• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[13.07.1969] Vita Mildrethae

[13.07.1969] Vita Mildrethae
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#1
25.01.2026, 16:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 00:20 przez Aaron Andrew Moody.)  
Mieszkanie Alastora i Millie

Nikt nie odpowiadał, gdy Aaron zapukał do drzwi, wszedł więc do mieszkania sam. Obiecał Alastorowi, że odnowi w wolnej chwili zabezpieczenia rodzinnej sieci, a przy okazji zerknie na pęknięcie szerzące się wzdłuż ściany sypialni. Nie chciał odkładać tego w nieskończoność, zwłaszcza, że chodziło o matrycę zaklęcia ochronnego. Zdrzemnął się więc może z godzinkę po dyżurze, żeby się zregenerować, a potem pozbierał graty, bo w skrzynce z narzędziami miał jak zawsze potworny bałagan. Musiał jeszcze załatwić parę rzeczy, zegar wiszący w przedsionku wskazywał więc na kilka minut po pierwszej, kiedy Aaron wreszcie teleportował się na miejsce. W tykaniu zegara było coś irytująco regularnego. Coś, co przypominało o upływie czasu, nawet gdy w mieszkaniu wszystko zdawało się tkwić w bezruchu. Na zewnątrz słońce stało wysoko, przygniatając miasto ciężarem upału. W środku panowała jednak ciemność. Grube zasłony zaciągnięto szczelnie, broniąc przystępu światłu dnia. Tylko jego smugi rozlewały się plamami na podłodze salonu, w którego progu stanął Aaron.

Przez dłuższą chwilę przypatrywał się wystawce z pustych butelek, którymi założona została ława w salonie. Między nimi leżały pędzle o stwardniałym włosiu, zaschnięte palety i naczynka z mętną wodą, na których ściankach osiadały warstwy kolorów. Brudna tęcza rozwarstwiona na dnie szkła. Na dnie wydawała się być też rozwalona na kanapie Millie. Kaskada ciemnych włosów spływała po poduszce, przypominając rozbryzg farby na sztaludze stojącej w kącie salonu. W półmroku nie potrafił dojrzeć konturów obrazu. Nie potrzebował. Wiedział, że płótno będzie niedokończone, zatrzymane w połowie gestu, w połowie myśli artystki. Artystki, bo przecież Millie chciała być artystką, nie aurorem. Wyobrażał sobie, że farba miejscami wciąż błyszczy wilgotno. Wyobrażał sobie też, że gdzie indziej pęka już cienką skorupką, zdradzając, że minęło wystarczająco dużo czasu, żeby artystka... Zdążyła się rozmyślić.

Gdyby Aaron nie poczuł promieniującego do szczęki bólu, nie zdałby sobie sprawy z tego, że zaciska zęby. Wystarczyłoby jedno machnięcie różdżki, żeby przenieść wszystko do kuchni. Potem trzeba to będzie włożyć do worka i wynieść na śmietnik... Potem. Na razie nie był w stanie na to wszystko patrzeć. Skupił wzrok na córce. Za bardzo przypominało mu to o schowanej na wieczór butelce wódki, którą kupił wczoraj, tuż przed wyjściem na nocną zmianę. O zgrzewce piwa czekającej na niego w lodówce.

Aaron Moody miał zasady, których się trzymał. Celem wyprawy po alkohol nie mógł być więc nigdy alkohol sam w sobie. Nie, alkohol kupowało się tylko "przy okazji". Nigdy tuż po otwarciu, nigdy tuż przed zamknięciem sklepu. Nigdy w środku nocy.
Każda z takich wypraw musiała zostać wcześniej starannie zaplanowana.
Najpierw koszyk należało wypełnić produktami spożywczymi, zachowując się przy tym w możliwie neutralny sposób. Odpowiednio duży tłok. Godziny szczytu, kiedy obsługa była zbyt zajęta, żeby zwrócić na niego uwagę. Zapamiętać twarz kolejnego klienta, który niespecjalnie przejmował się uprzejmościami. Tak jak wszyscy chciał przecież zdążyć z zakupami przed końcem przerwy na lunch! A chociaż Aaron wolał zwykle robić zakupy wczesnym popołudniem, gdy wokół niego nie przewijało się tak wielu ludzi... Zbliżała się rocznica. A w rocznicę śmierci Madeleine zawsze pił więcej.
Zmuszony został więc do dostosowania strategii pod okoliczność.
Zabawnie to brzmiało. Strategia. Jak gdyby planował jakąś sekretną operację, a nie upodlenie w zaciszu mieszkania.
Aaron zerknął na stojącego niepodal łysiejącego mugola w średnim wieku, który wnikliwie studiował sporządzoną na kartce listę zakupów. Dłuższą chwilę mrużył skryte za grubymi okularami oczy, zerkając raz to na trzymaną w ręku kartkę, raz to na półkę z płatkami śniadaniowymi. W końcu poddał się, przywołując krzątającą się obok ekspedientkę.
"Pamięta pani, które kupuje moja żona?"
Aaron zacisnął rękę na różdżce schowanej w kieszeni. Nogi same poniosły go dalej.
Chociaż wiedział bardzo dobrze, w której alejce znajdzie to, czego szukał, zmusił się, żeby przejść połowę sklepu, zanim skierował swoje kroki w stronę właściwych półek. Alkohol nigdy nie mógł trafić do koszyka jako pierwszy. To także była jedna z zasad. Sięgnął po butelkę opatrzoną znajomą etykietą. To samo, co zawsze. Zmiana wymagałaby refleksji, a on udawał przecież, że kupuje wino do obiadu. Wino, które pije do wysmażonego befsztyku w każdy czwartek! Po prawdzie, nie lubił nawet za specjalnie wina, ale szybciej szło się takim skurwić. Wsadził je do koszyka, bo wiedział, że nad następnym wyborem będzie mógł już nieco dłużej podumać. Przeszedł wzdłuż półki, udając, że przypatruje się cenom. Wódkę należało kupić droższą, jak gdyby kupowało się prezent. W końcu dawno niewidziani przyjaciele mieli wpaść na grilla. Dlatego kupił jeszcze zgrzewkę piwa. Nic nie smakuje tak dobrze, jak karkówka marynowana w jasnym piwie, mógłby się zaśmiać, gdyby ktoś zapytał go o zawartość koszyka. Wiedział, że nikt nie zapyta. A jednak czuł się pewniej ze swoim wymyślonym alibi. Nawet w pracy napomknął mimochodem, że będzie grillował w ten weekend. Wszystko po to, żeby zachować pozory.
Odwrócił się na pięcie i opuścił alejkę tak szybko, jak było to możliwe bez zwracania na siebie uwagi.

Millie nie umiała nigdy zachować pozorów. Wszystkie emocje wypisane miała na twarzy, nawet wtedy, gdy próbowała je ukryć pod tą swoją udawaną nonszalancją. Wyjebaniem, mającym sprawiać wrażenie, że niczego nie bierze na poważnie, niczego nie bierze do siebie. Gdy spała, wydawała się jednak spokojną. Twarz miała wygładzoną, jak gdyby sen zdejmował z jej ramion ciężar, z którym wiecznie nosiła się na jawie. Mimochodem zauważył, że na policzku ma ślad farby. Tak drobny, że niemal niezauważalny, gdyby nie kontrastował z bladą skórą dziewczyny.

Aaron wyciągnął rękę w stronę córki, jak gdyby chciał odgarnąć kosmyk włosów opadający jej na czoło, gestem niemal czułym. Niemal pieszczotliwym. Zamarł jednak, gdy Millie nagle poruszyła się we śnie. Wymamrotała coś niezrozumiale, a może tylko tak mu się zdawało. Cofnął rękę. Chwila już minęła. Aaron odsunął się, zanim Millie zdążyła się przebudzić.

– Ciężka noc w robocie? – rzucił ostro, starając się zdusić w sobie gniew. Nie potrafił. Wciąż słychać było w jego głosie złość.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#2
25.02.2026, 21:47  ✶  
To nie była strategia.

To była kwestia przetrwania.

Kiedy życie boli, kiedy nienawiść do siebie wzmaga tak mocno, że nie możesz znieść swojej głowy, swoich oczu, swoich myśli, swoich uczuć, swojego ciała, swojej duszy, swojego kurwa wszystkiego. Noc była… nie inna niż poprzednie, musiałaby przyznać. Nie było w niej nic aż takiego niezwykłego. Próbowała malować, miała przynieść przecież kolejny obraz na kolejny kurs kolejnego bezpodstawnie kretyńskiego marzenia.

Gdybyś tyle czasu poświęcała na treningi, ile poświęcasz na to bazgrolenie.

Echo słów, prawdziwych czy echem wyrzutu wymyślonych przez umęczoną świadomość, umysł, który och tak, jak bardzo potrzebował nie czuć tak wiele. Po pierwszej butelce było łatwiej. Wściekłe słodka szczurza trutka. Bourbon? Chyba. A potem tylko ona i dom i farba. Próba odreagowania opierdolu Bonesa, za spierdolenie kolejnych miesięcznych raportów.

Co by powiedział Twój ojciec i brat? Przecież miałaś w tym roku rozpocząć kurs aurorski, ale nie mogę tego tak zostawić Moody.

Miękkie nogi, kolor, miękkie ruchy nadgarstkiem i taniec, niekończący się taniec. Śpiew, łabędzi śpiew zbyt płynnie przeszedł w bezwolne wycie, kiedy wyjebała się o kanapę i znalazła za nią jakąś szmatę Mav.

Stać Cię na więcej

Co właściwie było na tym pierdolonym obrazie? Nie miało to już znaczenia. Zajęcia zaczynały się o dziewiątej i tak je przegapiła przypadkiem. Sama koncepcja w procesie tworzenia zmieniała się jednak płynnie w impresjonistycznej konwulsji ekstazy i bólu, wyśnionej miłości, która napędzała ją niczym więcej jak obrzydzeniem do samej siebie. Głodem, niemożliwym do nasycenia. Pragnieniem niemożliwym do wygaszenia. Skończyć obraz to jak skończenie życia. Chciała to zrobić. Nigdy nie mogła.

Figura musiała być otwarta. Zepsuta.

Tak jak ona była otwarta.

Zepsuta.

Z odmętów własnego śmietnika wyciągnęła w okolicach trzeciej połowę eksperymentów destylacjach własnego autorstwa, aby odpowiednio przypieczętować swój stan. Ktoś śmiał się, że od tego oślepnie. Kpiła z tego oczywiście, fantazjując na bezdechu jak bardzo zrujnowałoby to relację Alastora, gdy ten w końcu rzuciłby wszystko by być psem przewodnikiem kalekiej siostry. Psem. Przewodnikiem. Wilkołakiem. Przewodnikiem. Potworem. Przewodnikiem.

Tylko mój

Myśl wyryta w głowie sprawiała że miała ochotę zerwać sobie skórę z twarzy, a może to zapach rozpuszczalnika do farb? A może to ostatnia chaotyczna frustracja, gdy padła na kanapę znieczulona alkoholem tak bardzo, że gdyby ktoś ją zerżnął nieheblowaną rączką od pędzla, to by nawet nie poczuła, nie zauważyła różnicy wobec tego jak bardzo kochał ją świat.

Spokój.

Porcelanowa laleczka.

Pobożne życzenie grzesznika.

- Spierdalaj. - warknęła, nakrywając się zakurzoną poduszką, ale zrobiła to zbyt zamieszyście i zjebała się z kanapy na podłogę.
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#3
06.04.2026, 23:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2026, 23:40 przez Aaron Andrew Moody.)  
Ciężka noc w robocie? Wstrętna, przepełniona ironią zaczepka, prowokująca, żeby wymyśliła usprawiedliwienie dla swego stanu. Być może to nie gniew czuł, gdy stał tam, otoczony przez puste butelki, pojemniczki z farbą, pędzle i inne przybory do malowania. Gniew był jednak lepszym niż bezradność. Bardziej produktywnym. Gdy spadła z kanapy, kopnął więc nogą w stojącą obok ławę, żeby przypadkiem nie wyrżnęła w nią głową.

A może po to, żeby nie miała jak sięgnąć po alkohol.

Zabrzęczały stojące na stoliku butelki, rozdzwoniło się szkło. Miał nadzieję, że ozwały się w jej głowie jak kościelne dzwony, których huk miał według legendy zbudzić pochowanego pod wzgórzami Glostonbury króla Artura. Czy dzwony, zdolne obudzić pogrążoną w śnie armię wojów, zdołałyby wyrwać jego dziecko z tego przeklętego marazmu? Bo Millie wciąż była przecież dzieckiem. Jak mógł w niej nie widzieć dziecka, gdy jedyne, na co było ją stać, to dziecinne odpyskowanie ojcu. Być może powinien być w stosunku do niej mniej pobłażliwym. Kazać jej wziąć się wreszcie w garść. Może wtedy nie byłaby tak słaba. Może wtedy umiałaby o siebie zadbać. Gdyby nie wracał tutaj, próbując kolejny raz naprawić... Nie pęknięcie szerzące się wzdłuż ściany w sypialni, tylko jej życie.

Ale on zawsze za bardzo się o nią bał. Zawsze wracał.

– Wstawaj – rzucił krótką komendą. Jego cierpliwość, gdy chodziło o Millie, miała równie krótki lont.

Mówił przez zęby.

Nie dotarły jeszcze do niego najnowsze wieści od Bonesa. Przyjaźnili się od lat, a ten, znając charakter Moody'ego, dawkował mu starannie doniesienia na temat postępów córki. Dawkował mu rozczarowania, a może po prostu próbował oszczędzić mu wstydu.

Wstyd miał smak wódki.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#4
04.05.2026, 22:13  ✶  
Byłoby cudownie odbeknąć mu, że nie był jej ojcem, żeby jej rozkazywać.

Ale niestety był jej ojcem, więc ten doskonały one liner, którym zwykle by się odgryzała w podobnych okolicznościach, tu był całkowicie bezużyteczny.

Mogłaby też... - jak rozumowała sobie pogrążona w bezruchu watoliny, tym charyakterystycznym stanie kiedy jeszcze się jest pijanym i chyba być może jeszcze nie do końca trzeźwym, ale trzeba uważać, bo jak sięruszy głową to można tego gorzko, oj gorzko pożałować - w każdym razem mogłaby na ten przykład rzucić, że nie jest jej bratem, co też zwykle działało, ale ale pewnie nie na wielkiego Aarona i zbawcę narodów Moody'ego.

- Nie jesteś moim... - urwała, dość łapczywie łapiąc powietrze, rękę ze złamanym nadgarstkiem dramatycznie umieszczając na czole (najpierw trawiła gdzieś w okolice policzka, ale NIE WAŻNE!) i drugą ręką drapiąc się po brzuchu, czy może raczej skórze naciągniętej na bebech, który żył głównie na fajkach, bimbrze i kosmicznej energii, oraz pizzy okazjonalnie wyżartej o trzeciej w nocy z lodówki. - Nie jesteś Bonesem żeby mi rozkazywać! - ha! Udało się, co za kwiat intelektu londyńskiego, wybornie. Po tej jakże celnej ripoście, Miles przewróciła się na bok w stronę oparcia kanapy, by jeszcze bardziej wcisnąć nos w zakurzony mebel, gdzie było ciemno, zimno i może przecież te całe krzyki to byłtylko wytwór jej jakże niezbyt zdrowego porannego zwida, przed klinem i... klinem, bo jajka chyba wyszły tydzień temu, więc z jajecznicy nici. Kto by w ogóle myślał o jajecznicy, gdy z zebranych butelek można uczynić wyborny koktajl prozdrowotny zwany przewrotnie porannym jeżem? Ale to za godzinę. Albo dwie godziny. Na razie zamykała oczy i intensywnie myślała sobie o tym, że wcale nikt i nic jej nie obudziło. A może, że ona nigdy nie zasnęła? Jaskrawość wspomnień minionej nocy poklatkowo rzucała jej się na świadomość, darła mordę nie gorzej niż tłusty truteń jej stary. Skrzywiła się trochę, nie mogąc połączyć kropek, między jedną sceną a drugą i na prawdę nie chcąc się nad tym wszystkim zastanawiać. Czy na prawdę chciała tak wiele? Odrobiny spokoju. Dolewki drinka i...

pokoju na świecie. Oczywiście, pokój na świecie najważniejszy.
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#5
20.07.2026, 20:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.07.2026, 20:39 przez Aaron Andrew Moody.)  
Byłem młody, powiedział Woody'emu, być może nieco bełkotliwie, a jednak wciąż dało się go zrozumieć. Byłem taki młody. Sam byłem jeszcze dzieciakiem, gdy pojawiły się dzieciaki. Bogowie, dorastałem z nimi. Dorastaliśmy razem. A teraz jestem stary. Aaron przejechał ręką po twarzy. Nie był wystarczająco pijany, ale przecież odbije sobie w rocznicę jej śmierci, pomyślał. Innych rocznic nie pamiętał, innych grzechów też nie. Nie było po co. Więc pił dalej.
Ja się starzeję, ale dzieciaki wciąż są dzieciakami. Zwłaszcza Millie. Alastor sobie poradzi, wiem o tym. Dobry z niego chłopiec. Zawsze radził sobie sam, chociaż… Ja w jego wieku byłem już wdowcem. Miałem rodzinę, która utrzymywała mnie na powierzchni. Miałem po co żyć. A on nie ma niczego. Nie ma przystani, do której mógłby wrócić, nie ma swojego portu. Nie rozumiem tego i nie podoba mi się to. Nie podoba mi się to, jak żyje. Aaron wzruszył ramionami. A jeżeli o moją dziewczynkę chodzi… Przycisnął pięść do czoła i siedział tak przez chwilę, próbując się uspokoić. Cóż, Millie wciąż jest małą dziewczynką, stwierdził boleśnie. Tak samo wulgarną, jak wrażliwą. Przerażająco poranioną od środka, a jednak zbyt kruchą, aby zatrzymać ją w ramionach. Głos mu się łamał, gniew przenikał się w gardle z żalem, który próbował wypalić kolejnym wychylonym zbyt szybko kieliszkiem wódki. Odziedziczyła cały mój upór, ale nic z mojej dyscypliny. Nigdy nie umiałem do niej dotrzeć. A najgorsze jest to, że ona nie umie słuchać. Nie uczy się na błędach. Dla niej to jest przecież tak, jak gdyby Madeleine umarła wczoraj. Jest do niej taka podobna. Myśli, że jej nienawidzę, bo jest tak bardzo podobna do swojej zmarłej matki, stwierdził z nagłym rozjuszeniem, jak gdyby przypomniał sobie jedną z wielu kłótni, jaką musieli odbyć, złość jego zgasła jednak tak szybko, jak wybuchła, a ja przecież nienawidzę tego tylko, jak upośledziła ją śmierć Maddie. A wzrastała tak ślicznie. Maddie zawsze chciała dziewczynkę. Może to za wcześnie, mówiłem. Może powinniśmy poczekać. Ale wiesz, jaka ona jest… Więc oboje chcieliśmy. Zawsze tak myślałem, że chcę zbyt dużo, wiesz? Chciałem tego wszystkiego zbyt mocno. Zbyt intensywnie Nie dla siebie. Dla niej. A ona… Ona mnie zostawiła. Wzięła i umarła po tym jak spełnił jej marzenia o domu pełnym dzieci. Umierała tak długo, że powinien umieć się z tym pogodzić. Chorowała przecież od lat, a on latami trwał u jej boku, do samego końca przekonany, że jest jeszcze coś, co da się zrobić, żeby odwlec nieuniknione. Jakże męczył ją swoim uporem. Tym jak desperacko pragnął zatrzymać ją obok siebie. Ona chciała mieć rodzinę, ale on chciał mieć tylko ją. Po latach czuł z tego powodu wyrzuty sumienia. Nie wobec dzieci — zawsze był bowiem bardzo samolubny w swej miłości — wobec niej, że przedłużał jej cierpienie po to tylko, żeby odwlec własne.
Czasem zastanawiał się, czy walczyłaby tak długo, gdyby miała obok siebie tylko jego. Czy godziłaby się na wszystkie terapie, wizyty magomedyków, eksperymentalne kuracje, gdyby nie czekały na nią w domu dzieci, które jej zrobił. Przerażały go te myśli, nigdy niewypowiedziane na głos. Nawet w pijackim amoku zdawały mu się zbyt strasznymi, żeby w ogóle dopuścił do siebie ich istnienie.
Ze mnie nie zrobiła kaleki, stwierdził, wolno cedząc słowa w pijackiej manierze, ale dziewczynkę zepsuła swoją śmiercią tak straszliwie, że teraz Millie nie wie nawet, jak powinno wyglądać życie. Bo ja jestem popierdolony, ale przecież próbuję… A wiesz, jaka ona była dzielna, gdy była malutka? Millie. Nigdy nie płakała, nawet wtedy, gdy przewracała się, próbując chodzić. Już wtedy wyrywała mi się z rąk, chociaż nóżki jej się aż wyginały na boki, niezdolne utrzymać dziecięcego ciężaru. Czy to ja ją zepsułem? Ja zepsułem, bracie? Bogowie wiedzą, że nie tego chciałem, bełkotał, tak jak o słowa, potykając się o własne nogi, gdy Woody pomagał mu podejść do jednego z rejwachowych wyr. Nie chciał złożyć się na nim w butach — nie godziło się przecież gnieździć w świeżej pościeli w butach — ale gdy schylił się, żeby rozwiązać sznurówki, zakręciło mu się we łbie tak straszliwe, że musiał wesprzeć się o ramię Longbottoma, żeby nie wyrżnąć o podłogę. Zaśmiał się. Śmiał się aż do łez. A może płakał aż do śmiechu. Był tak pijany, że nie widział już różnicy między jednym a drugim.
Nie zepsułem syna. Nie mogłem więc zepsuć córki. A jednak jest złamana. Skrzypiące drzwi naoliwisz. Pękniecie w ścianie załatasz. Jak mam naprawić złamaną córkę? Ja chcę tylko, żeby miała lepsze życie. Ja chcę tylko…

W tej chwili chciał ją targnąć za włosy i zmusić do spojrzenia w lustro. Strząsnąć jak nieposłusznego bachora. Nienawidził tego, co ze sobą robiła. Tego, że marnowała swoje życie.

— Ale ty jesteś moją córką, żeby się mnie słuchać — warknął ostro. — A ja jestem twoim ojcem. Za niesłuchanie Bonesa mogą cię co najwyżej zwolnić. — Konsekwencji ojcowskiego gniewu nie chciała znać, może dlatego pozwolił wybrzmieć ciszy, zamiast powiedzieć o tym na głos. Gniew Aarona Moody'ego był gorszy od plutonu egzekucyjnego. A jednak zdawał się czekać na komendę do wystrzału. — Wstań — powtórzył swój rozkaz tak jak gdyby kazał jej przyjąć pozycję bojową. Być może właśnie tak było. Jego córka wiecznie prowadziła jakieś boje z życiem. Szkoda tylko, że zawsze przegrywała. — Umyj twarz. Ubierz coś, co nie jest jebaną szmatą do podłogi. Usiądziemy potem w kuchni. — Widok tych pustych butelek na ławie w salonie niemożebnie go wkurwiał. — Zjemy. — Może nie wyrzyga wszystkiego. — Porozmawiamy.

Wciąż stał, patrząc na córkę z góry.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#6
02.09.2026, 10:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.09.2026, 10:31 przez Millie Moody.)  
Parsknęła pogardliwie na to rozpaczliwie żałosne panoszenie się w jej przestrzeni. Im mniej miał władzy tym bardziej musiał o niej napierdalać, tym bardziej stroszyć się i odgrażać ojcowskim pasem. Żałosne. Co mógł jej zrobić za niesłuchanie? Co mógł jej jeszcze odebrać, jak bardzo upodlić, jak bardzo mógł naruszyć kogoś, kto dawno zatracił siebie?

Był lipiec rok 69. To był zły rok dla Moody, to był rok największej możliwej zdrady ze strony jej brata i osoby, którą uważała za przyjaciółkę. Bones… aż dziw, że to nazwisko tak łatwo przechodziło jej przez gardło, ale widocznie znieczuliła je z odpowiednią mocą. Kac jeszcze nie przyszedł, choć pukał do jej drzwi. Wczoraj był termin zdawania podań na kursy aurorskie. A może przedwczoraj? A może tydzień temu? Za dwa dni rozpoczynały się kursy w Galerii Averych na zgoła odmienne zadanie. Zgoła odmienne życie.

I tak zawiedzie. I tak to porzuci. I tak tego nie do kończy. Jak zawsze na zawsze.

Rozlała się po śmierdzącej kanapie, choć jej własny odór przysłaniał wonie unoszące się w mieszkaniu. Odchyliła głowę pozwalając myślom płynąc, choć nie miały one zbyt wielkiej wartości, celu i sensu. Jak całe jej życie. Czuła się jak skorupa wypełniona gównem (nie było to zbyt odległe od rzeczywistości), skorupa szarpana siłą rozpędu od wydarzenia do wydarzenia, od patrolu do patrolu, od marzenia do koszmaru. Teraz w tym konkretnym momencie, kiedy skacowana leżała nie do końca ogarniając jaki jest dzień (może te warsztaty w galerii już się zaczęły, a ona znowu pojebała daty?), teraz było jej trochę łatwiej żyć. Trochę łatwiej nie myśleć o tym jak bardzo to jej życie było zjebane, jak bardzo zjebana była ona sama.

Nie wstała. Nie umyła twarzy. Nie ubrała się, w sumie nie ogarniając, że każe jej się przebrać, wychwytując z tych warknięć i szczeknięć to, że ją wyzywa od jebanych szmat. Nie miało to na tym etapie już żadnego znaczenia w tej gorzkiej ironii zwracania uwagi na dziecko, kiedy było już tak źle, że gorzej być nie mogło. To znaczy mogło… w sumie mogłaby zejść na Ścieżki i już stamtąd nie wracać. Czasem słyszała te opcje, zaproszenia, kuszące zerwanie wszelkich nici, ale przecież nie zrobiłaby tego Alastorowi. Nie zrobiłaby… nawet teraz, gdy ruchał się z Mavelle, gdy znalazł dziewczyną wspierającą go w klątwie, pracy i kurwa może jeszcze dupę mu podcierała. Ćmiący ból w głowie urwał  te spirale, a Milles wypchnęła z siebie tylko:

– Nie mamy o czym. – Może się nie fatygować, może wypierdalać, może dać jej spokojnie zdechnąć zeszmaconej w rynsztoku. Cokolwiek chciał jej powiedzieć, słyszała już setki razy. Cokolwiek chciałby przemówić jej do rozsądku, ominie i tak szerokim łukiem. Nie miała rozsądku, nie miała poczucia obowiązku wobec niego, próżno było szukać szczątków szacunku. Ten skończył się, gdy mogła spędzić kilka dni u Longbottomów i odkryć, że dzieci nie powinny całymi dniami siedzieć zamknięte w kamienicy i czekać na wieczne nigdy kiedy tata wróci do domu. Odkryć, że dzieci nie powinny słuchać pijackich życiowych porad, a potem zakasywać w środku nocy rękawy, żeby posprzątać po smutnym tatusiu wszystko co z niego wyleciało, kiedy organizm nie dawał już rady. Odkryć, że dzieci nie powinny zasługiwać sobie na to by dostawać jakiekolwiek zabawki. By być zauważonym. By być kochanym.

Nie pamiętała, a już z pewnością nie byłaby w stanie przypomnieć sobie teraz, kiedy to się stało, że coś w niej pękło i pozwoliła gniewowi wypełnić skorupę, nadać jej innej barwy niż beżowy beż, który zawsze pomaga, nigdy przeszkadza. Kiedy cisza i pokorne dbanie o tatusia stało się pełnym przekleństw i odrazy krzykiem głęboko ukorzenionego w niej rozczarowania. To rozczarowanie, to osamotnienie… to poczucia bycie porzuconym śmieciem na marginesie żyć… Łatwiej było jej zabiegać o uwagę i względy brata, o jego miłość, o jego szczerbaty uśmiech i oszczędne ale ciepłe słowo. Nigdy nie musiała sprzątać po bracie. Nigdy nie musiała słuchać o niemożliwych standardach do spełnienia, które musiała spełniać tylko ona. Nigdy nie miała pretensji do Alastora, że nie brał jej na kolana i nie nazywał małą ukochaną księżniczką, że jej nie rozpieszczał, że nie chciał przychylić swojej córeczce całego nieba. Och nie, nie miała wobec starszego brata takich oczekiwań, bo to nie była rola. A ten czyja rola to była, bez względu na stopień trzeźwości mówił że Mildred musi być twarda. Więc była twarda i można było się o nią całkiem łatwo pokaleczyć.

– Rzygnę jak coś zjem – oznajmiła mu bezbarwnie, jak w końcu zwlekła się ze swojego legowiska, tylko po to by we względnie prostej linii udać się do łazienki. Drapiąc się po rozczochranej głowie odrastajacych po czerwcowej ekspadzie włosów, rozmyślała o możliwościach nowego miejsca na dalsze gnicie. Tam czekała na nią wanna, skitrany winiacz idealny na kaca i kilka żyletek. Czego więcej mogłaby chcieć od życia taka zajebista laska jak ona?

@Aaron Andrew Moody
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (2107), Millie Moody (1543)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa