• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[22/09/1972] I think I’m just a little bit too crazy for this life | Benjy

[22/09/1972] I think I’m just a little bit too crazy for this life | Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
01.11.2025, 23:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.11.2025, 00:08 przez Benjy Fenwick.)  
Wiedziałem, że przesadziłem z tymi zajęciami dzisiaj, od samego początku będąc świadomym, że kiedy człowiek cały dzień babrze się w klątwach, pułapkach, runach i cudzych, cholernie przewrotnych intencjach zaklętych w drewno i kamień, to wena na normalne funkcjonowanie przychodzi późno, jeśli w ogóle. Weszło mi już w nawyk, że po takich dniach najpierw musiałem chwilę się przejść, zanim docierałem do miejsca, w którym mogłem wreszcie zdjąć z siebie ten cały cholerny ciężar zaklęć, instrukcji, wykresów antymugolskich zabezpieczeń. Ulica pachniała wilgotnym brukiem i kadzidłami z pobliskiego sklepu zielarskiego, Pokątna tętniła jeszcze resztkami popołudniowego gwaru. Zatrzymałem się przed kamienicą, odruchowo przesuwając dłonią po klamce, zanim ją nacisnąłem. To nie było moje mieszkanie, zawsze o tym pamiętałem, powtarzając sobie, że nawet powietrze w środku należało do kogoś innego. Mojego kogoś, przynajmniej na kilka chwil, ale innego.
Na klatce schodowej panowała ta cisza, którą lubiłem, a ja mogłem wreszcie odetchnąć po całym dniu rozwiązywania cudzych błędów, klątw i zabezpieczeń, które w założeniu miały być do złamania niemożliwe. Schody znałem już na pamięć, każdy skrzypiący stopień i miejsce, w które nie należało stawiać pełnego ciężaru, jeśli nie chciałem dać o sobie znać połowie budynku. Każdy stopień powtarzał mi w głowie to samo pytanie: Po co tu znowu idziesz, Benjy? Nie wyniknie z tego nic dobrego, więc ile jeszcze możesz udawać?
Nie odpowiadałem, wchodząc na piętro, jakbym miał do tego pełne prawo. Przez moment stałem w progu, pozwalając oczom przyzwyczaić się do półmroku. Drzwi do mieszkania Prudence otworzyłem bez zawahania, chociaż wciąż było we mnie to drobne, nieprzyjemne ukłucie świadomości, że to nie było moje miejsce i nie powinno być dla mnie tak znajome. Klucz wszedł gładko, moja ręka była zupełnie spokojna, chociaż nadal miałem to… Osobliwe wrażenie, jakbym wchodził w czyjeś życie, które istniało długo przede mną i miało istnieć po mnie. To nigdy nie było, nie miało być moje mieszkanie, mimo że poza pomieszkiwaniem w Exmoor, byliśmy tu już kilka razy, a przyjemny zapach czystości i czegoś więcej, czegoś delikatniejszego, bardziej stąd, przeżarł się już w moje rzeczy. Wszedłem, dźwięk zamka zabrzmiał zbyt głośno w ciszy, jaka panowała w środku. Było cicho, tak cicho, że aż niepokojąco, w pomieszczeniu zabrzmiał tylko delikatny dźwięk zegara w kuchni i odgłos moich kroków po parkiecie. Wszystko było na swoim miejscu, mimo to, za każdym razem, kiedy tu przychodziłem, miałem wrażenie, że dom oddychał w rytmie Prudence, a ja tylko go zakłócałem. Prue była jeszcze w pracy, wiedziałem o tym, nie spodziewałem się niczyjego głosu. Zdjąłem buty, rzuciłem kurtkę na krzesło, potem podniosłem ją i odwiesiłem, bo wiedziałem, że jak ją tak zostawię, to będzie mnie kłuła w oczy. Mieszkanie pachniało czymś domowym, jakimś absurdem, który jeszcze parę miesięcy temu wyśmiałbym w barze, i kwiatami. Świeżymi kwiatami.
Dwa bukiety - tak, to była przesada, ale kiedy w kwiaciarni sprzedawczyni zapytała, „Dla dziewczyny?”, nie umiałem wziąć tylko jednego dla pani Bletchley. Wstawiłem je do wody. Ciasto, to poproszone, moment później wylądowało w chłodzie, przykryte, żeby nie złapało zapachów. Pachniało wanilią i miodem, zbyt słodko, jak na dzień, w którym ktoś mógłby uznać, że Mabon to dobra okazja na rodzinne spotkania z ludźmi, którzy i tak nie zostaną w naszym życiu na dłużej.
Przez chwilę po prostu stałem w kuchni, nie wiedząc, co zrobić z tą zbyt pustą przestrzenią, w końcu, trochę z przyzwyczajenia, a trochę z nerwów, zacząłem się krzątać. Niby miało być „tylko ciasto”, ale nim się obejrzałem, wszystko samo się potoczyło i do mieszkania wszedłem również z drobnymi zakupami spożywczymi. Garnek, nóż, dłoń odruchowo odmierzająca miary - nie planowałem tego, Prue pisała tylko o słodkościach, ale coś we mnie nie znosiło tej bezczynności. Może to był ten obiad z okazji Mabon, którego nigdy nie lubiłem, może coś gorszego. Postanowiłem przygotować coś, co uznałem za „bezpieczne” na okazję spotkania z jej rodzicami. Nic wymyślnego, nic, co mogłoby paść ofiarą rozmowy - najlepiej, żeby jedzenie było tylko jedzeniem, a nie kolejnym pretekstem do oceniania. Nie było to myślenie romantyczne, targane emocjami - to było myślenie obronne.
A jednak pół godziny później w kuchni już pachniało czymś znacznie bardziej ambitnym -  rozmarynem, czosnkiem, może nawet odrobiną wina, którego nie planowałem otwierać. Garnek brzęknął, a ja uznałem, że jeśli mam udawać normalność, to przynajmniej zrobię to dobrze. Wyjście, ciasto, coś wytrawnego, kwiaty, wino, ubrania zabrane wcześniej do Londynu - koszula ta, w której wyglądałem mniej jak ktoś, kogo lepiej omijać szerokim łukiem, ładne buty. Nie zamierzałem się stroić, zakładać krawata i marynarki, ale ten jeden raz mogłem wyglądać po ludzku. No, dwa razy - licząc jutrzejszy ślub. Tam marynarka była już obowiązkowa.
Zniknąłem w łazience. Woda była gorąca, miała ten specyficzny zapach tutejszych rur - lubiłem go, choć nigdy bym się do tego nie przyznał, parowała z kafli i z mojej skóry, próbowała mnie oczyścić z całego dnia, z całego tygodnia, ale… To coś nie chciało zejść - wrażenie, że ktoś stał za mną, tuż za moim karkiem, tuż za granicą widzenia, jak oddech, który czułem, ale którego nie słyszałem. Jeden z nielicznych razów w życiu, nie miałem odwagi się odwrócić, chociaż wiedziałem, że nikogo tam nie ma. Ostatnio wiedziałem to coraz rzadziej. Odkręciłem kurek mocniej, aż woda zagłuszyła wszystko, nawet moje własne myśli. Nawet to, że za dwie godziny miałem siedzieć przy stole z rodzicami Prudence i udawać, że Mabon to tylko miłe święto, a nie coś, co przypomina o końcach.

Końców się nie lubi.

Końców się unika.

A ja miałem wrażenie, że jeden właśnie zaczynał się zbliżać.

W łazience wciąż unosiła się para, zapach mydła mieszał się z tym, co piekło się w kuchni. W lustrze mignęło moje odbicie - zmęczone oczy, cień po dniu spędzonym na zleceniach, palce zostawiły smugi na lustrze, kiedy przejechałem po nim dłonią. Spojrzałem na własną twarz i miałem wrażenie, że ktoś ją lekko podmienił, odkąd zacząłem tu bywać - nie aż tak, żebym jej nie poznawał, ale wystarczająco, żebym widział różnicę. Przetarłem dłonią całe zaparowane lustro i raz jeszcze spojrzałem na swoje odbicie - zmęczone oczy, parę zadrapań, nic nowego, a jednak przez moment wydawało mi się, że w tle, za moim ramieniem, coś się poruszyło - cień, drgnięcie światła, nieistotny szczegół - czyżby?
Tak. W lustrze odbijała się tylko para i ja z oczami trochę zbyt czujnymi jak na kogoś, kto miał po prostu przygotować się do rodzinnej kolacji.
Nieszczęsnej, bo wolałbym jeszcze raz rozbrajać klątwę, niż siedzieć przy stole z jej ojcem, który pewnie będzie pytał o „nasze plany”, jakich nie mieliśmy, ale…
To miało przyjść dopiero za chwilę, na razie była tylko cisza, zapach ziół i to dziwne poczucie, że ktoś, kogo nie powinno tu być, właśnie odwrócił się w tym samym czasie, co ja.
Nie było nikogo, wiedziałem to, a mimo to odruchowo odwróciłem głowę, gdy sięgałem po ręcznik. Oparłem czoło o kafelki, wciągając powietrze powoli, tak jak mnie kiedyś uczono, jakby to miało cokolwiek naprawić. Gorąca woda zmyła kurz, ale nie to wrażenie, które siedziało we mnie od kilku dni, jakby coś stało tuż za mną, dyszało w kark.
Owinąłem się ręcznikiem, wyszedłem do kuchni. Westchnąłem cicho, jeszcze tylko ubrać się, może nalać wina, i czekać, aż Prue wróci. Mieliśmy mało czasu, zanim wyruszymy na tę nieszczęsną obiadokolację, ale przez chwilę… Było spokojnie. Tak cholernie spokojnie, że aż chciałem uwierzyć, że to mieszkanie, to życie naprawdę było moje. Tylko to wrażenie, że nie byłem tu sam…

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
01.11.2025, 23:38  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. Przerażenie narasta w tobie z każdą chwilą, aż nagle wbrew swojej woli wypluwasz z siebie słowa: Kiedy znów przyjdzie dzień sądu, klęknijcie przede mną, albowiem jestem początkiem lepszej drogi..
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
02.11.2025, 00:04  ✶  
Z początku to było tylko napięcie w karku - to samo, które czułem od kilku dni, jakby ktoś wbił mi w skórę niewidzialny hak i ciągnął, delikatnie, ale nieustannie, w tył. Nie słyszałem nic, żadnego głosu, żadnego szeptu, żadnego imienia wypowiadanego zza pleców, a mimo to, gdy wyłączyłem prysznic i otworzyłem oczy, miałem wrażenie, że w łazience powietrze zrobiło się gęstsze. Może to było tylko zmęczenie, może zbyt dużo czarnej magii w zbyt krótkim czasie, może… Woda jeszcze spływała mi z karku, kiedy otworzyłem drzwi łazienki, para buchnęła w korytarz, rozlewając się po nim jak mgła na cmentarzu - gęsta, lepka. Światło w kuchni drżało lekko, a ja pomyślałem, że to tylko para, tylko różnica temperatur, nic więcej. W piecu coś syczało - danie zaczynało łapać złocistą skórkę, pachniało tak, że aż ścisnęło mnie w żołądku. Przeszedłem kilka kroków, bose stopy przyklejały się do zimnych kafli, a cisza wokół zaczęła być zbyt doskonała, tak idealnie nienaruszona, że aż bolało.
Wziąłem oddech, chciałem coś powiedzieć, sam do siebie, dla rozładowania napięcia, ale język jakby mi zdrętwiał - nie potrafiłem. Zerknąłem na zegar - jeszcze godzina, może trochę mniej, Prue powinna niedługo wrócić. Wino w otwartej butelce pachniało cierpko, obiecująco, ale ręka mi nie drgnęła, zamiast tego oparłem się o blat, próbując wsłuchać się w to, co nie istniało. Nie było żadnych głosów, żadnych kroków, żadnego szeptu zza pleców, a jednak serce waliło mi jakby ktoś stał tuż obok.
- Weś się w galść. - Mruknąłem sam do siebie, głos miałem zachrypnięty. - To tylko pszemęczenie. - Ale wtedy… Coś się urwało - moja myśl, mój oddech, jakby ktoś wcisnął we mnie cudze słowa, zbyt ciężkie, żeby je zatrzymać, zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, poczułem, że usta same mi się otwierają.
- Kiedy znów przyjdzie dzień sądu. - Powiedziałem, obcym, niskim tonem, który nie należał do mnie. - Klęknijcie przede mną, albowiem jestem początkiem lepszej drogi. - Echo odbiło się od ścian, głos nie brzmiał jak mój, ani trochę. Stałem chwilę w bezruchu, wpatrując się w lustro w korytarzu - patrzył na mnie ktoś, kogo znałem, ale nie do końca, oczy miałem za ciemne, źrenice zbyt rozszerzone. Mrugnąłem - to wystarczyło, żeby poczuć, jak fala mdłości rusza z brzucha w górę.
Ledwo zdążyłem dopaść do łazienki, woda w muszli chlupnęła, dźwięk był ostry, brutalny, żołądek skręcał mi się, a w ustach czułem metaliczny smak. Otarłem usta wierzchem dłoni, spojrzałem na siebie w lustrze ponownie - twarz miałem bladą, włosy w nieładzie, oczy rozszerzone jak u kogoś, kto widział coś, czego nie powinien. Bezmyślnie, porywczo, sięgnąłem po kostkę mydła i, jak idiota, zacząłem szorować język. Nie mogłem znieść tego smaku, ale bardziej słów, które wciąż we mnie brzmiały, jak echo po wybuchu. Oparłem dłonie o umywalkę i policzyłem do dziesięciu, na głos, cicho, niemal szeptem, jakbym próbował przekonać siebie, że to zaklęcie - jeśli wypowiem je dokładnie, wszystko wróci do porządku.
Woda z kranu była lodowata, kiedy przemyłem nią twarz. Piekła, ale to dobrze. Chciałem czuć coś rzeczywistego, cokolwiek, co nie brzmiało, jak czyjś głos wewnątrz mojej głowy, który zaraz znowu przejmie nade mną kontrolę. Zacisnąłem palce na brzegu porcelany, aż pobielały mi knykcie.
- Weś się w galść. - Gdybym mógł, pewnie sprzedałbym sobie plaskacza, ale w tym momencie byłby zbyt widoczny, a Prudence nie mogła niczego dostrzec. Nie dlatego, że by się przestraszyła - miała w sobie więcej spokoju wobec braku normy niż większość mężczyzn, których znałem. Miała tę chłodną cierpliwość, która sprawiała, że potrafiła patrzeć na szaleństwo z dystansem, ale nawet ona miała swoje granice.
To… To było już poza nimi.
Wytarłem twarz ręcznikiem, porządnie, dokładnie, zgarnąłem włosy palcami do tyłu, jakbym przygotowywał się do roli - w zasadzie tak było. Z kuchni dobiegł mnie zapach przypiekanego rozmarynu, wyszedłem z łazienki, uważnie, powoli, jak ktoś, kto testował, czy podłoga nie zniknie mu spod stóp. Wszystko wyglądało zwyczajnie - kuchnia, naczynia, które sam umyłem, pół butelki wina, ciasto, dwa bukiety - te cholerne kwiaty, które miały sprawić, że będzie miło. Nie było. Zerknąłem w stronę drzwi, wiedziałem, że zaraz usłyszę jej klucz w zamku - wiedziałem też, że muszę wyglądać normalnie. Nie zgrywać się, nie udawać wesołego, ponad miarę - ona by to od razu wyczuła, ale po prostu być sobą. Tym, kim byłem przed tym… Czymkolwiek to było.
Przyłożyłem dłoń do karku, poprawiając ręcznik na biodrach i kierując się, by wyjąć danie z pieca, zaczynając szykować się do wyjścia.

Oddychaj.
Uśmiechnij się.
Prue nic nie zauważy.
Jesteś dla niej zbyt nienormalny - to akurat zobaczy, prędzej niż później, prawda?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (1959), Pan Losu (58)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa