• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[30.06.1972] Wash Away | Geraldine & Esmé

[30.06.1972] Wash Away | Geraldine & Esmé
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#1
06.04.2024, 04:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 23:28 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic IV

Niekiedy nie trzeba było nawet wchodzić w interakcję z Esmé, aby zrozumieć, że jest on, eufemistycznie rzecz ujmując, specyficznym jegomościem. Niczym bohater taniej opowieści - miał swoje specyficzne upodobania, które oczywiście były absurdalne dla zwyczajnego, szarego człowieka, jakoby specjalnie, by podkreślić unikatowość takiej persony, jaką przecież był. No bo naturalnie, że był. Niezależnie jakby ugryźć temat - Rowle był dziwakiem. Tak po prostu. To co go odróżniało od innych dziwaków, to fakt, że swoją dziwność nosił z dumą. Był zupełnie szczery w swej specyficzności. Kochaj mnie lub nienawidź - mi to obojętne. Reaguj.

Ta cecha nazywana była bardzo tajemniczo i, ponownie, eufemistycznie - nonszalancją. Łamaniem schematów bez przejmowania się konsekwencjami. Jak wiele rzeczy było owijanych w ładne słówka, by nie brzmiały... zwyczajnie durnie. Głupio. Bo żaden mądry człowiek nie uśmiechał się do siebie, gdy słyszał dudnienie oddalonych grzmotów. Nikt inteligentny nie planował gdzie wyruszy, by zaznać burzy najlepiej, poczuć jej moc. Nikt o zdrowych zmysłach nie zamierzał wychodzić w taką pogodę dla zwyczajnej frajdy. Bez dodatkowego okrycia, zdany na bezlitosną pogodę.

I po co to wszystko? Dobre pytanie. Rzemieślnik, gdyby zapytany, najpewniej wzruszyłby ramionami, rzucając od niechcenia "to ciekawe". I... tyle. Burze były ciekawe. Były tym ciekawsze, że burzę poprzedzała cisza. Słynna cisza. Cisza ta odbijała się nie tylko w naturze, chociaż... człowiek przecież był zwierzęciem. Cisza odbijała się również w ludziach. W klientach dokładniej, którzy tym mniej chętnie zamierzali nawiedzić nieco śmierdzącą pracownię "mistrza" Rowle. Mistrz. Bardzo przyjemne określenie na zdziwaczałego kaletnika używane przez parę starszych dżentelmenów, którzy stanowili, z jakiegoś powodu, stałą klientelę Skóry i Kości. I to nie tak, że gdy pogoda była piękna, to interes rzemieślnika pękał w szwach. Właściwie... niewiele się zmieniało, ale gasła nadzieja, że zaraz ktoś wejdzie i złoży specyficzne zamówienie.

Dlatego i tym razem, gdy pierwsze grzmoty uderzyły blisko, a chmura się zerwała, to i Esmé się zerwał, lecz z fotela. Wyczekując tego momentu w bardzo dziecinny sposób. I tyle frajdy było naprawdę czymś, w piekielnie nudnym życiu jakie wiódł. Nudnym w odczuciu jego właściciela. Naprawdę nie miał uzasadnienia dlaczego lubił burze. Ciekawość to jedyne co przychodziło mu do głowy. Ekscytacja. Ale dlaczego? Najpewniej z zaciekawienia.

Nie ubierał się na tę pogodę. Ubierał się tak, jakby wychodził na zwyczajny spacer. Brudną od pracy koszulę zdjął z siebie, rozpinając jedynie rękawy i ściągając przez głowę, by później rzucić ją w kąt pracowni. I tak musi zostać wyprana. Wymienił ją na, jakżeby inaczej, inną białą koszulę ze swojej sterty białych, niemalże identycznych koszul. Lubił je. I tyle było ku temu. Ciemnobrązowe spodnie otrzepał z kurzu, którego oczywiście na nich nie było i jeszcze w drzwiach przypomniał sobie o nożyczkach, które były w tylnej kieszeni, tak samo notes i ołówek. Odłożył rzeczy, zgarnął brązową, luźną marynarkę na siebie i wyszedł, zamykając pracownię na klucz.

Sekretem całego planowania "co zrobi", gdy nadejdzie burza było to, że nic nie planował konkretnie. Zamierzał wyjść i dać się ponieść. Obrać kierunek, w którym jest ciekawszy widok i tam właśnie wyruszyć. I tak było tym razem, smagany podmuchami wiatru i strugami deszczu, w akompaniamencie trzasków piorunów, szedł przed siebie ulicą Horyzontalną. Nie zaszedł daleko. Widok stał się wystarczająco satysfakcjonujący już niedaleko. Ironicznie, burza była brzydsza nawet po stronie Nokturnu. Wystarczyło wyjść na tę "lepszą" stronę ulicy i... widok stawał się piękniejszy. Wystarczyło zasiąść na ławce, która cudownie skierowana była w kierunku dopiero zbliżających się chmur. Tak, zbliżających się. Burza trwała w najlepsze, a to wciąż nie był moment kulminacyjny. Nawet jeżeli piorun nigdy nie był osamotniony. Błysk i trzask.

Rozsiadł się na jakiejś ławce, naprzeciwko jakiejś kamienicy, jakiś kawałek od swojej pracowni. Nie zwracał uwagi na takie rzeczy, zapatrzony w burzę tak, jak niekiedy bywało dziecko w ogień. Bez powodu. Z czystej ciekawości. A może z fascynacji destruktywną siłą? Może. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Unikał zastanawiania się nad rzeczami, które sprawiały mu przyjemność. Grzebanie w tej mechanice często powodowało, że coś przestawało mu sprawiać przyjemność. Po co drążyć ten temat? Nie każda wiedza była do poznania. Nie każdy kamień do przewrócenia. Pewne rzeczy lepiej, gdy pozostawały niewyjaśnione. Rowle nie wiedział dlaczego lubił burze, ale wiedział, że zdecydowanie nie chce dojść do sedna. Czuł to w sobie.

Teraz o niczym nie myślał. Rozłożył ramiona na oparciu ławki, odchylił głowę do tyłu i patrzył w ciemne chmury z których co jakiś czas wyłaniał się grom. Przemoczony do suchej nitki i nieco zmarznięty siedział zadowolony, uśmiechając się do siebie głupkowato. Nieznacznie. Podkreślając tę drobną przyjemność, którą sprawiała mu ta absurdalna sytuacja. Dla niego, tak po prostu, było to miłe popołudnie.

Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
06.04.2024, 13:59  ✶  

Lubiła burze. Łapały ją wiele razy podczas leśnych wędrówek. Zapewniały piękne przedstawienie urozmaicone naturalnymi efektami specjalnymi. Za każdym razem robiły na niej wrażenie, a po burzy powietrze stawało się lekkie, świeże; jeden z najpiękniejszych zapachów, jaki mogła sobie wyobrazić. Nie czuła strachu przed żywiołem, wręcz przeciwnie, wiedziała, że przyniesie oczyszczenie. Szczególnie, że poranek był wyjątkowo gorący i duszny, ledwo dało się oddychać. Na szczęście miało się to zakończyć, przynajmniej na chwilę, bo przecież po burzy zawsze wychodziło słońce.

Nie zamierzała przegapić tego widowiska, szkoda jej było stracić ten piękny widok. Skoro jednak była już w swoim mieszkaniu, to postanowiła po prostu wyjść na balkon. Bezpieczne miejsce, mimo szalejącego żywiołu, wolała, mimo wszystko, by nie trafił w nią piorun, bo znała jedną taką, której się to przytrafiło i miała wrażenie, że od tego ją trochę popierdoliło, a ona i bez trafienia piorunem była już całkiem nieźle pierdolnięta, więc lepiej aby obeszło się bez kolejnych doznań.

Nie miała w zwyczaju spędzać dużo czasu w domu, wręcz przeciwnie było to raczej miejsce, w którym sypiała, więc spędzenie chwili w tym mieszkaniu wydawało się jej być całkiem przyjemną opcją. No i przecież nikt normalny nie wychodził w taką pogodę. Zazwyczaj nie przejmowała się takimi założeniami, tym razem jednak postanowiła towarzyszyć swoim psom, podczas tego oberwania chmury. Nie do końca wiedziała, jak zareagują na taką sytuację, gdyż to głównie Triss, skrzatka jej rodziców doglądała zwierząt.

Zapatrzona w koc, szklankę i whisky wyłoniła się na zadaszony balkon. Ubrana zupełnie zwyczajnie, w jakąś za dużą koszulę, najpewniej męską, zostawioną tutaj przez jednego z jej byłych, obecnych, czy kto wiedział właściwie czyją i krótkie spodnie, bo chwilę temu było jeszcze okropnie gorąco. Na lewym nadgarstku miała zapiętą bransoletkę, tę którą dostała od Esmé, tak się jej spodobała, że się z nią nie rozstawała nawet na chwilę. Położyła butelkę i szklankę na niewielkim stoliku, a sama rozsiadła się wygodnie na jednym z foteli. Cukier i Pierdoła ruszyli za nią, nieco niepewnie, bo nie mieli pojęcia, co dzieje się na dworze. Omiotła wzrokiem balkon, zdecydowanie domagał się zainteresowania, rośliny, które się na nim znajdowały żyły własnym życiem, trochę wypadałoby też tutaj posprzątać, bo nieład mógł zacząć przytłaczać. W różnych miejscach walały się popielniczki, nie mogła się doliczyć ile ich właściwie tutaj było.

Zagrzmiało, dosyć blisko, Cukier nieco wystraszony wskoczył jej na kolana. Przytuliła zwierzaka, żeby nieco go wesprzeć w zaistniałej sytuacji, psidwak zamerdał swoimi dwoma ogonami. - Spokojnie mały, to zaraz minie. - Powiedziała cicho do zwierzaka. Przeniosła spojrzenie również na Pierdołę - wyżła weimarskiego, który schował się za drugim fotelem, najwyraźniej też nie do końca podobało mu się to, co się działo. - No chodź, ty też. - Zawołała go do siebie.

Ceniła sobie towarzystwo zwierząt, dzięki nim ten dom nie był zupełnie pusty i miała do kogo wracać, w pewien sposób znalazła jakiś sens życia i miała się o kogo martwić.

Nalała sobie wreszcie alkoholu do szklanki, nic więcej nie potrzebowała do szczęścia. Mogła w pełni skupić się na przedstawieniu, które chyba wreszcie zaczynało faktycznie się zaczynać. Błyski i grzmoty były coraz częstsze, dosyć mocno wiało, mogła oglądać to z bezpiecznej odległości, wspaniały dzień.

W pewnym momencie zauważyła ruch na dole, co nieco ją zdziwiło. Nikt normalny przecież nie wychodził w taką pogodę z domu. Zaciekawiona podeszła do balustrady, aby zobaczyć, co się dzieje. Mężczyzna rozsiadł się na ławce, jakby nigdy nic, jakby wcale nie szalała teraz burza. - Odważny. - Mruknęła cicho. Zastanawiała się, czy zacząć obstawiać, czy trafi go piorun, czy nie. Tyle, że dotarło do niej, że ta sylwetka wydawała się być znajoma. Zmrużyła oczy, aby ułatwić sobie przyglądanie mu się w te zawierusze. To wcale nie było proste zdanie, nawet dla łowczyni. To musiał być on, czy była stuprocentowo pewna? No nie, ale ciekawość, jak zawsze wygrała, bo zamierzała sprawdzić, dlaczego jej kaletnik siedzi sobie na ławce i czeka, aż uderzy w niego piorun. Najwyżej zrobi z siebie debila przed zupełnie obcą osobą, nie byłby to pierwszy raz i na pewno też nie ostatni.

Nie zastanawiała się nad tym specjalnie długo, odstawiła Cukra na ziemię. - Zaraz do was wrócę. - Mimo wszystko czuła obowiązek poinformowania swoich towarzyszy o tym, że zniknie, chociaż pewnie nie rozumieli co do nich mówi.

Teleportowała się z balkonu tuż przed tą ławkę, na której ktoś siedział. Ktoś, kto wydawał się być znajomym. Gdy znalazła się na miejscu okazało się, że miała rację, jednak czujne oko łowcy jej nie oszukało. Siedział zadowolony, przemoczony do suchej nitki, ale na jego twarzy gościł uśmiech. Dziwne. - Czekasz aż uderzy w ciebie piorun? - Rzuciła bez żadnego powitania, bo była ciekawa, co właściwie tutaj robi. Nie wyglądał, jakby ktoś go do tego zmuszał, dziwiło ją wręcz to zadowolenie.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#3
27.04.2024, 15:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.04.2024, 15:24 przez Esmé Rowle.)  

Jeżeliby dzielić ludzi na tych, którzy byli popierdoleni przed uderzeniem pioruna i na takich, którzy stali się popierdoleni właśnie przez grom uderzający w nich, to Esmé należał do tej pierwszej grupy. Kto wie, może właśnie tego rodzaju przeżycie naprostowałoby jego marną egzystencję na bardziej racjonalne tory, które przestałyby go definiować jako "popierdolonego". Jednak pioruny uderzały daleko, za daleko, by razić kaletnika i niczym za sprawą magicznej różdżki - zmienić go w inną osobę. Niemniej, grom nie musiał go trafiać, by jakkolwiek wpływać na niego. Wystarczyło że je widział, że je słyszał, że czuł ich moc poprzez dudnienie i wibracje, by coś się zmieniało. To coś najbardziej widoczne było na jego twarzy, bo gościł na niej nieznaczny, ale jednak widoczny gołym okiem uśmiech zadowolenia. Grymas, jaki rzadko pojawiał się na jego, wciąż, młodzieńczej buźce.

Z głuchymi pluśnięciami wody pod stopami, wystukiwał jakiś rytm. Melodię, którą miał prawo znać teraz on i tylko on. Palce dłoni również uderzały w deskę stanowiącą oparcie ławki, chociaż one... wybijały inny rytm? A może skupiały się na innym elemencie tego utworu? Tak czy inaczej, Rowle zdawał się być w zaskakująco dobrym humorze. Nawet nucił coś pod nosem, czego nie dało się usłyszeć podczas całej tej zawieruchy. Sam ledwo słyszał dźwięki, jakie z siebie wydawał. W tym momencie w jego umyśle panowała dziwna cisza. Dziwna nie dlatego, że niecodzienna. Właściwie - z ciszą znał się doskonale. I z nią często walczył. Ta cisza była zupełnie innego rodzaju, łagodna i przyjemna, otulająca go niczym ciepły koc w chłodny, zimowy poranek. Cisza, która nie była spowodowana pustką, a... jej brakiem? Przysięgam, że dla samego Esmé to miało sens. Ta cisza, a tamta cisza, to były dwie zupełnie inne cisze. Jedna przyjemna, druga ostra, wwiercająca się w ciało, umysł i duszę, zostawiająca po sobie zadrapania i podrażnienia. Językiem mniej popierdolonym - jedna była komfortowa, a druga nie.

Niekomfortowe były też inne wrażenia. Do takich należało zaliczyć: nagłe pojawienie się kogoś przed nim samym. Nie spodziewał się zobaczyć kogokolwiek na ulicach podczas takiej pogody, toteż zaskoczony byłby, gdyby jakakolwiek osoba zwyczajnie spacerowała przed nim i znalazła się w jego polu widzenia. Ale. Nikt nie przechadzał się. Piorun uderzył, nastała chwila ciszy i... bum! Ktoś przed nim stał. Esmé, jakkolwiek spokojnym człowiekiem nie był, tak był wciąż człowiekiem. Tak nagłe, niespodziewane bodźce zawsze wytrącały go z równowagi. Praktycznie podskoczył na ławce, gwałtownie sięgając prawą dłonią gdzieś... pod własną koszulę? Jego ciemne, zagubione oczy wlepione były w, pojawiającą się jak grom z jasnego nieba, postać. Nagle jednak spojrzenie wyostrzyło się, a on... rozluźnił, wyciągając dłoń spod, praktycznie, własnej pachy.

Geraldine. Teraz jego mina wróciła do tego zadowolonego uśmieszku, tak samo jak cały on wrócił do poprzedniego rozluźnienia, rozsiadając się na ławce tak, jak przed jej pojawieniem się. Może jedynie głowę odchylił nieco bardziej do tyłu. I może... jego mina zmieniała się na, cóż, bardziej arogancką? Cwaniacką? Zaskakująco milczał przez dłuższy czas, nie dając odpowiedzi na pytanie, które zostało mu zadane. Nie miał zielonego pojęcia skąd wzięła się Gerry przed nim i... dlaczego tutaj jest. I dlaczego jest tak ubrana.

- W tym momencie czekam, ale na to, aż twoja koszula przemoknie odrobinę mocniej. - i opuścił wzrok, bezczelnie, na jej piersi. Odważny strój jak na taką pogodę. Sam nie był lepszy - miał na sobie koszulę, w dodatku białą, zatem nie dość że przylgnęła do jego ciała, to jeszcze nieco prześwitywała. Miał jednak tę swobodę, że był mężczyzną i jego tors nie stanowił tak wstydliwej i prywatnej strefy. - Zaczynam lubić burze coraz bardziej. - dodał po chwili i... nie, nie wrócił spojrzeniem do jej twarzy. Zamiast tego przesunął nim w dół, oglądając po prostu ciało jego Łowczyni. Nieśpiesznie, jakby naprawdę podziwiał statuę, a nie żywego człowieka. Jakby przyglądał się jej kształtom i zastanawiał jakim cudem artysta tego dokonał.
- Wybacz moje maniery. - odezwał się ponownie, gdy jego ciemne oczęta dotarły do jej stóp i dopiero teraz znów nawiązał kontakt wzrokowy. Zabrał ręce z oparcia ławki i klepnął lewą ręką obok siebie. - Proszę, usiądź, nie stój tak. Miejsca jest dla nas obojga. - zaproponował, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby było to zupełnie normalne spotkanie podczas pięknej pogody w parku. - Przedstawienie dopiero się zaczyna. - mruknął ledwo słyszalnie przy gwizdaniu wiatru, który zahaczał o krawędzie budynków, stawiających mu opór. W trakcie tych słów przeniósł spojrzenie na burzę, która była coraz bliżej. I rzeczywiście zaraz miała uderzyć z pełną mocą. Sam kaletnik, wpatrując się w nią, bardzo powoli zmieniał... swój nastrój? Wydawał się rozluźniać, rozpływać w przyjemności, a może nawet swoistej tęsknocie. Tak, jakby wspominał piękne czasy. Piękne, ale nieosiągalne. Czasy, które przeminęły bezpowrotnie. Musiał wyglądać, na swój sposób, błogo - nawet mimo tego, że delikatnie drżał od zimna, a jego włosy wyglądały... fatalnie, jak to przemoczone włosy przyklejające się do twarzy. Nieco stracił też na swoich naturalnych barwach i rumieńcach, które od zawsze były nieszczególne, ale teraz wydawał się jeszcze bledszy. Często ciężko było określić dokładnie jego barwy, gdyż znajdował się głównie w swojej pracowni, a jego pracownia znów znajdowała się w... półmroku. Jedynie nad jego stołami, nad którymi pracował, było jasno. I wtedy, dosłownie i w przenośni, dało się dostrzec prawdziwe barwy Esmé.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
27.04.2024, 22:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2025, 20:34 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Udało jej się go zaskoczyć. Punkt dla niej, czy coś? Na pewno nie spodziewał się tego, że pojawi się tuż przed nim. Nie wiedział, gdzie mieszka. Dziwnym trafem z jej balkonu mogła obserwować dokładnie tę ławkę, którą wybrał, żeby odetchnąć? Nie miała pojęcia dlaczego podczas tej burzy, może sprawiało mu przyjemność ta adrenalina, oczekiwanie, aż piorun pierdolnie tuż obok, albo w niego. Nie wiedziała, co siedziało w jego głowie, kiedy się tutaj pojawił, może to i lepiej. W sumie sama miała zamiar obserwować to przedstawienie, tyle, że z bezpieczniejszego miejsca, szansa, że piorun trafi w nią na jej własnym balkonie nie była aż tak duża, chyba? Na pewno warunki były przyjemniejsze, bo był zadaszony, nie musiała się więc martwić o to, że przemoknie. Tutaj sytuacja miała się zupełnie inaczej. Czuła, że jej włosy zaczynają się robić mokre, zgarnęła dłonią przemoczoną grzywkę, a raczej spore pasmo, które kiedyś było grzywką i schowała je za ucho, żeby lepiej go widzieć.

Nie poczuła się jednak jak intruz, a może powinna. Pojawiła się tu przecież podczas czegoś, jakiegoś jego własnego rytuału? Nie do końca miała pojęcie, czym to było. Z drugiej jednak strony, skoro znajdował się tu sam, to może nie powinien się poczuć urażony, że mu przeszkadza. Odsunęła jednak te myśli na bok, przecież nie miała w zwyczaju przejmować się tym, co ktokolwiek sobie o niej pomyśli.

Przewróciła oczami słysząc jego słowa. Naprawdę? - To będziesz musiał jeszcze chwilę poczekać. - Nie była jednak pewna, czy nie będzie to krótka chwila, bo padało coraz mocniej. Czuła, że lustruje ją wzrokiem, w zasadzie była to trochę jej wina, bo przecież sama powiedziała mu o tym, że bielizny nie nosi. Sprowokowała go wtedy, to miała za swoje. Był przecież tylko facetem, a oni w większości myśleli podobnie i tą samą częścią ciała. Nie, żeby szczególnie przeszkadzało jej to, że ktoś zobaczy jej ciało, szczególnie pod koszulą, rzadko kiedy odczuwała wstyd, nie uważała zresztą, żeby był to powód do tego uczucia. Ciało, jak ciało, każdy jakieś miał.

Esmé zdążył już przemoknąć, o czym świadczył stan jego koszuli, ciekawe, jak długo tutaj siedział i na co czekał. Nie odpowiedział jej na pytanie, więc pozostawały jej domysły. Czuła, że nadal przeszywa ją wzrokiem, musiała się odezwać, bo nie miała w zwyczaju tak stać w milczeniu. - Chcesz coś dokładniej obejrzeć? - Zapytała lekko, jakby jej to w ogóle nie ruszało. Mogłaby tu nawet przed nim wykonać piruet, gdyby ją o to poprosił. Nie czuła, że byłoby w tym coś niewłaściwego. Jeśli chciał patrzeć, mogła mu na to pozwolić.

Gdy wreszcie dotarł do jej stóp mógł zobaczyć, że stoi przed nim boso. Nie miała dzisiaj na sobie tych charakterystycznych butów ze smoczej skóry, których wydawała się nigdy nie ściągać. - i to za sprawą mokrej mnie, ciekawe. - Nie sądziła, żeby komukolwiek mogło sprawić przyjemność oglądania jej w stanie, w którym wyglądała jak zmokła kura, no ale różne są gusta i nie powinno się o tym dyskutować.

Zmierzyła wzrokiem ławkę, kiedy zaproponował jej, żeby usiadła. Cóż, nie było to w tej chwili dla niej szczególnie atrakcyjne miejsce, jednak skorzystała z zaproszenia. Zajęła wolne miejsce, usiadła na ławce po turecku, podciągnęła nogi pod tyłek, żeby nie brodzić stopami w wodzie. Nie, żeby zbyt wiele się zmieniło, bo ławka też była mokra.

- Nie boisz się, że cię trafi? - Była ciekawa, jakie emocje wzbudza w nim żywioł. Nie sądziła, że jest to strach, nie wydawało jej się, że to było uczucie, które mu teraz towarzyszyło. Nie, żeby była jakaś świetna w zgadywaniu, co sobie myślą ludzie, jednak najprostsze znaki była w stanie zrozumieć. Oparła sobie dłonie na udach, odwróciła się przy tym bokiem w stronę mężczyzny, żeby na niego spojrzeć.

Wyglądał całkiem spokojnie, kiedy wpatrywał się w szalejącą nad nimi burzę. Ciekawe, ludzie raczej bali się żywiołu, a jego wydawał się uspokajać. Dostrzegała błogość na jego twarzy, może faktycznie za tym przepadał? Tylko dlaczego? Czy dawało mu to coś, czego brakowało w jego życiu, bo przecież burze nie były częstym zjawiskiem, może trochę przez to ludzie się ich bali, bo należały do tych nie do końca poznanych zjawisk. Niektórzy lubili to co nieznane i nie znosili przewidywalności, może jej kaletnik należał właśnie do tej grupy osób?

Yaxley drgnęła, kiedy usłyszała grzmot tuż niedaleko, jakby za chwilę piorun miał uderzyć tuż obok. Wolałaby, żeby jej nie trafił, bo wtedy dopiero by ją popierdoliło, jakby nie byłaby już wystarczająco jebnięta. Wolała nawet nie myśleć o tym, co mogłoby to spowodować.

Wypuściła jedynie głośniej powietrze, jakby nie chciała, żeby było po niej widać, że czuje się trochę niekomfortowo. Był to raczej ludzki odruch. Sięgnęła dłonią w stronę kieszeni swojej koszuli, jednak się rozczarowała, papierośnica została na balkonie z butelką whisky. Właściwie to pewnie i tak nie udałoby jej się odpalić szluga w ten deszcz, ale nie mogła tego nawet sprawdzić. Był to odruch, typowy dla osób uzależnionych w chwili, w której się denerwowali.

Nie pozostawało jej nic innego, jak przymknąć oczy i wyciągnąć głowę do góry, pozwolić, aby deszcz zmył z niej tą niepewność i ukoił nerwy. Był całkiem przyjemny i ciepły, tyle, że ta cała aura burzy czyniła go nieco bardziej strasznym od chwilowego oberwania chmury.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (1612), Geraldine Greengrass-Yaxley (1630)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa