Nie pociągnął tego dalej. Victoria nie wyglądała na kogoś, kto potrzebował współczucia, a on nie był człowiekiem, który potrafił je podawać w eleganckiej formie. Zresztą jej pytanie było ważniejsze. Kto miał dostęp. Kto znał szafkę. Kto mógł zyskać, jeśli Lukas nie wyjdzie na boisko.
— W sporcie zawsze zajmujesz czyjeś miejsce — powiedział w końcu. — Nie ma innej drogi. Ktoś wypada, ktoś wchodzi. Ktoś się starzeje, ktoś łapie kontuzję, ktoś okazuje się za wolny, za miękki albo za drogi. Ładniej mówi się o formie, decyzjach szkoleniowych i rotacji składu, ale wszystko sprowadza się do tego samego. Do selekcji.
Nie brzmiał, jakby to pytanie szczególnie go poruszyło. Był na to zbyt pewny siebie, a ludzie tacy jak on zawsze mieli wokół siebie kogoś, kto czekał na ich potknięcie. Czasem z zazdrości, czasem z ambicji, czasem tylko dlatego, że cudzy upadek bywał najprostszą drogą do własnego awansu.
— Jeśli pytasz o tę drużynę, to tak, są ludzie, którzy mogliby zyskać na tym, że nie zagram. Rezerwowy szukający przede wszystkim. Cormac Blythe. Dobry dzieciak, szybki, ambitny, zbyt chętny, żeby udowodnić wszystkim, że powinien dostać więcej czasu. Nie lubi mnie, ale to jeszcze nie przestępstwo. Połowa ludzi w tym klubie mnie nie lubi, tylko większość ma dość rozumu, żeby nie puszczać tej informacji w eter. W końcu jestem tu nowy.
Kącik ust drgnął mu krótko, ale nie było w tym rozbawienia.
— Jest też Alden Price, jeden ze ścigających. Nie zyskałby pozycji, ale zyskałby spokój, gdyby mnie tu nie było. Uważa, że klub zrobił ze mnie twarz drużyny za szybko. Może ma rację. Może po prostu boli go, że gazety częściej piszą o szukającym niż o człowieku, który przez cały mecz haruje za trzech. Price lubi narzekać, ale jeśli robi komuś krzywdę, to raczej na boisku, łokciem w żebra.
Zgasił papierosa dopiero wtedy, kiedy żar prawie dotknął filtra. Przez moment obracał niedopałek o ławkę, rozcierając go o metal, jakby potrzebował czymś zająć palce.
— Dostęp do szatni mają zawodnicy, trenerzy, zastępcy trenerów, Marlow, ludzie od sprzętu, Vale i obsługa, sprzątacze. W praktyce to nadal za dużo osób, żeby wskazać jedną i powiedzieć: proszę, oto nasz złoczyńca. Szafka jest podpisana. Każdy wie, która jest moja. Zamek nie był uszkodzony, przynajmniej nie tak, żebym zauważył. Rzeczy w środku leżały tak, jak je zostawiłem. To mnie właśnie najbardziej irytuje. Ktoś wszedł, zrobił swoje i wyszedł, jakby miał na to cały poranek.
Nie mówił już szybko. Jego głos stał się spokojniejszy, chłodniejszy, prawie analityczny.
— Marlow wie, gdzie mieszkam. Administracja też. Vale również, bo po ostatnim treningu wysyłała mi receptę i eliksiry po mikrourazie barku. To mieszkanie klubowe, więc każdy, kto ma dostęp do papierów, może znaleźć adres. Nie jest to wiedza tajemna. — wzruszył ramionami.