• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[21/10/1972] The lower the sun, the longer the shadow | Benjy, Prue

[21/10/1972] The lower the sun, the longer the shadow | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
3 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 3 godzin(y) temu przez Benjy Fenwick.)  
Ostatecznie wyszliśmy ze skupiska straganów z metalowym diademem dla Prue, który kosztował wystarczająco dużo, żebyśmy oboje z powodzeniem mogli uznać go za przedmiot o znaczeniu religijnym, oraz z moim własnym darem wotywnym, znacznie skromniejszym i pozbawionym ambicji konkurowania z rodowym srebrem mojej żony. Nie zamierzałem  oczywiście żałować poniesionej ceny, bo miałem wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, żeby wiedzieć, że niektóre rzeczy najlepiej było pozostawić między człowiekiem a jego sakiewką, zwłaszcza że nie byliśmy biedni, w dodatku dało się powiedzieć, iż w pewnym sensie opuściliśmy miasteczko bogatsi o całkowicie nieprzydatną wiedzę - podczas dokonania zakupu zdążyłem bowiem dowiedzieć się, że istniało co najmniej sześć wariacji splotów srebrnych drucików, które według sprzedawcy „idealnie wizualnie współgrały z charakterem nadchodzącego wydarzenia”, trzy rodzaje kwiatów, których pod żadnym pozorem nie należało dodawać do ofiary, oraz usiłowano nam wcisnąć jeden wyjątkowo bezsensowny amulet, który miał „gwarantować przychylność boskich sił”, jeśli rozłamalibyśmy go w odpowiedni sposób - bujda, rzecz jasna - ten ostatni zostawiłem na miejscu, nawet go nie dotykając, wiedzę o zielsku nawet odnotowałem gdzieś z tyłu głowy, chociaż raczej do zweryfikowania. Wyjątkowo darowałem sobie również pyskówkę z naciągaczem, ponieważ zależało mi przede wszystkim na zakupie tego, czego chciała Prudence, ja po tym wszystkim dobrałem dla siebie prostszy dar, by nie słuchać więcej bzdur od handlarzy, wciąż zgodny z charakterem rytuału, ale jednocześnie pozbawiony zbędnych ozdób.
Po kilkunastu minutach oddaliliśmy się od zabudowań i weszliśmy między pagórki, oddalając się od cywilizacji - ścieżka szybko przestała przypominać coś, co można było nazwać „drogą” i zaczęła być raczej sugestią, że ktoś tędy kiedyś przeszedł i natura łaskawie go nie pożarła. Teraz szliśmy już przez torfowiska, zapadając się miejscami w miękką, wilgotną ziemię, która przy każdym kroku uginała się pod naszymi podeszwami i wydawała z siebie ciche, nieprzyjemne mlaśnięcie. Powietrze było tu chłodniejsze niż w Dolinie, pachniało mokrym mchem, torfem i stojącą wodą, nisko wiszące gałęzie drzew co jakiś czas smagały mnie w czubek głowy albo zahaczały o moje ramiona, nie przeszkadzało mi to jednak jakoś szczególnie - wręcz przeciwnie - lubiłem spacery w konkretnym celu, podczas których musiałem od czasu do czasu patrzeć pod nogi i jednocześnie pamiętać, gdzie właściwie zmierzałem, zamiast bezmyślnie maszerować przed siebie.
- Co mamy w planach? - Zerknąłem na nią z ukosa, poprawiając pasek torby przewieszonej przez ramię. - Na Samhain. - To było nasze pierwsze takie wspólne święto, nie licząc średnio udanego Mabon, pierwszy raz przygotowywaliśmy się do niego razem, jako rodzina, a jednak każde z nas miało za sobą całe lata własnych tradycji, przyzwyczajeń i rzeczy, których drugie nie znało. - Masz jakieś szczególne… Wizje? Szyczenia? Tak dalej. - Sam nie wiedziałem, dlaczego akurat teraz o to zapytałem - może przez miejsce, może przez cały ten klimat, a może dlatego, że ponownie uświadomiłem sobie, ile rzeczy z jej życia istniało jeszcze poza mną, ile jesiennych wieczorów przeżyła, zanim nasze drogi w końcu się przecięły w taki sposób, że przestaliśmy być tylko dwojgiem ludzi znających się z różnych powodów - nie oczekiwałem szczególnie wzniosłej odpowiedzi, właściwie liczyłem na coś zwyczajnego, może nawet typowego dla niej i jej zainteresowań, bo właśnie takie szczegóły najbardziej mnie interesowały.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
3 godzin(y) temu ✶  

Udało jej się znaleźć to, co sobie zwizualizowała, co uznała za spory sukces. Być może musieli przez jej wizję daru wotywnego spędzić przy stoiskach nieco więcej czasu, niż mogli zakładać na początku, jednak czuła się bardzo usatysfakcjonowana swoim zakupem. Benjy nawet przez moment nie marudził, podążał z nią od stoiska do stoiska, aby mogła znaleźć swój wymarzony, srebrny diadem. Nie skomentował również jego ceny - Prue zdawała sobie sprawę z tego, że wybrała raczej ponadprzeciętną opcję, jednak nie musieli specjalnie się ograniczać. Całkiem nieźle im się wiodło, mogła więc spełniać niektóre ze swoich zachcianek, a nie miała ich też zbyt wielu. Gdy jej mąż wybrał coś dla siebie mogli oddalić się z centrum Doliny Godryka, w końcu udać się na torfowiska, gdzie mieli złożyć ofiarę wodom.

Spacer trwał dłuższą chwilę, powoli przestali mijać kolejnych przechodniów, zabudowania znajdowały się za nimi, a i droga była coraz mniej wydeptana, aż w końcu przestała być drogą, a ścieżką. Gdy znaleźli się wśród drzew jej krok stał się nieco bardziej ostrożny, poruszała się wolniej - nie chcąc zostawić jednego ze swoich pantofelków w błocie, musiała myśleć o tym, gdzie postawi nogę, bo szkoda by było, aby wróciła do domu bez butów. Nie przygotowała się odpowiednio do tego spaceru, przez co, że decyzja została podjęta bardzo spontanicznie - nie było to nic nowego w ich przypadku.

Pytanie męża nieco ją zaskoczyło, chociaż właściwie to powinni poruszyć ten temat. To był ich pierwszy, wspólny sabat jako małżeństwo, co było dosyć wyjątkowym wydarzeniem. - Myślałam o tym, że moglibyśmy zaszyć się w domu. Po prostu spędzić ten czas we dwoje, nie mam szczególnych życzeń, może wcześniej odwiedzić Ellie, pewnie mogłaby nam powróżyć, to idealny czas. Zazwyczaj ją odwiedzałam. - Babcia na pewno by się ucieszyła z ich wizyty. - Jak to u Ciebie wyglądało? - Nie pytała go o to wcześniej, sporą część swojego życia spędził w drodze, nie wydawało jej się, że miał czas na świętowanie, ale kto wie? Może miał jakieś swoje przyzwyczajenie, które warto było kontynuować. - Pewnie widziałeś różne rytuały podczas swoich wojaży. - Ustalali w końcu wspólny plan na ten wyjątkowy wieczór. Nie wątpiła w to, że Benjy mógł wprowadzić nieco świeżości, w końcu przez lata bywał w naprawdę różnych miejscach i sporo widział, a ona nie miała nic przeciwko temu, aby spróbować czegoś nowego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
2 godzin(y) temu ✶  
Na szczęście dla nas Dolina Godryka była całkiem nieźle zaopatrzona w przedmioty, które można było złożyć bóstwom w formie wotum ofiarnego - liczne stragany i stoiska być może nie były tak kolorowe, jak to zapamiętałem z odległej przeszłości, chociaż mogło mieć to równie dobrze związek z patrzeniem wtedy oczami dziecka, nie dorosłego, lecz nie było potrzeby szukać daleko i po pewnym czasie oboje mieliśmy zadowalające nas przedmioty. Odebrałem wybraną przez siebie ofiarę od sprzedawcy, kładąc przed nim odliczone galeony, po czym schowałem ją bezpiecznie pod płaszczem i ruszyliśmy ścieżką prowadzącą w stronę torfowisk, zostawiając za sobą gwar centrum Doliny, zapach pieczonych jabłek, dymu i kadzideł oraz handlarzy, którzy - jak nieodmiennie przy takich okazjach - byli gotowi sprzedać człowiekowi wszystko, czego ten mógł potrzebować przed Samhain, a także kilka rzeczy, których zdecydowanie nie potrzebował. Im dalej byliśmy od zabudowań, tym ciszej się robiło, aż w końcu pozostały wyłącznie dźwięki natury - został chlupoczący grunt, szelest traw i ciche bulgotanie ciemnej wody między kępami podmokłej roślinności, w której czasami coś się poruszało. Szedłem ostrożnie, sprawdzając stopą kolejne fragmenty ścieżki, bo romantyczny spacer po torfowisku miał swoje granice i nie zamierzałem sprawdzać, jak łatwo można było zapaść się po pas w imię tradycji, zwłaszcza że nie szedłem całkowicie sam, nawet jeśli oboje milczeliśmy już od dłuższej chwili.
Zatrzymałem się na chwilę przy większej kępie trawy, sprawdziłem butem grunt przed sobą i dopiero wtedy przeszedłem dalej, słuchając luźnego planu, jaki mogła mieć - brzmiało dobrze, nawet bardzo, lecz gdy wspomniała o babci i wróżeniu, zakaszlałem tak gwałtownie, że omal nie straciłem równowagi na mokrym podłożu, odkrztuszając kilkukrotnie ze łzami w oczach.
- M-khy-khymmmm… Do Ellie. - Powtórzyłem przeciągle, a potem pokręciłem głową. - Oczywiście. Idealny czas. Nie wiem tylko, czy jesteś świadoma, sze ploponujesz mi doblowolne powtószenie jednego s najgolszych doświadczeń ezotelycznych mojego szycia. - Spojrzałem na nią z ukosa, ostrożnie omijając kolejną kępę mokrego mchu, bo oczywiście, że musiała zdawać sobie z tego sprawę - przesunąłem dłonią po karku, przypominając sobie kilka wyjątkowo osobliwych sytuacji, zazwyczaj mających miejsce nad ranem lub ciemną nocą, lecz chyba żadne z nich nie było w stanie konkurować z poczuciem, jakie ogarnęło mnie podczas tamtego razu, żadne. Ani przez sekundę nie mogłem wątpić, iż Prue doskonale pamiętała tamten okres i zapewne również moje późniejsze, wyjątkowo stanowcze zapewnienia, że absolutnie żadna wróżba nie zrobiła na mnie wrażenia - rzecz jasna - prawda była mniej chwalebna, ale wtedy zamierzałem wystawiać jej na widok publiczny, obecnie raczej mi to już tak bardzo nie przeszkadzało, mogłem nawet śmiało powiedzieć, że nie byłem fanem wróżb babci Bletchley. Nie zamierzałem jednak naprawdę protestować przeciwko jej pomysłowi, i jeżeli Prue chciała odwiedzić Ellie, nie widziałem w tym nic złego, wręcz przeciwnie, wizja spędzenia części Samhain z kimś, kto znał ją od dziecka i nie chciał powiesić mnie za jaja na podstawie odmiennych przekonań, miała w sobie coś przyjemnego. Zresztą jeśli Ellie chciałaby mi ponownie wróżyć, tym razem byłem dorosły i teoretycznie posiadałem znacznie większą odporność psychiczną, teoretycznie… 
Torfowisko ciągnęło się przed nami szerokim pasem, gdzieniegdzie przechodząc w ciemniejsze oczka wody, toteż coraz uważniej wybierałem drogę, jednocześnie słuchając pytania o moje własne Samhain - uniosłem brwi i przez chwilę patrzyłem przed siebie, zastanawiając się, jak właściwie powinienem odpowiedzieć, żeby nie zabrzmiało to tak, jakbym przez pół życia uczestniczył w naprawdę chorych akcjach na drugim końcu świata.
- Widziałem. - Przyznałem w końcu. - Balso lószne szeszy. - Zrobiłem kilka kroków, omijając rozmoknięty fragment ziemi, a potem parsknąłem cicho. - Czasami całkiem pojebane. - Nie było w tym przesady, podczas swoich wojaży trafiałem w miejsca, gdzie ludzie obchodzili Samhain w sposób, który z perspektywy brytyjskiej tradycji wyglądałby co najmniej osobliwie, czasem nawet dla mnie, człowieka przyzwyczajonego do rzeczy, których normalni ludzie woleli nie oglądać, stanowiło to doświadczenie wymagające bardzo specyficznego charakteru, luźnego podejścia do życia lub mocnych nerwów i jeszcze mocniejszego żołądka.
- Nie mam niczego swojego, wiesz, dosyś cięszko było twoszyś jakieś nawyki, gdy jest się cały czas w podlószy, więc moszemy tak zlobiś… - Zawahałem się na sekundę i dodałem z ponurą powagą. - Chociasz jeszeli wyciągnie tamte kalty, wlacam do domu. - Zaznaczyłem, całkiem przezornie już teraz się przed tym broniąc.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (1200), Prudence Fenwick (383)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa