04.05.2026, 22:34 ✶
Wampiry były bardzo terytorialne i Gabriel nie był aż tak głupi i krótkowzroczny, żeby zakładać, że jego spontaniczne rwanie ścian i niszczenie mebli pozostało by bez echa. On chciał, żeby było jej źle (bo jemu też było źle i to kolejną noc!) i chciał żeby cała ta sytuacja dała jej pretekst, a jemu wolność.
Tylko, że teraz jak tu leżał na tej chłodnej podłodze to wcale już nie był taki pewny, dlaczego wbijając palce w zmurszałe tapety ten plan wydawał mu się taki doskonały i pozbawiony wad. Wcale przecież nie chciał się stąd wyprowadzać i wcale nie chciał nigdy więcej jej nie widzieć na oczy i wcale nie chciał... wcale też nie chciał, żeby właścicielka tego opactwa myślała o nim źle. Nagła myśl o tym, że mogłaby go wyrzucić (do czego miała przecież pełne prawo) zdawała mu się jeszcze smutniejsza i jeszcze bardziej deprymująca, niż wewnętrzny konflikt i rozedrganie w które został wprawiony za pośrednictwem jednej dziennej mary. Snu, którego zmysłowych aspektów nie potrafił się pozbyć. Wspomnienia zapachu gotowanej zupy, płatków śniegu na skórze, gryzącego mrozu i poszumu lasu jemioły baldachimem rosnącej nad głową.
Wspomnieniem iskier lśniących w oszołomionych wspólnym tańcem oczach.
- Jeśli nie podobał Ci się ciemny orzech, to stolarnia ma jeszcze kilka opcji, choć oczywiście możemy poszukać antyków poza Twoim nadpalonym krajem. - zasugerował, wciąż przytulając policzek do posadzki. - Chociaż wolałbym nieco odświeżony wystrój, ja wiem, że to opactwo, ale często jesz jak na wampira, i może nieco bardziej przytulny anturaż bardziej by się sprawdził. - umilkł, bo przecież nie to mówiła. A może... po prostu ją zahipnortyzować i udawać, że to się nigdy nie wydarzyło? Na tym etapie z wielką chęcią zahipnotyzował sam siebie. - Być może moja nowa roślina nieco za bardzo zaprzyjaźniła się z pokojem w którym śpię. Nie spodziewałem się, że tak szybko tu wszystko rośnie i być może przedobrzyłem z jej opieką. - powiedział nieoczekiwanie, jakby wyciągnął z kieszeni listę rzeczy, które jeszcze mogłyby zdenerwować pannę Rosewood. Być może wszystko po to by rozmawiać o tej jednej najbardziej niedorzecznej.
Czy gdyby nie śnił, ponowiłby swoje pytanie na jawie?
Przełknął boleśnie ślinę, a zaraz potem podniósł się gibko i strzepnął (bezskutecznie) kurz i remontowy pył ze swojego ubrania. A potem nie potraifił jej spojrzeć w oczy więc zamiast tego rozejrzał się po mizernie leżących śmieciach ze zdartej tapety, które w przeciwieństwie do niego nie mogły wstać same z siebie.
- Zapytam następnym razem. I uprzedzę. Tak. - powiedział w końcu bardzo cicho i wyciągnął różdżkę, żeby jakoś się uporać z tymi odpadami inaczej niż chaotycznym uściskiem.
Tylko, że teraz jak tu leżał na tej chłodnej podłodze to wcale już nie był taki pewny, dlaczego wbijając palce w zmurszałe tapety ten plan wydawał mu się taki doskonały i pozbawiony wad. Wcale przecież nie chciał się stąd wyprowadzać i wcale nie chciał nigdy więcej jej nie widzieć na oczy i wcale nie chciał... wcale też nie chciał, żeby właścicielka tego opactwa myślała o nim źle. Nagła myśl o tym, że mogłaby go wyrzucić (do czego miała przecież pełne prawo) zdawała mu się jeszcze smutniejsza i jeszcze bardziej deprymująca, niż wewnętrzny konflikt i rozedrganie w które został wprawiony za pośrednictwem jednej dziennej mary. Snu, którego zmysłowych aspektów nie potrafił się pozbyć. Wspomnienia zapachu gotowanej zupy, płatków śniegu na skórze, gryzącego mrozu i poszumu lasu jemioły baldachimem rosnącej nad głową.
Wspomnieniem iskier lśniących w oszołomionych wspólnym tańcem oczach.
- Jeśli nie podobał Ci się ciemny orzech, to stolarnia ma jeszcze kilka opcji, choć oczywiście możemy poszukać antyków poza Twoim nadpalonym krajem. - zasugerował, wciąż przytulając policzek do posadzki. - Chociaż wolałbym nieco odświeżony wystrój, ja wiem, że to opactwo, ale często jesz jak na wampira, i może nieco bardziej przytulny anturaż bardziej by się sprawdził. - umilkł, bo przecież nie to mówiła. A może... po prostu ją zahipnortyzować i udawać, że to się nigdy nie wydarzyło? Na tym etapie z wielką chęcią zahipnotyzował sam siebie. - Być może moja nowa roślina nieco za bardzo zaprzyjaźniła się z pokojem w którym śpię. Nie spodziewałem się, że tak szybko tu wszystko rośnie i być może przedobrzyłem z jej opieką. - powiedział nieoczekiwanie, jakby wyciągnął z kieszeni listę rzeczy, które jeszcze mogłyby zdenerwować pannę Rosewood. Być może wszystko po to by rozmawiać o tej jednej najbardziej niedorzecznej.
Czy gdyby nie śnił, ponowiłby swoje pytanie na jawie?
Przełknął boleśnie ślinę, a zaraz potem podniósł się gibko i strzepnął (bezskutecznie) kurz i remontowy pył ze swojego ubrania. A potem nie potraifił jej spojrzeć w oczy więc zamiast tego rozejrzał się po mizernie leżących śmieciach ze zdartej tapety, które w przeciwieństwie do niego nie mogły wstać same z siebie.
- Zapytam następnym razem. I uprzedzę. Tak. - powiedział w końcu bardzo cicho i wyciągnął różdżkę, żeby jakoś się uporać z tymi odpadami inaczej niż chaotycznym uściskiem.