Było już na tyle późno, że wieczorni klienci zdążyli wyjść, okna były pozasłaniane, a że teleportowali się praktycznie pod drzwi Brenna miała nadzieję, że nikt ich nie zobaczył. Może popadała w niepotrzebną paranoję, ale zbliżające się Samhain sprawiało, że nerwy miała napięte jak postronki i trudno było jej zachować zwykłą pogodę ducha przez cały czas. Układała w głowie różne scenariusze, a jej umysł chyba po prostu nie był zdolny do stworzenia takiego, w którym wszystko szło dobrze. Nie tym razem.
Ale próbowała. Naprawdę próbowała.
– Przez te parę godzin nie byli agresywni, więc mam nadzieję, że nie będzie problemu i trochę oczyściłam im ubrania… – Parę zaklęć oczyszczających, dużo zachęt, by założyli to, co z Dorą wzięły z hotelu, bo nie chciała, aby klubokawiarnia Nory stała się siedliskiem zapachów bardzo nieprzyjemnych. – Ale uważaj, proszę. Boję się ich oddać do Munga, bo jeżeli ktoś przeklął ich specjalnie, pewnie się o tym dowie, zresztą nie widzę żadnych ran, ale na pewno są wygłodzeni i przydadzą się im jakieś herbatki wzmacniające i rozgrzewające, czy co tam jesteś w stanie wyczarować – dokończyła, przeczesując włosy. To był cholernie długi dzień, a wcale się nie skończył i zapowiadało się, że w najbliższych dniach wcale nie będzie lepiej. Nie była pewna, czy dobrze robi, chwilowo zrzucając ich pod opiekę Nory, ale co miała zrobić? Nie mogła zabrać tej dwójki do Księżycowego Stawu, a Warownia dopiero wracała do części dawnej świetności. Spora część remontów zakończyła się, wciąż jednak brakowało choćby mebli.