26.11.2024, 03:49 ✶
Wieczór w barze spowitym półmrokiem nie wyróżniał się niczym szczególnym. Światło nielicznych świec, drżących w rytm systematycznego stukotu kropli deszczu o szyby, nadawało miejscu dokładnie ten klimat, o który z pewnością chodziło właścicielom ów przybytku.
W powietrzu unosił się zapach taniego tytoniu, parszywej klasy alkoholu, kwaśna woń potu i mieszanka ostrych, swędzących w nos przypraw, który zdawał się łączyć z szumem cichych rozmów. Celowo prowadzonych w taki sposób, by nie wynikało z nich nic szczególnego.
To było istotne zwłaszcza tu, gdzie każdy jednocześnie próbował ukryć swoje sekrety i odkryć tajemnice innych. Wystarczyło jedno słowo wypowiedziane bez baczenia. Zaledwie jedno spojrzenie uznane za niewłaściwe lub zbyt ciekawskie a wieczór mógł zakończyć się w niezbyt przyjemny sposób.
Oczywiście, że wybrał sobie jeden z dogodniejszych kątów pomieszczenia.
Nie ten najciemniejszy. Takie zawsze od razu przyciągały niechciane spojrzenia. Najjaśniejsze miejscówki również odpadały. Tam zazwyczaj siadały panny o wątpliwej moralności za to z całym wachlarzem chorób wenerycznych (do wyboru do koloru), młodzi gniewni lub zagubieni czarodzieje udający stałych klientów, żeby ugrać sobie trochę czasu na uświadomienie sobie jak oni się tu znaleźli, do jasnej cholery?!, nikt rozsądny.
On preferował półmrok na tyle nieprzenikniony, że jego ciemny kaptur niemal rozmywał się przy krawędziach, zlewał się z otoczeniem - z brudną kotarą, ale jednocześnie był na tyle rozproszony ciepłą łuną światła docierającą od strony kominka, żeby Ambroise mógł wyglądać po prostu jak klient niechętny do rozmowy.
Raz na jakiś czas w milczeniu lustrował wzrokiem salę, przyglądał się ludziom przechodzącym obok, po czym ponownie spuszczał spojrzenie na szklaneczkę średniej ognistej whisky trzymaną w dłoni.
Nie chciał zbyt długo wpatrywać się w żadną z tych osób. Ich twarze znikały w cieniu a szeptane rozmowy przesiąknięte były niepewnością i podejrzliwością. Wystarczyła iskra zapalna, żeby ktoś z tego grona wyrwał się do przodu rzucając oskarżenia i groźby. Wtedy przez chwilę robiło się goręcej, choć ktoś zza baru zazwyczaj studził sytuację i dyskretnie sugerował rozwiązanie jej poza lokalem.
Ambroise nie miał zamiaru zważać na otaczający go chaos. Siedział całkiem spokojnie, ignorując bzyczenie rozmów i kilka sytuacji, w których naturalne wydawałoby się uniesienie wzroku, żeby zobaczyć kto (ja pierdolę) uznał, że należy zacząć drzeć japę i walić kuflem o kontuar.
Każda sekunda zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Czas w tym przybytku mijał bardzo powoli. Lekki poblask ognia z kominka nie wydawał się ciepły ani zapraszający. Wręcz przeciwnie - nawet w płomieniach było coś zniechęcającego i nieprzyjaznego.
Na zewnątrz huczał deszcz, jakby sam Nokturn chciał ukryć jakieś mroczne wydarzenia, które miały wkrótce nastąpić. Ale przecież tak tu było zawsze. Dziwne i niepokojące zdecydowanie byłoby to, gdyby nic nie sprawiało tu podobnego wrażenia. Tymczasem w takim wydaniu wszystko było mile znajome. Wieczór jak wieczór.
Tyle tylko, że mijała minuta, dwie, pięć, dziesięć, piętnaście minut. Godzina. Do dwóch nie zamierzał doczekać. Nie był tu całkiem nieoficjalnie, nie martwił się tym, że ktoś go wystawił, ale jednocześnie nie zamierzał czekać w nieskończoność. Podniósł się z miejsca, zgarniając po sobie kilka brudów, żeby wyrzucić je do kosza przy wyjściu, przez które właśnie wymykał się jakiś człowiek.
Nie byłoby to takie dziwne, gdyby nie to, że w jego ruchach coś było. Bardzo nieokreślone. Czarodziej? Nie czarodziej. Gościu ewidentnie coś kombinował, szczególnie że był to chyba drugi czy trzeci raz, kiedy wszedł i wyszedł z baru. Niby nic dziwnego, nie tutaj, a jednak.
W powietrzu unosił się zapach taniego tytoniu, parszywej klasy alkoholu, kwaśna woń potu i mieszanka ostrych, swędzących w nos przypraw, który zdawał się łączyć z szumem cichych rozmów. Celowo prowadzonych w taki sposób, by nie wynikało z nich nic szczególnego.
To było istotne zwłaszcza tu, gdzie każdy jednocześnie próbował ukryć swoje sekrety i odkryć tajemnice innych. Wystarczyło jedno słowo wypowiedziane bez baczenia. Zaledwie jedno spojrzenie uznane za niewłaściwe lub zbyt ciekawskie a wieczór mógł zakończyć się w niezbyt przyjemny sposób.
Oczywiście, że wybrał sobie jeden z dogodniejszych kątów pomieszczenia.
Nie ten najciemniejszy. Takie zawsze od razu przyciągały niechciane spojrzenia. Najjaśniejsze miejscówki również odpadały. Tam zazwyczaj siadały panny o wątpliwej moralności za to z całym wachlarzem chorób wenerycznych (do wyboru do koloru), młodzi gniewni lub zagubieni czarodzieje udający stałych klientów, żeby ugrać sobie trochę czasu na uświadomienie sobie jak oni się tu znaleźli, do jasnej cholery?!, nikt rozsądny.
On preferował półmrok na tyle nieprzenikniony, że jego ciemny kaptur niemal rozmywał się przy krawędziach, zlewał się z otoczeniem - z brudną kotarą, ale jednocześnie był na tyle rozproszony ciepłą łuną światła docierającą od strony kominka, żeby Ambroise mógł wyglądać po prostu jak klient niechętny do rozmowy.
Raz na jakiś czas w milczeniu lustrował wzrokiem salę, przyglądał się ludziom przechodzącym obok, po czym ponownie spuszczał spojrzenie na szklaneczkę średniej ognistej whisky trzymaną w dłoni.
Nie chciał zbyt długo wpatrywać się w żadną z tych osób. Ich twarze znikały w cieniu a szeptane rozmowy przesiąknięte były niepewnością i podejrzliwością. Wystarczyła iskra zapalna, żeby ktoś z tego grona wyrwał się do przodu rzucając oskarżenia i groźby. Wtedy przez chwilę robiło się goręcej, choć ktoś zza baru zazwyczaj studził sytuację i dyskretnie sugerował rozwiązanie jej poza lokalem.
Ambroise nie miał zamiaru zważać na otaczający go chaos. Siedział całkiem spokojnie, ignorując bzyczenie rozmów i kilka sytuacji, w których naturalne wydawałoby się uniesienie wzroku, żeby zobaczyć kto (ja pierdolę) uznał, że należy zacząć drzeć japę i walić kuflem o kontuar.
Każda sekunda zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Czas w tym przybytku mijał bardzo powoli. Lekki poblask ognia z kominka nie wydawał się ciepły ani zapraszający. Wręcz przeciwnie - nawet w płomieniach było coś zniechęcającego i nieprzyjaznego.
Na zewnątrz huczał deszcz, jakby sam Nokturn chciał ukryć jakieś mroczne wydarzenia, które miały wkrótce nastąpić. Ale przecież tak tu było zawsze. Dziwne i niepokojące zdecydowanie byłoby to, gdyby nic nie sprawiało tu podobnego wrażenia. Tymczasem w takim wydaniu wszystko było mile znajome. Wieczór jak wieczór.
Tyle tylko, że mijała minuta, dwie, pięć, dziesięć, piętnaście minut. Godzina. Do dwóch nie zamierzał doczekać. Nie był tu całkiem nieoficjalnie, nie martwił się tym, że ktoś go wystawił, ale jednocześnie nie zamierzał czekać w nieskończoność. Podniósł się z miejsca, zgarniając po sobie kilka brudów, żeby wyrzucić je do kosza przy wyjściu, przez które właśnie wymykał się jakiś człowiek.
Nie byłoby to takie dziwne, gdyby nie to, że w jego ruchach coś było. Bardzo nieokreślone. Czarodziej? Nie czarodziej. Gościu ewidentnie coś kombinował, szczególnie że był to chyba drugi czy trzeci raz, kiedy wszedł i wyszedł z baru. Niby nic dziwnego, nie tutaj, a jednak.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down