• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[09.09.1972] Go to sleep to the rhythm of the war drums | Hannibal

[09.09.1972] Go to sleep to the rhythm of the war drums | Hannibal
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#1
17.06.2025, 20:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.10.2025, 19:01 przez Eutierria.)  
adnotacja moderatora
Odznaka - Piszę, więc jestem (Hannibal Selwyn)

Trigger Warning: sexual assault (koszmar senny, bez szczegółów, od: “Henry przyciągnął go do siebie…”) (Odkryj)
Trigger Warning: samobójstwo (koszmar senny, od: “Stał na scenie w blasku reflektorów…”) (Odkryj)

09.09.1972, przed świtem

Londyn płonął.

Niektórzy mówią, że ogień oczyszcza. Kłamią. Ogień, który trawił miasto niósł ze sobą czerń sadzy, szarość popiołu, smród spalenizny… a także odór strachu i obrzydliwy posmak ludzkiej podłości.

Zwolennicy Lorda Voldemorta podjęli próbę przewrotu, zniszczenia dotychczasowego porządku rzeczy. Skąpali Anglię we krwi, w nienawiści, podburzyli ludzi przeciwko sobie. Być może nawet udało im się zniszczyć chwiejną równowagę między orędownikami czystości krwi a tymi, którzy chcieli równych praw dla wszystkich.

Mimo, że do świtu pozostało jeszcze sporo czasu, poranionemu Londynowi nie dane było ukryć się w litościwej ciemności. Niewygasłe pożary, rozbłyski miotanych zaklęć i wiszące na niebie tu i ówdzie Mroczne Znaki kąpały ulice w upiornym świetle, jakby czas zatrzymał się i uwięził je wraz z mieszkańcami w którymś z kręgów piekielnych opisanych przez Dantego.


Hannibal Selwyn podejrzewał, że w siódmym. Wlókł się do domu, zobojętniały na wydający się nie mieć końca koszmar Spalonej Nocy. Na ulicach cały czas słychać było krzyki i zawodzenia, wybuchały walki, szabrownicy i ludzie owładnięci żądzą zemsty mieszali się z tymi, którzy usiłowali ratować życie lub dobytek. Hannibal mijał ich wszystkich kryjąc się w cieniu, błagając Matkę - choć jego religijność była mocno okazjonalna - aby nikt nie zakłócił jego podróży. Zwykle znajoma Aleja Horyzontalna zmieniła się w dżunglę.

Sam Hannibal przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy - poparzony, obdarty, umazany popiołem, z włosami pozlepianymi potem i oczami łzawiącymi od dymu i zmęczenia. Czuł się zresztą wcale nie lepiej, niż wyglądał.


Zbliżywszy się do swojej kamienicy, zauważył, że zapalający dym, albo może popiół, mniejsza o to, dotarł najwyraźniej do strychu. Przez jedno z wybitych okien ostatniej kondygnacji widać było nocne niebo. Wyglądało jednak na to, że ktoś skutecznie ugasił płomienie zanim pożar się rozprzestrzenił. Selwyn westchnął, widząc, że wiele okien od frontu również straciło szyby. To był, wbrew pozorom, całkiem niezły bilans - wiele domów spłonęło tej nocy do szczętu lub zawaliło się, a on mógł liczyć na dach nad głową i nawet na to, że jego dobytek nie spłonął. Hannibal teoretycznie nie musiał się martwić o to, że utraci wszystko - nawet, gdyby tak się stało, mógł sobie pozwolić na odkupienie większości rzeczy - ale w mieszkaniu znajdowały się przedmioty o wartości sentymentalnej, jak maszyna do szycia podarowana mu przez babkę, lub unikatowe, jak kostiumy uszyte na tejże właśnie maszynie.


Wspiął się po schodach na drugie piętro. Zwykle wbiegał na nie bez zadyszki, ale teraz, przez zmęczenie i kaszel, duszący go przy każdym głębszym wdechu, musiał wspierać się na poręczy, jak staruszek. Gdy stanął w drzwiach mieszkania i zapalił światło, przeżył chwilę grozy - potłuczone szkło na podłodze i sadza, wszędzie pełno sadzy… jednak nic nie wydawało się zniszczone.

- Dziwne… - mruknął do siebie, zamykając drzwi wejściowe. Odwiesił ostrożnie pożyczoną kurtkę i obszedł pokoje, próbując ocenić uszkodzenia. Salon, którego duże (aktualnie najeżone odłamkami) okno wychodziło na  Aleję Horyzontalną, był pełen popiołu i naniesionych wiatrem śmieci. Jednak pozostałe pomieszczenia teoretycznie nie ucierpiały… poza jednym drobnym faktem.

Czarna maź pokrywała wszystko - nawet umywalkę i wannę w łazience, która nie miała przecież okna. Hannibal podszedł do lustra i przetarł dłonią jego brudną powierzchnię. Sadza zeszła, ale szkło pozostało jakby poszarzałe, a czarna stała się dla odmiany jego dłoń. Zrezygnowany odkręcił wodę w umywalce - umyje ręce i twarz a potem zmieni pościel (również czarną, choć jeszcze rano była wzorzysta), wyczyści wannę i wreszcie zmyje z siebie kurz tej przeklętej nocy. I jej wspomnienie, miał nadzieję, również.


O słodka naiwności! Hannibal tarł i tarł dłonie mydłem, ale brud odmawiał zejścia nie tylko z nich, ale również z umywalki i nawet z kostki mydła, mimo, że pieniło się na pozór normalnie. Po pierwszym satysfakcjonującym momencie, kiedy woda zrobiła się nieco szara, jego ręce stały się całkiem czarne, jakby mydło brudziło je jeszcze dodatkowo. Zaklął, czując, jak ściska go w gardle z bezsilności.

- Czy ja jestem jakąś pierdoloną Lady Makbet, do cholery?!
Odetchnął i unikając patrzenia w lustro wyszedł z łazienki. Horror uparcie trwał - zawartość szaf, podłoga pod łóżkiem, wnętrze muszli klozetowej - wszystko było czarne. Hannibal gorączkowo sprawdzał kolejne zakamarki, stwierdzając, że nie tylko wszystko, ale to wszystko jest pokryte sadzą, ale w dodatku nie da się jej skutecznie zetrzeć z żadnej powierzchni, jakiej dotknie! Pod koniec swego rekonesansu był całkiem czarny i miał wrażenie, że czuje węgielny posmak nawet w ustach.

Został tej nocy zaatakowany i poparzony. Uratowany. Brał udział w ulicznej walce. Zyskał… przyjaciela. Widział tłum czarodziejów w atrium Ministerstwa, puste oczy, niezliczone tragedie. Nie wiedział, co działo się z połową jego znajomych, nie miał jak tego sprawdzić. Bał się nawet o Arabeskę, podobno śmierciożercy atakowali ptaki. I był sam, tak przeraźliwie sam w pustym, nagle obcym i nieprzyjaznym mieszkaniu.

Może z winy zmęczenia, a może poczucia nierealności całej tej sytuacji, przychodził mu do głowy tylko jeden sposób, by nie oszaleć. Chwiejnie podszedł do barku i wydobył z niego napoczętą butelkę Ognistej Whisky. Edycja jubileuszowa, zacny trunek, który sprezentowali mu koledzy z teatru na urodziny. Umościł się na swoim całkowicie nie nadającym się do użytku łóżku, tak, jak stał, zrzucając jedynie buty i wyjmując wreszcie z kieszeni komplet kluczy do teatru, włącznie z tym mokrym snem barokowego ślusarza, od którego zaczęły się wszystkie jego nieszczęścia tej nocy.

- Twoje zdrowie, Baldwin! - powiedział z obłąkańczym uśmiechem na ustach, unosząc flaszkę mniej więcej w kierunku mieszkania kumpla, po czym przyłożył ją do ust.


*


Siedział pod murem na ulicy, jak bezdomny, z głową odchyloną w tył tak, że wpatrywał się w niebo, z którego sypał się popiół. Czarne płatki osiadały na jego oczach i wpadały mu do otwartych ust, ale Hannibal nie mógł się ruszyć, zamknąć oczu ani nawet odkaszlnąć. Gdy jego gałki oczne zostały całkowicie przykryte, otoczyła go ciemność, w której spędził gorączkowe minuty, usiłując zmusić odrętwiałe ciało do działania.

- Tam jest! - usłyszał głos Ginny i w jego serce wstąpiła nadzieja… tylko po to, żeby za chwilę zgasnąć, kiedy ktoś inny powiedział:
- Temu już nie pomożemy, nie widzisz, że jest martwy?
”Jestem żywy! Pomóżcie mi!” - chciał krzyczeć Hannibal, ale nie mógł. Popiół powoli wypełniał jego gardło, odcinając dopływ powietrza do palących żywym ogniem, nieruchomych płuc. Serce powinno walić mu jak młotem, ale w jego klatce piersiowej panowała cisza.

Oczywiście, że nie mógł krzyczeć. Przecież był martwy.



*


Henry przyciągnął go do siebie z tym swoim łagodnym uśmiechem, pocałował, i jego usta wcale, ale to wcale nie smakowały popiołem.

- Chodź! - wydyszał i pociągnął go za rękę w najbliższy zaułek, gdzie przyparł go do ściany.
- Ściągaj to, i tak do niczego się już nie nada! - polecił ze śmiechem, wyłuskując Hannibala z resztek odzieży. Hannibal poddał się temu, równie gorączkowo atakując guziki koszuli przyjaciela. Zamknął oczy, ale zamiast kolejnego pocałunku, poczuł dłoń zaciskającą się na jego gardle i kolano wepchnięte brutalnie między nogi.

W przerażeniu na powrót otworzył oczy. Mężczyzna, którego pobili wcześniej tego wieczoru na Pokątnej  wpatrywał się w jego twarz z furią - nagle dużo masywniejszy i silniejszy, niż Hannibal go pamiętał. A może to on sam był mniejszy?... Młodszy czarodziej zacharczał, starszy zacisnął palce mocniej i dopływ tlenu został odcięty całkowicie.

- Uduszę cię, ty szlamojebny pedale, a potem zerżnę twoje zwłoki! - krople śliny wylądowały na twarzy Hannibala, który nagle zorientował się, że jest nagi. Szarpał się i wierzgał, ale przeciwnik wydawał się nie odczuwać w ogóle jego ciosów. Selwyn poczuł obce łapsko zaciskające się na jego jądrach, ale nie mógł nawet krzyknąć z bólu.
- Nic nie zmieniliście, nic, słyszysz? - warknął napastnik, a na krańcach pola widzenia Hannibala pojawiły się czarne plamki - Kiedy ją dopadłem, kwiczała, jak mordowany królik!

Płuca wołały o tlen, mięśnie międzyżebrowe napinały się, bezskutecznie próbując zassać powietrze, w uszach szumiała krew. Atakujący mężczyzna złapał nogę Hannibala pod kolanem i bez wysiłku podniósł ją do góry, uniemożliwiając jakąkolwiek obronę, unieruchamiając go w upokarzającej, odsłoniętej pozie.

Bezsilny. Bezbronny. Bez znaczenia.
Ciemność nieubłaganie połykała obraz przed jego oczami. Siła opuszczała mięśnie.
- Piszczała prawie tak wysoko, jak twój koleżka! - było ostatnim, co usłyszał, nim jego świadomość zgasła.


*


Stał na scenie w blasku reflektorów i patrzył na publiczność - nieprzebrane morze twarzy w dole przed nim. Wszyscy przyszli tu oglądać jego największe przedstawienie.

Nie chciał tej roli. Prosił Salvatore, a nawet przez chwilę błagał, żeby obsadził w niej kogoś innego, kogokolwiek.
- Zgubiłeś klucz do bramy i sam wiesz, ile kosztowało nas opóźnienie premiery “Ekstazy”. Jest tylko jeden sposób, w jaki możesz to zrekompensować teatrowi, ale nie martw się. Publiczność oszaleje! - usłyszał w odpowiedzi i zgodził się z tym, ale miał obawy, czy podoła wyzwaniu.
- Nie martw się - reżyser ojcowskim gestem położył mu rękę na ramieniu - Pomogę ci.
Zza kulis obserwowali go wszyscy koledzy i koleżanki. W loży dla prasy Henry unosił aparat fotograficzny. W masie twarzy na widowni widział nieogolone, szerokie oblicze Żeni i czarne warkocze Lucy. Wpuścili nawet mugoli, pomyślał jak przez mgłę. Za mało było prób przed tym spektaklem, ale do takiej roli nigdy nie byłoby ich wystarczająco dużo.

Pamiętał, jak podszedł pięć minut wcześniej do Salvatore, a może to był ojciec? i stanął przed nim wyczekująco. Starszy czarodziej kiwnął głową w niemym porozumieniu i uniósł różdżkę.

- Imperio!
Hannibal myślał zawsze, że osoby pod klątwą Imperiusa są nieświadome swoich czynów, a przynajmniej, że wraz z wolną wolą odchodzą emocje. Strach, poczucie winy, wstyd, gniew. Że zostaje tylko spokój.

Mylił się. Bał się. Trząsłby się, gdyby nie Zaklęcie Niewybaczalne, które trzymało jego ciało w ryzach, tak, żeby widzowie zobaczyli niewzruszonego bohatera.

Nie, proszę…
Hannibal Selwyn uniósł dłonie do szyi.
Poddaję się! Rezygnuję! Nie chcę tego robić!
I zacisnął je.
Wraz z dopływem tlenu znikły emocje. Został tylko spokój.
A jednak, pomyślał, umierając.
Na widowni rozbrzmiały oklaski.


*


Obudził się, spazmatycznie wciągając hausty powietrza w obolałe gardło, jak nurek wynurzający się z wody. Nadal brudny, jak sumienie śmierciożercy, a teraz dodatkowo wymiętolony przez swoją wczorajszą miniaturową libację i spanie w ubraniu.
Zlany czarnym potem zerwał się na nogi, po drodze przewracając pustą butelkę.

Już nigdy nie będę pił!, pomyślał, obietnica stara jak świat i nieprawdziwa jak Wróżka Zębuszka.
Za oknami było już jasno.

Nadal oddychał z wysiłkiem, kiedy, mijając wysokie, stojące w kącie sypialni lustro, kątem oka dostrzegł w pokrywającej je sadzy wytarty, czysty kształt.

Kiedy podszedł bliżej, zorientował się, że jest to zarys dłoni.
Dokładnie na wysokości jego krtani.



// Odgrywam: Bogacz, zagrywam Kartę Lokacji


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Hannibal Selwyn (1713)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa