Zatrzymałem się więc, oczywiście wyłącznie z przezorności przed tym, aby przypadkiem się w nic nie wkopać, po czym wychyliłem głowę zza drzewa, dzięki czemu całkiem wyraźnie zobaczyłem kilkunastu czarodziejów zgromadzonych wokół niewielkiego, przystrojonego budynku gospodarczego, kilka girland wiszących zdecydowanie zbyt nisko, żeby ktokolwiek o wzroście wyższym od pierwszoklasisty mógł przejść pod nimi bez zahaczenia głową, oraz tyle butelek po alkoholu, że przez moment pomyślałem, iż trafiłem za Zasłonę. Wyglądało to na wesele, bez dwóch, kurwa zdań, w dodatku trwające już na tyle długo, aby mieć za sobą najnudniejsze części, co oznaczało, że właśnie znalazłem najlepszą możliwą wymówkę, żeby podejść bliżej. Nie zdążyłem jednak zrobić nawet trzech kroków, kiedy zobaczyłem ją - Prudence Bletchley - stała kilka metrów dalej, robiąc naprawdę śmieszny wyraz twarzy wskazujący na zaliczenie kolejnej zawiechy mózgu, otoczona przez grupę kompletnie obcych mi, podpitych dorosłych, którzy najwyraźniej doszli do wniosku, że skoro pojawiła się w pobliżu wesela, to musiała być kimś związanym z młodą parą. Skąd wiedziałem, iż to nie było prawdą? Być może miała w zwyczaju stroić się w dziwnie poważne ubrania, gdy była poza szkołą, lecz jej sukienka nawet dla mnie nadawała się bardziej na pogrzeb, niż wesele w polu. Jeden z mężczyzn właśnie poklepywał ją jednak po ramieniu, robiąc to z taką poufałością, jakby znali się od lat, a drugi próbował najwyraźniej przypomnieć sobie jej imię, co nie szło mu najlepiej. Prue natomiast, gdy jej system chyba postanowił znowu zaskoczyć, wyglądała dokładnie tak, jak człowiek, który w ciągu ostatnich trzydziestu sekund zrozumiał, że jego sytuacja jest fatalna, ale jeszcze nie zdecydował, czy większym problemem będzie ucieczka, czy zamordowanie wszystkich obecnych.
Nie wiedziałem, co było zabawniejsze - jej mina czy świadomość, że właśnie przez chwilę mogłem odejść, naprawdę mogłem, mogłem spokojnie cofnąć się za drzewo, udać, że niczego nie zauważyłem, wrócić do domu albo pójść do miasta inną drogą, a potem przez następne kilka tygodni wspominać z satysfakcją, że Prudence Bletchley została przypadkiem porwana przez pijanych uczestników wesela. Niestety, nie byłem w stanie tak po prostu darować sobie bycia świadkiem rozwoju sytuacji, tudzież czynnym uczestnikiem tego wszystkiego, moje nogi miały inne plany - zamiast zarechotać i okazać się „rozsądniejszym”, ruszyłem w stronę zgromadzonych, przybierając postawę kogoś, kto właśnie przybył na uroczystość, na którą został osobiście zaproszony. Nie miałem pojęcia, kim byli państwo młodzi, wiedziałem za to jedno - jeżeli ci ludzie naprawdę byli wystarczająco pijani, żeby uwierzyć, że Prue w swojej całej krasie była tutaj celowo, bez najmniejszego problemu mieli uwierzyć również w to, że pojawiła się z osobą towarzyszącą. A to było kłamstwo tak absurdalne, że aż chciałem je sprawdzić. Podszedłem więc bliżej, poprawiłem ubranie, którego nie miałem po co poprawiać, i uśmiechnąłem się do najbardziej pijanej osoby w całym towarzystwie.
- Przepraszam za spóźnienie. Już jestem. - Rzuciłem do wszystkich bez mrugnięcia okiem, chociaż nie miałem pojęcia, ile się spóźniłem, po której stronie związku mieliśmy się niby opowiadać i kto to dokładnie był. - Mogłaś na mnie zaczekać, Cia, prawie zgubiłem drogę. - Dodałem niemal natychmiast, całkiem „przezornie”, przelotnie kierując wzrok w stronę Prue. - Wybaczcie, panowie, Audacia jest nieśmiała. - Wyjaśniłem, jakbym właśnie przedstawiał im rzadki i wymagający okaz zoologiczny. - Z początku zawsze tak ma. Stoi cicho, patrzy wielkimi oczami i udaje, że wcale nie chce stąd uciec. Trzeba jej tylko dać chwilę, aż przestanie się bać ludzi. Ze mną też długo się oswajała. - Rzuciłem z całkowitą powagą, zerkając na nią kątem oka, to wystarczyło, mężczyzna najbliżej mnie od razu pokiwał wyrozumiale, rozpromienił się jeszcze bardziej i wyciągnął do mnie rękę, otworzyłem więc ponownie usta, aby mu się przedstawić i…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)