• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[Sierpień 1972] Stawianie i tarot - mieszkanie Severine, przygody Olka

[Sierpień 1972] Stawianie i tarot - mieszkanie Severine, przygody Olka
Diva
I felt my heart crack -
slowly like a pomegranate,
spilling its seeds.
wiek
19
sława
IV
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
Muzyk; kompozytor, pianista
Burza czarno-srebrnych loków, blade lico, gwiazdozbiory piegów. Oleander jest młodym mężczyzną o 183 centymetrach wzrostu i nienagannej posturze. Jego oczy zmieniają kolor w zależności od nastroju, dnia, pogody, miesiąca - lawiruje pomiędzy odcieniami z pomocą metamorfomagii. Dłonie ma smukłe, palce długie. Nosi biżuterię i kolczyki, ale zazwyczaj tylko wieczorami bądź na występy. Gustuje w perłach, złocie i szafirach. Na pierwszy rzut oka uśmiechnięty, pełny życia i pasji młody człowiek, który nie stroni od tłumów i rozgłosu.

Oleander Crouch
#1
04.08.2024, 15:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.08.2025, 01:29 przez Oleander Crouch.)  
Poziom wilgotności powietrza sprawiał, że sierpniowe upały mogły doprowadzić człowieka do szaleństwa; powolna utrata zmysłów skutkowała absolutnym wyczerpaniem. Nic więc dziwnego, że zaraz po rozwieszeniu groteskowych ogłoszeń, Oleander zyskał grono chętnych klientów, aby czytać im z kart. W końcu kto o zdrowych zmysłach (lub bez udaru słonecznego) stwierdziłby, że takowy tekst jest wiarygodny? Problemem był również fakt, iż odczytywanie czegokolwiek innego niż język angielski, nuty, wygłodniałe spojrzenia skierowane w jego stronę i inne, mniej istotne emocje wykraczało poza umiejętności Oleandra. Czy miał zamiar się tym przejmować? Absolutnie nie; gdyby był początkującym aktorem prawdopodobnie wpisałby sobie całe to przedsięwzięcie w portfolio.

Nie włożył w przygotowania do pierwszeczgo czytania zbyt wiele wysiłku. Skupił się przede wszystkim na swoim wyglądzie, ale to nie odbiegało aż tak od codziennej normy; jego rutyna polegała na spoglądaniu w lustro tak długo, aż sprężystość loków rozpływała się w morzu srebra i czerni, a delikatnie podkreślone dyskretnym pomarańczem pomadki usta wyginały się w nasyconym uśmiechu satysfakcji. Niestety, nie mógł przyjmować nieznajomych i wygłaszać głupot w kusym stroju jednocześnie zostając Oleandrem Crouchem; ojcowska cierpliwość była już wystarczająco nadszarpnięta występkiem, który zakończył staż syna w Ministerstwie. Z umiejetności metamorfomagii korzystał na codzień, aby urozmaicić kolor włosów czy oczu, podkręcić długie i proste rzęsy, niewielkie zmiany na czas sesji tarota nie były dla niego wysiłkiem - najważniejsze było, aby nikt nie mógł go rozpoznać.

Włosy pozostawił kręcone, ale spiął je białą opaską, ich przód figlarnie opadał na czoło, a reszta kosmyków oddzielona materiałem odsłaniała skórę szyi i rubinowe kolczyki. Pozbył się srebrnego dołu, loki były jednokolorowe - ciemnobrązowe, wpadające w czerń. Złagodził ostrą szczękę i uwydatnił okrągłość policzków. Ust nie ruszał, bo za bardzo lubił swoje własne. Użył za to mocniejszej, bordowej szminki, jej barwę inspirując kolorem kamieni szlachetnych z dobranej na dzisiaj biżuterii. Pozostawił parę piegów na nosie, uznając, że będą idealnie pasowały do wyglądu młodej dziewczyny, w który celował. Skóra stała się miększa w dotyku, a wszystkie ślady rosnących na niej włosów zniknęły, wiedział że przychodząca dzisiaj osoba to mężczyzna, a ci, jak sam się już zorientował, zdawali się nie rozumieć, że kobietom również rosną włosy na ciele. Pozbywał się szorstkości skóry pod pachami, na nogach i na twarzy, a robił to myśląc z przekąsem o wszystkich chwilach, w których matka pozwalała swoim emocjom wyjść na wierzch i używała najgorszych wyzwisk, aby krytykować panująca modę i w jak chorobliwy sposób wpływa na kobiety - zawsze się w tych momentach zastanawiał czy to dlatego on był jej ulubionym dzieckiem, czy tak bardzo nie chciała dziewczynki, bo istnienie kobiet w tym tradycyjnie patriarchalnym świecie otwierało jej stare rany? Zamrugał parę razy prawie, że wkładając sobie do oka maskarę - to nie był czas i miejsce na takie wewnętrzne dyskursy. Nie zwężał talii i nie uwydatnił zbytnio bioder, bo miałby problem w zmieszczeniu się w posiadane ubrania - nie wiedział jeszcze czy sesje tarota będą sukcesem, jeżeli miałby te spotkania odbywać regularnie, zapewne zakupiłby części garderoby w różnych rozmiarach. Niewielkie piersi nie rzucały się w oczy, choć dopasowany do męskiej klatki materiał powodował, że koszulka opinała się na skórze. Zbyt często bawił się swoim wyglądem, aby nie potrafić sprawić, ze struny głosowe ugną się pod naporem metamorfomagii, aby niski zazwyczaj głos zmienił się w brzmienie na pewno nie przynoszące na myśl mężczyzny; zamiana płci przy użyciu magii wydawała mu się rzeczą na tyle naturalną, że nawet nie myślał iż mogłoby to być jakoś dziwnie odbierane. Oczywiście nie obnosił się z tym na prawo i lewo, bo jakiś zmysł samokontroli posiadał (chociaż mogłoby się wydawać odwrotnie), rozumiał surowe ramy społeczeństwa, ale nie stosował ich do tego, co odczuwał oraz chciał robić za zamkniętymi drzwiami, wydawało mu się to całkowicie normalnym zachowaniem. Ze wzrostem nie igrał, był to dla niego zazwyczaj najtrudniejszy element, później miewał problemy z wróceniem do swego oryginalnego, a bardzo irytowało go, gdy ubrania zamiast pasować wisiały miejscami.

Nie był pewien dlaczego zdecydował się użyć mieszkania Severine; nie zapytał starszej siostry o zgodę i też nie miał pojęcia dlaczego, chyba wydawało mu się to nudne i upokarzające, w końcu od najmłodszych lat brał i dostawał wszystko, co tylko mu się podobało. Prawdopodobnie potrzebował, aby adrenalina pobudziła jego umiejętności improwizacji, a tych będzie bardzo potrzebował przez następne parę godzin. Był na tyle oddany swemu nowemu zajęciu, że wybadał, gdy siostra pozostawia mieszkanie na więcej niż pare godzin. Nie chciał, aby jego zabawa byla przerwana nazbyt szybko, co to za satysfakcja jeżeli nie można dokończyć?

Gdy stwierdził, że jest absolutnym koszmarem ubranym jak senne marzenie, wstał od siostrzanego biurka, które miał wrażenie służyło jednocześnie za toaletkę. Nie był w stanie być pewnym czy leżące wszędzie papiery świadczyły o zapracowaniu Severine, czy też jej roztargnieniu; sam lawirował wśród zapisanych nutami pergaminów i stronic we własnym salonie i pokoju przeznaczonym do ćwiczenia. Rozejrzał się po niewielkiej sypialni, oceniająco; mieszkanie starszej siostry nie było małe, nie było też brzydkie - problemem Oleandra był fakt, iż przyzwyczaił się do przepychu i bogactwa, wszystko co odbiegało od tej 'normy' wydawało mu się liche. Przez chwilę pożałował, że nie zdecydował się przeprowadzać tych satyrycznych sesji czytania tarota we własnym mieszkaniu. Tęsknił za tym jak promienie słońca odbijały się od drewnianej podłogi, osadzały na białych, dwuskrzydłowych drzwiach, które rozdzielały pokój muzyczny od salonu; wiecznie uchylone, rzucały na białe ściany i wysokie sufity cienie zagadkowych kształtów. Uwielbiał świeże kwiaty (choć absolutnie się na nich nie znał), więc miał u siebie pełno roślin - zawieszonych pod sufitem, stojących na specjalnie przygotowanych do tego meblach. Westchnął głośno, pozwalając, aby echo roztargnienia połechtało pustkę mieszkania; pomyślał jak pięknie musiałby wyglądać rozciągnięty na szezlongu we własnym salonie, rozkładając karty na stoliku kawowym, zakładając nogę na nogę, pozwalając nagiej skórze ud spotkać się u podnóża zagniecenia białego materiału krótkich spodenek, których szerokie nogawki opinały się między nogami.

Z zamyślenia wyrwał go donośny dzwonek do drzwi. Był tak przeokropnym dźwiękiem, że mógł nadawać się jedynie do swej roli - w końcu kto chciałby kaleczyć uszy tak nienastrojonym skrzeczeniem? Rozwiązanie było jedno - pędzić do źródła, aby zakończyć swe cierpienie. Nie zwlekał i, zamykając za sobą drzwi do siostrzanej sypialni, przeszedł przez salon, pozwalając aby materiał pudrowo-różowego szlafroka z chińskiego jedwabiu uniósł się lekkim powiewem wytworzonym od szybkiego przemieszenia się. Uniósł opadające na czoło loki okularami przeciwsłonecznymi i posadził je na materiale białej opaski, odsłaniając blade lico. Spojrzał przez niewielkie 'okienko' w drzwiach i w zniekształconym szkle rybiego oka zobaczył profil mężczyzny w średnim wieku. Trudno było mu ocenić dokładnie, gdyż samemu mając jedynie dziewiętnaście lat, wszyscy po trzydziestce wydawali mu się 'starsi'. Na powrót opuścił okulary na nos, pozwalając ciemnym lokom opaść z powrotem na brwi i skórę twarzy. Ciemnobrązowe szkła przysłaniały zieleń jego oczu, nie maskowały ich całkowicie, ale nie były też wystarczająco jasne, aby rozmówca mógł łatwo dostrzec ich wyraz. Przerzucił przez ramię futrzaste boa, którego materiał był za miękki, aby mógł być uznany za tandetę ze sklepu 'wszystko za 1.99 galeona'. Ciasno okalające szyję perły zagrzechotały lekko, gdy uniósł rękę do klamki, a te na prawym nadgarstku zawtórowały im energicznie. Ozdobione rubinowymi pierścionkami palce zacisnęły się na klamce. Nie było już ucieczki, drzwi się otworzyły.

- Witam i zapraszam na wieczór pełen wrażeń i ekscytacji - odezwał się prędko, modulując głos w sposób, który miał świadczyć o podniosłości chwili. Zapach słodkiego granatu podkreślonego korzenną nutą osaczył stojącego w progu mężczyznę, wraz z promieniami słonecznymi, które obrysowywały zmienioną metamorfomagią sylwetkę Oleandra. Jedwabny szlafrok zsunął mu się figlarnie z ramienia ukazując skórę. Biały, bawełniany materiał spodenek odsłaniał większość nóg, wysoko spinając talię wraz z idealnie dopasowaną koszulką na ramiączkach.

- Mam na imię Camille i wprowadzę cię w oniryczny świat symboli, odkryję je przed tobą, powoli zsuwając warstwy. Nic nie dzieje się bez powodu, jeżeli stoisz właśnie w moim progu, to musiałeś wybrać drogę oświecenia, poddać się chęci dotknięcia nagiej prawdy. - nie czekając na reakcję, pozwolił sobie działać. Złapał praktycznie nieznajomego mężczyznę za przegub i wciągnął go do mieszkania Severine na tyle energicznie, że zdobiące uszy rubinowe kolczyki błysnęły wdzięcznie mieniąc się w fali zachodzącego śłońca. Zanim Eryk zdążył się dobrze rozejrzeć po holu, drzwi zamknęły się za nimi przy użyciu magii: z resztą, czy był jakikolwiek sens spoglądania w innym kierunku, niż na Oleandra (w tym momencie Camille)?

- Mam nadzieję że jesteś spragniony? - pozwolił swoim słowom płynąć w figlarnej dwuznaczności i zawahał się teatralnie, rozchylając odrobinę wargi, jakby chciał pozwolić drugiej osobie zastanowić się czego tak właściwie pragnie (chociaż z góry było już przesądzone, że jego [ją]) - Mam alkohol, prosecco, vermut, bodajże, że piwo? Ale piwno nie jest moje, po prostu tutaj było. Nie ręczę za jego jakość. Więcej alkoholu. Wodę? Musi być woda. Poza czytaniem kart robię też dobre martini, umiem odpowiednio poruszać w górę i w dół, wstrząśnięte idealnie wypływa do szkła kieliszków - kontynuował niewinnie i rozciągnął usta w filuternym uśmiech przepełnionym młodzieńczą naiwnością. Dopiero teraz spojrzał na mężczyznę znad okularów przeciwsłonecznych. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że już go gdzieś widział.

W trakcie rozmowy, poprowadził go przez hol, do salonu. Tam minął kanapę i opierając się pośladkami o blat stołu, podbródkiem wskazał 'klientowi' krzesło po przeciwnej stronie do tego, na którym miał zamiar usiąść; kolczyki co chwila grzechotały energicznie, odbijając się od skóry, a same włosy odsłaniały przyozdobioną perłami szyję.

Należy też wspomnieć, iż zapalone w pomieszczeniu kadzidła mieszały się z korzenną wonią granatu perfum Oleandra. Oświetlające wcześniej hol słońce, dochodziło z kuchni. W salonie zasłony były zaciągnięte, a świece zawieszone pod sufitem rozjaśniały pokój, choć ciepłe płomienie tworzyły jedynie półmrok, pozwalając cieniom figlarnie kołysać się pośród poduszek na wysłużonej kanapie oraz wzorach miękkiego dywanu. Stół przysłaniała talia kart, urokliwa, zdobiona złotem. Obok niej szklana kula odbijała światło świec - Merlin jeden wie czy prawdziwa, czy też zakupiona na bazarze za pare miedziaków. Przeróżne kryształy i wisiorki rozrzucone były zaraz obok - przeźroczyste oraz różowe kwarce i mętne labladoryty. Główki uciętych róż przetykane były satynowym materiałem i spływały po blacie, ich płatki były też na podłodze i kanapie, choć nie tak, jakby ktoś wyznaczał nimi trasę, a bardziej jakby przypadkowo upadły, ich zapach gubił się w intensywności kadzidła, acz był wyczuwalny.

Nie trudno się domyślić, ze tego wieczora stawiany nie był  jedynie tarot, a następnego kolejny... i to nie jeden.

Koniec sesji


“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Oleander Crouch (1682)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa