Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Znowu zaczęły się te rzeczy - głosy, które nie były głosami, kroki, które słyszałem, chociaż nie było nikogo, smród zgnilizny, której nikt poza mną nie czuł. Próbowałem sobie wmówić, że to tylko głowa, efekt zmęczenia, stresu - wszystko minie, ale nie mijało. Za każdym razem przychodziło szybciej, mocniej, bardziej realnie. Skaziłem jej mieszkanie, jej spokój, jej sen. Nie miała pojęcia, co przyniosłem ze sobą. Co gorsza, ja też sam nie do końca wiedziałem - nie potrafiłem tego odepchnąć, pomóc samemu sobie, przegrywałem tę walkę, raz za razem, coraz głębiej się osuwając.
Deszcz nie ustawał ani na moment. Był ciężki, tłukł o bruk, dachy, szyby i parapety tak, jakby chciał zmyć z miasta każdy ślad po nocy. Niebo ciążyło nisko, brudne od chmur, ciemne mimo świtu, woda wsiąkała w ubranie, w buty, w ciało, czułem jej chłód na karku, gdy wchodziłem po schodach, przystając przy każdych drzwiach tylko po to, by dać sobie chwilę na oddech. Zamek ustąpił lekko, w mieszkaniu panowała cisza, ten rodzaj spokoju, który się czuło, a nie słyszało. Ciepło uderzyło mnie od progu, aż zadrżałem, pachniało herbatą i dymem ze świecy, której resztka jeszcze tliła się na stole. Lampka przy kanapie wciąż się paliła, rzucając miękkie, bursztynowe światło na salon.
Leżała zwinięta pod kocem, z twarzą częściowo schowaną w poduszce, kot wtulił się w nią tak, że widać było tylko czarny, rozczochrany czubek ogona, który poruszył się, gdy zamknąłem za sobą drzwi. Zamarłem, nie chcąc zakłócić tego spokoju, w tym obrazie było coś niemal nierealnego, coś z innego świata - z tego, który był mi obcy, a jednak w jakiś sposób zawsze do niego tęskniłem. Spojrzałem na zegarek - czwarta trzydzieści, jeszcze noc, chociaż już dzień. Najgorsza pora, ten moment między jednym a drugim, kiedy człowiek nie należy do żadnej rzeczywistości - ani do światła, ani do mroku. Podeszedłem bliżej, stawiając kroki tak cicho, jakbym znowu był gdzieś, gdzie należało się pilnować, nie w mieszkaniu. Ująłem rąbek koca, poprawiłem go ostrożnie, żeby lepiej ją otulił, ciepło jej skóry czułem nawet przez tkaninę. Kot poruszył się lekko, ale się nie obudził, jego drobne ciało drgnęło, po czym znów się uspokoiło, wtulone w jej klatkę piersiową. Przez sekundę po prostu patrzyłem - było coś potwornie bolesnego w tej prostocie, w tym, jak dobrze wyglądali razem, jak domowo, jak normalnie, jakby ciemny, mroczny i deszczowy świat nigdy nie istniał poza tym pokojem.
Moje rzeczy leżały tam, gdzie je położyłem. Nic osobistego, ani jednego przedmiotu, który by coś o mnie mówił. Było w tym coś upokarzającego - świadomość, że cały mój świat mieścił się w rzeczach stworzonych wyłącznie do pracy i w jednym, małym pakunku ubrań, ślady przeszłości spłonęły razem z wynajętym pokojem, wszystko, co miałem - co ostało się po tamtym pożarze, po ucieczkach, po błędach, to było właśnie tyle. Pięć minut pakowania. Niewiele, żałośnie niewiele, jeśli wziąć pod uwagę całe życie. Nawet nie było czego spakować - jeden rzut oka wystarczył, by się zorientować, że nie zostawię po sobie nic, co miało wartość. Zebrałem wszystko metodycznie, jak złodziej wracający po resztki łupu. Nie czułem ulgi, ani trochę, spodziewałem się jej, liczyłem, że odejście przyniesie chociaż chwilowe wytchnienie, że powietrze stanie się lżejsze, gdy przestanę być częścią tego miejsca, ale im więcej rzeczy wkładałem do torby, tym bardziej coś we mnie pękało, jakby każdy przedmiot był jednym oddechem mniej. Wciąż padało, dźwięk deszczu sączył się przez szybę, monotonny, nieprzerwany. Kot poruszył się lekko, zamruczał przez sen, i to był jedyny dźwięk, który przerwał tę ciszę. Kiedy miałem już wszystko, stanąłem na środku pokoju, światło lampy drżało lekko, jakby chciało zgasnąć. Wziąłem głęboki oddech, przez chwilę myślałem, że po prostu wyjdę. Po cichu, jak poprzednio, ale coś mnie zatrzymało - może zwyczajny ludzki odruch, a może coś bardziej okrutnego. Podszedłem jeszcze raz, nachyliłem się nad nią, moja dłoń zawisła w powietrzu, niepewna, czy powinna. Bezimienny kociak ponownie mruknął przez sen, Prue oddychała równo, spokojnie, w jej ciemnych włosach błyszczał cień rudego światła. W końcu jednak dotknąłem jej włosów, ciepłych, miękkich, pachnących tak znajomo, że moje serce zabiło mocniej. Chciałem, żeby się obudziła, spojrzała na mnie tym swoim spojrzeniem, które zawsze mówiło więcej, niż chciała, by zadała pytanie, które zmusiłoby mnie do zostania. Czasem człowiek wie, że jeśli powie choć jedno słowo, nie zdoła już przestać - ale czy to dobre? Nie. Wsunąłem w dłoń materiał koca i raz jeszcze go poprawiłem, dokładnie, z uwagą, jakby to miało znaczenie. Może miało.
Nie obudziła się.
Palce zadrżały, kiedy je cofałem. W ciszy słychać było tylko deszcz i tykanie zegara. Poczułem, jak coś we mnie pęka - tym razem bardziej, nie głośno, nie dramatycznie, po prostu cicho, ostatecznie. Kiedy otworzyłem drzwi kamienicy, powitał mnie ten sam deszcz - cięższy niż wcześniej, jakby z każdą minutą chciał przebić się przez bruk i zatopić miasto. Wyszedłem, nie oglądając się za siebie, klucz trafił do skrzynki na listy. Znałem ten zapach, jaki unosił się w powietrzu - to był zapach wolności pomieszanej z klęską. Schowałem dłonie w kieszeniach, ruszyłem w noc, w której deszcz tłumił każdy krok. Nie wiedziałem, dokąd pójdę - może do baru na rogu, może dalej, wszystko jedno. Liczyło się tylko, żeby nie wracać, nie skrzywdzić jej bardziej, niż już to zrobiłem samą obecnością.
Czy mogło się nam udać? Nie. Wiedziałem to od początku. Nie byłem gotów na Prudence, nie na kogoś, kto kojarzył się z czystością, porządkiem, domem, a jednak zawsze miałem do niej ten miękki punkt. Nawet wtedy, gdy powinienem był trzymać się z daleka. Od samego początku życia byłem zbyt blisko, zbyt długo, zbyt często w miejscach, gdzie światło przestawało działać tak, jak powinno, a kiedy w końcu udało mi się wyrwać - czy raczej wydostać - myślałem, że tym razem może przez chwilę będzie inaczej, ale te rzeczy nie zostawiają człowieka w spokoju, one się wgryzają. W kości, w krew, w myśli. Nie wiedziałem, co we mnie widziała, i chyba nigdy nie miałem zrozumieć, dlaczego nie zamknęła przede mną drzwi. Może dlatego to wszystko było tak cholernie trudne, bo zacząłem chcieć, naprawdę chcieć. Postąpiłem głupio, naiwnie, właściwie to trudno byłoby znaleźć słowo, które oddałoby całą skalę idiotyzmu w moim zachowaniu. Myślałem, że jeśli po prostu spróbuję - jeśli się zmuszę, by znowu spróbować normalnego życia - to wszystko, co złe, trochę się uspokoi, da się to naprawić, naprostować, wytłumaczyć sobie tę statyczność, jako coś przejściowego, a potem krok po kroku robić z tego coś normalnego, nową stałą. Nie dało się - pewnych rzeczy nie da się odepchnąć.
Naprawdę chciałem, by było normalnie. Nie cudownie, nie idealnie, nie tak, jak w tych mdłych opowieściach, w które nikt już nie wierzył. Po prostu… Normalnie. Chciałem budzić się obok kogoś, kto nie patrzył na mnie jak na ruinę, móc wypić herbatę bez odruchu sprawdzania, czy ktoś nie dodał czegoś do filiżanki, przynieść kota, tego maleńkiego drania, i pozwolić mu rozciągnąć się na kanapie - nic więcej, ale najwyraźniej i to było zbyt wiele. W głowie wciąż słyszałem echo jej głosu, uśmiechu, to krótkie drgnięcie radości, kiedy mówiła o małej, czarnej kulce ze złotymi oczami. Potem tylko deszcz i stukot moich butów o mokrą ulicę - nie było pożegnania, nie było żadnych słów, bo przecież wszystko, co mogłem powiedzieć, zostało już kiedyś powiedziane, skazując mnie na klęskę.
Na ulicy było szaro, mgła mieszała się z deszczem, w powietrzu wisiała ta lepka wilgoć, której nie dało się nie kojarzyć z Londynem. Horyzontalna była prawie pusta, ledwie kilka świateł w oknach kawiarni i sklepów spożywczych otwierających się z samego rana. Mimo to czułem na sobie wzrok, jakby cały ten świat, te mokre dachy i ciemne zaułki, wiedziały, co zrobiłem. Nie teleportowałem się, znowu nie, poszedłem w stronę końca ulicy, aż do starej kwiaciarki pod zadaszeniem, która rozstawiała stoisko o świcie, pracując dalej, nawet jeśli jej lokal całkowicie spłonął. Nie pytała, czemu wyglądam jak topielec, ani czemu drżą mi ręce, kiedy przekazywałem jej kopertę, prosząc o dostarczenie jej z kwiatami. Napisałem list, ten oficjalny, krótki, rzeczowy, wyważony - taki, jakiego można się spodziewać po kimś, kto odchodził z rozsądku, nie z rozpaczy. Podpisałem się tylko inicjałem, bez miejsca, bez czegokolwiek więcej. Wiedziałem, że trafi do niej jeszcze tego ranka.
Schowałem ręce w kieszeniach, zaciskając palce na serwetce - tusz się rozmazał od wilgoci, litery straciły kształt, ale nie miało to znaczenia - i tak nikt tego nie przeczyta. Prawdziwy list był inny - ten, który miałem w kieszeni kurtki, zmięty, zapisany w pośpiechu na serwetce z Dziurawego Kotła. Zawsze brakowało mi papieru, gdy najbardziej go potrzebowałem. Nie planowałem go, napisał się sam, między jednym łykiem a drugim. Było w nim wszystko, czego nie miałem odwagi powiedzieć - o tym, jak bardzo się bałem, jak bardzo chciałem, jak cholernie mi zależało, chociaż wiedziałem, że to nie ma prawa się udać, zniszczę ją i wszystko, co było między nami, dobre i normalne. O tym, że przepraszam, nie potrafię, nie umiem żyć obok kogoś, kogo mogę skrzywdzić, nawet przez to, że oddycham tym samym powietrzem. Chodziło o to, że coś we mnie pękło, dawno temu, i wszystko, czego dotknę, prędzej czy później też pęka.
Deszcz nie ustawał. Miasto oddychało ciężko, jak po długim, złym śnie.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)