18.07.2026, 17:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.07.2026, 17:38 przez Zenon Kozioł.)
Ostatecznie zaplecze okazało się bogatym w drewno i płótna pokojem, w którym poza pożarami absolutnie nic się nie działo. Posiadał już w głowie jego mapę oraz jak się do niego udać. Co dla niektórych kompletnie nieprzydatne, ale nie dla Zenka. No więc spodnie gdzieś po prostu rzucił. Astoria na dżins łasa nie była.
Schylił się, by podnieść istotnie metalowe pudełko. No, nie do końca. Bo w środku były jeszcze mechanizmy. A na zewnątrz gałki. A na górze antenka, która się zginała. I te wszystkie elementy połączone w jedno wydawały różne dźwięki, aż w końcu łapał sygnał i fala docierała do niego. Czyli nie zabawka.
— No, nie. — przekładał pudełko między rękami, chłodząc się metalem. Równocześnie intensywnie myślał. Co u Zenka oznaczało mrużenie oczu lądujących na rozmówcy.
Nie miał niestety okazji, by naprawić ten haniebny tok myślenia. Astoria odwróciła się i wyszła. A nie musiała, on by już umiał stamtąd wyjść. Pewnie nie chciała pilnować dżinsu. No i też w galerii czekały ją obowiązki. Ich wspólne obowiązki. Właśnie go do nich zaprosiła ta kustoszka. Czyli taki smakosz dla obrazów.
Korytarz był niedługi, ale przez całą jego długość Zenek nie potrafił od tego odejść. Przekładał między myślami tamto radio. Jak Astoria nie wiedziała, co to jest. To czarodzieje nie słuchali? U nich nie działało, to normalne. Ale poza dzielnicami magicznymi już tak. To ona z Pokątnej nie schodziła? To jak rezerwat dla czarodziejów. Powinni odbierać fale radiowe.
Tył Astorii nie przynosił mu odpowiedzi. Wkrótce znów znaleźli się w tym świecie, w którym rozsmakowywała się kustoszka. W świecie obrazów. Wizualne medium. O, tak by pewnie o tym powiedzieli. Na tych ulotkach do wzięcia przy kasie. Oczywiście nie bez biletu.
W lobby jak było, tak było. W sumie to jeszcze głuszej, niż wcześniej. Widać ludzie się rozeszli. Gdzieś pod ścianą stukały trampki. Miarowy tętent przybierał na sile, mnożył się i gęstniał. Stukot obcasa na czele. To była wycieczka szkolna. Latem?
Pod nogami zaświecił mu mleczny kryształ.
— Ta jest — odparł, zupełnie bez emocji. Z narastającym stukotem serca przekraczał za to próg wystawy, gdzie zmieniała się podłoga. Tylko kolorem. Nadal stukała. Niemal jakby nożycami przecinał wstęgę oddzielającą go od sztuki. Gratulacje, panie Kozioł. To był mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości.
Tutaj oddychało się inaczej. Niezaprzeczalnie od pierwszego stąpnięcia. Na zapleczu to była wina drewna. Zapach wżerał się w meble, z mebli docierał do ściany, a że ściany były wąskie i blisko siebie, to nie uciekał daleko. Na wystawie zapach miał przestrzeń. Powierzchnia rozpraszała wszystko. Stare płótna posłusznie zamykano za szklanymi ramami, mającymi chronić obrazy przed ludźmi i ludzi przed doznaniami. Tu zresztą nie było starych płócien. Jak zrozumiał, Astoria zaprowadziła go na wystawę studencką. Albo młodych ludzi. Czarodzieje chyba nawet uniwersytetu nie mieli. Zenek by w sumie poszedł.
A każdy z tych młodych ludzi coś przygotował i namalował. Należało się temu przyjrzeć. Kontemplować z szacunkiem kustosza. Smakować sztukę, czy na tym to polegało? No więc Zenek smakował. Założył ręce za plecy, tak jak to robią starsi panowie, którzy już nie mają nic lepszego do roboty. Tylko chodzić. Stąpał po ziemi. Stawiał zupełnie nowe kroki.
Oględziny każdego obrazu zaczynał od ramy. Część nie miała ram. Takich złotych czy brązowawych. Wsadzali je w antyramy czasem. No, tak to się robiło u ludzi. Ale na obrzeżach jego wzrok długo się nie skupiał, bo te obrazy także nie przypominały tych ludzkich. Przede wszystkim… zaczynały się ruszać. O rety. Mrużył oczy jak umiał, a drzewa nadal falowały na wietrze i koty biegały wokół obrazu. Dwoiło mu się i troiło. Ze stresu zgryzł wargę.
— Czy obrazy… mają to robić? — jak mają, to git. Dziwniejsze już widział rzeczy. Właściwie w snach to norma, że ruszają się rzeczy, które nie mają się ruszać, a te, co się ruszają, siedzą w miejscu. — Jak mają, to ja tę oranżerię wybieram. Bo się nic nie rusza. — oczywiście, dopóki nie analizował wnętrza oranżerii. Jak się na nim zbytnio skupiał, to pomarańcze zaczynały trząść się na gałęziach i oznajmiać wolę spadania. Czy on się przypadkiem nie położył na tamtej ławeczce, zasnął i przypadkiem wlazł komuś do łba z tej wystawy?
Ale Astoria zapytała o emocje. Zorientował się zbyt późno, gdy już obszedł dzieła wzdłuż i wszerz i się podzielił niefortunną opinią. To mu dopiero dała zagwozdkę. Warga mu zbledła od zaciskania.
— Emocje, to hm. Trudny temat. — ścisnął się za nadgarstek z tyłu, bo puls przypominał o emocjach. Przepływ krwi i te sprawy. — Czemu nie wiesz, co to radio? — zaatakował wzrokiem Astorię, bo tak łatwiej i temat nadal krążył gdzieś po głowie. Astoria w sumie też pozostawała nieprzenikniona. Nic się o niej nie dowiedział.
— Czarodzieje nie słuchają? — radia, zapomniał dopowiedzieć Zenek.
Schylił się, by podnieść istotnie metalowe pudełko. No, nie do końca. Bo w środku były jeszcze mechanizmy. A na zewnątrz gałki. A na górze antenka, która się zginała. I te wszystkie elementy połączone w jedno wydawały różne dźwięki, aż w końcu łapał sygnał i fala docierała do niego. Czyli nie zabawka.
— No, nie. — przekładał pudełko między rękami, chłodząc się metalem. Równocześnie intensywnie myślał. Co u Zenka oznaczało mrużenie oczu lądujących na rozmówcy.
Nie miał niestety okazji, by naprawić ten haniebny tok myślenia. Astoria odwróciła się i wyszła. A nie musiała, on by już umiał stamtąd wyjść. Pewnie nie chciała pilnować dżinsu. No i też w galerii czekały ją obowiązki. Ich wspólne obowiązki. Właśnie go do nich zaprosiła ta kustoszka. Czyli taki smakosz dla obrazów.
Korytarz był niedługi, ale przez całą jego długość Zenek nie potrafił od tego odejść. Przekładał między myślami tamto radio. Jak Astoria nie wiedziała, co to jest. To czarodzieje nie słuchali? U nich nie działało, to normalne. Ale poza dzielnicami magicznymi już tak. To ona z Pokątnej nie schodziła? To jak rezerwat dla czarodziejów. Powinni odbierać fale radiowe.
Tył Astorii nie przynosił mu odpowiedzi. Wkrótce znów znaleźli się w tym świecie, w którym rozsmakowywała się kustoszka. W świecie obrazów. Wizualne medium. O, tak by pewnie o tym powiedzieli. Na tych ulotkach do wzięcia przy kasie. Oczywiście nie bez biletu.
W lobby jak było, tak było. W sumie to jeszcze głuszej, niż wcześniej. Widać ludzie się rozeszli. Gdzieś pod ścianą stukały trampki. Miarowy tętent przybierał na sile, mnożył się i gęstniał. Stukot obcasa na czele. To była wycieczka szkolna. Latem?
Pod nogami zaświecił mu mleczny kryształ.
— Ta jest — odparł, zupełnie bez emocji. Z narastającym stukotem serca przekraczał za to próg wystawy, gdzie zmieniała się podłoga. Tylko kolorem. Nadal stukała. Niemal jakby nożycami przecinał wstęgę oddzielającą go od sztuki. Gratulacje, panie Kozioł. To był mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości.
Tutaj oddychało się inaczej. Niezaprzeczalnie od pierwszego stąpnięcia. Na zapleczu to była wina drewna. Zapach wżerał się w meble, z mebli docierał do ściany, a że ściany były wąskie i blisko siebie, to nie uciekał daleko. Na wystawie zapach miał przestrzeń. Powierzchnia rozpraszała wszystko. Stare płótna posłusznie zamykano za szklanymi ramami, mającymi chronić obrazy przed ludźmi i ludzi przed doznaniami. Tu zresztą nie było starych płócien. Jak zrozumiał, Astoria zaprowadziła go na wystawę studencką. Albo młodych ludzi. Czarodzieje chyba nawet uniwersytetu nie mieli. Zenek by w sumie poszedł.
A każdy z tych młodych ludzi coś przygotował i namalował. Należało się temu przyjrzeć. Kontemplować z szacunkiem kustosza. Smakować sztukę, czy na tym to polegało? No więc Zenek smakował. Założył ręce za plecy, tak jak to robią starsi panowie, którzy już nie mają nic lepszego do roboty. Tylko chodzić. Stąpał po ziemi. Stawiał zupełnie nowe kroki.
Oględziny każdego obrazu zaczynał od ramy. Część nie miała ram. Takich złotych czy brązowawych. Wsadzali je w antyramy czasem. No, tak to się robiło u ludzi. Ale na obrzeżach jego wzrok długo się nie skupiał, bo te obrazy także nie przypominały tych ludzkich. Przede wszystkim… zaczynały się ruszać. O rety. Mrużył oczy jak umiał, a drzewa nadal falowały na wietrze i koty biegały wokół obrazu. Dwoiło mu się i troiło. Ze stresu zgryzł wargę.
— Czy obrazy… mają to robić? — jak mają, to git. Dziwniejsze już widział rzeczy. Właściwie w snach to norma, że ruszają się rzeczy, które nie mają się ruszać, a te, co się ruszają, siedzą w miejscu. — Jak mają, to ja tę oranżerię wybieram. Bo się nic nie rusza. — oczywiście, dopóki nie analizował wnętrza oranżerii. Jak się na nim zbytnio skupiał, to pomarańcze zaczynały trząść się na gałęziach i oznajmiać wolę spadania. Czy on się przypadkiem nie położył na tamtej ławeczce, zasnął i przypadkiem wlazł komuś do łba z tej wystawy?
Ale Astoria zapytała o emocje. Zorientował się zbyt późno, gdy już obszedł dzieła wzdłuż i wszerz i się podzielił niefortunną opinią. To mu dopiero dała zagwozdkę. Warga mu zbledła od zaciskania.
— Emocje, to hm. Trudny temat. — ścisnął się za nadgarstek z tyłu, bo puls przypominał o emocjach. Przepływ krwi i te sprawy. — Czemu nie wiesz, co to radio? — zaatakował wzrokiem Astorię, bo tak łatwiej i temat nadal krążył gdzieś po głowie. Astoria w sumie też pozostawała nieprzenikniona. Nic się o niej nie dowiedział.
— Czarodzieje nie słuchają? — radia, zapomniał dopowiedzieć Zenek.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.