Klub Rose Noire
Murtagh & Laurent
Istniał czas, w którym włamanie się do czyjegoś umysłu sprawiało mu trudność. Nie aspekty techniczne - mogło się wydawać, że Macmillan urodził się z naturalnym darem w tym kierunku - a raczej moralność używania tej sztuki. Istniał czas, kiedy zdawało mu się, że wnikanie w czyjś umysł odzierało z godności nie tylko ofiarę, ale także i jego. Czyniło go podatnym na atak w odwecie, czyniło go intruzem, który niechciany jak pasożyt wnikał do myśli i duszy. Bał się, że tą ciemność, która go otaczała w pierwszych sekundach po rzuceniu czaru, przeniesie do umysłu swojej ofiary. Zakazi nią i spaczy, pozostawiając czarną smugę - pamiątkę po swoim nikczemnym czynie.
Od tego czasu minęło wiele dni i wiele włamań. Z każdą kolejną ofiarą Murtagh coraz wyraźniej dostrzegał, że osoby, które inwigiluje często nie są wiele lepsze od niego samego. Nosiły w sobie ukrywane, wstydliwe wspomnienia haniebnych czynów i odrażających myśli. Robiły rzeczy, którymi otwarcie gardziły, przekonane, że nigdy nie zostaną z nich rozliczone. Kiedy to zrozumiał, poczuł, że w tym co robi jest drugie dno, misja, znana tylko jemu i głosowi jego przodka, zasiadającemu w jego umyśle. Miał być mrocznym katem, sędzią tych, którzy pozostawali bezkarni wobec wszystkich innych. Nie miało znaczenia, że używał swoich umiejętności na rozkaz, że po prawdzie nie był wiele lepszy od szlam i szlamojebców czy po prostu od zwykłego rynsztoku moralnego, który tak wyniośle postanowił rozgrzeszać i sądzić. Wiedział, czuł to w duszy, że zasługuje na coś lepszego i większego niż służba Szefom i Baronom. Mógłby - stanie się - stać się jednym z nich, jeśli tylko będzie wystarczająco zdeterminowany. A tymczasem będzie wykonywał swoje polecenia i rozkazy, czekając na odpowiedni moment.
Kiedy Dante poprosił go, żeby sprawdził pewien trop podejrzeń, które zagnieździły się w jego myślach w stosunku do jednego z "pracowników", Murtagh skinął głową. Nie musiał wiedzieć kto to, żeby się zgodzić. Nie miało to znaczenia. Był gotowy zniszczyć każdego, jeśli tak właśnie Dante sobie zażyczy - to właśnie bezkrytyczna lojalność pozwoliła mu się tak zbliżyć do mężczyzny i awansować w klubie. Kiedy baron mówił szczekaj - szczekał. Kiedy mówił gryź - gryzł. A gdy mówił wyciągnij brudy - wyciągał. Nie sprawiało to, że Macmillan był popularny wśród współpracowników czy ludzi Nokturna ale sprawiało, że się go obawiali. Zdążył już wyrobić sobie pewną reputację jako Grzechotnik - zawistna bestia, której smycz mocno trzymał Dante i pozwalał mu kąsać tych, którzy zaszli mu za skórę.
Włamywanie się do cudzych umysłów kiedyś było trudne, choć teraz przychodziło mu już naturalnie. Włamywanie się do pomieszczeń było w porównaniu dziecięcą zabawą. Zamek jednej z sypialni w Klubie ustąpił z lekkim chrzęstem a Macmillan wszedł do pomieszczenia, rozglądając się po nim z zainteresowaniem. Lubił wiedzieć więcej o swoim obiekcie, zanim przystąpił do przesłuchania. I chociaż kojarzył właściciela pokoju z widzenia - jak wszyscy w Rose Noire - to miał zasadę wedle której nigdy nie zbliżał się do "towaru" Dantego niezależnie czy mowa była o faktycznym towarze, czy o ludziach. Jeśli jednak miał chłopaka złamać, pomocnym było znać jego słabe strony. Może miał rodzinę, do której tęsknił? Może kochał skrycie kogoś? Może oszczędzał marne grosze, które otrzymywał, żeby kiedyś uciec i założyć... Cukiernię? Tego właśnie Macmillan próbował się dowiedzieć przeglądając zawartość pokoju i czekając, aż Laurent wróci.
W końcu usiadł na jedynym w pomieszczeniu krześle, założył nogę na nogę i odchylił głowę, opierając plecy na oparciu. Ubrany był od stóp do głów w czerń, poza srebrno-zieloną broszą z wężem, przypiętą na klapie marynarki. I choć jego strój przypominał bardziej biznesmena niż bodyguarda, to wszystko było w nim funkcjonalne. Rękawiczki chroniły przed zabrudzeniem dłoni. Buty, skórzane lecz miękkie i wygodne, pozwalały na szybkie i precyzyjne ruchy. Spodnie, prasowane w kant, ukrywały kaburę na różdżkę i mięśnie jego ud. Do skórzanego paska przytroczone były pokrowce z dwoma sztyletami. Czarny golf leżał na nim niczym druga skóra, zaś marynarka dopełniała całego zestawu. Wyglądał niczym Anioł Śmierci - piękny w ten niepokojący, morderczy sposób.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London