• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[Mabon 1972] „Za chwilę” to pojęcie umowne

[Mabon 1972] „Za chwilę” to pojęcie umowne
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
05.11.2025, 14:30  ✶  

Penelope zniknęła w kuchni, oni mieli krótką chwilę na wymianę pierwszych spostrzeżeń, znajdowali się blisko drzwi - jeszcze mogli uciec, chociaż pewnie trudno byłoby się jej z tego wytłumaczyć, ale była w stanie to zrobić.  Benjy odpowiedział dość lakonicznie na jej pytanie, przez co przyglądała mu się uważnie przez krótką chwilę, aby upewnić się iż faktycznie wygląda jak ktoś kto uważa, że nie jest najgorzej. Musiała to zweryfikować. Wiedziała, że było to dość intensywne przywitanie i mogło wzbudzić różne emocje, rzadko kiedy ktoś był gotowy na bliskie spotkanie z Penelope.

- To zamiennik diabła. - Nigdy jakoś specjalnie nie wnikała dlaczego jej matka korzystała z tego archaizmu, być może w jej opinii brzmiał mniej złowieszczo, czy coś, to było prawdopodobne. Nawet kiedy używała słów, które miały nieść nieco mniej przyjemny przekaz robiła to w najbardziej delikatny sposób z możliwych, była w tym słodziutka i cieplutka, i zupełnie niewinna.

- Jak będzie za bardzo intensywnie, mrugnij dwa razy. - Wymyśli na poczekaniu coś, co będzie musiała mu pokazać, dzięki czemu chociaż na chwilę odetchnie. Wiedziała do czego zmierzał, nie musiał kontunować myśli. Znał jej matkę, to znaczy kojarzył, jednak wtedy pojawiał się tutaj w zupełnie innym celu, nie podejrzewała, aby Penelope zachowywała się, aż tak bardzo przytłaczająco w stosunku do kolegów jej brata, zresztą na pewno wtedy starali się omijać ją w drzwiach, żeby nie doprowadzać do zbyt długich interakcji, teraz wyglądało to zgoła inaczej.


W salonie znajdował się już jej brat. To było zaskakujące, zwłaszcza z jego tendencjami do spóźniania się. Najwyraźniej czekał na to, aż wszyscy się zbiorą, nie, żeby ich kolacje były pełne ludzi. Zazwyczaj spotykali się w bardzo skromnym gronie, co wcale jej nie przeszkadzało, dzisiaj jednak miało być poniekąd wyjątkowo.
- Zrobiłeś coś z włosami? - Rzuciła całkiem lekko, jakby o to jej właśnie chodziło od samego początku. Nie dało się nie zauważyć, że Eliasz wyglądał na zmęczonego, zapewne miał dużo pracy po tym, co wydarzyło się w Londynie, mimo wszystko jednak znalazł chwilę, aby się tutaj pojawić. Matce trudno było odmówić, żadne wytłumaczenie nie było wystarczające, jeśli chodzi o niepojawienie się w domu rodzinnym podczas święta.

- Nie, nie spotkaliśmy się w drodze. - Jej brat czasem nie dostrzegał tego, co działo się wokół niego, chodził z głową w chmurach, więc tak właściwie nie zdziwiło jej za bardzo, że mógł nie zauważyć zmiany jej podejścia do jednego ze swoich przyjaciół. Był to chyba moment, w którym powinna go nieco oświecić.

- Przyszliśmy tu razem. - Powiedziała lekko, jakby nie było w tym nic dziwnego, jakby to była jedna z najbardziej oczywistych rzeczy na świecie. - Spotykamy się z Benjy'm od jakiegoś czasu, jest moim chłopakiem. - Od tygodnia? Może trochę dłużej, to nie było w tej chwili istotne, chciała, żeby znalazł się tutaj z nimi podczas tego rodzinnego spotkania, więc go zaprosiła, no i byli tu teraz, razem. Wolała nazwać rzecz po imieniu, bo Eliasz mógł to zinterpretować po swojemu, a jednak zależało jej na tym, żeby zrozumiał co miała na myśli.

Nie wydawało jej się, aby jej brat potrzebował jakichś dokładniejszych szczegółów, chyba mu wszystko odpowiednio wyjaśniła, właściwie nie do końca interesowała ją jego reakcja, bo przecież byli dorośli, mogli robić, co im się tylko podobało.

Usłyszała trzaśnięcie dochodzące z piętra, uniosła głowę, w sumie to odruchowo, bo przecież przez sufit nie była w stanie nic zauważyć, to oznaczało jednak, że najprawdopodobniej ojciec postanowił wyłonić się ze swojej jaskini, na nikogo więcej nie czekali, a matka przecież była w kuchni.

Nie zdążyła się ruszyć, nadal nie zajęli miejsc, kiedy w pomieszczeniu pojawił się ojciec. Prudence przeniosła wzrok na mężczyznę, wydawała się zupełnie nie przejmować całą sytuacją, a raczej chciała, aby zostało to tak odebrane. W końcu nie było to nic wielkiego, przyprowadziła mężczyznę z którym się spotykała na kolację, to nic takiego.

Ojciec nie powinien być zaskoczony, bo przecież uprzedziła matkę, a ta na pewno i mu przekazała informacje. Miała jednak wrażenie, że przyglądał im się odrobinę za długo, chociaż może tylko jej się wydawało? John nie był łatwy w rozgryzieniu, cóż, potrafił jak i ona się dystansować, co w tej chwili nieco utrudniało jej analizę całej sytuacji.

- Dobry wieczór. - Nie było to szczególnie wylewnym przywitaniem, ale w sumie wolała to od przesadnego entuzjazmu Penelope, było bardziej w jej stylu. - Tato, chciałam Ci kogoś przedstawić. - Najwyraźniej ojciec nie wpadł na to, że zamierzała to zrobić, więc musiała wcale niedyskretnie o tym wspomnieć i zwrócić jego uwagę ponownie na gościa. Sama Prudence nie była najlepsza w podobnych sytuacjach, ale jakoś musiała sobie z tym poradzić, przecież była dorosła. - To Benjy, mój chłopak, to znaczy Benjy Fenwick. - Nie sądziła, aby ojciec mimo swojej bystrości umysłu wpadł na to, że nie był dla nich zupełnie obcy, jej samej połączenie kropek zajęło trochę czasu.

- Tak właściwie to chyba próbuje uratować go przed spaleniem. - Nie skomentowała jego słów dotyczących tego, że wszyscy znaleźli się tutaj o czasie, wcale nie wyglądał jakby się z tego cieszył, ale z drugiej strony od zawsze trudno było odczytać emocje z jego twarzy.

- Usiądźmy. - Mruknęła cicho do swojego towarzysza, bo przecież nie powinni tak tu stać, jak na ścięcie tylko w końcu zasiąść przy stole.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
05.11.2025, 22:07  ✶  
Przyznaję, że gdybym wiedział, w co się pakuję, pewnie wypiłbym coś mocniejszego, niż dwa kieliszki wina, przed wejściem do tego domu. Coś w tym wszystkim było tak absurdalnie znajome, że aż prawie swojskie - ten dom pachniał porządkiem, kolacją i oczekiwaniami. Dom, do którego kiedyś wchodziłem bokiem, śmiejąc się z Eliaszem i resztą, żeby tylko nie dać się zagonić jego matce do rozmowy o przyszłości. Teraz szedłem z Prudence, trzymany przez nią za nadgarstek, jakby to miało mnie utrzymać w ryzach, ten dotyk był czymś tak oczywistym, że przez krótką chwilę poczułem się tu mniej jak intruz.

Elias wyglądał, jakby potrzebował narzuty, dwóch poduszek i miesiąca snu, a dostał rodzinną kolację. Nie wiedziałem, czy kiedykolwiek widziałem go tak zmęczonego. Miał oczy jak człowiek, który trzy razy próbował zasnąć i za każdym razem coś go z tego snu wyrwało - niekoniecznie myśl, czasem samo życie potrafiło szarpnąć, zmuszając człowieka do przedwczesnego wstania. Uśmiechnął się na mój widok, lecz był to ten jego półuśmiech, w którym zawsze było więcej ulgi niż radości, jakby naprawdę cieszył się, że niczego nie musi udawać. Uścisnąłem jego dłoń bez wahania - tak, jak zwykle to robiłem, bez zachowywania się, jakby to było jakieś niezwykłe spotkanie, chociaż jego minę można było czytać niemal, jak otwartą księgę. Zaskoczenie, konsternacja, potem to szybkie połączenie kropek, jakby w głowie próbował ułożyć układankę, nie do końca zdając sobie ze wszystkich szczegółów kilku ostatnich tygodni. Chyba nie zakładał właśnie tej jednej opcji, byłem tego prawie pewny, otwierając usta, ale Prue mnie ubiegła.
„Spotykamy się. Jest moim chłopakiem.” Kiedy Prudence powiedziała to tak wprost, uniosłem lekko brwi. Nie dlatego, że się z nią nie zgadzałem, a raczej z tego absurdalnego poczucia, że to słowo zabrzmiało w tym domu jak coś... Nie na miejscu, jak plama czerwonego wina na śnieżnobiałym obrusie, jednak nie zamierzałem się tłumaczyć ani wycofywać. Skoro powiedziała to tak jasno, ja tylko przesunąłem dłonią po karku i kiwnąłem głową w geście potwierdzenia.
- Tak, spotykamy się. - Dodałem dla formalności, półgłosem, żeby nie zostawiać jej samej w tej deklaracji, pozwalając, by Elias przełknął to po swojemu.
Właśnie wtedy rozległ się ten trzask z góry. Dźwięk nie był groźny, ale wystarczająco wyraźny, żeby coś się w powietrzu zmieniło. Cisza, która po nim zapadła, miała ciężar, jak przed uderzeniem pioruna o ziemię. Zanim zdążyłem dobrze zrozumieć, co się dzieje, w drzwiach stanął pan domu. Wszedł jak człowiek, który nigdy nigdzie nie wchodził „tak po prostu”, zatrzymał się, zmierzył każdego spojrzeniem, nawet nie musiał nic mówić, żeby było wiadomo, że to on tu trzymał wszystko w ryzach. Pan Bletchley zawsze miał tę aurę człowieka, który mógłby przeprowadzić operację na otwartym sercu i nawet się nie spocić. Patrzył, jakby wszystko katalogował, miał w sobie ten rodzaj spokoju, który nie wynikał z łagodności, tylko z lat praktyki w obserwowaniu innych ludzi i ich błędów. Jego ruchy były kontrolowane, ton neutralny, wzrok ostry jak skalpel - tak, znałem to spojrzenie, widywałem podobne na korytarzach, gdzie uzdrowiciele przechodzili obok pacjentów, obserwując ich z tym samym chłodnym zainteresowaniem. Widziałem to w krótkim zmarszczeniu między jego brwiami, jakby układał mnie w szufladzie, katalogując mój przypadek, ale nagle zabrakło mu etykiety. Nie płoszyło mnie to, przywykłem do spojrzeń ludzi, którzy chcieli zrozumieć, gdzie mam szwy i co się jeszcze we mnie trzyma na ślinie i upartej woli życia.
Utrzymałem kontakt wzrokowy, nieco zbyt długo, może odrobinę z przekory. Nie byłem tym, kogo oczekiwał, od wielu lat nie byłem nikim, kogo oczekiwały jakiekolwiek ojcowskie wyobrażenia. Dobrze. „Dobry wieczór państwu.” Kto tak się zwracał do własnych bliskich? Nie odwzajemniłem od razu uśmiechu, bo nie był to uśmiech, do którego chciałoby się dopasować - był chłodny, poprawny, bezpieczny. Byłem wysoki, wyższy od niego, ale przy nim czułem się bardziej jak ktoś, kto został zaproszony na egzamin, nie kolację, i wyjątkowo mi się to nie podobało - już dawno skończyliśmy Hogwart, prawda?
Opuściłem wzrok dopiero wtedy, gdy Prudence przedstawiła mnie z tą swoją spokojną stanowczością, którą zawsze miała, nawet wtedy, gdy świat wokół się walił. Nie odsunąłem się, nie uciekłem od jej gestu trzymania mnie za nadgarstek. Właściwie przeciwnie - ścisnąłem delikatnie jej dłoń, żeby dać znać, że wszystko było w porządku. Nie zamrugałem dwa razy.
- Panie Bletchley. - Powiedziałem, lekko skinąwszy głową. Nie ruszyłem się, nie odsunąłem, nie usiadłem, dopóki on nie zaczął siadać, nauczyłem się takich rzeczy dawno temu, w miejscach, gdzie respekt był ważniejszy niż honor, a milczenie - cenniejsze niż wyjaśnienia. - Dziękuję za zaploszenie. - To było w zasadzie wszystko, co musiałem powiedzieć. Nie byłem pewien, czy zaproszenie faktycznie padło, ale uznałem, że warto o tym wspomnieć, o mojej wdzięczności. Zresztą, jego mina wystarczyła, żeby wiedzieć, że wolałem utrzymać chociaż pozory uprzejmości. Nie próbowałem być miły, nie próbowałem być twardy, byłem po prostu kulturalnie obecny. Stałem, nie zajmowałem więcej przestrzeni, niż musiałem, nie uciekałem. Nie przepraszałem za to, jak wyglądam, ani za to, że byłem właśnie tutaj, bo przecież mnie tu zaprosili.
Nie zaskoczyło mnie, że zignorował podanie mi ręki, ani to, że przesunął serwetkę o kilka centymetrów, pamiętałem, że zazwyczaj musiał przywracać światu równowagę. Tacy ludzie zawsze istnieli - ci, którzy porządek traktowali jak mur między sobą a emocjami. Znałem ten rodzaj dystansu, rozumiałem go aż za dobrze, ale to nie do niego się uciekałem, nigdy nie. Na chwilę zapadła cisza, a gdy John Bletchley znowu się odezwał, głos miał tak spokojny, że człowiek przez moment mógł pomyśleć, że to zwykła rozmowa, ale nie, to było badanie gruntu. Nie odpowiedziałem, nie zamierzając komentować ciasta jego żony.
Prudence zasugerowała, żebyśmy usiedli. Zrobiłem to bez wahania, odsuwając jej krzesło i dopiero wtedy zajmując miejsce obok niej. Wciąż czułem na sobie spojrzenie Johna, jak gdyby pan domu próbował znaleźć w mojej twarzy odpowiedź na pytanie, którego nie zadał. Cóż, nie zamierzałem się domyślać, jak mogło brzmieć, dopóki sam by mnie o to nie spytał. Oparłem dłonie na kolanach, przysuwając się do stołu wystarczająco cicho, żeby nie naruszyć jego perfekcyjnego porządku. Nie planowałem niczego łagodzić, udawać, zmieniać - to był ich dom, ale planowałem zginać karku bardziej niż należało. Wiedziałem, że to był dopiero początek wieczoru, ale już miałem nieodparte wrażenie, że żaden z nas nie wyjdzie z tej kolacji w pełni zadowolony - czyli klasyczne Mabon, co nie?



