Nie musiała mu o tym przypominać przez cały czas. Tak samo jak kwestionować wszystkiego, co mówił. Doskonale wiedział jak to działa i że wcale nie chodziło o to, by mu teraz dopiec. To była po prostu przemożna chęć odezwania się na jego własne raczej średnio przyjazne słowa, ale cóż - trafiła na kogoś kto też tak łatwo nie odpuszczał. On też potrafił mruczeć i pyszczyć. Powinna o tym pamiętać.
- Nie. Po prostu dałaś się omotać i zmanipulować - burknął dosyć nieprzyjemnym tonem, choć bardziej pełnym goryczy i sarkazmu aniżeli szukania zaczepki.
Tak, ani myślał oddać Geraldine przywilej posiadania ostatniego słowa. Zwłaszcza w kwestiach godzących również w niego. A ta zdecydowanie taką była. Zresztą nie kłamał ani nie przesadzał, nie? Po prostu streszczał wszystko, co jak do tej pory usłyszał na swój temat. Sprowadzał te wszystkie gorzkie słowa do dwóch jego zdaniem trafnych określeń, żeby nie musieć bardziej się teraz rozdrabniać.
Zdecydowanie nie chciał przypominać im obojgu wszystkiego, co padło między nimi, o nich, od nich do innych ludzi. Tego, czym swego czasu dostał rykoszetem w twarz, słysząc o sobie opinię, która na długie tygodnie pogrążyła go w naprawdę parszywym nastroju. Już wtedy nie planował powtarzać swojego wyczynu. Jednokrotne podejście do możliwości błyskawicznego wypisania się z tej rzeczywistości było wystarczające. Wtedy postanowił wybrać zupełnie inny rodzaj autodestrukcji - grać tak jak mu śpiewano.
Od tego czasu upłynęło naprawdę dużo wody. Pora roku zmieniła się co najmniej kilkukrotnie. Czas płynął nieubłaganie. Już wkrótce mieli świętować swoją niechlubną drugą rocznicę. Zamiast zmierzać do wspólnej szczęśliwej dekady, wiodąc upragnione życie u boku siebie nawzajem.
Może teraz miewali te dobre momenty. Chwile, w których byli w stanie ulec złudzeniu, że nic się nie zmieniło. Niemal cały wczorajszy dzień taki był. Całkowity kontrast do tego, co działo się dzisiaj. Praktycznie od wczesnego popołudnia aż do tej chwili, kiedy ich pozorny spokój wieczoru został zaburzony po raz kolejny.
- Może i tak - tu już nie mógł nie przyznać jej racji, zresztą nawet nie próbował twierdzić, że jest inaczej.
To mieli przerobione od każdej możliwej strony, prawda? W najdrobniejszym szczególe, pod wieloma kątami, w każdym aspekcie. Zresztą ich obecne chwile również były dostatecznie wymownym dowodem na to, że rzeczywiście nie dało się zatajać prawdy czy pielęgnować kłamstwa. Nie na dłuższą metę.
Tym razem byli wobec siebie całkiem brutalnie szczerzy. Tyle tylko, że co im z tego przychodziło? Nie byli w stanie odnaleźć wspólnego gruntu. Na kilka chwil znajdowali wątłą nić porozumienia. Tylko po to, aby za moment patrzeć jak znika. Albo po prostu samodzielnie zrywać ją kolejnymi wypowiadanymi słowami, podejmowanymi decyzjami, uczynkami.
To było wręcz przeraźliwie smutne. Cholernie przykre, bo przecież im na sobie zależało. Nie ukrywał tego, nawet nie usiłował, że w dalszym ciągu jego uczucia pozostawały dokładnie takie same. Nadal ją kochał, nie znudził się ich wspólnym życiem, nie czuł się nim przytłoczony. Nigdy nie chodziło o żadną z tych rzeczy.
A nawet wręcz przeciwnie. To konieczność (tak - konieczność, w jego oczach to była konieczność) powrotu do samotnej egzystencji była dla niego dusząca. Nie przyniosła mu jakiejkolwiek ulgi. Nie była czymś, czego mógłby pragnąć. Nie miała żadnego słodkiego smaku wolności. Nie miała mieć.
Tak samo jak to, co ich teraz ze sobą łączyło. To nie było nic dobrego. Powoli przemieniało się w kamień uwiązany do szyi. Zawieszony w okolicy przełyku. Bujający się to w jedną, to w drugą stronę. Ciągnący go ku podłodze, nawet jeśli siedzieli razem na kanapie.
Nie potrzebowali tego. Kolejnej konfrontacji. Jeszcze jednego wspomnienia o brutalnej rzeczywistości i utraconych szansach. Nie tak powinien wyglądać ten wieczór. Całe szczęście, został uratowany. Ucieczka zaś nadeszła zdecydowanie z najmniej oczekiwanej strony. Była mała, umiarkowanie puszysta i miała kolor pudrowego różu.
- Wiem, że stać mnie na więcej - odpowiedział przesadnie butnie, zdecydowanie przekoloryzowanie - poza tym wyłącznie spekuluję. Nie zamierzam jeszcze mówić ostatniego słowa - to było już za nim.
W tym momencie miał zdecydowanie zbyt wiele spraw, którymi musiał się zająć. Kwestii wymagających odpowiedzialności z jego strony. Nie tylko za siebie samego (i to było w tym wszystkim najistotniejsze), lecz również za otaczających go ludzi. Nie mógł tak po prostu odpuścić. Zresztą kwestia potencjalnego wyjazdu, o którą się wcześniej spięli, też była wyłącznie hipotetycznym planem na przyszłość. Chwilowo był tu niemalże dosłownie uwiązany.
Poza tym miał kota a wyjazdy z kotem były trochę bardziej skomplikowaną kwestią niżeli samotne podróże. Tym bardziej, gdy teoretycznie planowałoby się dłuższą nieobecność w kraju.
- Bo to po prostu kot? - Odezwał się bezbłędnie, patrząc na nią, jakby to ona teraz ochujała. - Po prostu zwykły kot. Ani animag, ani tym bardziej okropny czarnoksiężnik - tak, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, do czego piła w swojej wypowiedzi, ale nie zamierzał dać jej tego aż tak łatwo.
Tym bardziej, że w gruncie rzeczy sam się nad tym nie zastanawiał. Nigdy nie zaliczył jednego z tych momentów refleksji nad faktem, że różowy kot mógł raczej średnio pasować na czarnoksięskiego chowańca. Tym bardziej, że w żadnym razie nigdy nie zamierzał sobie żadnego sprawiać.
Nie zależało mu na tym, aby nosić się niczym ucieleśnienie mroku. Podążanie taką a nie inną drogą nie wynikało z chęci podbicia świata ani szerzenia zła. Nie musiał zatem wzbudzać niczyjego lęku. No, przynajmniej, jeśli to nie było konieczne. Bowiem czasami bywały momenty, kiedy potrzebował stać się raczej najgorszą wersją siebie, ale w nich raczej nie towarzyszył mu jego kot.
- Ależ wiem - kiwnął głową. - Opowiadał mi... ...różne historie co najmniej kilkadziesiąt razy - no, może teraz przesadzał, ale istota pozostawała prawdziwa - stary Yaxley naprawdę lubił dzielić się przypadkowymi historiami, przynajmniej, gdy był dostatecznie nietrzeźwy (czyli często) zwłaszcza w czasach, w których naprawdę sądził, że rozmawia z przyszłym zięciem.
To był...
...dobry okres. Jeden z najlepszych. Najlepszy. Tym bardziej, że nie miał się już powtórzyć.
- Mówię, że miałyby podobne szanse powodzenia, co próby spizgania mnie, żeby coś na mnie wymusić. Niemal żadne, ale zawsze możesz próbować. To będzie... ...interesujące - uściślił, uśmiechając się pod nosem.
Przy jednym i przy drugim widział raczej marne szanse, szczególnie jeśli nie zamierzałby odpuścić. To, że niektóre sztuczki niegdyś na niego działały to przecież też była kwestia jego chęci, czyż nie?
Oczywiście. Tak, tak. Rzecz jasna.
- Nie cierpię kotów. Przecież wiesz - przyznał rację Geraldine, nawet się nad tym nie zastanawiając, bo jej słowa kolejny raz uderzyły bardzo blisko prawdy.
Zdecydowanie był i miał pozostać psiarzem. Dokładnie tak jak rozmawiali, rozważając wzięcie psów. O ironio, dwójki być może całkiem podobnej do tych, które leżały teraz na podłodze przy kominku. W ogóle nie reagując na obecność kota ani na pierwsze instynktowne parsknięcie, jakie wydobyło się z ust Ambroisa.
- Nie jestem uroczy i słodziutki? Teraz to ja nie wiem, gdzie ty masz oczy... ...i gdzie je miałaś, moja droga - on znał lokalizację swoich, bo właśnie ostentacyjnie łypnął nimi na dziewczynę, nie powstrzymując się przed przewróceniem gałkami ocznymi i stłumionym parsknięciem. - Pasujemy do siebie bardziej niż mogłabyś sądzić - tu zdecydowanie się myliła.
Zupełnie jak on jeszcze kilka tygodni wcześniej, gdy sądził bardzo, ale to bardzo podobnie. Tymczasem życie potrafiło zaskakiwać i na tej płaszczyźnie. Dogadywał się z kotem w całkiem przyzwoity sposób. To była dziwna, ale zdecydowanie pozytywna relacja. Obecnie jedną z bardziej stabilnych w jego życiu, o ironio.
- Doskonale. Wobec tego nie muszę ci nic udowadniać - stwierdził w taki sposób, jakby jeszcze chwilę wcześniej faktycznie rozważał sposoby udowodnienia Yaxleyównie swojej znacznie bardziej spontanicznej strony.
Zresztą tej, której pokaz miała okazję dostrzec przez ostatnie dni, prawda? Tej, która zawsze gdzieś tam się między nimi pojawiała. W domu zachowywali się jak inni ludzie. Swobodniejsi, mniej odpowiedzialni. To, że w tej chwili cholernie mocno usiłował się przy niej pilnować...
...to wcale nie było naturalne. Tak właściwie to być może dało się nawet podpiąć pod to wspomniane ochujanie? Gorszy, bardziej gorzki aspekt ochujania? Ten cały dystans był i miał być chujowy.
- Od kiedy masz uraz do kotów? - Tym razem to ona nieco zbiła go z tropu, toteż posłał jej badawcze spojrzenie.
Gdyby tylko wiedział, co miała przy tym na myśli, jego mina zapewne wyglądałaby zupełnie inaczej. Tym razem słodka nieświadomość była całkiem wygodna, czemu znowu raczej nie powinien się dziwić. Często gęsto wybierał nie wiedzieć i nie znać szczegółów, jeśli ich nie potrzebował. A o byłych Geraldine zdecydowanie preferował posiadać jak najmniej informacji. W tym temacie raczej łatwo robił się drażliwy. Nawet teraz, kiedy teoretycznie każde z nich zmierzało własną ścieżką. Zwłaszcza teraz.
- Mhm - odmruknął bez przekonania, obserwując przy tym ruchy ręki Geraldine, gdy wyciągnęła ją ku kotu, aby mu coś udowodnić.
Kotu i jemu. Im obojgu. Purr? Purr.
- Widzisz? Nie taki czarnoksiężnik straszny - tak, nadal zamierzał trzymać się pierwszej wersji tamtych słów.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down