09.04.2024, 08:39 ✶
Brenna spojrzała na Prewetta trochę skonsternowana. Jej wiedza przyrodnicza pozostawała znikoma, tak mniej więcej na poziomie absolwenta Hogwartu, a ani na zielarstwie, ani na opiece nad magicznymi stworzeniami nie wspomniano ani słowem o tym, że robaki mogą mieć uszy na kolanach. Kobieta opuściła wzrok na pana Collinsa, szukając tych uszu na kolanach, ale niestety, nie była w stanie nawet zlokalizować kolan. Nie mówiąc już o uszach.
– To całe szczęście, że pan Collins nie skończy jednak jak pan Samsa. Zwłaszcza, że jego żona chyba nic nie zrobiła poza tym, że trochę spanikowała… – powiedziała tylko na to "nie bycie prawdziwym stawonogiem", bo coś się jej kojarzyło z tych przerzuconych stron, że tamten robakoczłowiek został zamknięty w piwnicy i chyba nawet umierał, ale tego już nie mogła sobie przypomnieć. Znacznie lepiej pamiętała taką Dumę i uprzedzenie (te intrygi balowe i szukanie mężów były dziwnie znajome, a podobno mugole i czarodzieje czystej krwi nie mieli niczego ze sobą wspólnego...), a jeszcze lepiej Tolkiena.
– Masz to w jak banku Gringotta – obiecała, a kiedy Basilius zaczął rzucać zaklęcia i sięgać po kolejne specyfiki, nietypowo dla siebie umilkła zupełnie i nawet zamarła w bezruchu, żeby przypadkiem uzdrowiciela nie rozpraszać. Panna Smith zapewne nie zgodziłaby się, że pan Collins nie zasługuje na los wielkiego robaka, ale Brennie zależało jednak, aby odzyskał ludzką formę. I to nie tylko dlatego, że nie istniały procedury na aresztowanie… jak to Basilius ujął? Stawonogów?
Wyjęła różdżkę, tak na wszelki wypadek. Cofnęła się jeszcze o dwa kroki – nie chciała, aby mgiełka rozpylana na panu Collinsie przypadkiem trafiła na nią, była trochę nieufna wobec eliksirów, które miały odmienić wielkie robaki z powrotem w ludzi.
– Em… chyba przeklinał – powiedziała, mierząc pacjenta nieco podejrzliwym spojrzeniem. Śluz znikł, a skóra wyglądała już prawie ludzko, ale… tak poza tym to wciąż był wielkim robakiem i ludzka mowa wydostająca się z otworu gębowego brzmiała jakoś niewłaściwie.
Brenna przysunęła się nieco do Basiliusa i pochyliła ku niemu, by kolejnego pytania przypadkiem nie usłyszał pan Collins, swoimi uszami położonymi być może na kolanach.
– Może rzucić na niego jakiegoś konfundusa albo go uśpić? – zapytała szeptem. Nie rzucała zaklęć, bo nie miała pojęcia, czy nie wejdą w jakiejś dziwne reakcje z… no byciem robakiem… ale pacjent przytomny i przeklinający podczas takiej procedury odrobinę ją przerażał.
– To całe szczęście, że pan Collins nie skończy jednak jak pan Samsa. Zwłaszcza, że jego żona chyba nic nie zrobiła poza tym, że trochę spanikowała… – powiedziała tylko na to "nie bycie prawdziwym stawonogiem", bo coś się jej kojarzyło z tych przerzuconych stron, że tamten robakoczłowiek został zamknięty w piwnicy i chyba nawet umierał, ale tego już nie mogła sobie przypomnieć. Znacznie lepiej pamiętała taką Dumę i uprzedzenie (te intrygi balowe i szukanie mężów były dziwnie znajome, a podobno mugole i czarodzieje czystej krwi nie mieli niczego ze sobą wspólnego...), a jeszcze lepiej Tolkiena.
– Masz to w jak banku Gringotta – obiecała, a kiedy Basilius zaczął rzucać zaklęcia i sięgać po kolejne specyfiki, nietypowo dla siebie umilkła zupełnie i nawet zamarła w bezruchu, żeby przypadkiem uzdrowiciela nie rozpraszać. Panna Smith zapewne nie zgodziłaby się, że pan Collins nie zasługuje na los wielkiego robaka, ale Brennie zależało jednak, aby odzyskał ludzką formę. I to nie tylko dlatego, że nie istniały procedury na aresztowanie… jak to Basilius ujął? Stawonogów?
Wyjęła różdżkę, tak na wszelki wypadek. Cofnęła się jeszcze o dwa kroki – nie chciała, aby mgiełka rozpylana na panu Collinsie przypadkiem trafiła na nią, była trochę nieufna wobec eliksirów, które miały odmienić wielkie robaki z powrotem w ludzi.
– Em… chyba przeklinał – powiedziała, mierząc pacjenta nieco podejrzliwym spojrzeniem. Śluz znikł, a skóra wyglądała już prawie ludzko, ale… tak poza tym to wciąż był wielkim robakiem i ludzka mowa wydostająca się z otworu gębowego brzmiała jakoś niewłaściwie.
Brenna przysunęła się nieco do Basiliusa i pochyliła ku niemu, by kolejnego pytania przypadkiem nie usłyszał pan Collins, swoimi uszami położonymi być może na kolanach.
– Może rzucić na niego jakiegoś konfundusa albo go uśpić? – zapytała szeptem. Nie rzucała zaklęć, bo nie miała pojęcia, czy nie wejdą w jakiejś dziwne reakcje z… no byciem robakiem… ale pacjent przytomny i przeklinający podczas takiej procedury odrobinę ją przerażał.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.