[Obrazek: 4GadKlM.png]
ᴀʟᴄʜᴇᴍɪsᴛ ᴏꜰ ɢʟᴀss
what is the point
in having a mind
if you do not use it
to make judgements
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
szklarz
178cm wzrostu; zielone oczy; ciemnobrązowe kręcone włosy; trzydniowy zarost na twarzy; dołeczki w policzkach; lekko przygarbiona postura; chód opieszały, nieco niezgrabny

Elias Bletchley
#13
10.11.2025, 21:14  ✶  
— Hee? — mruknął, krzywiąc się lekko na pytanie siostry. Potrzebował dłuższej chwili, żeby w ogóle zrozumieć, o co go pytała. — A... No tak, ja... Tak. Tak. Próbowałem się zainspirować twoimi najnowszymi fryzurami. — Widocznie zaczął odzyskiwać rezon, a jego głos stał się pewniejszy, jakby od dawna miał przygotowaną kontrę na podobny komentarz ze strony Prudence. — Rozważałem jeszcze zaplecenie sobie warkoczyków, ale pomyślałem, że to byłaby drobna przesada. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Matka mogłaby nas nie rozróżnić.

''Od jakiegoś czasu''? Nie ma co, szybko się zaaklimatyzowała w towarzystwie moich kumpli, pomyślał Eliasz, próbując poukładać sobie w głowie tę zupełnie nową, niespodziewaną sytuację. Wprawdzie zauważył, ze na ognisku para nie stroniła od swojego towarzystwa, ale zrzucił to na karb tego, że siostrze w końcu udało się zintegrować z jego grupą znajomych. Nie przewidział jednak tego, że Prudence zdoła aż tak mocno zakolegować się Benjym. Prawdę mówiąc zakładał, że pewnym momencie siostra uzna ich po prostu za bandę jełopów tak jak to miało miejsce w czasach szkolnych i znowu wróci do swojej odizolowanej od świata krypty w trzewiach Ministerstwa Magii? To bardziej by do niej pasowało niż ten scenariusz.

Czy powinien się cieszyć z tej zmiany w zachowaniu siostry? Cóż, od dawna tkwił w przeświadczeniu, że lepiej byłoby dla niej, gdyby wyszła w końcu do ludzi. A teraz w końcu to zrobiła. Chyba powinien się cieszyć, ale z drugiej strony... Z tyłu głowy chochliki już szeptały mu do głowy najróżniejsze komentarze. Co będzie jak kiedyś się pokłócą w jego towarzystwie? Albo zerwą ze sobą? Albo będą chcieli, aby to on zajął jakieś konkretne stanowisko w sporze między nimi? Miałby stanąć po stronie kumpla? Siostry? A może miałby pełnić rolę sowy i pomagać im w negocjacjach? W oczach Eliasza zabłysło przerażenie.

