• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu Epping Forest [24.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima

[24.10.72] O dwójce takich co zbierali chrust | Savaš i Septima
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#11
10.08.2026, 15:59  ✶  
Nie cofnęła ramienia.
Palce zatrzymały się na materiale, nie na skórze — o cały szew przedwcześnie, jakby liczył się z tym, że być może odmówi mu tak samo bezgłośnie, jak on pytał. Znała taki dotyk i wiedziała, czego on wymaga. Żeby nie odpowiadać od razu, na pewni nie gwałtownie i zuchwale. Bo każdy najdrobniejszy ruch jak przechylenie głowy, drgnięcie barku, cięższy oddech wybity z płuc, byłby dla niego pozwoleniem na odwrót, a Savaš, z naturą młodocianego jelonka, potrafił zapewne wycofywać się szybciej, niż kończyłaby się jej decyzja o reakcji. Stała więc bez ruchu i pozwoliła mu trzymać ten skrawek materiału tak długo, jak sam tylko uznał, że warto.

Nowe przyjaźnie darowała sobie lata temu. Nie z niechęci; po prostu tych, których w swoim życiu miała, znała, zanim jeszcze umieli przeklinać i wydawało jej się, że tak już miało zostać do samego końca — że nowych twarzy się nie znajdowało tuż przed trzydziestką, tak jak nie znajdowało się już nowych zębów (chyba, że zostało się ofiarą okrutnej klątwy mleczakowej, o której kiedyś czytała).
Zresztą, do warsztatu nikt nie wchodził bez powodu i przez kilkanaście lat nie zdarzyło się inaczej. Ktoś przychodził po podpis, stara sąsiadka po kogoś, kto wysłucha monologów, klienci po różdżkę tańszą i lepszą jednocześnie. Niestety, nawet ich życzliwość miała dno i widać je było już od samego progu, jak złote monety na płyciźnie. Nikt nie chciał poznawać się głębiej i na dłużej, bo było to za trudne i Septima była skłonna się z tym zgodzić.
Ale on potrafił iść obok niej pół godziny i nie odezwać się ani razu, i nie było w tym milczeniu żadnej próby, żadnego rozdrażnionego czekania, aż ona zacznie. Szedł swoim tempem, przystawał, kiedy coś przystanięcia wymagało, ruszał dalej i przez cały ten czas nie chciał od niej absolutnie niczego — ani zdania, ani przysługi, ani nawet uwagi.
To była zresztą jedyna rzecz, którą jej dawał, i jedyna, której nie umiałaby sobie kupić: godzina, w której nie musiała być nikim konkretnym. Nie córką, ani nie rzemieślniczką. Nawet nie bezimienną Ollivander.
Poza tym przepraszał grzyby, na które nadepnął, i wynosił żuki za próg, a nikt na niego wtedy nawet nie patrzył.
Myślała, że takich rzeczy nie robi się już gdy wyrośnie się z dziecinnej niewinności, że to wysycha samo, po cichu, jak lepka żywica w źle złożonym drewnie. Tyle ciepła, tyle życzliwości.
A on przecież nawet nie żył.

Dlatego też, odkąd tylko go poznała to wracało do niej to samo pytanie, pytanie które zresztą zawsze wracało nie w porę: dlaczego on. Nie jak — jak zdążyła sobie wyobrazić aż nadto dokładnie, w tych wersjach, które przychodziły nad ranem — ale dlaczego akurat ten jeden człowiek. Bo to nie był wypadek, nie pijana bójka za karczmą ani choroba, która bierze kogo popadnie; ktoś musiał go najpierw wybrać, wypatrzyć, poczekać, potem znieść jego przerażenie i mimo tego przerażenia dokończyć. Ktoś patrzył na Savaša — na człowieka, który przepraszał, kiedy nadepnął na grzyb — i uznał, że to właśnie jemu można to zrobić. Tego nie potrafiła pojąć bardziej niż samej nekromancji. Rozumiała chciwość, rozumiała zemstę oraz ludzkie impulsy, ale nie umiała ułożyć w głowie ręki, która wymierza w jego kierunku zaklęcia cierpienia.
I najbrzydsza z myśli, ta, którą odsuwała zwykle po dwóch sekundach, dziś stanęła przy niej i nie chciała odejść. W tamtym domu był przecież ktoś zbudowany dokładnie do znoszenia takich rzeczy. Mykew miał twarz z tego samego bałkańskiego surowca, z jakiego robiło się osie młyńskie — o twarzy surowej i srogiej, nieustępliwy, ciosany z czegoś, co nie pęka, tylko rozłupuje wszystko, o co uderzy; gdyby wypadkowe losu musiały zabrać kogoś z tej rodziny, wybrały sobie do tego jedyną osobę, która nie miała jak się bronić. 
Dlaczego nikt Savaša przed tym wszystkim nie uchronił?
— Nie wiesz wszystkiego o korzeniach — powiedziała, a głos wyszedł jej niższy niż zwykle — wchodzą w szczeliny fundamentów, kiedy są jeszcze cienkie jak włos. Potem czekają rok, może dziesięć. A potem ściana w domu pęka akurat w miejscu, w którym nigdy nie było żadnego drzewa. —
Zabrzmiało to jakoś smutno, a na pewno żałośnie i defensywnie, więc zamilkła na moment i pozwoliła, żeby las dodał za nią jakąś dobrą puentę, ale las również zamilkł słysząc ten bełkot, a chłopak nie zasługiwał na takie smęty zwieńczone ciszą.
— A jednak masz rację co do jednej rzeczy — przyznała. — Ziemia przestaje być obca.
Coś w niej wyraźnie ustąpiło, bo najpierw rozluźniły się barki, potem szczęka, a na końcu sama twarz. I to była chyba jedyna rzecz, którą naprawdę pamiętała z tej chwili, bo o własnym uśmiechu nigdy nie umiała powiedzieć, kiedy się zaczął.
— Chyba mam już dość tych metafor na dziś, Savašie.
Potem uniosła rękę i zrobiła dokładnie to, na co on nie zdołał się odważyć. Ujęła jego dłoń — nie materiał rękawa, nie skrawek płaszcza, tylko chłodne, suche palce, które w pierwszej chwili napięły się w jej uścisku jak coś schwytanego. Trzymała mocno, tak jak trzymało się kogoś, kto stoi na gibającej się, wąskiej kładce i twierdzi, że absolutnie wcale nie ma lęku wysokości.
Parsknęła cicho, bardziej wydechem niż głosem i przez chwilę stali w ściółce jako dwoje ludzi, z których żadne niczego od drugiego nie chciało oprócz własnej obecności i to było zarówno tak samo niedorzeczne jak i naturalne, tak jak wszystkie korzenie, drzewa i grzyby lasu, w którym sobie swoją przyjaźń obiecywali.




Kocham drewno i duże bicepsy.
Technically Alive
Pod dłutem nie umiera,
tylko zmienia imię.
wiek
20
sława
IV
krew
czysta
genetyka
ghoul
zawód
rzemieślnik
Wygląda jak ktoś, kto zapomniał, że kiedyś żył. Jego skóra ma barwę chłodnego popiołu, a rude włosy, splątane i matowe, płoną w świetle świec jak zgaszona miedź. Twarz szczupła, o ostrych rysach, przypomina bardziej wyrzeźbione drewno niż ludzką tkankę, a duży, wyrazisty nos nadaje jej uporu i charakteru. Oczy ma jasne, blade jak poranny dym, patrzą uważnie, lecz jakby z innego miejsca niż reszta jego ciała. Ruchy są ostrożne, ciche, niemal bezgłośne, jakby bał się, że każdy dźwięk mógłby coś obudzić. Dłonie ma chude, z drobnymi nacięciami, zawsze pachną drewnem, woskiem i kurzem. Ubrany skromnie, w ciemne tkaniny przesiąknięte zapachem warsztatu, wygląda jak cień rzemieślnika, który nigdy nie odszedł z miejsca pracy. W jego postawie jest pokora, ale i ciężar. Nawet w bezruchu widać w nim napięcie, które nie zna ukojenia. Kiedy zaś podnosi wzrok, ma się wrażenie, że widzi więcej, niż ktokolwiek chciałby, by zobaczył.

Savaš Gregorovitch
#12
20.09.2026, 19:48  ✶  

On jednak wiedział. Aż nazbyt dobrze wiedział, dlaczego właśnie on. Ta wiedza była okropnie niewygodna, lecz miała w sobie jedną okrutną zaletę. Sprowadzała go na ziemię jak ciężkie krople deszczu, nie pozwalając mu dłużej unosić się wśród własnych wyobrażeń. Nie musiał już pytać, dlaczego los wybrał właśnie jego, dlaczego jego życie zostało złamane i dlaczego po śmierci kazano mu powrócić w formie, która bardziej przypominała powinność niż dar długowieczności. Odpowiedź znał od dawn, po prostu przez długi czas udawał przed samym sobą, że jej nie słyszy.

Był jak żołądź, który spadł z bardzo starego dębu. Owoc silnego drzewa nie otrzymywał przecież wolności w chwili, gdy odrywał się od gałęzi. Nie należał nawet do samego dębu, który go wydał. Żołądź należał do ziemi. To jej był winien bezgraniczne oddanie i to jej musiał oddać wszystko, co w sobie niósł. Miał spełnić swój proces, pozwolić, aby to, co zostało w nim zamknięte, przeszło przez kolejne etapy istnienia, bez względu na to, czy któremukolwiek z nich chciał się poddać. Żołądź nie miał zawracał sobie głowy zachciankami. Nie rozważał ułudy wolnej woli. Nie wolno mu było marzyć o tym, by wiatr poniósł go daleko, ku miejscom, których nigdy nie widział. Nie był nasionkiem dmuchawca, któremu wystarczało kilka podmuchów, by uznać cały świat za własny. Miał opaść. Miał spocząć w ziemi i miał oddać jej swoje brzemię. Przez pewien czas próbował wmówić sobie coś zupełnie przeciwnego. Próbował zaklinać rzeczywistość własnymi pragnieniami, jak gdyby samo ich istnienie mogło nadać im prawo bytu. Chciał wierzyć, że może istnieć obok wszystkiego, co zostało na niego nałożone. Że może mieć własne małe życie, własne wybory, własne przywiązania, coś, co nie służy niczemu poza temu, że jest jego. Dzisiaj rozumiał, jak bluźnierczo musiało brzmieć to pragnienie dla tych, którzy od dawna wiedzieli, czym powinien być.

Myśl, że Savaš mógłby żyć sam dla siebie, była myślozbrodnią. Chciał rzeczy drobnych: kilku spokojnych godzin, czyjejś obecności obok siebie, rozmowy, czułości zakazanej, dłoni wyciągniętej bez ukrytego celu. Chciał czasem po prostu istnieć, bez konieczności udowadniania, że jego istnienie do czegoś się przydaje. Kiedyś uważał, że te pragnienia są niewinne. Teraz wiedział, że niewinność nie miała tu nic do rzeczy. Ziemia nie pyta żołędzia, czego chce. A żołądź, jeśli ma spełnić swoje przeznaczenie, nie powinien pytać ziemi, czy mógłby zostać czymś innym. Savaš spuścił wzrok. W jego twarzy nie było już starego buntu, którym próbował kiedyś zasłaniać strach, ani tej cichej nadziei, że może istnieje gdzieś szczelina, przez którą da się wymknąć z własnego losu. Pozostało tylko bolesne zrozumienie. Bolało to, że przez chwilę uwierzył, iż może sam sobie taką obietnicę złożyć.

Z czasem jednak nie potrzebował już wolności. Przynajmniej nie tej, o której kiedyś myślał, tej gwałtownej i nierozważnej, która kazała mu wierzyć, że wystarczy odsunąć od siebie wszystkie więzy, aby wreszcie stać się własnym człowiekiem. Mógł przecież osiąść na mieliźnie niczym porzucony okręt, który dawno temu przestał wypatrywać portu. - Nie wierzę, że wszystkie korzenie przychodzą po to, żeby coś zniszczyć. - odparł pogodnie. Jej korzenie nie mogły go zranić. Nie sposób zranić bardziej czegoś, co już raz zostało niemal doszczętnie wypalone. Był jak stary dąb, który wciąż stał, choć ogień zabrał mu wolę życia. Mógł jeszcze mieć kształt drzewa, mógł rzucać cień i trzymać się ziemi, ale życia pozostało w nim niewiele. Było istnienie, była pamięć dawnej siły, były puste miejsca po tym, czym kiedyś mógł się stać. A jednak nawet na takim drzewie mogło wyrosnąć coś nowego. Coś, co nie potrzebowałoby jego dawnego życia, żeby istnieć. Coś, co znalazłoby sobie miejsce pomiędzy martwymi gałęziami i nie pytałoby, czy zostało dla niego wystarczająco dużo światła. Może właśnie to było najdziwniejszym cudem, że z czegoś, co samo nie potrafiło już żyć, mogło narodzić się coś bliższego życiu niż wszystko, o czym odważył się kiedykolwiek marzyć. Nie wiedział, czym to będzie. I po raz pierwszy nie czuł potrzeby, żeby wiedzieć. Wystarczało mu, że mogło urosnąć. Że gdzieś pomiędzy jego martwymi korzeniami istniała jeszcze przestrzeń, której ogień nie zdążył wypalić. A jeśli czyjeś korzenie miały sięgnąć właśnie tam, nie zamierzał ich od siebie odsuwać.

W pierwszej chwili zadrżał. Ledwie dostrzegalnie, jakby jego ciało zareagowało szybciej niż umysł, a sam gest obudził w nim stary, bezwarunkowy lęk. A przecież gdzieś pod nim, głębiej niż wszystkie rozsądne myśli, właśnie tego pragnął. Gdyby nie paraliżująca obawa, czy w ogóle wolno mu było wykonać ten krok, zapewne sam pierwszy wyciągnąłby rękę. Teraz jednak nie musiał. To ona zrobiła to za niego. Jej palce zamknęły się wokół jego dłoni, a wraz z ciepłem, które od nich popłynęło, zaczęło ustępować wszystko, co jeszcze przed chwilą ściskało go od środka. Pozwolił więc, by ta chwila trwała. Jego palce bardzo ostrożnie odpowiedziały na jej uścisk, jakby dopiero uczyły się, że nie każdy dotyk jest zapowiedzią bólu. Na jego twarzy pojawił się cichy spokój. Przez krótką chwilę nie był synem, który powinien coś udowodnić, nie był ożywieńcem próbującym odnaleźć dla siebie miejsce, nie był nawet kimś, kto musiał rozumieć własne istnienie. Był po prostu Savašem, którego ktoś trzymał za rękę. Przez moment milczał, jakby kilka razy próbował znaleźć odpowiednie słowa i za każdym razem uznawał je za zbyt wielkie. W końcu spuścił wzrok na ich dłonie, a na jego ustach pojawił się nieśmiały, niemal zawstydzony uśmiech. - Dziękuję… - powiedział cicho. Nie patrzył na nią, kiedy to mówił. Jakby nawet tak niewielki przejaw wdzięczności był czymś zbyt odsłaniającym. Tym bardziej że dziękował za coś więcej, niż dotyk. Dziękował za to, że przez tę krótką chwilę nie musiał bać się, że ktoś zaraz zabierze mu coś, czego nawet nie wiedział, że tak bardzo potrzebował.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Savaš Gregorovitch (4364), Septima Ollivander (3691)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa