienia czy niepewności. To tylko umarli, pomyślał zdziwiony, kiedy wreszcie pojął istotę rodzinnego daru Rosie, umarli nie mogą nikogo skrzywdzić. Alexander zawsze wolał bowiem wierzyć w cygańskie bajki, które opowiadały, że umarli odradzają się jako gwiazdy, i czuwają, patrząc z błogosławionego nieboskłonu – wstecz, na ziemię, gdzie pozostali wciąż ich bliscy, i naprzód: w przyszłość, kosmos, w nieznane – dopóki nie uświadomił sobie poważnej luki w tym nader romantycznym rozumowaniu: gwiazdy też kiedyś umierały. A Limbo… Limbo musiało istnieć, skoro Ambrosia mogła doświadczać jego przerażającej bytności. Dla niej to nie była kwestia wiary, tylko rzeczywistość. Jak ktokolwiek mógłby kwestionować coś tak oczywistego, kiedy Trelawneyowie mówią o tym od pokoleń?, myślał czasem Mulciber (przerzuciwszy chyba wszystkie dostępne w bibliotece książki traktujące o tym zasranym Limbo i tajemnicy reinkarnacji, bo przecież nie mógł i nie chciał o wiele rzeczy zapytać McKinnon wprost, wiedząc, jak ta silnie przeżywa swoje wizje), ale zaraz przypominał sobie, że znał przecież ludzi, którzy jasnowidzenie nazywali szarlatanerią, zaś sztuki wróżbiarskie – zwykłym oszustwem. Dla niego zaś – nie było niczego prawdziwszego.

Oboje mogli postrzegać swoje zdolności bardziej jako przekleństwo, niż jako dar od losu, ale prawda była taka, że dzięki temu mogli widzieć więcej; widzieć świat takim, jakim był naprawdę. I Mulciber wierzył, że skoro on potrafi zapanować nad swoim trzecim okiem, to McKinnon jest w stanie podbić podwoje Limbo.

Tylko najpierw musieli przeżyć tę cholerną szkołę.

Klątwy nie są zaraźliwe, mówił przekornie Alex – wtedy, i za każdym razem, gdy Ambrosia walczyła z Limbo, a on akurat był przy niej – najpierw ze szczerą powagą wymalowaną na twarzy, a potem, kiedy ich stosunki stały się bardziej zażyłe, z zaskakująco protekcjonalnym uśmiechem, a nawet gdyby, jestem odporny, mam swoją własną, dodawał, tonem lekkim i poufałym, kiedy dziewczyna odsuwała się od niego albo dawała do zrozumienia, że jest ostatnim człowiekiem na tej ziemi, którego pragnie w tej chwili widzieć. Alexander dobrze rozumiał zachowanie Rosie – zwłaszcza, od kiedy wypowiedział w jej obecności jedną ze swoich przepowiedni, niemalże mdlejąc przy tym jak jakaś jebana panienka (myślał, że umrze z zażenowania) – ale nie zmieniało to niczego w jego trosce o McKinnon. A co jeżeli kiedyś to obsrane limbo objawi się jej, gdy będzie wchodziła po schodach, i, znając jej szczęście, wyjebie się tam na łeb na szyję?

Tym razem, na szczęście, ucierpiała tylko jego męska duma.

Choć Alexander Mulciber nigdy nie przyznałby się głośno do tego, że jest skłonny wspiąć się na takie wyżyny introspekcji, zrozumiał, że to palące wrażenie, które teraz rozlało się nagle rumieńcem na jego policzkach, to nic innego jak wstyd. Tak, Alex zawstydził się, że mimo wszystko poczuł ulgę; ulgę nie dlatego, że Rosie nie złamała sobie szczęśliwie karku, ale ulgę, że ta jedyna dziewczyna, na której mu kiedykolwiek zależało, za którą latał od początku trzeciej klasy, a nawet i wcześniej, nie jest wobec niego tak obojętna, jak myślał.

Inaczej: wiedział, że nie jest obojętna. Przecież widział łączące ich nici.

Ale czasem bardzo potrzebował usłyszeć to krótkie: może.

Zawahał się, ale tylko przez chwilę.

– Chciałbym czasem móc skopać dupę tym duchom, Rosie – powiedział cicho, jednocześnie czule głaszcząc dziewczynę po policzku. Ale obawiam się, że to jedyna walka, której nie mogę dla ciebie wygrać, przyznał niechętnie, bo musisz zrobić to sama. Frustrowało to niezmiernie Alexandra, bo niczego w życiu nienawidził tak jak bezsilności. Trzeba było krzyczeć, chciał jej powiedzieć, przecież wniósłbym cię po tych schodach, i… Gniew, którego płomień zawsze tlił się w alexowym wnętrzu, gotów był wybuchnąć jak wulkan, gradem pogróżek wobec umarlaków, i lawą wszystkich tych wyimaginowanych deklaracji, ale zanim chłopak zdążył otworzyć usta, miejsce ognistej katastrofy w jego piersi zastąpił inny rodzaj ciepła – to, które poczuł, kiedy Ambrosia wtuliła się policzkiem w jego dłoń.

Dobrze, że mówiła dalej, bo w tej chwili nie byłby w stanie jej odpowiedzieć.

Uśmiechnął się lekko, kiedy usłyszał jej westchnienie, i ten szczególny ton, który zwykła obierać, drocząc się z nim. To była jedna z ulubionych rzeczy Alexandra: ta słodka poufałość w jej głosie połączona z uwodzicielską bliskością. Zastanawiał się, czy Rosie jest świadoma, jak bardzo działa to na jego wyobraźnię, kiedy zachowuje się w ten konkretny, róziowy sposób.
– Żebyś mogła jakoś tak przez pół dnia poudawać obrażoną, tak jak lubisz… Do, powiedzmy, trzeciej lekcji. Chociaż raz to ty musiałabyś trochę poczekać. - Zanim cofnął rękę z jej uda, jego palce bezwiednie zakreśliły na skórze Ambrosii kilka ostatnich, niewinnych kółeczek. Jedno. Drugie. Trzecie. Wypuścił cicho powietrze, bo nagle zdał sobie sprawę, że od kilku chwil wstrzymywał oddech. – Pomyślałem o wszystkim – szepnął.

Słysząc jej następne pytanie, tylko pokręcił głową, jakby powiedziała coś bardzo niemądrego.

– Pewnie, że tylko dla ciebie – odpowiedział zdecydowanie, jakby to było coś tak oczywistego, że oburza go sam fakt, że w ogóle musi to jej tłumaczyć. Myślisz, że dla kogo poprasowałem koszulę? Może zrobiłem to tylko po to, żebyś mogła ją pognieść, nie pomyślałaś, Rosie? – Tylko z tobą nie znudziłbym się, zmuszony do czytania o tajnikach savoir-vivre’u spod literki S. Bo wiesz, zamierzam się poprawić. Może nawet zainteresuję się… Etykietą? Wiesz, tam gdzie litera E. Potem wleci jeszcze poradnik Kultura osobista dla opornych, tu blisko, pod K. A potem pewnie znów coś odwalę, i trzeba będzie wrócić do S, i… – prychnął śmiechem, bo nie mógł już dłużej wytrzymać tych głupich podchodów, i nagle wszystko już go bawiło – te wszystkie głupoty, które przed chwilą spłynęły z jego ust, mina Ambrosii, kiedy niechcący przewrócił rząd podręczników, i wreszcie, cała ta sytuacja, a najbardziej to, że podpórka do książek z literką L spadła na ziemię przez jego machinacje.

- Nadążasz, McKinnon? – szepnął, sięgając do tego jednego, nieprzyzwoicie rozpiętego guzika jej bluzki, jakby chciał zatrzymać drżące palce, które teraz obracały go niespokojnie. – Nie, nie nadążasz – zawyrokował bezczelnie, słysząc jej odpowiedź. – To też trzeba ci przeliterować. Ty. Ja. Błonia. Teraz. – Zapiął ten cholerny guzik. Miał nadzieję, że panuje nad twarzą. – Mogę cię nawet znieść ze schodów. Cholera, zrobię to. – Oferta, dla każdego niewtajemniczonego w arkana ich humoru mogła się wydawać wielce wspaniałomyślna, ale iskierki rozbawienia błyszczały w oczach chłopaka – Mulciber nie byłby przecież sobą, gdyby nie wtrącił jakiejś złośliwości – z drugiej strony, mówił przecież absolutnie szczerze, jakby rzeczywiście był gotów popełnić ten akt rycerskości wobec towarzyszącej mu dziewczyny (którą tak ochoczo przezywał laleczką, a przecież właśnie stali pod literką L…), a nie tylko prowokował ją, by się rozkosznie zarumieniła, jak to często bywało, kiedy chciał udowodnić jej, że on to potrafi być naprawdę porządny chłop.

– Tylko, yyy- Popraw… – Dłonie Alexa znowu oparły się o kibić Ambrosii, palce poufale muskały zaś nagą skórę, wślizgując się nieco pod materiał zwiewnej bluzki wyciągniętej ze spódnicy. – …spódnicę. Chciał jej powiedzieć, że sam potrzebuje jeszcze paru minut, ale, jak zawsze, przybrał dobrą minę do złej gry, i udawał, że wszystko jest w absolutnym porządku.

Starał się nie myśleć o tym zasranym savoir vivre.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#14
02.04.2024, 02:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.04.2024, 03:44 przez Ambrosia McKinnon.)  
Za każdym razem kiedy przychodziło jej wspominać o schodach czuła się absolutnie zażenowana. W dziwny, irytujący sposób wybijał ją z równowagi fakt, że konstrukcja tak prosta w obsłudze potrafiła sprawiać aż tak dużo problemów. Kamienne, kręcące się wzdłuż ścian wiekowych wież, wydawały się posiadać jakąś magnetyczną siłę, która pobudzała jej wizje. Te drewniane natomiast, psotliwie poruszające się podług własnej woli, wysyłały ją natomiast często dokładnie tam, gdzie sobie tego nie życzyła, a ona, zbyt pochłonięta światem we własnej głowie, za późno się w tym orientowała. Dlatego w pewnym momencie, zaczęła po nich biegać, albo przynajmniej narzucać sobie szybki, trochę nerwowy krok, jakby pokonanie ich naprędce miało rozwiązać wszystkie jej problemy. Jakby uważała, że limbo nie mogło jej wtedy dogonić, a ruchome schody wystarczająco szybko zdecydować się na obrazie niewłaściwej konfiguracji. To nerwowe pokonywanie kolejnych stopni często jednak kończyło się w trzeci, równie kompromitujący sposób, a mianowicie potykaniem się i przewracaniem, a nawet i spadaniem.

Ale Alex to wiedział. Ale mimo tego jej policzki różowiły się lekko, kiedy jej duma wzdychała zmartwiona, że znowu musiała się do tego przyznać. Nie raz pociągał ją za sobą w ostatnim momencie, zmuszając do wejścia na inny rząd stopni niż miała zamiar, co pomimo jego dobrych intencji traktowała z pewnym rozdrażnieniem, a potem i śmiechem. Bo równie często co nadawał jej nowy kurs, zbyt zadowolony z własnego osiągnięcia, sam gubił stopnie i lądował u jej stóp. Ale nawet jeśli posyłała mu wtedy szyderczy uśmiech, nigdy nie była w stanie faktycznie z niego w tych momentach kpić. Bo przecież robił do dla niej.

To były te jego drobne momenty, kiedy przychylał jej nieba, a jednocześnie Rosie pozostawała niezmiennie zafascynowała faktem, że nawet na chwilę nie był w stanie pozbyć się swojej maniery aroganckiego chłopca z dobrego domu. Chłopca, który na te swoje prekognicyjne sztuczki łapał przecież niejedną pannę.

Ale może czuła się w tych momentach nieco bardziej jego niż każda inna dziewczyna, bo swego czasu znalazł ją na schodach prowadzących do wieży zegarowej. Jednak pomimo tego, że chwila ta stała się dla nich początkiem czegoś nowego, pamiętała ją jak przez mgłę. Skulona na schodach zaciskała zapłakane oczy, nie chcąc zwyczajnie patrzeć na to, co działo się dookoła, wsłuchując przy tym we własny szloch, w brzmieniu dla niej spotęgowany przez to, że zatykała rozpaczliwie uszy. Tak na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że coś niepożądanego miało do niej dotrzeć.
Pamiętała jego stłumiony przez dłonie głos, ale nie była w stanie przywołać tego, co do niej wtedy mówił. A potem otoczyło ją ciepło, kiedy okrył ją swetrem, usiadł obok niej i objął ramieniem. Reszta umykała jej i prawdę powiedziawszy, przez długi czas zwyczajnie miała mu za złe, że został z nią wtedy na tych schodach, bo ostatnie czego chciała to żeby Mulciber się nad nią litował.

Ale oboje byli przeklęci. A tego typu rzeczy wiązały ze sobą ludzi na zawsze.

Byli wciąż dzieciakami, a zdawali się w dziwny, podskórny sposób rozumieć ciężar, jaki los złożył na ich barkach i im lepiej się docierali, im dłużej spędzali czas w swoim towarzystwie, tym lepiej szło im rozumienie które problemy należały do natury tych błahych i całkiem głupiutkich, a które natrętnie ocierały się o ich słabości.

A mimo tego, że przestała go ostentacyjnie od siebie odtrącać, dopiero w ostatnie wakacje mogła powiedzieć że byli kwita, jeśli chodziło o odrobinę żenujące wypadki, które fundowały im ich przekleństwa. To nie było tak, że nigdy wcześniej nie widziała jak Alexander doświadczał wizji, bo te zdawały przemykać mu przed oczami równie często co przelotnie. Drobne wskazówki od losu, które pozwalały mu zachować urok i tajemniczość pokrzywdzonego przez los podrywacza. Ale kiedy ostatnie lipcowe słońce grzało ich w plecy, podczas gdy siedzieli rozbawieni na zielonej trawie, wizja przyszła w sposób, którego się nie spodziewała. Ale przecież powinna, bo jej matka, obdarzona takim samym darem, reagowała czasem w podobny sposób. I kiedy pod Mulciberem ugięły się nogi, początkowo zachłysnęła się strachem, nerwowo próbując przywrócić go do rzeczywistości.
Ale potem, kiedy chłód realizacji wreszcie na nią spłynął, zaczęła szeptać mu do ucha uspokajające słowa, cierpliwie czekając, aż do niej wróci. Ułożyła wtedy jego głowę na swoich kolanach, pochylając się nad nim, odgarniając włosy z czoła i przyglądając się nagle zmęczonej twarzy. Pamiętała, jaki wtedy wydał jej się delikatny i w pewien sposób obcy, bo nawet jeśli dla niej był inny, to wciąż lubił zgrywać twardziela na milion możliwych sposobów.

Mama czasem mówiła jej, że odpowiednio złożona na czole pieszczota, była w stanie zapewnić jasność myśli; czasem rozmasowywała jej palcami to miejsce na głowie, tłumacząc że to pomaga się rozluźnić i oczyścić umysł, a innym razem całowała ją delikatnie, mrucząc pod nosem wyjaśnienie, jakoby ten drobny gest miał uspokoić jej trzecie oko, by nie zwodziło jej niepotrzebnie. I nawet jeśli Ambrosia nie posiadała tego daru, czasem czuła jakby ta drobna czułostka faktycznie jej pomagała. I dlatego, wiedziona jakimś troskliwym impulsem, pochyliła się nad nim, delikatnie składając na jego czole pocałunek.

Pierwszy z wielu, który miał mu pomóc rozjaśnić myśli i uspokoić burzę, która działa się w jego głowie.

Któregoś razu, kiedy siedzieli razem na wieży astronomicznej wpatrując się w gwiazdy, opowiedział jej te cygańskie bajki. I od tego czasu już nigdy więcej nie spoglądała w niebo tak samo, w mrugających oczkach dostrzegając snującą przez niego swego czasu historię. Podoba mi się. Skwitowała wtedy lekko, z pewną melancholią czającą się w głosie, kiedy zadzierała głowę ku górze. I nie dbała o to, że gwiazdy dokonywały swojego żywota, czym ewidentnie chciał popsuć całą tą piękną wizję. Nawet jeśli umierają, póki tego nie zrobią, wciąż je widzimy. A kiedy przyjdzie ich czas, zmieniają się chyba w coś nowego, prawda? Karły... mgławice... nawet jeśli nie są już gwiazdami, ich energia wciąż pozostaje w innej formie. Nawet na niego nie patrzyła, czując że jedno spojrzenie popsułoby wszystko, co działo się w jej głowie. Bo spoglądanie na migoczące światełka, które znajdowały się zawsze na swoim miejscu, wydawało jej się o wiele lepsze, niż czekanie na limbo. A nawet jeśli faktycznie miałoby się zakończyć na śmierci gwiazdy... nie przeszkadzałoby mi do tego czasu spędzić obok ciebie na niebie parę milionów lat. Spojrzała na niego wreszcie, może odrobinę cwaniacko, ale pod tym gładkim uśmiechem kryła się nieśmiałość związana z tą deklaracją.

To, że mogła widzieć świat takim, jaki był naprawdę, nie znaczyło że tak ochocza była do odrzucenia ładnych wyobrażeń na temat tego, jaki mógł być. Miała do tego smykałkę - do tkania przyjemnych złudzeń, które pozwalały jej lepiej funkcjonować w świecie, który gotowy był się jej sprzeniewierzyć w dowolnym momencie.

To, czego była pewna i nie musiała dosztukowywać sobie do tego odpowiedniej otoczki, był fakt że nigdy nie była w stosunku do niego obojętna. Początkowo czuła niechęć, wynikającą z jakiejś dziwnej potrzeby sprzeniewierzenia się jego aroganckiej naturze i tego, jak wydawał się wokół niej orbitować. Złośliwie, myślała sobie często, bo przecież marzyła o tym, żeby zostawić ją samą ze swoim limbo. Ale on wracał za każdym razem kiedy go odpychała i w końcu zagnieździł się obok niej, a wcześniej żywiona do niego awersja przekształciła się w coś o wiele bardziej przyjemnego. Ale początkowo nie było to zauroczenie - to pojawiło się dopiero później, kiedy poczuła się przy nim zwyczajnie dobrze i doszła do wniosku, że pomimo jego wszystkich wad mogła mu zaufać.

- Dam ci znać, kiedy tylko stanie się to możliwe - uśmiechnęła się do niego, delikatnie kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem. Ale przecież już teraz zdarzało mu się to robić, tylko że duchom zupełnie innego rodzaju. Tym o wiele bardziej fizycznym i mającym obrzydliwe uśmiechy chłopaków, którzy uwielbiali z niej żartować. To też były zmory, które czasem dorównywały tym, które czaiły się w limbo.

- Poudawać? Ja nigdy nie udaję - zacmokała niby to zniesmaczona, bo przecież ona zawsze była bardzo poważna, kiedy była na niego akurat zła. Szarpał za jej nerwy, wygrywając na nich znajome melodie, a ona za każdym razem dziwiła się jakby na nowo, że podryguje do ich rytmu.

Zatrzepotała na niego rzęsami, kiedy wyliczał kolejne punkty swojej wycieczki po arkanach dobrego wychowania. Ich sens, przynajmniej w teorii tak doskonale widoczny, umykał jej gdzieś, ze zwinnością zająca kluczącego po polu by zgubić polującego na niego drapieżnika. Jej myśli wędrowały od jednej, do drugiej sekcji, kompletnie pomijając podkreślane przez niego literki. Uśmiechnęła się, kiedy sam prychnął rozbawiony, jednak jej wyraz twarzy mimo szczerych chęci był odrobinę zagubiony.

Nadążasz, McKinnon?

Dopiero wtedy zmrużyła podejrzliwie oczy, z pełną świadomością czując, że coś ją chyba ominęło w tym całym jego wywodzie, a w myślach mimowolnie zadała sobie pytanie, jakiż to sprośny żart właśnie przeleciał jej koło ucha. Dla Mulcibera to musiało być niezwykle fascynujące doznanie, kiedy przyglądał się jak ten niewinny, szczery wyraz jej twarzy zmienia się, kiedy wreszcie wydała z siebie westchnione Oh.

- Jesteś bezczelny - zawyrokowała, ale nie pierwszy raz Alex przecież słyszał od niej podobną deklarację. Ale zamiast trzepnąć go w dłonie, które rozpaczliwie próbowały zapiąć guzik jej bluzki, cierpliwie zaczekała aż skończy, by wyprostować się przed nim nieco w odpowiedzi na jego jakże hojną ofertę. - Dobrze. - zgodziła się, patrząc na niego nie z uroczym rumieńcem, a prowokacją kryjącą się w oczach. - Po każdym jednym schodku, jaki czeka nas w drodze na dół. Tylko się nie zasap - poruszyła brwiami, ściągając usta w szelmowskim uśmiechu, kiedy sama sięgnęła do jego koszuli i sprawnie zapięła mu guzik, a potem wygładziła materiał, palcami jednej z dłoni zbaczając do śladu, który odbiła na białym materiale.

- A ty popraw spodnie - przekrzywiła delikatnie główkę na bok, kiedy na moment zaczęła naśladować jego ruchy, wślizgując się dłońmi pod jego koszulę i palcami zatrzymując się na moment na skórze tuż nad spodniami. Ale zamiast przytrzymać go przy sobie, naparła na niego, chcąc odsunąć od siebie. A kiedy to zrobiła, dokładnie tak jak jej powiedział, poprawiła z pełną nonszalancją mundurek, doprowadzając się do odpowiedniego stanu.

- No, szybciej. Akurat dzisiaj, teraz, nie mam ochoty czekać.


she was a gentle
sort of horror
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#15
07.05.2025, 22:28  ✶  
Kiedy Rosie patrzyła w rozgwieżdżone niebo, Alex patrzył na nią – tylko na nią. Jej oczy były gwiazdami pożyczonymi przez bogów z okrywającej ich miękkim płaszczem draperii nocy. "Nie przeszkadzałoby mi spędzić obok ciebie na niebie parę milionów lat", wyszeptała. To dziwne, bo nie potrafisz przez godzinę wysiedzieć obok mnie w jednej ławce, zauważył wtedy cicho, odpowiadając uśmiechem na jej uśmiech, choć nie było w nim zwykłej kpiny, nie: jego rozbawienie szybko zniknęło. Została tylko powaga. Nie wiedział, co czuje. Nie wiedział, co czuje, poza sercem, które biło mu w piersi jak szalone: czuł jak obija się o żebra jak dzikie zwierzę schwytane w klatkę. Na zewnątrz był jednak spokojny. Na zewnątrz... Splótł ich dłonie razem, aby mogła pokazać mu, który fragment nieba zasiedlą, którą galaktykę zamieszkają. Przez krótką chwilę byli wtedy jedną konstelacją. Gwiazdami zaćmieniowymi krążącymi w układzie podwójnym tak blisko siebie, że można ich było pomylić z błyskającymi szaleńczo zmiennymi kataklizmicznymi. Ona była jasną gwiazdą, a on – ciemną. 

"Jesteś bezczelny."

– Myślałem, że właśnie to we mnie lubisz – powtórzył raz jeszcze, patrząc na nią z góry. – Bo ja lubię to w tobie.

Pozwolił jej wygładzić materiał swojej koszuli, obserwując z zainteresowaniem jak zapina górny guzik, jak poprawia mu kołnierzyk. Odchylił lekko głowę, patrząc jak pieszczotliwie przebiega palcami po jego piersi. Na sugestię, że zasapałby się, znosząc ją po schodach na dół, prychnął tylko: kto tu jest bezczelny, pomyślał z lubością, gdy przesunęła dłońmi niżej.

– Po każdym jednym schodku, tak? – zaśmiał się. – Nie martw się, nie będę musiał nawet oszczędzać oddechu, to marne czterdzieści trzy stopnie. Pięćdziesiąt trzy, wliczając w to te stare kamienne schody przy dziedzińcu wychodzącym na błonia. Ale skoro tak martwisz się o moją kondycję – rzucił zadziornie, bezceremonialnie wciskając koszulę z jej szminką odciśniętą na piersi z powrotem w spodnie – mogę wybrać dłuższą drogę. Och, to na pewno ci się spodoba, uważaj teraz: sto dwadzieścia dziewięć stopni – Malownicza trasa, zahaczająca o najważniejsze atrakcje zamku, co prawda, biegła trochę na około, ale Alex wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie, gdy przesunął spojrzeniem po twarzy Rosie. – Taka ładna liczba. No wiesz... Wielokrotność trójki.

Uśmiechnął się głupio, zanim wyciągnął rękę, aby pogładzić ją po zaróżowionym delikatnie policzku. A potem przeniósł ją przez próg biblioteki, niewiele robiąc sobie z odprowadzających ich spojrzeń.

Koniec sesji


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (8786), Ambrosia McKinnon (8241)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa