Nad majaczącym w oddali morzem woda delikatnie mieniła się w złotawym świetle, jednak fale powoli stawały się coraz wyższe i bardziej niespokojne. Gdyby się im bardziej przyjrzał, tam również dostrzegłby pierwsze znaki nadciągającej burzy. Ciche szemranie zaczęło zamieniać się w śmielsze, głośniejsze wołanie toni. Jeszcze wciąż było subtelne, delikatnie drżało w uszach, ale po tylu latach spędzonych w tym miejscu Ambroise podświadomie wiedział, że ulewa była nieunikniona. Tej nocy mogli mieć tu kolejny sztorm.
Wbrew pozorom to było coś całkiem pozytywnego. Ambroise je lubił. Od tak długiego czasu, jaki tu spędzili, od pierwszych dwóch czy trzech zawieruch, gdy jeszcze ciężko mu było się przestawić, bo w Dolinie Godryka burze wyglądały zupełnie inaczej. Tutaj to było przedstawienie innego rodzaju. Z początku otumaniające swoją wielkością i intensywnością, teraz też szybko przypominające o konieczności bycia pokornym wobec sił natury, ale również pięknym w tym swoim chaosie.
Szczególnie, że później mogli zbierać bursztyny do nalewek i eliksirów. Drobne morskie istoty, szczególnie te magiczne wyrzucone na brzeg zaplątane w kamienie i wodorosty. Nie musieli bać się o szklarnię ani resztę domu, bo dawno otoczyli je profilaktycznymi zaklęciami, które zazwyczaj spełniały swoją rolę.
No, może jedynie nie w przypadku tej śmiesznej, trochę rozbrajającej, odrobinę irytującej okiennicy, ale ona po prostu musiała walić o ścianę. Dźwięk jej głuchego, miarowego łoskotu w nocy był niemal usypiający. Wszystko tutaj stało się znajome, bo ich.
Może Ambroise nie mówił tego na głos, żeby nie wyjść na sentymentalnego wrażliwca, ale to właśnie to miejsce chyba zaczęło być dla niego bardziej domem. Tym pierwszym.
Posiadłość w Dolinie nigdy nie była całkiem jego, bo nigdy nie czuł się tam zupełnie chcianym. Mieszkanie na Horyzontalnej było ich wspólne od wielu lat, ale wcześniej należało do Geraldine. Zresztą prawnie w dalszym ciągu było jej, nie jego, nawet jeśli traktował je jak swoje i robił tam wszystko, co mogło do niego należeć.
Jednakże to tutaj mógł się poczuć prawdziwym panem domu. Niedużego - to fakt, ale ich wspólnego. Nigdy bardziej jego ani bardziej jej. Lubił spędzać tu czas. Z biegiem lat coraz częściej, bo choć nie zrezygnowałby z Londynu (przynajmniej nie, jeśli by go o to nie poprosiła a na to się nie zapowiadało) to Whitby było miejscem, w którym mógł ich widzieć zarówno teraz, jak i za wiele lat.
W ciepłym wnętrzu z rozpalonym kominkiem, gdy na zewnątrz wieczory zaczynały się robić chłodniejsze. Światłem zapalonym w kuchni padającym smugą na dywan w wyciemnionym salonie. Z aromatem grzanego wina i przypraw. Z pieczenią w rondlu i sosem bulgoczącym w kociołku. Z widokiem dwóch... ...kto wie, może trzech sylwetek zwiniętych pod kocem na kanapie.
Mogliby tak żyć. Byliby tu szczęśliwi. Nie wyrokował. Wiedział to, bo to od dawna był ich dom. Niczego w nim nie brakowało, bo uczynili go swoim. Może jedynie skrzypienia starych, luźnych desek pod nagłym naciskiem małej, pulchnej stopy przebiegającej szybko z niekontrolowanym chichotem rozbawionej, uciekającej istotki. Nieważne jakiej, ważne, że ich. Mogłoby tak być, chyba powoli dopuszczał do siebie tę myśl. Ostrożną, jeszcze nie do końca entuzjastycznie goszczoną, ale...
...czemu nie?
Byli dorośli, może nie zawsze dojrzali, ale z roku na rok stawali się coraz bardziej odpowiedzialni. Dopuszczając to do siebie na ten moment w bardzo subtelnym zakresie, gdzieś tam na pograniczu świadomości mógł założyć, że to nie byłoby nic przerażającego. Nic tak strasznego. Możliwe, że nic ograniczającego jak to przedtem zakładał. Naturalna kolej rzeczy. Krok ku przyszłości.
Choć bez wątpienia najpierw należało wykonać inny. Ten konkretny, który znacznie bardziej do siebie dopuszczał. Coraz bardziej przechodził z czy poprzez kiedy do wtedy?, szczególnie że już kiedyś o tym rozmawiali. Wtedy robiąc te żartobliwe, no, potem mniej żartobliwe a bardziej kłótliwe plany. Zaś potem całkowicie schodząc z tematu i przechodząc do znacznie przyjemniejszej części przebywania obok siebie.
Natomiast to nie zmieniało faktu, że tamte założenia wcale nie były głupie, nawet jeśli robili je na szybko. Listopad był dobrym miesiącem. Luty jeszcze lepszym, bo wtedy to wszystko tak naprawdę się... ...nie, nie zaczęło. Tak nie mógł powiedzieć, bo zaczęło się wiele lat wcześniej, potem miało swój etap uśpienia, później jesienny nawrót, cholernie dużo perturbacji, żeby w końcu powrócić w lutym z pełną siłą.
Luty był ich miesiącem. Zima była ich porą roku. Chciał to wszystko zrobić właściwie, tak jak należało. Z klasą, godnością, należytą adoracją. Nie po łebkach, nie pośpiesznie ani tym bardziej nie w taki sposób, aby ludziom dookoła przychodziło do głowy, że mogą wygłaszać swoje niewybredne opinie.
Rzecz jasna zawsze to robili, robią i będą robić, ale w tym wypadku... ...klasa. Po prostu miał klasę. I zimowe plany. Ewidentnie. Stosunkowo szybko się klarowały. Szczególnie jak na to, ile lat zdążyło minąć między tymi wszystkimi wydarzeniami, które teraz prowadziły go ku jasnym wnioskom.
- Cóż - stwierdził nie zamierzając się z niczym ujawniać, nie pozwalając mięśniowi twarzy drgnąć, tylko zostając przy neutralnym, ciepłym tonie. - Nieważne jakie się okażą, każde na pewno będą właściwe - może tylko odniósł takie wrażenie, ale nagle zabrzmiał jak poeta.
Wieszcz, poeta, węgorz.
Prześlizgnął się po temacie, który sam zaczął i sam go poruszył, ale to przecież nie był pierwszy taki raz. Roise miał tendencję do niemożności utrzymania gęby na kłódkę. Szczególnie w obecności tej jednej jedynej osoby, która była w stanie wyciągnąć z niego niemalże wszystko.
Nadal nie do końca wiedział na czym to polega, ale udawało mu się udawać, że to rozumie. W końcu zawsze byli niestandardowi. Trudno było to wszystko ująć w jakiekolwiek ramy, ale chyba tego nie potrzebowali. Żyli dobrze, byli szczęśliwi, reszta nie była konieczna.
- Jak na dzikuskę z lasu momentalnie przyćmiewasz wszystkie wielkomiejskie damy - odpowiedział od razu gładko i bez zawahania, całkowicie szczerze, zgodnie prawdą, ale przecież to wiedziała; adorował ją. - Natomiast te krzykliwe sukienki wolę z ciebie ściągać w domu niż później musieć tłumaczyć komuś, czemu pożeranie cię wzrokiem jest w bardzo złym tonie - zauważył nie bez błysku pojawiającego się w oczach.
No. Nie był zazdrosny, bo przecież nie miał o co. Nie był zawistny, bo to on miał jej względy, jej uwagę, jej uczucia. Natomiast nie zamierzał ukrywać swojej zaborczości. Tego, że nie lubił, gdy ktoś próbował (bo to mogły być wyłącznie marne, żałosne i nieprzemyślane próby) startować z wyciągniętymi łapskami po coś, co było dawno otwarcie zaznaczone. Należeli do siebie.
To, że nie formalnie nie oznaczało, że nie oficjalnie. Od tylu lat pojawiali się razem niemalże w każdej sytuacji towarzyskiej, że to musiało być jasne dla wszystkich, którzy mieli choć odrobinę rozsądku i jedną komórkę mózgową.
Innym był to w stanie dosadnie wytłumaczyć w razie potrzeby. Choć ten pierścionek? Mógłby wiele ułatwić. Nie mówiąc o tym, co by za sobą niósł, bo to zrobiło się jakoś lepsze, bardziej przystępne i pożądane.
Dwa, trzy tygodnie w Alpach na koniec lutego, może na początek marca. Jeszcze przed urodzinami Geraldine, aby to faktycznie była zima. Mogli sobie na to pozwolić. Teraz to wręcz musieli, bo oficjalnie złożyli sobie obietnicę, że to zrobią, a to było nawet ważniejsze niż typowe słowa, że nic nie muszą.
A jeśli już chodzi o mus to nie musieli polować? Nieznacznie zmarszczył czoło i zmrużył oczy.
- No dobrze. Skoro tak stawiasz sprawę to niech będzie rezerwat. A potem całe dwa tygodnie tego, co wychodzi nam najlepiej - kiwnął głową.
To był plan, szczególnie że nigdy nie obawiał się, że tak dużo czasu spędzonego wspólnie jednym ciągiem bez przerwy może być dla nich nużące. Zdecydowanie nie. Wręcz przeciwnie. Wewnątrz cieszył się na tę okoliczność.
- Nie chcesz tego - stwierdził od razu z niebezpiecznym błyskiem w rozbawionych, choć prowokacyjnie spoglądających oczach. - Wtedy musiałbym szczegółowo opisać temu specjaliście to, jak bardzo zawzięcie i żarliwie sięgaliśmy po swoje w tych jeżynach. Bardzo szczegółowo - oczywiście to nawet nie były groźby, bo w żadnym razie nie posunąłby się do czegoś takiego.
Cenili sobie tę prywatność. Nigdy nie ukrywali tego, co między nimi było. Nie potrafili nawet zbyt długo utrzymać rąk (i nie tylko rąk) przy sobie wtedy podczas pierwszej oficjalnej wizyty w jej rodzinnej posiadłości. Tym bardziej nie później. Natomiast to nie oznaczało, że mógłby zniżyć się do tego, żeby opowiadać komukolwiek o tym elemencie ich życia.
To była swoista świętość. Uświęcona przestrzeń. Miejsce tylko dla nich. Poza tym zbyt mocno ją szanował, aby dopuszczać się jakichś ordynarnych komentarzy. Ba. Była tu jeszcze ta jedna drobna kwestia, która ponownie pojawiła się na peryferiach umysłu: chciał ożenić się z tą kobietą, chyba cholernie coraz bardziej, dopiero później podążając dalej tradycjonalistyczną czystokrwistą ścieżką, jeśli tego by oboje chcieli.
Nie w innej kolejności. Dokładnie w ten sposób, nawet jeśli od lat żyli ze sobą jak małżeństwo. Czasami na domiar stare i zrzędliwe, ale bez wątpienia kochające.
- Nie martw się o to. Po prostu załóż, że wszędzie - mrugnął do niej jednym okiem, wzruszając ramionami, bo to była jaśniejsza odpowiedź niż próby wyjaśniania, co kryje się pod tymi wszystkimi łacińskimi nazwami.
Zresztą była też najprawdziwsza i najbardziej prawdopodobna. Nie liczyło się miejsce. Byle byłoby odludne, dogodne i ich. Takie, w którym czuliby tę przyjemną atmosferę mogącą przerodzić się w coś znacznie więcej.
Jak na jego oko to był w stanie zaciągnąć ją nawet między rzędy znienawidzonych rzodkiewek. Oczywiście mówiąc jej o tym dopiero po fakcie.
- Mięso? - Nawet nie musiał pytać. To zawsze było mięso. - I tak oto tym jednym bezdusznie wypowiedzianym zdaniem całkowicie pozbawiła go wszelkich zasług w materii dbania o to, by ich kuchnia nie była monotonna i pozbawiona sensu - auć to mogłoby zaboleć, gdyby nie fakt, że niespecjalnie się tym przejął.
Wiedział swoje. On zawsze wiedział swoje.
- Moje ziołowe nalewki smakują obrzydliwie? Moje ziołowe nalewki smakują obrzydliwie, ta? -Spojrzał na nią unosząc brew i posyłając jej jednoznacznie karcące spojrzenie. - Nie będę kwestionować tego, że ognista jest najlepsza, ale jeszcze przypomnę ci te twoje herezje o nalewkach, gdy wrócisz zaziębiona do domu i zażyczysz sobie trochę tej mojej dobroczynnej herbaty, bo ona jest na moich obrzydliwych ziołowych nalewkach. Będziesz pić eliksiry, nic więcej. Ot co - rzecz jasna wyłącznie się odgrażał.
W rzeczywistości niemalże za każdym razem, kiedy dostrzegał pierwsze symptomy przeziębienia, starał się otoczyć ją pełną opieką zanim sytuacja eskaluje do konieczności szprycowania się eliksirami. Pod tym kątem miał wrażenie, że wyrobił sobie całkiem wprawne oko, szczególnie w przypadku swojej najlepszej (choć czasami zarzekał się, że najgorszej, bo najbardziej upartej) pacjentki.
Byli obok siebie od tylu lat. Niezmiennie mieli być ze sobą przez kolejne. Nikogo nie znał tak dobrze. Nikt tak dobrze nie znał jego. Nie zawsze potrzebowali rozmawiać, komunikować się gestami czy nawet tymi lubianymi czynami. Czasami, tak jak teraz, wystarczyło wyłącznie spojrzenie. Później mogli płynnie przechodzić do gestów.
Zapadł spokój. Cisza przerywana jedynie odległym szumem fal i mógłby przysiąc, że biciem serc. Czuł pod palcami jak to jej kołacze się w piersi, bije szybciej i bardziej intensywnie z każdym wymienionym czułym pocałunkiem. Uśmiechnął się pod nosem, nie próbując tego komentować, tylko bez słowa przyciągając ją bliżej do siebie za podbródek. Nie musiał mówić. Nie potrzebowali rozmawiać, mogli bez tego cieszyć się chwilą. Nawet po tylu latach to było coś, co nieodmiennie wywoływało w nim falę czułości. Miękką i ciepłą jak skóra Geraldine.
Powietrze dookoła nich robiło się coraz bardziej gęste od wilgoci a słońce wisiało już całkiem nisko na niebie. Nadal od czasu do czasu przebijało się przez chmury rzucając na rozległe pola wrzosów ciepły złocisty blask. Rośliny pokryte purpurowymi i fioletowymi kwiatami falowały delikatnie na lekkim wietrze. Tworząc malowniczy dywan, który zdawał się rozciągać niemalże w nieskończoność - aż do granicy, gdzie ląd przechodził w ostry spadek wprost do morza.
Gdzieś tam poniżej urwiska woda właśnie rozbijała się o głazy na samym brzegu ich własnej plaży. Prywatnego skrawka piasku otoczonego roślinami, skalno-piaszczystymi ścianami. Z niewielkimi schodkami z desek, które raz po raz i tak ginęły przysypane ziarenkami piasku nawianego przez nadmorski wiatr. Teraz, gdy nadciągała jesień, woda była już zdecydowanie zbyt zimna, aby wskakiwać do niej tak po prostu bez zastanowienia.
Jednakże to nie oznaczało, że mieli przestać bywać przy granicy morza. Czekały ich jeszcze długie wieczory. Chwile w kocu na piasku obok rozpalonego ogniska, do którego dorzucali słone drewno wysuszone sezon wcześniej. Rzucające w niebo snopy niebieskich i zielonych iskier błyszczące na tle pomarańczowych jęzorów ognia.
Trudno było wyobrazić sobie piękniejsze miejsce, nawet jeśli było się w wielu naprawdę malowniczych zakątkach. Ten był ich. W tym momencie zdawało się, że wyłącznie ich. Nikogo więcej. Mieli tu swój niewielki dom, nieduży ogródek, kawałek morza. Ambroise nie potrzebował nic więcej. Miał tu wszystko, szczególnie teraz w swoich ramionach, stykając się czołem z dziewczyną, gdy duża kropla deszczu spłynęła centralnie między ich twarzami, znacząc wilgotną drogę na ustach nieco już opuchniętych od pocałunków.
Nie tych teraz, te były zbyt delikatne, czułe jak powolne muśnięcia wiatru, który w tej chwili zerwał się z niespodziewaną intensywnością. Choć czy tak właściwie mogli być zdziwieni? Spędzali tu naprawdę dużo czasu. Takie gwałtowne zmiany pogody nie były im obce. Raczej stanowiły element klimatu Whitby. Tworzyły tę niepowtarzalną atmosferę.
Pojedyncze krople deszczu zaczęły spadać na ziemię, powoli mocząc dotychczas suche wrzosowisko. Tworzyły błyszczące kropelki na fioletowych kwiatach zaraz znikające pod uderzeniami kolejnych większych kropli. Rytmiczny dźwięk deszczu zaczął wypełniać uszy.
Jeszcze mogli złapać wszystkie swoje rzeczy. Narzucając na siebie suche ubrania, chwyciliby kosz piknikowy i koc. To byłoby najbardziej rozsądne, szczególnie że burza na wrzosowisku, gdzie nie było zbyt wielu wysokich punktów, drzew czy krzewów, bywała niebezpieczna. Ale czy tego chcieli? Zerwać się w popłochu i przemknąć do domu?
Mogli tu zostać jeszcze na kilka chwil, rozkoszując się ostatnią letnią burzą na zewnątrz. W kroplach spadającego deszczu, leżąc na kocu i wpatrując się w pokaz na niebie. Szczególnie, że wiatr uświetniał przedstawienie. Jego podmuchy porywały ze sobą małe gałązki, fragmenty kwiatów i liście, które unosiły się wysoko podążając za prądami powietrza. Gwizd wiatru między niedalekim skałami przypominał lament. Tęskny jęk odchodzącego lata ustępującego chłodniejszej, bardziej szarej jesieni.
Echo grzmotów coraz bardziej rozchodziło się po wrzosowisku. Choć wcale tak nie było, z każdym kolejnym hukiem pod palcami Greengrassa niemalże drżała ziemia. Słońce w końcu całkowicie zniknęło zostawiając po sobie jedynie bardzo delikatną łunę światła gdzieś za chmurami.
Instynktownie odsuwając się od dziewczyny na tyle, by w dalszym ciągu móc dotykać jej dłoń, splatając ich palce, Ambroise leniwie opadł na koc. Teraz coraz bardziej mokry, ale nie nieprzyjemny. Wreszcie podparł się na łokciach, puszczając rękę ukochanej, ale klepiąc materiał tuż obok siebie. Gestem dłoni zasugerował, by wsunęła się plecami w jego pierś, opierając się na nim i po prostu siedząc tu jeszcze przez chwilę. Nie byli z cukru, prawda?
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down