Z tarasu, na którym siedział rozciągała się naprawdę malownicza, wręcz idylliczna panorama. Pobliska łąka, soczyście zielona i pełna barwnych kwiatów, falowała na wietrze. Delikatny słodki zapach docierał do nozdrzy Ambroisa. W oddali na horyzoncie wznosiło się wzgórze porośnięte dzikimi krzewami i sporadycznymi drzewami, które rzucały cienie na złociste źdźbła pobliskiego pola uprawnego.
Przeglądał papiery leżące przed nim. Dokumenty, których akurat nie czytał zostały starannie przyciśnięte ciężkim przyciskiem do papieru, aby nie uniosły się w powietrze pod wpływem wiatru. Niewiele to dawało. Kartki i tak raz za razem próbowały poderwać się w górę. Charakterystyczny turkot uderzających o siebie rozwiewanych stron towarzyszył mu od tak dawna, że już praktycznie nie zwracał na to uwagi.
Zresztą mało co byłoby w stanie wywołać u niego wyraźną reakcję. Znajdował się we własnym świecie, całkowicie skupiony na wertowaniu zawartości teczki. Jego parce drżały przy tym lekko. Wzrok był skupiony, ale jednocześnie rozmyty, nieco zbyt nieobecny.
Zielone oczy raz za razem zachodziły mgłą, gdy uciekał myślami do ostatnich dni. Do tych wszystkich momentów jeszcze wcześniej - zanim się tu znalazł. Do zamierzchłych tygodni. Wszystkiego, co stało się od czasu, kiedy czuł się znacznie bardziej żywy. Dużo mniej wycieńczony i słaby, jakby każdy gwałtowniejszy podmuch chłodnego lipcowego wiatru mógł zakołysać nim i zmusić go do wywrócenia się na deski tarasowe.
Był blady i zmęczony. Może już nie chorobliwie. Jego skóra odzyskała część dawnego koloru. Nie była półprzezroczysta jak jeszcze tydzień temu. A jednak w dalszym ciągu z powodzeniem dało się dostrzec znaczną część żył na jego dłoniach i ramionach a także na odsłoniętej szyi, którą teraz pochylał w dół, od czasu do czasu bezwiednie przesuwając po niej palcami.
Nie mógł nic na to poradzić. Wrażenie swędzenia raz za razem ogarniało jego ciało. Przychodziło dosłownie znikąd i tak samo odchodziło. Próbował walczyć z potrzebą drapania się niemal tak silną, że gdyby tylko sobie na to pozwolił i zapomniał się nawet na chwilę, niechybnie pozostawiłby krwawe ślady paznokci na osłabionym ciele.
Było mu zarazem ciepło, momentami wręcz gorąco jak i przejmująco zimno, lodowato. Z jednej strony miał na sobie długie spodnie z grubego materiału, lnianą koszulę i prochowiec zarzucony na plecy. Z drugiej - jego klatka piersiowa była odsłonięta, nie zapiął guzików. Miał też całkowicie bose stopy, które opierał o chłodne deski tarasowe. W dalszym ciągu lekko wilgotne od porannej rosy.
Było wcześnie i późno. Jasno i ciemno. Cicho i głośno. Słońce dopiero niedawno wstało, jednak Roise nie spał już od wielu godzin. Siedział po turecku na zewnątrz, gdzie jasne promienie rozświetlały ogród, jednak padał na niego cień dwupiętrowego górskiego domu. Wokół w zasięgu wielu kilometrów nie było żadnych innych zabudowań nie przynależących do posiadłości. Pozornie nikt ani nic nie miał zakłócać im spokoju. A jednak wiatr wył między drzewami i skałami, od czasu do czasu zawodząc tak przejmująco, że można było pomylić go z ludzkimi jękami.
Choć może raczej z głosami potępionych? Tych, którzy nigdy nie opuścili gór malujących się tuż za wzgórzem niemal na samej granicy horyzontu. Ciemnych kształtów kontrastujących z błękitem nieba, bielą chmur pędzących po niebie i wszechogarniającą zielenią natury. Wąskich szczelin i zwodniczych kanionów, pęknięć w skale tak głębokich, że były w stanie żywcem pochłonąć nieopatrznych wędrowców.
Gwałtowniej potrząsnął głową, chcąc odegnać ponure myśli. Przydługie włosy były nadal wilgotne od porannej kąpieli w jeziorze. Kilku prób przepłynięcia się w lodowatej wodzie z jednego brzegu na drugi, żeby udowodnić sobie, że nadal potrafił być sprawny. Że ta cała słabość była wyłącznie chwilowa i miała niechybnie ustąpić. W końcu wracał do życia, tak?
Wkrótce miał pojawić się w pracy w szpitalu. To była kwestia tygodnia, raczej nie dwóch. Więcej by nie wytrzymał. Musiał zająć się czymś, co zawsze było dla niego swoistą ucieczką od prywatnego życia. Jednak w tej chwili nie mógł tego zrobić. Jeszcze nie.
Przełożeni nadal byli święcie przekonani, że ze swoich zagranicznych wojaży przywiózł wyjątkowo uporczywą chorobę, która całkowicie go poskładała. Naprawdę parszywy rodzaj magicznego zapalenia płuc (potwierdzony adekwatnymi papierami) mający w przyszłości wyjaśnić jego wymarniały wygląd. Ten, który nie miał tak szybko wrócić do normy.
W końcu otarł się o śmierć. Spoczywał w jej ramionach, wyrwany z nich w dosłownie ostatniej chwili. Przestał być o to zły. Po dwóch tygodniach odpuścił ciężkie milczenie i wszystkie te nieprzyjemne syknięcia. Burknięcia i pojedyncze ostre słowa. Stał się spokojniejszy. Pogodzony z tym, że w dalszym ciągu musiał trzymać się życia. Krok po kroku dochodził do momentu, w którym znajdował się w tej chwili.
Był smutny. Po prostu smutny. Nic więcej. Ale przynajmniej miał zajęcie. Coś ważnego, niezmiernie istotnego, czym mógł zająć ręce i myśli. Był przydatny - potrzebował tego bardziej niż byłby w stanie kiedykolwiek przyznać.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down