Zwymiotował na stertę gruzu, która kilka godzin temu musiała być budynkiem stojącym naprzeciwko Rejwachu. Liczył na to, że przyniesie mu to przynajmniej częściową ulgę, ale były to marzenia niespełnione – w rzeczywistości czuł się dużo gorzej niż wcześniej i zaschnięta na jego twarzy krew zaczęła spływać mu do oczu wraz ze stróżką potu. Znów musiał wycierać je rękawem uwalonej brudem kurtki i… dotarło do niego, że to chyba to.
Nadszedł ten moment, w którym miał już tak po ludzku dosyć. Mógłby wziąć się w garść jeszcze raz, wyrwać temu napływającemu smutkowi jeszcze kilka godzin, ale wydarzyło się coś, czego nie potrafił zrozumieć, nawet jeśli czuł się od tego wyraźnie zależny. Patrząc na usmoloną fasadę Rejwachu, czuł się dokładnie tak, jak czuł się wracając na dno Ścieżek do sypialni Fontaine. Nie chodziło tu o stawianie Rejwachu w pozycji czegoś, co uznałby za dom. Zresztą – każdy, kto go znał, wiedział dobrze – Crow nie myślał w ogóle takimi kategoriami, bo domu nigdy nie posiadał i mało osób w jego życiu poza Panią Ścieżek wyczekiwał jego powrotów. Oh, wspominali go, zastanawiali się, dlaczego uciekł i jak przeoczyli nieuniknione, ale nie wyczekiwali go, a on palił za sobą kolejne mosty. Więc dlaczego? Nie było tam nikogo, kogo wcześniej nie porzucił.
Zadrżał, na moment zasłaniając twarz, żeby chociaż przez chwilę odpocząć. Pozytywne skojarzenia działały na niego źle – im większe przywiązanie do Rejwachu musiał przed sobą przyznać, tym bardziej miał ochotę stąd uciec, ale prawda była taka, że nawet on miał swoje limity.
Koncepcja wspinania się na kolejny dach napełniała go coraz mocniej poczuciem bezsilności.
Powracało do niego przerażające echo słów niosących się z zaułków, ale najbardziej przerażała go nie ta zaszczepiana przez Voldemorta paranoja, lecz to jak łatwo powiązał każde spięcie mięśni, każdy cień rzucany przez koślawe latarnie z tym, co wydarzyło się w jaskini, do której zaciągnęła go Geraldine. Gdyby chociaż wracały do niego wspomnienia stęchlizny, wilgoci i gleby – poradziłby sobie z tym bez problemu przecież był sobą (!), ale do niego wracało to oszukańcze spojrzenie Thorana Yaxleya, kiedy siłą wsuwał się pomiędzy jego nogi. Te sceny się zlewały. Jego język smakował tą tłustą, żelazistą sadzą. Jasne włosy śmierdziały dymem.
Jeśli istniało jakieś miejsce, które kiedykolwiek nazwie domem, będzie to jego grób.
Pokręcił głową i odetchnął, próbując zebrać się w sobie do tego, żeby ruszyć dalej. Zanim to zrobi, musiał upewnić się tylko, że Zenek bezpiecznie wrócił do środka, ale mógł to zrobić bez wchodzenia. Po prostu wyczai go z zewnątrz, kiedy tylko przestanie kręcić mu się w głowie.
– Mamo, on jest cały we krwi.
Młodziutka, pewnie jeszcze nawet nie dwudziestoletnia dziewczyna, która ukryła się z matką w barze i teraz towarzyszyły Lewisowi w kuchni, pisnęła cicho. Wyglądały przez szparę w zasłoniętym oknie. Zakryła usta dłonią i zastygła w bezruchu. Analizowały, kim ten człowiek mógł w ogóle być i rozważając to, czy powinni mu pomóc.
– Nie wychodź, przecież on ma nóż! – Usłyszała, kiedy pomarszczona dłoń opuściła zasłonę niżej.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.