• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii Stonehenge [Litha 1972] Uważaj, czego sobie życzysz

[Litha 1972] Uważaj, czego sobie życzysz
femininomenon
I'm never gonna please the crowd
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
wiek
25
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
dla rodziny głównie
Nie da się Mewy opisać, bo jest metamorfomagiem. Nikt nie wie, jak tak naprawdę wygląda, bo zmienia wygląd jak rękawiczki. Nie tylko wybitnie często podszywa się pod innych, ale też manipuluje aparycją nawet gdy pozostaje przy własnej tożsamości, bo chce w oczach innych utrzymać pewne wrażenie. W jej codziennym wyglądzie da się znaleźć kilka cech wspólnych: azjatyckie rysy, zwykle czarne włosy średniej długości, chłopięcy ubiór. Nosi się - i poniekąd zachowuje - jak bad boy, ewidentnie nie próbując nigdy być damą. Zawsze da się ją poznać po zadziornym spojrzeniu oraz ostrym sposobie wypowiedzi. No i tej bezczelnej pewności siebie.

Maeve Chang
#1
09.01.2024, 00:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2024, 01:54 przez Maeve Chang.)  

W trakcie Lithy, 1972


Maeve Chang & Lorraine Malfoy

Gdzieś w połowie trwania obchodów


Spodziewała się wielu rzeczy, maści wszelakiej i natury nieobyczajnej, kiedy umykały świętującym tłumom w gąszcze otaczającego polanę lasu. Wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach, gdy dawała się ciągnąć smukłej, choć pewnej dłoni Lorraine, przez co już sama nie była pewna, czy ten pot na ciele to od tańca, letniego upału, czy raczej toru, który obrały jej myśli. Może wszystkiego po trochu, może każdy był tu winowajcą? W końcu złego diabli nie biorą, a Maeve mogła przysiąc, że choć nie wie, skąd wypełzło to wilątko, to na pewno była to jakaś dzielnica piekła. Choćby przedmieścia.
Nosiło ją, ale cierpliwie czekała - albo aż pokonają odpowiedni dystans, by zgubić zbłądzone spojrzenia zebranych na obchodach czarodziejów, albo aż miną wystarczająco szerokie drzewo, by mogła Malfoy przyszpilić do jego pnia i zniknąć światu z oczu. Bezpardonowe, to prawda, a i czasem uznawane za nieco prymitywne, ale w prostocie też należało dostrzec piękno.
Mewa nie miała z tym trudności; dostrzegała je w prostej, letniej sukience Raine, w jej jasnych włosach, w sposobie poruszania się, który widziała tak wiele razy, a i tak zawsze ją fascynował. Powiedzieć, że się na nią gapiła, to jakby nie powiedzieć nic. Gdyby nie te podszepty lęku, ta mała obawa, że to oczarowanie nie jest naturalne, a spreparowane wilim urokiem, już dawno przeszłaby do rzeczy. Bezpardonowych rzeczy. Ale przez ten strach, że to wszystko głupia zabawa ze strony Raine, że to tylko ułuda, wahała się ciągle. Czekała albo na pierwszy ruch podejrzanej, albo na ten słodki moment, kiedy znudzi swoją własną czujność i swoją głupotą weźmie ją z zaskoczenia. Wtedy nie zdąży zrodzić w jej głowie wątpliwości, bo będzie już za późno.
Kilkanaście kroków i niewybrednych żartów dalej okazała się prorokiem - ewentualnie doskonałą znawczynią samej siebie. Ewentualność bycia ofiarą wilego kaprysu zeszła na boczny plan, a właściwie została bezpardonowo tam przez Maeve odsunięta, by mogła ściągnąć Lorraine ze ścieżki i zdecydowanym ruchem wciągnąć ją za drzewo. Stanęła nad nią w jego cieniu, objęła czule dłońmi twarz dziewczyny i dobrze, że zdobyła się jeszcze na tę chwilę romantycznego wpatrywania się w jej oczy, bo mogło się to skończyć tragicznie. Kiedy tylko dostrzegła w spojrzeniu Malfoyówny, że ta nie czuje się za dobrze, a i jej świetlista cera też straciła nieco kolor, zapytała, co się dzieje. Nie usłyszała odpowiedzi; a przynajmniej nie w formie słownej.
No więc wracając do samego początku tej historii, w której Mewa spodziewała się wielu sposobów na rozwiązanie akcji tego wieczoru, nie była w stanie przewidzieć jednego: choć spodziewała się, że skończy trzymając złociste włosy Lorraine, liczyła, że będzie to robić, by za nie stanowczo ciągnąć. Nie dlatego, żeby ich sobie przypadkiem nie obrzygała.
- Mówiłam ci, że trzeba uważać, co się je na Nokturnie. Albo kogo - oświadczyła troskliwie, drugą ręką głaszcząc biedną wiłę po plecach. Cóż, kiedy chodzi o miłość, trzeba być wytrwałym tak w zdrowiu, jak i w chorobie.


I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#2
10.01.2024, 02:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.01.2024, 03:12 przez Lorraine Malfoy.)  
Czy można być chorym z miłości? Pytanie to zadawane było przez tysiące poetów wyklętych w dziesiątkach tysięcy rozdzierających serce utworach – przez niezliczone rzesze mężczyzn i kobiet porwanych przez wirujące w hipnotyzujących tanecznych kręgach buńczuczne wile – i narodziło się także w umyśle pewnej półwili – odurzonej atmosferą świątecznej celebracji, uśmiechem kobiety, przed którą klękała częściej, niż przed ołtarzem Pani Księżyca, i wonią zaklętych kwiatów, wplecionych w magiczny wianek. Mam chyba uczulenie na bylinę, mruknęła wcześniej do Maeve, zanim – Lorraine słaniając się na nogach, zaś Maeve krokiem sprężystym, siebiepewnym i radym – wyszły z tłumu wyznawców zgromadzonych na sabacie. Zawsze tak przenikliwe oczy Malfoy były dziś dziwnie zamglone, i tylko dziwna tęsknota rozświetlała jej spojrzenie, kiedy odwracała się, by uśmiechnąć się do swojej towarzyszki, wiernie podążającej za nią w nieznane, jak pod urokiem faerie… Jednak to nie Maeve była tym razem ofiarą zwodniczego czaru wili, to wila została opętana – opętana wizją rodzinnej miłości, ciepła domowego ogniska, i przyszłości, o której nigdy wcześniej nie odważyła się marzyć…

Kto by się spodziewał, że cholerny wianek z bylicy da jej jebane baby fever.

To był dla Lorraine – osoby z natury raczej egoistycznej i nieczułej – prawdziwy cios, zwłaszcza, że jedyną osobą, jaką widziała u swojego boku z dzieckiem na ręku, była inna kobieta…

Zaraz, Maeve przecież była metamorfomagiem, jak mogła o tym zapomnieć, przecież mogłaby zamienić się w…!
Aż musiała przymknąć oczy, przytłoczona i, nieco oszołomiona myślą, która właśnie przemknęła jej przez głowę.
Nie, to niemożliwe. Nie dalej jak kilka tygodni temu, podczas coniedzielnego jarmarku na ulicy Pokątnej, gdzie spotkały się na nieoficjalnej randce, Chang powiedziała jej, coś o tym, że metamorfomagowie mogą sobie wyhodować choćby i kaktus na czole, ale to nie sprawi, że będzie funkcjonalny…
Więc kto? Malfoy zaczęła rozpaczliwie szukać w głowie jakichś alternatywnych opcji, wybuchając cichym chichotem w odpowiedzi na jakiś komentarz rzucony mimochodem przez Maeve, choć nie do końca słyszała, co ta właśnie powiedziała, zbytnio skupiając się na tym, by nie wyrzygać zawartości żołądka. Silne mdłości dokuczały jej już od dłuższego czasu, podobnie jak ból głowy… Choć ten równie dobrze mógł być wynikiem wściekłej gonitwy myśli, która zaczynała nakręcać się w jej głowie, kiedy Lorraine zdała sobie sprawę, że nie ma w jej życiu wielu mężczyzn, których dopuściła tak blisko, jak wlepiającą wzrok w jej tyłek metamorfoginię, którą wciąż trzymała za rękę, choć jej własna dłoń zaczęła się już nieco pocić…

Atreus? Dziwnie było przywoływać teraz wspomnienie jego objęć, ale podobno swojej pierwszej miłości nigdy się nie zapomina… Ile razy wściekała się, że to właśnie do Atreusa musiała zapłonąć uczuciem, że mimo wszystkich nastoletnich dramatów, rozstali się przecież polubownie – w przyjaznych stosunkach niemalże – i Lorraine nigdy nie mogła odciąć się od wspólnej przeszłości ochronnym murem niechęci, bo nie potrafiła życzyć chłopakowi źle. Uwielbiała w nim to, że był wolnym duchem… Ale czy to dobra cecha u ojca? Czy przy jego umiłowaniu do hazardu zdołałby w ogóle zadbać o rodzinę, wysupłać pieniądze na wyprawkę dla dziecka? Nigdy nie potrafił wycofać się z dobrego zakładu, i szczerze obawiałaby się, że może postawić w zastaw życie pierworodnego grając w karty… Hola hola, jakiego pierworodnego, znając jego rozwiązłość, zapewne zdążył już naprodukować tylu małych Bulstrode’ów, że wystarczyłoby by uzbierać drużynę Quidditcha!! Znów, nie daj boże straumatyzowałby tę biedną istotkę, realizując niespełnione ambicje pałkarza albo nieustannie tłukąc jej do głowy, że tylko ukończenie kursu aurorskiego zapewni jej dobrą przyszłość – że albo będzie aurorem, albo nikim! – a Malfoy doskonale wiedziała, jak to jest, uginać się pod ciężarem oczekiwań rodziców… Argumentem „za” było jednak to, że z ich genami mieliby najpiękniejsze dziecko na świecie.

Otto? O ile nie powiłaby mu Antychrysta, zapewne nie dałoby się go przekonać, że to jego, bo przecież wymyślił sobie, że jest wampirem, a te, jak powszechnie wiadomo, nie mogą mieć naturalnego potomstwa. Czasami dziękowała Pani Księżyca, że przez zaburzenia odżywania miała kiedyś duże problemy z brakiem regularnego cyklu miesięcznego. Gdyby musiała się mierzyć z nastoletnią ciążą, zapewne by się zajebała, a Otto razem z nią (chociaż zwykle nie przeszkadzało mu, kiedy jakieś siksy mówiły do niego per daddy). Ewentualnie przebranżowiłby swój kult na wiarę w dziewicę, która poczęła i porodziła Zbawiciela, bo chociaż to trzeba mu przyznać, że Degenhardt zawsze dbał o to, żeby „jego Lorraine” nie wylądowała na ulicy. Wciąż, wtedy trochę głupio było iść do więzienia za seks z nieletnią… A teraz? Przynajmniej wesele byłoby wesołe, gdyby zaprosić całą sektę, i jego kurewki pewnie chętnie niańczyłyby ich dziecko, kiedy ona byłaby zajęta zarządzaniem kryminalnym imperium. Lorraine nie miała złudzeń: wiedziała, że mężczyzna darzył ją uczuciem ze względu na jej wdzięk i urodę półwili, ale bardzo łatwo zapominała o tym, kiedy tkwiła w jego objęciach i czuła się tak absolutnie spełniona i zakochana, bo Otto powiedział jej, że jest z niej dumny, czy coś!!, karmiąc tym samym pustą przestrzeń w jej sercu z napisem daddy issues, ech…

Ale kiedy Chang popchnęła ją na bok, przyszpilając Lorraine jak jakiegoś egzotycznego motyla do pnia starego, potężnego drzewa rosnącego na skraju podleśnej polany, granicząc z rozciągającą się w dal łąką, przypomniała sobie, że ta – jeszcze na Pokątnej – obiecała jej, wbrew ograniczeniom swojego daru metamorfomagii, że może sprawić, że Lorraine nie tylko zapomni o swoich troskach, ale też jak się chodzi. To pasowało do jej omdlewających nóg, do potrzeby uwieszenia się Maeve na szyi… Mniej już była zawiedziona, że jej wizja szczęśliwego ogniska domowego została brutalnie rozproszona przez paradygmaty ludzkiej biologii. Ale przecież wystarczyło pomyśleć, że sama Maeve jest już jak rodzina… – tak właśnie skonstatowała w głowie Lorraine, kiedy przyjaciółka ujęła jej twarz pełnym czułości gestem. Poza tym, zawsze mogły zaadoptować kotka (np. Leo) albo nową roślinkę…

Przytuliła swój policzek do dłoni ukochanej, wierząc, że powinna postępować z pradawną zasadą similia similibus curantur, a po ludzku: „czym się strułeś, tym się lecz”. Chociaż kręciło się jej trochę w głowie, kiedy podniosła wzrok i ufiksowała spojrzenie na niej, na Maeve – na jej kalejdoskopowych oczach; na delikatnym rumieńcu, kontrastującym z jej świetlistą cerą, i zdobiącym wysoko sklepione kości policzkowe; na zmysłowo wykrojonych ustach, z których chciała scałować lepką jak żywica słodycz zakochania i gorycz oczekiwania na kilka chwil prymarnej satysfakcji – poczuła się nieco lepiej, jakby nudności, które napływały coraz to nowymi falami, poddały się sile odpływu, jakby to Maeve była księżycem decydującym o przypływach i odpływach; o tym, kiedy ma odwiedzić ją na Nokturnie; o tym, kiedy powinna przestać, cholera, tyle myśleć, i poddać się chwili.
Zaczęła całować wnętrze dłoni Maeve, którą przytrzymała swoją własną, lekko drżącą dłonią, ignorując potężne dudnienie w skroni – zbyt spragniona czułości Chang, by przejmować się już, czy ktoś je widzi, czy są wystarczająco daleko… – drugą ręką, zaczęła pociągać za wstążki ściągające przód jej sukienki, gwałtownie szarpiąc kokardką wieńczącą dekolt wbudowanego materiałowego gorsetu, chcąc ułatwić Maeve dostęp do swojego ciała. Od dłuższego czasu oddychało się jej jakoś ciężej. Lorraine nie wiedziała, czy to dlatego, że tak długo wędrowały w poszukiwaniu ustronnego miejsca, z dala od wścibskich oczu – czy to może męczy ją to cholerne pożądanie, wyuzdane marzenia o ustach Maeve sunących po jej dziwnie tkliwych piersiach. Podniosła oczy – do tej pory niewinnie spuszczone, po trosze dlatego, że łatwiej jej było wtedy skupić na utrzymaniu gruntu stopami, po trosze dlatego, że lubiła kusić ukochaną podejrzanie uległymi spojrzeniami – i zaczęła sunąć ustami po dłoni kobiety, przechylając przy tym główkę…

…Z której niespodziewanie zsunął się zaczarowany wianek.

Lorraine poczuła się tak, jakby była pijana – choć nie, nie pamiętała, by kiedykolwiek była aż tak pijana, może jedynie mocno wstawiona – porzuciła wstążki broniące dostępu do jej dekoltu, ręką rozpaczliwie wsparła się o ramię Maeve, czując, jak świat dookoła zaczyna wirować.
Nie słyszała, kiedy ta pytała ją, co się dzieje. Jej myśli były już dalej.

Rodzina? Dziecko? Ciąża?
Co kurwa?

Gdyby nie to, że zaczęła wymiotować, zapewne wybuchłaby histerią – Bogini, moja bogini, czemuś mnie opuściła, chciałoby się zakrzyknąć – Lorraine nie rozumiała, skąd wzięły się te przerażające, makabryczne wizje w jej głowie, szczerze wzdragała ją myśl o posiadaniu dzieci, a perspektywa macierzyństwa była dla niej tak odległa jak odległa zdawała się zawsze jej własna matka: zarówno ta biologiczna, wilowa wywłoka, która uwiodła jej ojca, a potem popełniła samobójstwo, nie mogąc znieść jego odrzucenia, jak i ta adopcyjna – która teraz zapewne rezydowała gdzieś w najniższym kręgu piekielnym, pokutując za te wszystkie krzywdy wyrządzone jej psychice.

– Przepraszam, jestem obrzydliwa, przepraszam – mówiła, czy raczej rzęziła, między jedną falą torsji a drugą, dopóki te nie odpuściły. Musiała przytrzymać się pnia drzewa, bo czuła, że jeszcze chwila, a drżące nogi gotowe odmówić posłuszeństwa i wyląduje nosem we własnych wymiocinach. Odsunęła się, dalej na klęczkach, byle dalej od zapachu treści żołądkowej… Wytarła usta drżącą dłonią, wdzięczna, że Maeve przytrzymała jej włosy, ale i straszliwie zawstydzona, że ta zobaczyła ją w tak krępujących okolicznościach.
– Dziękuję – zaczęła, drżącym głosem. Obrzydliwe uczucie w buzi dręczyło ją teraz bardziej niż nudności; te niemal całkowicie minęły. Zaczęła żałować, że robiła Maeve awantury o panienki do towarzystwa, kiedy chyba wyłącznie jej upodobanie do kobiet upadłych sprawiło, że teraz od niej nie uciekła. – Chyba dostałam choroby lokomocyjnej od tych naszych… Emocjonalnych zawirowań – stwierdziła, uciekając się do flirtu, bo nie mogłaby inaczej spojrzeć Maeve w oczy, jeszcze by się rozkleiła, już teraz czuła, jak pieką ją oczy, a tak, uniosła głowę z godnością – na tyle, na ile godności może mieć rozchełstana wila, która zwróciła śniadanie, próbując obłapiać swoją kochankę.


Yes, I am a master
Little love caster
femininomenon
I'm never gonna please the crowd
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
wiek
25
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
dla rodziny głównie
Nie da się Mewy opisać, bo jest metamorfomagiem. Nikt nie wie, jak tak naprawdę wygląda, bo zmienia wygląd jak rękawiczki. Nie tylko wybitnie często podszywa się pod innych, ale też manipuluje aparycją nawet gdy pozostaje przy własnej tożsamości, bo chce w oczach innych utrzymać pewne wrażenie. W jej codziennym wyglądzie da się znaleźć kilka cech wspólnych: azjatyckie rysy, zwykle czarne włosy średniej długości, chłopięcy ubiór. Nosi się - i poniekąd zachowuje - jak bad boy, ewidentnie nie próbując nigdy być damą. Zawsze da się ją poznać po zadziornym spojrzeniu oraz ostrym sposobie wypowiedzi. No i tej bezczelnej pewności siebie.

Maeve Chang
#3
26.04.2024, 00:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2024, 01:54 przez Maeve Chang.)  
Jęknęła z boleścią w głosie, prawie tak, jakby chciała powiedzieć och, kochanie, nazwać ją biedactwem; tym razem jęk miał inny wydźwięk niż jeszcze chwilę wcześniej, kiedy Raine tak czule całowała jej dłoń, a jednocześnie zaciekle próbowała odsłonić skryte pod zwiewną sukienką ciało. Przed oczyma wciąż miała obraz nieporadnie rozwiązywanych wstążek, ciągle czuła ciepło rozedrganych ust, czuła gęsią skórkę pod własnymi palcami. Gdyby nie miała rąk pełnych roboty, zapewne próbowałaby wyciągnąć je przed siebie i spróbować pochwycić tę ułudę, fatamorganę, która niechybnie rozpłynęłaby się pod jej palcami. Dziwne było życie, dziwne, jak szybko obracały się losy - choć wciąż trzymały się kurczowo za ręce, teraz nie było już to zabarwione pożądaniem, nie było tu krzty romantyzmu. Jedynie niema obietnica pozostania obok i w zdrowiu, i w chorobie, objawiona zawsze dostępnym wsparciem silnego ramienia Maeve.
Upewniwszy się, że żaden złocisty kosmyk nie wpadnie przed oblicze Lorraine i nie zostanie zbezczeszczony tym, co właśnie targało jej trzewiami, wolną ręką objęła ją w pasie. Luźno, nie chcąc pogarszać sprawy, ale też pragnąc być blisko. Sama też zaczęła czuć się nieco źle, ale nie fizycznie; zamiast żołądka zdawało się odzywać poczucie domniemanej winy. Ale czym? Tym, że nie zauważyła złego samopoczucia ukochanej wcześniej? A może tym, że chciała ją w takim stanie wykorzystać, i to nawet nie w łóżku, a za pierwszym lepszym drzewem?
A może podskórnie wyczuwała powód tego wszystkiego, może wiedziała w głębi serca, że nie była w stanie dać jej tego, czego jeszcze przed chwilą tak płomiennie pragnęła?
- Nie jesteś, przestań - odpowiadała tak samo na każde zapewnienie Lorraine, że jest najgorsza i najobrzydliwsza pod słońcem, choć tak naprawdę chciała powiedzieć, że jeśli tak, to było ich dwie. Mewa co prawda nie zwracała śniadania prosto w kwiat paproci, ale prawie zbałamuciła kogoś, kto równie dobrze mógł być czymś otumaniony i jej struty organizm próbował teraz się ratować. Głaskała wilę po głowie, raz po raz wplatając palce w jej włosy; cierpliwie czekała, aż się jej polepszy, nawet jeśli miałaby tu ich północ zastać razem z potworami czyhającymi pod osłoną leśnej nocy. Przeszło jej nawet przez myśl, że może dobrze, że Lorraine tyle rzygała, bo przynajmniej nie widziała, że Chang też teraz wygląda jakby była z krzyża zdjęta.
- Przepraszam. - Nietypowa reakcja na podziękowania, ale gdyby tego nie zwerbalizowała, nie zasnęłaby w nocy. - Jestem głupia, powinnam była wcześniej zauważyć, że ci słabo. Emocje... wzięły nade mą górę - dodała skruszona, na moment uciekając wzrokiem. Podrapała się po karku, niezręcznie i drętwo, po czym znowu spojrzała na Lorraine. Uśmiechnęła się z wyraźną dozą litości i miłości, widząc, że nadal jest ubrudzona. Nie przejmowała się tym jednak zbytnio; bez żadnego ale rozpostarła ramiona, by zdecydowanym gestem przyciągnąć do siebie umęczoną wiłę i zamknąć ją w swoich objęciach.
- Musimy znaleźć jakąś rzeczkę, ewentualnie potok. Trzeba cię umyć, księżniczko - nie mogła powstrzymać się od chichotu mówiąc to, zmarnowana i zawstydzona sytuacją Malfoy wydała jej się niebywale urocza. Podniosła dłoń i położyła ją płasko na głowie dziewczyny, zastygając na chwilę w takiej pozie.
- Ale zanim to zrobimy, powiedz mi: lepiej ci już? - Odsunęła Raine lekko od siebie i przechyliła głowę, by móc spojrzeć na jej twarz raz jeszcze. - Czujesz nadchodzącą powtórkę z rozrywki? W ogóle co się stało, zjadłaś coś dziwnego? Nie jadłaś w Głębinie? Jesteś pewna, że nikt ci niczego nie dosypał dzisiaj? Nie szlajałaś się nigdzie? - Zaczęła wypytywać bez żadnej przerwy na ewentualną odpowiedź dziewczyny. Przerwała dopiero wtedy, kiedy złapała się na tym, że w ten sposób o problemy wypytuje ją matka. Wow, pomyślała, próbując się ocucić z tej niepożądanej transformacji. Najpierw wyrzuty sumienia z powodu prób obłapiania, a teraz matkowanie? Czyżby naprawdę straciła dla niej głowę tak mocno, że wyrastał jej kręgosłup moralny?


I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#4
15.09.2024, 18:11  ✶  
”Musimy znaleźć jakąś rzeczkę albo potok. Trzeba cię umyć, księżniczko.” 

– Trzeba mnie utopić – wyjęczała w odpowiedzi Lorraine, wycierając z obrzydzeniem usta. Męczeńsko uwiesiła się na szyi Maeve, szukając w jej ramionach ucieczki przed niewygodnymi pytaniami. Mdłości i inne dziwne sensacje ustąpiły z chwilą, gdy skończyła wymiotować – opróżniwszy do cna zawartość żołądka – ale wstyd wciąż rozlewał się po jej policzkach niezdrowym rumieńcem. Przylgnęła do Maeve – wstrętna niczym pasożytnicza huba pleniąca się na wyniosłym pniu – skuliła się w ramionach kobiety, głodna miłości, uwagi i ciepła, jak jemioła oplatająca tęsknie wiotkie gałązki młodej lipy – świętego drzewa pogańskich bogów: greckiej Afrodyty i rzymskiej Wenus. Słodki zapach kwiecia miododajnych lip unosił się w powietrzu, a palce Lorraine lepiły się od pokrywającej liście klejącej spadzi. Dookoła brzęczały pszczoły, których błoniaste skrzydła rozszczepiały promienie słońca przenikającego między koronami drzew: świetlne refleksy padały na twarz Maeve, upodabniając ją do driady ze skórą rozmigotaną niczym leśna ściółka. Lorraine chciała położyć się w tej ściółce i umrzeć. Chciała stać się jednością z poszyciem, pozwolić zwierzętom rozwlec swe kości, a krew – wypić korzeniom lipy: tej samej, z której swój rodowód brał nierealnie piękny miraż driady. A jednak, jesteś prawdziwa, pomyślała Lorraine, przytulając policzek do ramienia Maeve, i jesteś moja. 

Kręciła tylko głową na kolejne pytania. Była na siebie wściekła. Nie chciała, żeby ukochana widziała jak bardzo jest zmieszana całą sytuacją. Nie chciała, żeby się martwiła – Lorraine dawno już przestała wkładać palce do gardła, żeby w zaciszu toalety zwymiotować to, co ciążyło jej na żołądku i na duszy – nie chciała teraz składać tego ciężaru na barki Maeve: nie chciała, żeby ta czuła się tak, jakby nieustannie dźwigała na plecach niewidzialny balast w postaci głupich problemów Lorraine. 

– Nie masz za co przepraszać – zapewniła ciepło. – To nie ty narzygałaś na kwiat paproci, najdroższa. – Uśmiechnęła się nieco wymuszenie na swój żart, ale nie miała czasu użalać się nad sobą, bo na pytanie “czy nie jadłaś w Głębinie?”, kąciki jej ust mimowolnie powędrowały do góry. 

Rozejrzała się dookoła. Otaczał je las, ale na ile orientowała się w lokalnej topografii, nie mogły być z Maeve daleko od rodowej posiadłości Malfoyów. Od domu, poprawiła się z rozmysłem – jakże dziwnie brzmiało to słowo w odniesieniu do Malfoy Manor – ojciec nigdy nie przestał nazywać tego miejsca “domem”, ale Lorraine nie czuła podobnego przywiązania do Wiltshire: teraz Nokturn był jej domem. Choć smugi słońca przebijającego leśne sklepienie opromieniały nieśmiało wychylające z gruntów pamięci miłe wspomnienia z lat dzieciństwa, w ciemnym gąszczu zaczarowanych drzew czaiły się rzeczy, o których Lorraine wolała zapomnieć: choćby to, że okoliczne puszcze były ojczyzną jej matki-wiły. Tutejsze drzewa były stare, starsze może nawet od magicznego lasu otaczającego posiadłość Malfoyów, ale Lorraine wątpiła, by przez te wszystkie lata – pozostawiające na twarzach pokrytych korą wyżłobienia przypominającymi zmarszczki – były świadkami wspanialszego romansu niż ten, który właśnie rozgrywał się na ich oczach.

– Chciałam zaciągnąć cię w łan kwiatów, żeby móc powiedzieć, że zerwałam ten, który pachnie najsłodziej – wyznała Lorraine, ująwszy czule dłonie Maeve. Pokręciła znów głową, przymykając na chwilę oczy, wiem, zdawała się mówić, kreśląc kciukami kółeczka na powierzchni skóry kobiety, ale wysłuchaj mnie do końca. Starała się nie myśleć o opętańczych wizjach, które zesłały jej wonne kwiaty, ale kiedy zaczęła wyrzucać z siebie wreszcie słowa, nie mogła przestać. – Ostatnio cię zaniedbywałam, dlatego chciałam, aby ten dzień był wyjątkowy. – Nie wyszło, zdawały się mówić smętnie zwisające tasiemki gorsetu. – Pozwól mi to naprawić. Wile podobno lubią wodę: może wystarczy, że zakręcisz mną w miejscu, i jak igła kompasu wskażę drogę do najbliższego akwenu?   



Yes, I am a master
Little love caster
femininomenon
I'm never gonna please the crowd
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
wiek
25
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
dla rodziny głównie
Nie da się Mewy opisać, bo jest metamorfomagiem. Nikt nie wie, jak tak naprawdę wygląda, bo zmienia wygląd jak rękawiczki. Nie tylko wybitnie często podszywa się pod innych, ale też manipuluje aparycją nawet gdy pozostaje przy własnej tożsamości, bo chce w oczach innych utrzymać pewne wrażenie. W jej codziennym wyglądzie da się znaleźć kilka cech wspólnych: azjatyckie rysy, zwykle czarne włosy średniej długości, chłopięcy ubiór. Nosi się - i poniekąd zachowuje - jak bad boy, ewidentnie nie próbując nigdy być damą. Zawsze da się ją poznać po zadziornym spojrzeniu oraz ostrym sposobie wypowiedzi. No i tej bezczelnej pewności siebie.

Maeve Chang
#5
28.09.2024, 01:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2024, 01:54 przez Maeve Chang.)  
Uniosła brew, słysząc marzenie o ostatnim w życiu abordażu. Podejrzewała skąd mogły się brać myśli suicydalne u Lorraine w tym momencie, przeczuwała, że potęgowane były wstydem, ale nie rozumiała, skąd wziął się w takiej ilości - dla Mewy wymiotowanie po dobrej zabawie było niczym dziwnym. Wręcz przeciwnie, na Nokturnie takie zwieńczenie imprezy było naturalną koleją rzeczy.
- Generalnie to twoje życzenie jest moim rozkazem - rozpoczęła, brzmiąc na nieco skonfundowaną. A może tylko usilnie kryła rozbawienie? - Ale musisz mi obiecać, że po śmierci będziesz mnie intensywnie nawiedzać. - Nie wytrzymała; parsknęła cichym śmiechem pod nosem, nie mogąc nie obrócić w żart tego dramatyzmu. Naprawdę nie odbierała niestrawności Lorraine jako czegoś obrzydliwego, ot, naturalna reakcja organizmu na zbyt wiele wrażeń. Może z perspektywy Maeve była nawet, o zgrozo, mile widziana - będąc świadkiem buntu wilego ciała uświadamiała sobie, że jasnowłosa pozostaje w dużej mierze człowiekiem, a nie istotą boską. Jej słabość przypominała Mewie, że jej ukochana jest śmiertelna, namacalna, delikatna. Że jest osiągalna. 

Przyciągnęła Lorraine bliżej, pozwalając jej przylgnąć do siebie jak do kotwicy, która miała ją utrzymać w tej rzeczywistości, kiedy czuła się, jakby odpływała. Maeve pogładziła ją po plecach, jej dotyk był delikatny, pełen zrozumienia, ale także stanowczy, jakby chciała pokazać, że jest tutaj - solidna, stabilna, niezachwiana.
Uśmiechnęła się lekko, słysząc słowa Lorraine, choć wiedziała, że za tymi próbami humoru kryje się więcej. Jej palce błądziły po ramionach kobiety, próbując ją uspokoić, jakby chciała powiedzieć bez słów: Jestem tutaj. Zawsze będę.
- Niby nie ja - przyznała, wzdychając. Życzyła sobie w tej chwili, aby Lorraine przestała się już tak biczować. - Niemniej, mogę do ciebie dołączyć, jeśli będzie ci wtedy raźniej. To żaden problem, wiesz, dwa palce w Natalce i samo pójdzie... - zaczęła paplać, wskazując złączonymi ze sobą palcami, wskazującym i środkowym, na własne gardło, żeby zaprezentować, jak łatwo może dołączyć do olimpiady w rzyganiu. Nie czuła się skrępowana w żadnym wypadku, ani wizją, ani własnymi słowami. Jeśli Lorraine dzięki temu miałaby się poczuć lepiej na duchu, ośmieszenie się było śmiesznie niskim kosztem.

Pozwoliła, aby Lorraine całkowicie się do niej przytuliła. Otaczał je las, jego majestat odbijał się w myślach Maeve, która przez chwilę dała się ponieść jego tajemniczości. Stare drzewa zdawały się skrywać w sobie historie niezliczonych pokoleń, a wśród nich Lorraine i ona, połączone czymś, co wykraczało poza zwyczajne uczucia.

Maeve rozejrzała się wokół, przyglądając się tutejszym drzewom z szacunkiem. Wiedziała, że Lorraine ma swoją własną historię związaną z tym miejscem, że tutejsza ziemia, przesiąknięta magią i przeszłością, była częścią jej dziedzictwa. Malfoy Manor - to słowo odbijało się w myślach Maeve z odcieniem chłodnej formalności. Posiadłość, która dla wielu była symbolem bogactwa i władzy, dla Lorraine stała się jedynie pustym budynkiem, pozbawionym ciepła, którego potrzebowała. Maeve rozumiała tę skomplikowaną relację. Nokturn, choć teraz należał do ich codzienności, również nie dawał jej tego poczucia przynależności. Dom nie był miejscem - był osobą. Domem było to, gdzie znajdowała Lorraine.

Zgubiła się na moment w tym wspomnieniu, w tej refleksji, gdy Lorraine delikatnie uniosła jej dłonie, jakby chciała ją zakotwiczyć w teraźniejszości. Ciepłe palce Lorraine pieściły jej skórę, rysując kółka, działając na Maeve kojąco. Jej słowa, mimo poczucia winy i wstydu, miały w sobie coś słodkiego, coś, co pozwalało Maeve wierzyć, jak bardzo Lorraine ją kochała.
Teraz przyciągnęła Lorraine bliżej, jej oddech był spokojny, a serce biło równomiernie. Słyszała w jej słowach przeprosiny, ale nie chciała, by Lorraine czuła się winna. Zaniedbywanie? Maeve nie odczuwała tego w ten sposób. Raine miała swoje własne demony, swoje własne zmagania, które często stawały między nimi. Ale Maeve była cierpliwa, bo rozumiała - Malfoy nie była idealna, tak jak i ona nie była.

- Zaufaj mi, ten dzień jest wyjątkowy - oznajmiła, unosząc brwi i ewidentnie próbując się nie zaśmiać w głos. Nie mogła przecież skłamać; jak miałaby zapomnieć chwilę, w której jej dziewczyna zaczyna wymiotować tuż po całowaniu się z nią? Będzie to opowiadać wnukom swoich sióstr. - Ale dobrze, sprawdźmy, czy przesądy mają pokrycie w rzeczywistości. - Maeve uśmiechnęła się zadziornie, w jej oczach zatańczyła iskierka rozbawienia. Powoli uniosła rękę Lorraine, ich palce splecione jak nici tworzące niewidzialną więź, której nie dało się przerwać. Zatrzymała się tak na krótki moment, w milczeniu, które było jak cichy szept lasu wokół nich. Maeve miała wrażenie, że czas zwalnia, pozwalając im na chwilę zapomnienia, na moment, który należał tylko do nich.

Podniosła ich splecione dłonie wyżej, nad głowami, w gest, który mógłby przypominać początek tańca. Pozwoliła podążyć Lorraine za swym ruchem z naturalną gracją, a następnie patrząc w jej oczy, delikatnie poprowadziła ją do piruetu. Wiła zaczęła się obracać, a Maeve obserwowała, jak sukienka Lorraine rozlewa się wokół jej nóg jak płynna tkanina, przypominająca taniec wiatru między drzewami. Światło przebijało się przez liście, migocząc na ich skórze jak drobne iskierki magii, które otulały ich w tej chwili bliskości.
Maeve trzymała jej dłoń pewnie, ale delikatnie, pozwalając Lorraine na swobodę ruchu, jednocześnie dając jej poczucie bezpieczeństwa. Obserwowała z miłością, jak obracała się, a jej włosy wirowały wokół twarzy, miękko lśniąc w blasku słońca. W tym momencie Maeve czuła, jakby obie były częścią jakiegoś pradawnego rytuału, w którym ich ciała współgrały z rytmem natury.

Kiedy Lorraine kończyła obrót, Maeve delikatnie przyciągnęła ją z powrotem do siebie, ich dłonie wciąż splecione, ich oddechy zsynchronizowane.
- I jak, czujesz zew pobliskiego strumienia? - Zapytała, a jej głos przeszedł w pomruk. Uśmiechnęła się, obserwując reakcję wiły z góry; może nie powinna była kręcić kimś, kto dopiero co zwrócił zawartość żołądka, ale nie mogła się oprzeć.


I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#6
16.11.2025, 14:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.11.2025, 14:49 przez Lorraine Malfoy.)  
"Ale musisz mi obiecać, że po śmierci będziesz mnie intensywnie nawiedzać."

– Mhm. Obiecuję – wymruczała w odpowiedzi Lorraine, odgarniając z twarzy spocone kosmyki blond włosów, po to tylko, żeby nieśmiałym, niepewnym nieco ruchem założyć je sobie za ucho. Zachowywała się trochę tak jak gdyby odgrywała rolę jakiegoś zahukanego dziewczęcia, przerażonego własną pożądliwością. Na jej twarzy pojawiła się bowiem poważna mina sugerująca zatopienie w głębokich rozważaniach... A jednak w oczach Lorraine skakały chochliki. Maeve bardzo dobrze wiedziała, że zaraz z jej ust padnie coś niewyobrażalnie wręcz nieprzyzwoitego. – Obiecuję uroczyście, że będę cię nawiedzać. I bardzo namiętnie jęczeć ci do ucha za każdym razem, jak zobaczę cię z jakąś rusałką, czy tam inną strzygą. A w tym twoim Kościanym będą musieli zatrudnić cały sztab egzorcystów, żeby się mnie pozbyć. Będę gorsza niż najgorszy poltergeist. – Maeve prychnęła wcześniej śmiechem, więc, chcąc nie chcąc, uśmiech powoli przebijał się też i na twarz Lorraine. – Zalęgnę się w twoim łóżku, bo wtedy... – dodała już czulej, pozwalając przyciągnąć się bliżej. – Wtedy będę szeptała ci bajki na dobranoc. A po przebudzeniu odciskała zimne pocałunki na czole. Za dnia będę świetlnym powidokiem, odpryskiem słońca na ścianie twojej sypialni. Nocami zaś będę cię porywać. Będziemy tańczyć po napowietrznym kobiercu z księżycowej łuny. – Bo duchy, ukochana, zdawały się mowić oczy Lorraine, umieją latać prawie tak samo dobrze jak mewy. – A gdy znudzi się nam Nokturn, znajdę nam nawiedzony zamek i przegonię jego mieszkańców, grając Bacha na widmowych organach. I będziemy żyły... – Teraz i Lorraine zaśmiała się, bo przecież zapomniała, że opowiada historię o duchach. Więc może powinna powiedzieć "nie żyły"? Nie zastanawiała się nad tym długo, bo gdy Maeve przyciagnęła ją do siebie, wszystko to nagle przestało mieć dla Lorraine jakiekolwiek znaczenie. – ...Długo i szczęśliwie – dokończyła szeptem, wtulając się w Maeve.

Obietnice składane pod gołym niebem zawsze zdawały się trwalszymi, wyznania prawdziwszymi. Może powodowała to bliskość natury, w której Lorraine widziała przecież łono swej bogini. Gdy jednak naparła swym łonem o Maeve, zdawała się być bez tchu, chociaż obrót, jaki ukochana pozwoliła jej wykonać w miejscu był powolny, przypominający lot opitej miodem pszczoły, pijanej słodyczą. Tym razem Lorraine wiedziała, że sensacje nie były spowodowane przeklętym wiankiem. Tak, była zakochana. Gdyby nie ta nagła realizacja, niechybnie rozkleiłaby się dlatego tylko, że Maeve była dla niej miła. Bo Lorraine była czasem bardzo żałosnym i głupiutkim stworzeniem, nieodżałowaną potomkinią wili, w których naturze leżał przecież pociąg do dramatyzmu i skrajności. Skrajne były ich emocje, natura zmienna, a niekiedy wręcz wybuchowa... Może dlatego w głowie Lorraine wszystko to było przez chwilę elegią Ofelii, która rzuca się do strumienia, żeby umknąć przez swym wstydem. Już napisała scenę swojej śmierci, w której tonie pośród kwiatów, śpiewając dramatyczną pieśń o swej sromocie. Już gotowa była ją zaprezentować... Ale wtedy Maeve rzuciła żartobliwie "mogę do ciebie dołączyć, jeśli będzie ci wtedy raźniej", demonstrując przy tym prawidłową technikę wywoływania wymiotów palcami. Lorraine, zdecydowanie już nie smutna, ale wciąż, co prawda, zawstydzona, skryła wówczas twarz w zagłębieniu jej obojczyka, odciskając na nim czuły pocałunek. Była zakochana. Jakie to było głupie. Miała ochotę powiedzieć o tym ziemi i wodzie. Wykrzyczeć to ptakom, niech poniosą wieść wiatru. Wyznać swą miłość drzewom, szepnąć o niej kwiatom. Czy gdyby jej szept usłyszały jej siostry, dzikie wile, czy śmiałyby się z niej, czy razem z nią? Ale gdy obracały się w kółko wraz z Maeve, myślała tylko o jej śmiechu, który wciąż czaił się w kąciku jej ust, w nieco zarumienionych policzkach niczym rosa na płatkach kwiatu.

– Czuję – westchnęła Lorraine, a jej blade zwykle policzki zapłonęły. Przymknęła oczy, po czym wzięła głęboki oddech, jak gdyby wszystkimi zmysłami próbowała zbliżyć się do ich celu. Czy raczej... Do Maeve. – Czuję – powtórzyła, sunąc ręką wzdłuż jej szyi, a pogłaskawszy najpierw policzek ukochanej, ujęła delikatnie jej podbródek, aby obrócić jej twarz we właściwą stronę. – Pójdź ze mną w las – wyszeptała. – Wtedy ty też... Poczujesz. Chcę zebyś poczuła. Pójdź ze mną. Proszę.

Koniec sesji


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorraine Malfoy (2812), Maeve Chang (2012)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa