1 godzinę temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: mniej niż 1 minutę temu przez Benjy Fenwick.)
Przez jakieś całe pięć minut, odkąd ponownie znalazłem się w ojczyźnie i podjąłem decyzję o pozostaniu na Wyspach, zrobiwszy to bez wątpienia z przytupem, uważałem, że byłem w stanie okazać wystarczająco dużo zdrowego osądu, żeby nie wdać się z Prudence w żadne dyskusje, których jedynym możliwym zakończeniem było moje własne upokorzenie. Wystarczyło jednak kilka słów rzuconych przez nią podczas składania ofiar wotywnych, żebym teraz maszerował przez skraj lasu w wilgotnej trawie i zastanawiał się, kiedy dokładnie zwykły wieniec stał się sprawą honoru większą od moich rzeczywistych zdolności florystycznych. Zdecydowanie mnie podpuściła, wiedziałem o tym, kwestionując moje zdolności manualne i cierpliwość, jednak niestety miałem tę paskudną przypadłość, że kiedy ktoś robił to wystarczająco skutecznie, przestawałem rozsądnie oceniać własne możliwości i zaczynałem udowadniać rzeczy, których nikt na serio ode mnie nie wymagał, a ona była w tym - cóż - najlepsza.
Nie miałem najmniejszego pojęcia, dlaczego moje małżeństwo tak często sprowadzało się do prób pokazania żonie moich rzekomych umiejętności, o których wcześniej nawet nie wiedziałem, że istniały w moim repertuarze, tego popołudnia jednak zamierzałem wrócić do domu z materiałem, który nie tylko nadawałby się na wieniec, ale też nie pozostawiałby żadnych wątpliwości, że poradziłem sobie bez jej pomocy, potrafiąc z powodzeniem odróżnić gałązkę jarzębiny od derenia czy głogu, chociaż… Nawet z ograniczoną znajomością brytyjskiej flory, o kolcach tego trzeciego wiedziałem już aż za dobrze, więc może faktycznie nie było ze mną najgorzej.
Wyszedłem więc z domu uzbrojony w nóż, jutowy worek i w przekonanie, którego nie podzielał chyba nikt poza mną, że wrócę ze zbiorem nadającym się do wykonania przyzwoitej ozdoby. Maszerowałem tak spory kawałek, odkąd przeniosłem się na obrzeża najbliższego miasteczka, poszukując idealnego punktu startowego całej wyprawy. Przystanąłem przy starej leszczynie, uważnie obejrzałem kilka cienkich, giętkich gałązek, po czym wyciągnąłem rękę, sprawdziłem ich sprężystość i w końcu odciąłem trzy najładniejsze - nie zamierzałem wrócić z czymś, co wyglądałoby na przypadkowy zbiór tego, co akurat spadło z drzew - potrzebowałem podstawy, która utrzyma suszone owoce, liście, wrzos, może trochę innych dodatków, a jeśli po drodze miałem znaleźć coś wystarczająco ponurego, by wpisało się w mój ogólny zamysł, również zamierzałem to ze sobą zabrać. Samhain nie było przecież świętem, przy którym należało przesadnie przejmować się dobrym smakiem. Wsunąłem gałęzie do worka i podążyłem dalej, coraz głębiej między drzewa, przekonany, że skoro już zostałem sprowokowany, zrobię ten przeklęty projekt plastyczny tak dobrze, żeby Prue nie znalazła powodu, by się ze mnie nabijać.
wop ◉◉○○○ - szukam czegoś, co się nada
Nie miałem najmniejszego pojęcia, dlaczego moje małżeństwo tak często sprowadzało się do prób pokazania żonie moich rzekomych umiejętności, o których wcześniej nawet nie wiedziałem, że istniały w moim repertuarze, tego popołudnia jednak zamierzałem wrócić do domu z materiałem, który nie tylko nadawałby się na wieniec, ale też nie pozostawiałby żadnych wątpliwości, że poradziłem sobie bez jej pomocy, potrafiąc z powodzeniem odróżnić gałązkę jarzębiny od derenia czy głogu, chociaż… Nawet z ograniczoną znajomością brytyjskiej flory, o kolcach tego trzeciego wiedziałem już aż za dobrze, więc może faktycznie nie było ze mną najgorzej.
Wyszedłem więc z domu uzbrojony w nóż, jutowy worek i w przekonanie, którego nie podzielał chyba nikt poza mną, że wrócę ze zbiorem nadającym się do wykonania przyzwoitej ozdoby. Maszerowałem tak spory kawałek, odkąd przeniosłem się na obrzeża najbliższego miasteczka, poszukując idealnego punktu startowego całej wyprawy. Przystanąłem przy starej leszczynie, uważnie obejrzałem kilka cienkich, giętkich gałązek, po czym wyciągnąłem rękę, sprawdziłem ich sprężystość i w końcu odciąłem trzy najładniejsze - nie zamierzałem wrócić z czymś, co wyglądałoby na przypadkowy zbiór tego, co akurat spadło z drzew - potrzebowałem podstawy, która utrzyma suszone owoce, liście, wrzos, może trochę innych dodatków, a jeśli po drodze miałem znaleźć coś wystarczająco ponurego, by wpisało się w mój ogólny zamysł, również zamierzałem to ze sobą zabrać. Samhain nie było przecież świętem, przy którym należało przesadnie przejmować się dobrym smakiem. Wsunąłem gałęzie do worka i podążyłem dalej, coraz głębiej między drzewa, przekonany, że skoro już zostałem sprowokowany, zrobię ten przeklęty projekt plastyczny tak dobrze, żeby Prue nie znalazła powodu, by się ze mnie nabijać.
wop ◉◉○○○ - szukam czegoś, co się nada
Rzut N 1d100 - 68
Sukces!
Sukces!
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)