— A więc... Ty z nią? — Wbił spojrzenie w Benjy'ego. Pochylił się delikatnie w jego stronę, poszukując jakichś oznak tego, czy przypadkiem nie został jakoś zmuszony do odegrania roli obecnego partnera Prudence. Przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. — Cóż... Chyba pozostaje mi życzyć tobie powodzenia. Zasada numer jeden: nie daj jej się stłamsić, bo jak raz dopnie swego, to już potem nie przestaje. Zaufaj mi, żyłem z nią pod jednym dachem przez tyle lat, że coś o tym wiem.

Nie chciał się teraz przerzucać z nimi trudnymi pytaniami pokroju: czemu mi nie powiedziałaś, że spotykasz się z moim kolegą Prudence? Benjy, czemu nic nie powiedziałeś, że wpadłeś mojej siostrze w oko? Wzdrygnął się mimowolnie na myśl o tym drugim pytaniu. Może to i lepiej, że nic mu nie mówili? Chociaż kochał swoją siostrę ponad życie, tak raczej nie był najbardziej obiektywną osobą, jaką można było sobie wyobrazić, w kwestii rozmów na temat jej życia uczuciowego. Mimo to... Miło by było, gdyby któreś z nich chociaż zająknęło się wcześniej na ten temat.

Eliasz już miał wrócić na swoje miejsce, gdy do ich grona dołączył John Bletchley.

— Tatku — odparł równie bezbarwnym tonem, garbiąc się nieco na dźwięk powitania ojca, zupełnie jakby słowom tym miało od razu potowarzyszyć zaproszenie na badania do Szpitala św. Munga. — Jak tam sprawy na piętrze? Coś się zmieniło w przeciągu ostatnich trzydziestu minut?

Potem pozwolił, aby to Prudence przejęła pałeczkę w rozmowie z ojcem, jednak musiał też dorzucić swoje trzy grosze, jakby w ten sposób mógł zagwarantować Fenwickowi dodatkowe bezpieczeństwo przy stole:

— Ja też znam Benjy'ego — rzucił ze spokojem, zajmując swoje miejsce przy stole. — Kumpel, jeszcze z dawnych lat. Tak samo jak Ambroży?

Co jak co, ale z grona znajomych syna to akurat Greengrassa ojciec powinien kojarzyć, chociażby z tego, że operowali w tym samym zakładzie pracy. Eliasz poniekąd liczył, że wspominając o tym odpowiedzialnym młodym medyku z Munga, sprawi że John nabierze bardziej pozytywnego podejścia do nowego partnera córki. Elias zerknął kontrolnie na siostrę. Kolejna sprawa: gdyby mu powiedziała o swoim nowym chłopaku, to mogliby stworzyć jakiś wspólny plan o tym, jak przedstawić go rodzicom. Ajajaj, tak ich wpakować...
Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#14
10.11.2025, 22:50  ✶  
John spojrzał na syna powoli i nie do końca świadomie. Zupełnie tak, jakby słowa Eliasa musiały przebyć długą drogę przez powietrze, zanim w ogóle do niego dotarły. Zanim zorientował się, że to absolutny brak kultury, na ułamek sekundy oparł łokieć o stół, po czym przeciągnął dłonią po brodzie w sposób, który zdradzał zarówno zmęczenie, jak i irytację.
- Znalazłem mysz. A właściwie to ślady po niej. W moim gabinecie. Przy niewydanej publikacji o diagnostyce pourazowej. Tej, którą miałem dokończyć czytać w ramach recenzji. Teraz ma wygryzione dziury. - Przy tym ostatnim słowie jego spojrzenie przesunęło się w bok, w stronę drzwi prowadzących na korytarz, jakby w duchu analizował, kto lub co zawiniło bardziej: gryzoń, kot, czy może jego własna nieuwaga. - W papierze. I w treści. Bezcennej treści. Liczba kopii była ograniczona, sprezentowana... Wyłącznie nielicznym specjalistom - doprecyzował tym bardzo charakterystycznym, półświadomym tonem, przez który w przeszłości (i zapewne teraz też) raczej nikt w tym domu nie miewał wątpliwości, że w danym momencie mówił bardziej do siebie niż do zebranych.
I że gdyby tylko zbyt mocno zapędził się teraz w opowieści o swej stracie, co na szczęście się nie stało, niechybnie dołożyłby do tego coś w rodzaju: co gorsza, tej tragedii dałoby się uniknąć, gdyby tylko liczni nie postanowili pogardzić tymi nielicznymi wartościami, jakie naprawdę mają znaczenie. Wtedy z pewnością mielibyśmy trzy egzemplarze. Gryzonie miałyby, na czym się stołować.
Zamiast tego westchnął ciężko, a gdy ponownie się odezwał, barwa jego głosu tylko odrobinę się zaostrzyła. Uniósł brew, przesuwając spojrzeniem z syna na przestrzeń gdzieś za ramieniem Eliasa. Znowu westchnął, nie ukrywając, że nawet samo wspomnienie tamtego widoku było dla niego trudne do przyjęcia.
- A wiesz, co jest w tym najciekawsze? - Zamrugał i dodał tonem, który sugerował, że to pytanie wcale nie wymagało odpowiedzi. - Mamy kota. Przynajmniej w teorii - nie uniósł głosu, ale w tej pozornej obojętności kryła się nuta naprawdę głębokiego rozczarowania.
Zamilkł na moment, odchrząknął, poprawił mankiet i dopiero potem spojrzał na córkę, a moment później również na jej towarzysza, którego tak kulturalnie mu przedstawiła. Nawykowo obrócił w palcach obrączkę, zanim jego wzrok spoczął na Benjym i tam już pozostał, przynajmniej na dłuższą chwilę.
John nie wyglądał na człowieka, który miał ochotę wdawać się w grzecznościową wymianę zdań. W jego spojrzeniu ponownie pojawił się ten wcześniejszy rodzaj głębokiego skupienia, tak charakterystycznego dla kogoś, kto od lat przywykł do diagnozowania skrajnie różnych przypadków medycznych.
- Fenwick, tak? - Powiedział wreszcie, nadal spokojnie, lecz mimo wszystko z nutą, która brzmiała bardziej, jakby sporządzał notatkę do kartoteki niż zadawał pytanie dyktowane czystą ciekawością. - Z jakiej dziedziny właściwie się wywodzisz, młody człowieku? Zawodowo - to mówiąc, ułożył dłonie na stole, splatając palce w klasycznym, zdyscyplinowanym geście. - Zakładam, że nie z medycyny, skoro nie spotkaliśmy się w Mungu. Choć... Nazwisko nie jest mi całkiem obce - to nie było przyjacielskie nawiązanie do tego, że być może znał kiedyś jakiegoś krewnego Benjy'ego i mógł powiedzieć coś miłego na temat tej osoby.
Nie było to też zagajenie rozmowy. To było przesłuchanie. W miękkiej, grzecznej formie, ale wciąż przesłuchanie, nawet mimo starań syna i córki.
- Zakładam jednak, że nie jesteś stąd, hm? - Dopytał, nie rozwijając za bardzo, skąd pojawił się u niego tenże wniosek (zwłaszcza po słowach Eliasza, które mogłyby sugerować inaczej) ani nie odrywając wzroku od twarzy przybysza.
W dalszym ciągu wyglądał przy tym tak, jakby próbował dopasować gościa do jakiejś kategorii, której jeszcze nie potrafił nazwać. Wbrew sugestii, która zdecydowanie mu nie umknęła, przybysz nie wyglądał na medyka. Jeśli bywał w szpitalach, to raczej po tej drugiej stronie biurka.
Nie było to jednak niczym szczególnym w tym pomieszczeniu, niestety. Mimo to, dzieci Johna wciąż były ludźmi kultury, a ten tutaj...
...no cóż, przynajmniej chodził do szkoły. To już było coś.
- Chociaż z tego, co mówi Eliasz, znacie się z czasów... Szkolnych, hm? - Rzucił i przez krótką chwilę zastanawiał się nad czymś, co ewidentnie nie grało mu z tym pierwszym pytaniem, lekko unosząc przy tym brwi.
Spojrzał jeszcze raz na Prudence i na ten drobny gest, którym próbowała zachęcić swojego towarzysza do usadowienia się przy stole. Wiedział, że starała się zachować spokój. Wiedział też, że w takich chwilach to właśnie cisza mówiła najwięcej. Przeniósł więc spojrzenie na drzwi, nabierając powietrza nosem.
- Powinniśmy tu przewietrzyć. Eliasie, racz otworzyć okno, proszę - rzucił spokojnie, ewidentnie próbując na chwilę zmienić temat, jednocześnie samemu nie ruszając się z miejsca.
Zegar na ścianie znów tyknął, wyznaczając rytm wieczoru, który zdecydowanie dopiero się rozkręcał.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#15
11.11.2025, 00:21  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.11.2025, 00:22 przez Prudence Fenwick.)  

- Myślę, że to nam nie grozi. - Powiedziała cicho, bardzo spokojnym tonem. Nie miała pojęcia, co musiałoby się stać, by matka faktycznie nie mogła ich rozróżnić, niby docierało do niej, że to mógł być żart... chociaż w przypadku Eliasa w grę wchodziły jeszcze jego umiejętności metamorfomagiczne. Nie wydawało jej się jednak, by Penelope miała jakikolwiek problem w tym, aby ich od siebie odróżnić, nawet gdyby jej brat przyjął jej postać.

Spoglądała na brata, czekając na jego reakcję. Nie do końca wiedziała, czego mogła się po nim spodziewać. Niby byli bliźniakami, jednak okropnie się od siebie różnili, każde z nich przyjęło zupełnie różne cechy. Niby wychowali się w jednym domu, jednak nie dało się chyba mieć bardziej różnych dzieci pod względem podejścia do świata. Prudence była ułożona, skrupulatna, miała plan na wszystko, mocno stąpała po ziemi, a Elias... Elias zawsze chodził z głową w chmurach, jakby gdzieś miał to, co działo się na ziemi. Tym razem czuła jednak, że to ona go zaskoczyła. Na pewno nie mógł się spodziewać tego, że pojawi się tu z Benjy'm, że przedstawi go jako swojego chłopaka, najwyraźniej i ona potrafiła wprowadzić nieco zamieszania. Czy przejmowała się opinią brata na ten temat? Niekoniecznie. Wiedziała, że trudno było mu ją zrozumieć, chociaż się starał, ale to wcale nie było takie łatwe, kiedy znajdowało się na dwóch różnych biegunach.

Fenwick potwierdził jej słowa, może dobrze, że to zrobił, bo bliźniak pewnie mógłby kwestionować prawdziwość tego, co powiedziała. Nie zdziwiłoby jej to jakoś specjalnie, nie wydawało jej się, aby uważał, że ktoś mógłby znaleźć się przy jej boku z własnej woli, szczególnie z grona jego bliskich znajomych. Sporo się jednak zmieniło od momentu, w którym byli w Hogwarcie, ona się zmieniła i oni się zmienili, zresztą w zamierzchłych czasach, tych naprawdę bardzo zamierzchłych przepadała za Benjy'm, gdy jeszcze był inną osobą, trochę się to skomplikowało, ale mijający czas w tym wypadku okazał się być sprzymierzeńcem, pozwolił spojrzeć na wszystko inaczej.

Opuściła wzrok na swoje stopy, jakby były najbardziej interesującym obiektem jaki istniał na ziemi. Elias mówił o niej tak, jakby jej tutaj nie było. W sumie często wtapiała się w otoczenie, udawała, że nie istnieje, teraz jednak nieco ją to zabolało. Z nią... Poczuła się trochę, jakby była złem wcielonym. Właściwie może tak było. Nie dało się ukryć, że nie była prostym człowiekiem, raczej widziano w niej dziwadło. Oczywiście, że to jemu życzył powodzenia, powinna się tego spodziewać, prawda? Ciche westchnienie wyrwało jej się z ust, mimowolnie. Nie chciała pokazywać, że nie poczuła się z tym komentarzem najlepiej. Nigdy nie pasowała do obrazka.

Wtedy pojawił się ojciec, a atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej gęsta. Wyprostowała się, by nie dać po sobie znać, że nie do końca sobie z tym radzi. Musiała jakoś się ogarnąć, trochę jednak żałowała pojawienia się na tej kolacji, bo wszystko wydawało się coraz bardziej komplikować. Jakby nie mogli po prostu usiąść do stołu, zjeść, wymienić ze sobą kilku zdań, a później zniknąć za drzwiami.

John, jak zawsze przejmował się głównie tym, co było jego całym światem. Nie dziwiło to Prue jakoś specjalnie. Zdawała sobie sprawę z tego, iż niektóre publikacje... mogły być bardzo wartościowe, w przeciwieństwie do swojego ojca jednak nie miałaby zbyt wielkich oczekiwań związanych z kotem, który mieszkał w ich domu. Był stary i ślepy, już dawno znajdował się na emeryturze, przynajmniej w oczach Prue. John jednak... miał swoje zdanie na ten temat. Nie skomentowała tego jednak, gdyż zwracał się do jej brata, a raczej rzadko kiedy odzywała się niepytana. Nawet w domu, nawet wśród bliskich.

Poczuła dłoń Benjy'ego zaciskającą się na jej, robił to delikatnie, odwzajemniła ten gest, a właściwie sama mocniej złapała jego rękę. Nie miała pojęcia, które z nich w tej chwili bardziej potrzebowała wsparcia, chyba nie spodziewała się, aż takiego przesłuchania. Nie chciała, aby on czuł się niekomfortowo, a nie bardzo miała z tym co zrobić, bo jej ojciec był ojcem, tyle. Odezwała się na tyle stanowczo, na ile umiała. Wiedziała, że Benjy potrafi się zachować, przez wiele lat przecież musiał żyć w bardzo wymagającym świecie, a tego nie dało się tak po prostu zapomnieć, wolałaby jednak, aby mógł być tutaj zupełnie naturalny, nie musiał grać, naprawdę zależało jej na tym, by poczuł się dobrze w jej rodzinnym domu, nawet jeśli miała to być jego pierwsza i ostatnia wizyta w tym miejscu. Jednak nie wszystkie życzenia można było spełnić.

- Medycyna nie jest jedyną wartościową dziedziną. - Postanowiła się wtrącić, bo miała wrażenie, że John o tym zapominał, traktował ją jako najważniejszą, najbardziej istotną, jakby wszystkie inne mogły się nie liczyć. Prue nie miała takiego podejścia, mimo, że sama przecież podążała tą ścieżką. Wiedziała, że jest wiele fascynujących dziedzin, którymi warto było się zajmować.

Kiedy usiedli Prue była wyprostowana niczym struna, nie przeszkodziło jej to jednak w odnalezieniu dłoni Benjy'ego, którą chciała chwycić, nie wiedziała tylko, czy robiła to dla siebie, czy dla niego, chociaż może... Zdecydowanie dla siebie, on na pewno był w stanie sobie poradzić z jej ojcem, tymczasem kobieta sama nie czuła się najlepiej z tymi pytaniami, które zadawał.

Uniosła głowę znad talerza na krótką chwilę, niby próbowała zrozumieć działania brata, chciał w jakiś sposób ułatwić im wprowadzenie Fenwicka w to grono, jednak nie do końca wydawało jej się to słuszne, zwłaszcza, że przecież Benjy'emu zależało na tym, aby nikt nie połączył go z jego poprzednią osobą. Przełknęła głośno ślinę, bo wiedziała, że ojciec należał do osób, które umiały łączyć fakty, oby nie zrobił tego zbyt szybko.

Okno. Tak, na pewno świeże powietrze dobrze im zrobi.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
11.11.2025, 17:03  ✶  
Patrzyłem na Eliasa uważnie, gdy padły słowa: „A więc… ty z nią?” Nie było w tym zdziwienia, którego można by się spodziewać, raczej powolne układanie puzzli, spojrzenie kogoś, kto próbował w myślach rozłożyć wszystko na części i złożyć od nowa, znaleźć początek tego „z nią” i „ze mną”. Nie odwracałem wzroku, wzruszając ramionami, bez potrzeby kolejnego potwierdzania czegoś, do czego sam przywykłem na tyle szybko, że już nawet przestało mi się wydawać szczególnie niezwykłe, może przyszło nam to trochę za łatwo, za lekko, ale gdy porzuciliśmy niepotrzebne zachowania, naprawdę wyglądało na to, że potrafiliśmy się dogadać. Jego komentarz o „powodzeniu” przyjąłem półuśmiechem, automatycznym, jak odruch człowieka, który całe życie musiał pokazywać, że nic go nie rusza. Słyszałem te słowa wielokrotnie, w innych domach, w innych układach. Zwykle ktoś się przy tym śmiał, ktoś podnosił brwi. Ja? Po prostu słuchałem jego rad z lekkim rozbawieniem, chociaż wiedziałem, że nie potrzebowałem instrukcji, jak stawiać czoła Prudence. Pamięć szkolnych czasów nie znikała - wtedy rzucaliśmy w siebie słowami, ostrymi jak sztylety, każde wierne własnej racji do granic uporu. Miała talent do wywoływania we mnie reakcji, których wolałem nie mieć, a ja potrafiłem doprowadzić ją do szału z prędkością wybuchającego kociołka, to były niekończące się wojenki, wymiana słownych ciosów, próby wyprowadzenia się nawzajem z równowagi, a jednak nie wydawało mi się, by ktoś wtedy kogoś wyraźniej tłamsił dla samego poczucia wyższości i dominacji, zawsze chodziło o coś innego. Teraz dorośliśmy, nauczyliśmy się wyczuwać moment, kiedy można być stanowczym, i moment, w którym lepiej odpuścić. Upór nie znikał, tylko zmieniał kierunek, oboje nabraliśmy kantów, oboje nauczyliśmy się gryźć w bardziej umiejętny sposób, tylko że ona nauczyła się chować zębiska pod skórą. Ja nie. Kątem oka dostrzegłem, jak Prudence opuszcza głowę, lekko zmieszana słowami Eliasa. Ścisnąłem jej dłoń, delikatnie pociągając ją bliżej mojego ramienia - nie ostentacyjnie, naturalnie. W tym prostym geście było wszystko, co trzeba - obecność, wsparcie, zrozumienie, bez słów, bez nadęcia, było też milczącym przyzwoleniem - stawianie na swoim jest w porządku, jeśli robi się to z rozsądkiem. Prawda była taka, że to, co nie mieściło się w wyobrażeniach innych ludzi, nigdy jej nie ograniczało. A ja? Tak samo byłem kimś, kogo ludzie chętnie nazywają trudnym, nie należałem do najbardziej spokojnych, nie pozwalałem, by rutyna i konwenanse dyktowały mi każdy ruch.
- Wiesz. - Odparłem powoli, z lekkim uśmiechem, który miał w sobie nutę prowokacji. Wiedziałem, że nie chciał się mierzyć w swojej wyobraźni z tym, co miało paść, ale to on zaczął. - Mam wlaszenie, sze oboje dobsze wiemy, sze twoja siostla nie potszebuje nikogo, kto miałby ją „okiełznaś”, a jusz na pewno nie mnie. Choś… Muszę przyznaś, sze wyciągnąłem swoją lekcję i tym razem czasem pozwalam, szeby mnie lekko stłamsiła. - Mój ton był spokojny, ale słowa niosły lekki podtekst, który, wiedziałem, uderzał dokładnie tam, gdzie powinien. Nie obchodziło mnie, że wyobraźnia mogła w tym momencie uwięzić jego myśli w mniej komfortowym obrazie. - To, sze dopina szeczy, któle chce dopiąś, to jedna z bardziej waltościowych szeczy, jakie mosna o kimś powiedzieś. - Dodałem zaraz, zanim liczba ludzi w pomieszczeniu się zwiększyła.
Po chwilowej przerwie wypełnionej słowami o kocie, uwaga Johna powróciła w naszym kierunku. Oczy pana domu przez chwilę błądziły po mojej twarzy, próbując ułożyć mnie w jakąś kategorię, której nie znał - był spokojny, lecz wyraźnie skrupulatny, jakby każdy gest, każde pytanie miało znaleźć swoje miejsce w jakiejś mentalnej kartotece. Uśmiechnąłem się, sam fakt, że ktoś próbował mnie sklasyfikować, był w gruncie rzeczy zabawny. Nie spojrzałem na niego z góry ani nie spuściłem oczu, zamiast tego obserwowałem każdy szczegół jego twarzy, jakby on sam był przedmiotem analizy, a nie ja. Kontynuował przesłuchanie, co wywołało we mnie niemal cichy uśmiech. Zakładał, że nie jestem stąd, co oczywiście zdradzał mój akcent - paradoksalnie nie do końca naturalny.
- Nie, nie jestem stąd. - Przytaknąłem krótko, unikając zbędnych szczegółów - słowo „stąd” pozostawiło w powietrzu nutę niepewności. Nie dodałem, że wcale nie znał nikogo z mojej „rodziny”, chociaż jego mózg zdążył już powiązać moje nazwisko z kimś znajomym. Przeszłość znała inne imię, inną osobę, a ja, z uprzejmą precyzją, pozwalałem mu myśleć, że nie zna mnie osobiście. - I nie wywodzę się s medycyny, jak pan słusznie pszypuszcza. - Dodałem spokojnie, pozostając w tonie lekkiej rezerwy. - Chociasz kiedyś zdaszało mi się współplacowaś s uzdlowicielami… Mosna by powiedzieś, sze zajmuję się badaniem i neutlalizowaniem magicznych anomalii, niekoniecznie tam, gdzie większość czalodziejów oczekuje lekasza. Choś, oczywiście, czasem nasze dlogi się kszyszują. - Mruknąłem spokojnie, układając ręce luźno na stole. Czułem, że jego ciekawość jest bardziej badawcza niż agresywna. Mój ton, spokojny, rzeczowy, lecz niepozbawiony finezji, był częścią tej gry. - Specjalizuję się w zaklęciach oczyszczających, neutlalizujących, czasem w dezaktywacji uloków i pszekleństw. - Podniosłem lekko brwi. W świecie czarodziejów można było nazwać to wielorako - klątwołamacz, specjalista od neutralizacji klątw, a jeśli ktoś potrzebował ładniejszej formy - ekspert w dziedzinie zaklęć ochronnych. Dla dobra sprawy, świadomie wybierałem dla Johna właśnie tę bardziej sztywną, oficjalną wersję. Każde słowo, każda pauza były dokładnie wyważone - on myślał, że pyta, ja wiedziałem, że odpowiadam, usiłując sprzedać mu wersję, która w miarę pasowała do jego oczekiwań.
- W pewnym sensie. - Powiedziałem, w tych słowach tkwiła prawda, chociaż nie całkowita. Nie byłem stąd - wiedziałem, że to zauważył, wyłapując subtelne niuanse w mojej wymowie, których nie zamierzałem tłumaczyć, nie obchodziło mnie, że akcent był paradoksalnie „niecałkiem naturalny” - ale jednocześnie byłem stąd. Znał mnie, ale nie pod tym imieniem, które usłyszał.
Skinąłem głową powoli, pozwalając, by cisza między moimi słowami zbudowała dystans, wprowadzając w rozmowę odrobinę równowagi, zanim przesłuchanie mogło zamienić się w próbę zastraszenia. To był moment, w którym obserwowałem reakcję, nie pozwalając, by mój własny wyraz twarzy zdradził cokolwiek więcej, niż chciałem ujawnić. Jego oczy przeskakiwały między mną a Prudence, analizując, nie mówił tego wprost, ale jego spojrzenie skrupulatnie przesuwało się po wszystkich detalach, próbując mnie sklasyfikować. Mój cel był prosty - sprzedać mu wersję, którą uznałby za logiczną i spójną z jego obserwacjami.
- Nie zagszałem miejsca w Hogwalcie. Moja lodzina. - Zacząłem spokojnie, pozwalając, by głos brzmiał normalnie, lecz zdecydowanie - Wyemigrowała do Stanów, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Dolastałem w Amelyce, w Luizjanie, między innymi, stąd mój akcent, któly zapewne wydał się nieco… Obcy. - Dodałem z lekkim, dyskretnym uśmiechem, który miał sprawić wrażenie naturalności, ale jednocześnie miał być nawiązaniem do tego, że wiedziałem, na podstawie czego próbował wnioskować o mojej obcości.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
ᴀʟᴄʜᴇᴍɪsᴛ ᴏꜰ ɢʟᴀss
what is the point
in having a mind
if you do not use it
to make judgements
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
szklarz
178cm wzrostu; zielone oczy; ciemnobrązowe kręcone włosy; trzydniowy zarost na twarzy; dołeczki w policzkach; lekko przygarbiona postura; chód opieszały, nieco niezgrabny

Elias Bletchley
#17
15.11.2025, 00:25  ✶  
— Taa… No, rozumiem. Najważniejsze, że się dopełniacie, tam gdzie to najważniejsze — podsumował z lekkim uśmiechem. Chrząknął znacząco. — Uprzejmie jednak muszę ostrzec... Jesteś moim przyjacielem, ale Prue to dalej moja siostra. Więc ten... Bądź dla niej dobry. A nawet lepszy. Najlepszy.

Pogroził mu palcem, co samo w sobie musiało wyglądać nieco komicznie, biorąc pod uwagę dzielącą ich różnicę wzrostu. Wewnątrz zaś starał się nie myśleć o tym, w jaki sposób jego siostrze jak do tej pory udało się ''stłamsić'' Benjy'ego. Naprawdę wolałby nie znać szczegółów. Z chęcią dowiedziałby się, co okazało się kamieniem milowym w ich relacji, ale nie musiał wiedzieć wszystkiego. Bądź co bądź, oboje byli dla niego bardzo ważni, ale na Merlina, pewne kwestie powinny pozostać tajemnicą.

— Tato, nie żebym chciał jakoś szczególnie bronić szkodnika, ale ta mysz raczej nie była świadoma tego, że nie należy do tego waszego elitarnego grona specjalistów — zażartował Eliasz, opierając podbródek na dłoni. Po chwili jego uśmiech nieco przygasł. — Z drugiej strony, może właśnie uważała się za takiego speca. I dlatego właśnie wzięła na warsztat to... Tomiszcze.

Z góry założył, że publikacja nie była zwykłą ulotką. Zjawisko diagnostyki pourazowej nie brzmiało jak coś, czego opis lub omówienie można było zamknąć na przestrzeni krótkiego artykułu w specjalistycznym piśmie. Merlin mi świadkiem, pewnie byś nawet tego nie zaakceptował w takiej formie, skomentował bezgłośnie, mając wrażenie, że ojciec, gdyby tylko mógł, to zaopatrzyłby się w jak najbardziej rozszerzoną wersję tego dzieła.

Takie, które nie tylko wyczerpywałoby temat badań, ale też przy okazji było w stanie zabić człowieka, gdyby spadło mu na głowę. Chłopak zmarszczył czoło na wzmiankę o kocie i zerknął kontrolnie na siostrę, jakby ta wiedziała, o co chodziło ojcu. Żartował? A może chciał w ten dwuznaczny sposób zasugerować, że sam zapolował na mysz? Wzdrygnął się na myśl o tym ostatnim.

— Dokładnie. Gdybym mógł wzniósłbym za to toast — mruknął na komentarz Prudence o medycynie.

Te słowa sprawiły też, że zaczął jej się przyglądać nieco uważniej. Zaskoczyła go. I to całkiem pozytywnie. Jakby znaleźli się po tej samej stronie barykady. Bądź co bądź, sam Eliasz uważał, że znacznie odbiegał od reszty rodziny. Matka farmaceutka, ojciec medyk, siostra w prosektorium, a on? Albo w szkicach albo w szkle i witrażach. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że rodzice mieli wobec niego zupełnie inne nadzieje. Nadzieje, których na tym etapie życia nie był w stanie już spełnić. Przez całą wymianę zdań między ojcem a Benjym, Eliasz nie odwracał wzroku od siostry.

— Mhmm — mruknął Eliasz, słysząc polecenie ojca. Dopiero wówczas ściągnął z siostry ciężar swojego spojrzenia.

Zamiast jednak podnieść swoje szanowne cztery litery, wyciągnął różdżkę i wycelował nią w jedno z okien, aby otworzyć je mniej więcej do połowy. Po chwili w jadalni rozgościła się przyjemna fala chłodnego powietrza z zewnątrz, która owiała ich twarze.

— A więc... Zaklęcia oczyszczające, tak? — dorzucił od siebie, chowając różdżkę do kieszeni. — Merlin mi świadkiem, że pracy to ci raczej nie zabraknie w najbliższym czasie. Po tych pożarach rynek dosłownie płonie. I nie chodzi nawet o małe zlecenia. Wczoraj robiłem w posiadłości Shafiqów w Little Hangleton. Wymiana wszystkich okien. Kompletna masakra. Nie zdziwiłbym się, gdyby niektórzy zaczęli też inwestować w usługi klątwołamaczy.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4408), Elias Bletchley (1760), Pan Losu (29), Paracelsus (3293), Prudence Fenwick (2856)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa