• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[jesień 1972, przed rozróbą na Samhain] Zupa z trupa

[jesień 1972, przed rozróbą na Samhain] Zupa z trupa
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#1
26.09.2026, 22:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2026, 09:52 przez Helloise Rowle.)  
Narada taktyczna rodzeństwa Rowle przed Samhain

List Lazarusa przypomniał jej dotkliwie, że jakaś część niej wciąż była małą, ślepą złośnicą gotową rozgromić wszystko na swojej drodze. Helloise przed Samhain na każdym kroku szarpała z trudem okiełznywana gwałtowność. Również najstarszemu bratu udało się ją rozjątrzyć. Bezczelna próba przekupienia jej, machanie jej przed nosem zbiorami Ministerstwa jak marchewką…
Zmięła papier w rękach.
Pójdę tam, Lazarusie. I nie tylko ja, bo wiedz, że zabiję przy okazji twojego brata, chciała nabazgrać w pierwszej chwili jadowitą odpowiedź. Było to coś, co jako nastolatka wykrzyczałaby mu w twarz z dziką, szaleńczą furią. Czy dopiekłaby Lazarusowi wyprowadzeniem Garetha na śmierć? Z pewnością nie więcej niż sobie samej.
Za późno było na jego układy. Nie potrzebowała jego łaski. Nie potrzebowała, żeby jej rzucał nagrodę pocieszenia. Niech trzyma łapy na swoich próbkach. Ona będzie miała własne.
Chodziło za Helloise, aby swoim oburzeniem podzielić się Garethem, lecz i z tego zrezygnowała. Nie mogła go stracić, skoro już się dał wciągnąć w jej szaleństwo. Gdyby mu powiedziała, o czym rozmawiała z Lazarusem… co jeśli Gary wziąłby stronę najstarszego z nich? Ach, byłby do tego zdolny. Absolutnie, rzecz należało przed Garethem zataić.
Każdy dalszy krok mógł więc zaszkodzić jej planom. List Lazarusa czarownica wyrzuciła na stos wszystkich innych korespondentów zatroskanych i zapomniała o nim.

Krótko przed tym, jak zjawił się w chacie Gareth, aby mogli razem ruszyć ku wejściu na Polanę Ognisk, Helloise wypiła eliksir wielosokowy. Brat zastał ją przemienioną już, pochyloną z obrzydzeniem nad miską potrawki z elfów.
Dwie porcje tej potrawki zamówiła na wynos dwa dni wcześniej w restauracji u Lizzy. Czekając w lokalu, aż dania będą gotowe, czarownica wyszła do toalety. Wiedziała, że coś tam będzie. Przyszła do Lizzy dość późno. Nie do wyobrażenia, że tak ruchliwego dnia jak niedziela żadna z klientek restauracji nie menstruowała.
Gdy wiedźma zamknęła się w łazience, odkryła, że nie musi nawet sięgać do kosza przy muszli sedesowej. Długi, jasny włos jak zaproszenie zwisał przyklejony do umywalki.
Pani Swott, do której należy, to czarownica półkrwi, pracownica Sowiego Urzędu Pocztowego. Mieszka w Londynie, ale przepada za kuchnią Lizzy i przynajmniej raz w miesiącu jada z mężem obiad w jej restauracji. Była tam również tego dnia i przed lustrem nad rzeczoną umywalką poprawiała fryzurę.

O tym, kto jest właścicielką włosa, Helloise pojęcia nie miała. Nękały ją myśli, że zrządzenie losu pchnęło ją w ciało mugolackie, lecz prawdopodobieństwo przemawiało przeciwko temu. Musiała wierzyć, że bogowie nad nią czuwali.

— Obrzydliwe — powitała Garetha, wskazując mu drugą miskę odgrzanej elfiej potrawki. — Zjedz albo wylej. Nie chcę nigdy więcej zanurzać łyżki w niczym podobnym.
Potrawka była, wbrew jej opinii, bardzo przyjemna w smaku; Lizzy ceniono w okolicy jako restauratorkę. To Helloise nie przepadała za mięsem i od pływających w sosie części ciał elfów dostawała nudności. Nie lubiła jednak, gdy śmierć istot szła na marne. Skoro już zostały zabite, niechże to, co w ich zwłokach wartościowego, pokrzepi jej organizm.
Kobieta podsunęła Garethowi również jego porcję czystego eliksiru wielosokowego. Przez chwilę żuła w milczeniu elfie nóżki, walcząc z zaciskającym się gardłem, po czym odłożyła łyżkę, wytarła usta w rękaw sukni i zaczęła mówić:
— Longbottomowie — wycedziła z jadowitą niechęcią — mieli dawno runy ochronne i znają rytuały. Brenna Longbottom sama mi się tym pochwaliła… że je mają. I nie dała mi nic. Trzyma te runy dla siebie. — Helloise zaśmiała się gorzko. — Ministerstwo zawsze na straży zwykłych ludzi, prawda? Ach, niech trzymają swoje sekrety. Przyniósł mi je… mój śmierciożerczy duch opiekuńczy. Opowiem ci wszystko, lecz nie chcę mówić dwa razy, a czekamy na kogoś jeszcze. Do pewnego mojego starego znajomego dotarły wieści o tym planowanym zamachu. Zaoferował… swoją obecność.
Oświadczyła to zimno i obojętnie. Czy to zza zmienionej twarzy tak niecodziennie zimno brzmiała Helloise, czy to maskowała pod chłodem stres przed sabatem, czy inną słabość chciała ukryć przed Garethem — tego mógł się tylko domyślać.


dotknij trawy
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#2
21.10.2026, 21:38  ✶  
Do Rowle'ów dołączył Maddox

Nigdy nie spodziewała się, że do takich znajomości przyjdzie jej się przyznać komuś z rodziny. Mimo że lata minęły, unikała wciąż wypowiadania słowa Nokturn przy którymkolwiek z Rowle’ów. Z jej przeszłością miało ono za dużo potencjału do wzbudzenia podejrzliwości.
Oto Maddox, dawny znajomy ze szkoły, powiedziała więc, gdy przyszedł Maddox, znajomy, z którym wcale nie kolegowała się w szkole aż tak blisko. I Gareth, mój brat.
Na więcej nie mieli co liczyć, ponieważ Helloise zaraz jęła przechadzać się po kuchni w tę i z powrotem, jakby chód jej miał pomóc zebrać myśli w całość. Niekomfortowo czuła się w naciągniętej na siebie obcej skórze, która to należała do kobiety nieco od niej starszej i o ostrzejszych rysach twarzy, ale dzielącej z Helloise tę czy ową cechę. Zupełnie jakby ktoś kiedyś rozważał ją na alt-wizerunek.
— Nie ma co liczyć na odebranie Polany Ministerstwu. Ministerstwo ma nad ludźmi przewagę. To niedorzeczny projekt… ale wierzę, że faktycznie się przedrzemy. To okazja, żebyśmy dowiedzieli się czegoś więcej. Knieja się zmieniła. Rośliny przybrały formy, które nie powinny w ogóle istnieć. Powinniśmy zebrać próbki tych okazów, żeby lepiej się im później przyjrzeć. — Wspomnienie roślin, które zobaczyła w korytarzu prowadzącym na Polanę, do teraz burzyło w niej krew, lecz opanowała się od razu, nie pozwalając rozdrażnieniu dojść do głosu. — Nie tylko za roślinami będziemy patrzeć. Ministerstwo wierzy, że coś jeszcze ma się podczas Samhain w Kniei wydarzyć. Sami nie wiedzą co.


dotknij trawy
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#3
21.10.2026, 21:47  ✶  
Co mówiła o widmach?

— Pewnie słyszeliście już, że przypominają dementorów. Przynajmniej w tym, że wywołują lęki, płynie za nimi upiorne zimno. Nie wysysają jednak z człowieka szczęścia, a czas. W jakiś sposób kradną lata, postarzają, zamieniają ciała w puste skorupy. Smutny koniec. — Westchnęła rzewnie, ujęta losem wszystkich nieszczęśników, o których opowiadała jej Lorraine. — Nie tylko ludźmi się żywią. Podobno w jakiś sposób czerpią energię również z przedmiotów blisko z ludźmi związanych i z… — Spojrzała na Garetha z dziwacznym wyrazem twarzy, który przy jej naturalnej aparycji byłby siostrą na skraju łez. Z tą obcą twarzą wyglądała ledwie, jakby coś jej zaśmierdziało pod nosem. — Z naszych drzew — wypluła z siebie szybko, jakby odrywała plaster. Nie wnikała w temat więcej, niż było to konieczne.
Odkąd dotarła do Helloise ta przerażająca wieść o łaknieniu dusz Greengrassów, jeszcze więcej denerwował ją temat widm w Kniei, jeszcze bardziej bała się tego, co tam zastanie. Jak wielkie pobojowisko pozostawią za sobą te istoty…?
— Ktoś słyszał pogłoskę, że one tam były zawsze. Jak larwy, które teraz przepoczwarzają się, ewoluują, być może od zaburzoń energii. Być może to prawda. Początkowo wszyscy mówili o niematerialnych, prawie przejrzystych istotach, ale teraz są cielesne. Sama byłam pod Knieją i słyszałam, jak biegają po krzakach. To były one — podkreśliła uparcie, zanim jej by ktoś zarzucił, że słyszała dzikie zwierzęta i coś sobie ubzdurała. Wrażenie było nie do pomylenia z żadnym innym. — Dlatego zabieram miotłę. — Musnęła dłonią trzonek przygotowanej przy drzwiach, ulubionej miotły, po czym spojrzała po dwóch swoich kompanach. Źle to będzie wyglądało, jeśli sama ucieknie w powietrze poza zasięg widm, a ich zostawi na dole, lecz lepsza taka szasna niż żadna. — Jeśli czujecie się na siłach, też możecie wziąć sobie po miotle z szopy. — Złożyła im grzecznościowo ofertę, mimo że przy braku umiejętności latania targanie za sobą drąga na rozróbę oznaczało przede wszystkim zbędny balast.
Na moment czarownica pożałowała, że w ogóle obu mężczyznom pozwoliła się w to zaangażować z jej powodu. Teraz ich potencjalna krzywda będzie na jej sumieniu. Teraz będzie musiała się na kogoś oglądać, zamiast ślepo biec, gdzie jej instynkty podpowiedzą.
Było już za późno na zmianę zdania.
— Widma umieją udawać i przepoczwarzać się w ludzi. Przybierać twarze i głosy przyjaciół, rodziny, również tych zmarłych. Jeśli nie ma szansy, że ktoś z waszych bliskich dziś wieczorem będzie w Kniei, a go tam zobaczycie, to one zwodzą was bez dwóch zdań. — Helloise przystanęła na moment przy stole. — Podobno i widma wyczekują Samhain.


dotknij trawy
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#4
21.10.2026, 21:56  ✶  
Co mówiła o drzewie?

— Po Beltane pojawiło się na Polanie Ognisk coś nowego. Drzewo wyrastające z ziemi na opak, korzeniami w górę. — Na chwilę brakło jej słów, aby opisać to, co miała powiedzieć o drzewie. Stała tylko, marszczyła brwi, zaciskała usta, aż wreszcie znalazła słowo: — To jakiś o b c y. Drzewo dysponujące świadomością, ale z opowieści, jakie o nim słyszałam, nie brzmi wcale jak dusze, które śpią w naszych drzewach. To jest coś obcego. To ono podobno odmienia roślinność Kniei i czyni z niej… te dziwaczne wybryki natury. Jest podejrzenie, że to ono wabi widma, że ono odpowiada za ich ewolucję. Jest inteligentne. Uczy się od badaczy pracujących na Polanie. — Im więcej Helloise mówiła, tym bardziej rosło jej wzburzenie. — Rozwiązuje zagadki? Konstruuje mechanizmy? Replikuje przedmioty?!
Uniosła się. Obrażało ją, że istnieje takie drzewo i ona jeszcze nie miała okazji go poznać. Ale wiedziała! Wiedziała, że Ministerstwo ukrywa coś więcej niż widma. Wiedziała od samego początku, że obwarowali się tam nie z troski o ludzi, a z chciwości. Od początku miała rację!
— Ktoś z Kowenu podobno chce je spalić — mruknęła, uspokoiwszy się nieco. — Nie będziemy brać w tym udziału — zastrzegła, wiodąc ostrzegawczo spojrzeniem od jednego do drugiego czarodzieja — o ile nie pojawią się jakieś nowe okoliczności, z których wyniknie, że to jest konieczne i bezpieczne. Spalenie takiej istoty ogniem to największa głupota. Wstyd, że ktoś w Kowenie tak pomyślał. Jeśli rzeczywiście tętni w drzewie tyle energii, ile powiadają wszyscy… a powiadają, że jest jej tam nieokiełznany ogrom… zniszczenie drzewa może doprowadzić do jej uwolnienia, do destabilizacji energetycznej na nieprzewidzianą skalę. Nie wiadomo, jakiego rodzaju energia znajduje się w tej istocie, ale istnieje przypuszczenie, że widma są na tę energię łase, szczególnie że drzewo niektórzy łączą z Limbo. Spotkałam widma pod Knieją z pewnym Zimnym. Powiedział mi po wszystkim, że chciały pożreć to, co on ma w środku, a jest to właśnie jakaś forma energii z Limbo.
Helloise — zmęczona spacerowaniem, wzburzeniem, mówieniem — usiadła na skraju stołu i sięgnęła po kubek herbaty, choć po prawdzie miała ochotę na coś mocniejszego. Wiedziała, że gdy skończy mówić, nadejdzie pora, aby zbierali się do wyjścia naprzeciw nieznanemu zagrożeniu. Nagle zapragnęła ten moment odwlec.
— Pracownicy Ministerstwa są słabi. Podobno wszyscy ulegają mocy drzewa — parsknęła z pogardą.


dotknij trawy
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#5
21.10.2026, 22:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2026, 22:17 przez Helloise Rowle.)  
Jakie można przedsięwziąć środki bezpieczeństwa?

— Najważniejsze są patronusy. — I to wystarczyło, aby już westchnęła niezadowolona, bo Gary mógł okłamać każdego, ale Helloise wiedziała, że z niego nekromanta jak z koziej dupy trąba. Nie powiedziała tego jednak głośno ani nie zasugerowała, że to na niego akurat wzdycha. — Gdybyście znaleźli się w potrzasku widm, spróbujcie jakiegoś z siebie wykrzesać. One się ich boją. Istnieją również w lesie miejsca bezpieczne.
Helloise sięgnęła po leżącą na stole mapę i rozwinęła ją przed czarodziejami. Była to mapa turystyczna, na której wydrukowano główne szlaki i atrakcje Kniei Godryka. Nie cała Knieja była terenem zmapowanym, ale te najważniejsze, powszechnie znane czarodziejom punkty dało się tutaj odnaleźć.
— Kluczowe miejsce, do którego będziemy się kierować dziś, to przejście na Polanę Ognisk i sama Polana. Stamtąd się nie deportujecie. Nawet nie próbujcie. — Czarownica demonstracyjnie powiodła palcem po wspomnianej ścieżce. — Ministerstwo wkopało coś wzdłuż tej drogi. — Oczy Helloise na moment zaszły złością. I Lazarus nie powie nam co! Kontynuowała jednak spokojnie: — Obejrzałam to sama. Cokolwiek tam jest, zabezpieczenie zostało zaprojektowane przez świetnego nekromantę. Wątpię, czy będziemy mieli okazję to odkopać i sprawdzić. Niestety. Według ministerialnej instrukcji, aby pokonać korytarz bezpiecznie, trzeba iść po leżącej na ziemi czerwonej wstędze, nie zatrzymywać się, nie rozglądać na boki. W tłumie może nam być o to trudno, lecz w miarę możliwości starajcie się trzymać wstęgi, o ile ona wciąż tam będzie. Na drzewach wiszą amulety ochronne, ale mówią, że nie są niezawodne. Drzewa są zaklęte tak, aby nie można było na nie zbyt długo patrzeć. Na co dzień krążą między nimi iluzje postaci w czarnych płaszczach. To straszak. Nie przywiązujcie się jednak do tej informacji, bo dziś między drzewami może być cokolwiek. — Palec Helloise zmienił pozycję i wskazał kolejny punkt. — Na wschód od Polany Ognisk znajduje się kamienny krąg. Tam również widma nie mają wstępu, lecz pokonanie trasy z Polany do kręgu to wielkie ryzyko. Gdybyście nie mieli jednak wyjścia, kierujcie się tam. — Palec powędrował w kolejny oddalony od poprzedniego punkt na mapie. — Bezpieczne jest również pole dawnej bitwy. Jeśli znajdziecie się dla odmiany tam, szukajcie drzewa z takim symbolem. — Helloise odwróciła mapę, aby zaprezentować czarodziejom tajemnicze znaki znalezione po drodze na polanę, które to przeniosła na tył kartki. — Wchodząc w korytarz tak znaczonych drzew, powinniście być również bezpieczni. Wyprowadzi on was na wrzosowisko przy Dolinie. — Kobieta zwinęła arkusz, kończąc tę część instruktażu. — Obojgu wam przygotowałam po kopii mapy, na której zaznaczyłam owe miejsca i szlaki.
Wręczyła po opisanym arkuszu zarówno Garethowi, jak i Maddoxowi.
Wówczas nastąpiła chwila pauzy. Helloise zsunęła się ze stołu i stanęła pośrodku kuchni.
— Jest jeszcze jedno potencjalnie bezpieczne miejsce. — Rozłożyła ramiona na boki. — Ten dom stoi na runie ochronnej, która ma rzekomo widma odstraszać. Ægishjalmur. Nie ma gwarancji, że runa zadziała, ale to może być wasza najlepsza szansa, jeśli widma wydostaną się z Kniei. Runa jest pogrzebana w ziemi pod chatą. Ma dziesięć metrów średnicy, więc wychodzi z lekka poza plan budynku. — Następnie czarownica wyciągnęła skórzany woreczek i ze środka wyłowiła dwa amulety, które również trafiły w ręce obu mężczyzn. Były to amulety drewniane, okrągłe, zawieszone na rzemieniu. W każdym wycięto ośmioramienną runę Ægishjalmur. — Nie wiemy, jak runa działa, lecz nie zaszkodzi zabranie jej ze sobą. Mam jeszcze kilka dodatkowych amuletów, gdybyśmy ich potrzebowali.
Obrona przed widmami i energetycznymi zawirowaniami była ważna, to prawda, lecz coś jeszcze innego spędzało Helloise sen z powiek. Ministerstwo. Należało się chronić również przed Ministerstwem.
— Nie wołajmy do siebie po imieniu. Jeśli eliksir wielosokowy przestanie działać, przygotowałam opcję awaryjną. — Na stole wylądowały rzeźbione w drewnie maski jej własnej roboty. Były to proste maski bez zdobień, nie te artystyczne wyroby Helloise, które mogłyby zostać z nią zbyt łatwo skojarzone.


dotknij trawy
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#6
21.10.2026, 22:24  ✶  
To było wszystko, co mogła dla nich zrobić. Pora była wychodzić.
— Część tego wiem z własnego doświadczenia, lecz wiele tych wieści znam z drugiej, trzeciej… czasem czwartej ręki. Część to teorie i gdybania. Samhain zresztą może zmienić wszystko — powiedziała czarownica na koniec długiej relacji, jaką zdała swoim towarzyszom.
Zakrzątnęła się przy drzwiach, wkładając swoje przedmioty do koszyka przy miotle. Zdjęła z haka płaszcz. Każdemu czarodziejowi wsunęła również po płóciennym woreczku na roślinne próbki. Zabierzcie coś, gdybyście mieli okazję, ale nie ryzykujcie za wszelką cenę — pouczyła. — Być może są inne sposoby.
Zanim jeszcze wyszli, Helloise zapaliła kilka dyniowych lampionów. Ustawiła je na parapetach i ganku, część wypuściła przez okno, aby lewitowały w pobliżu chaty.
— Zostawię zapalone światło, żeby łatwiej nam było znaleźć drogę do domu.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Dla uproszczenia lista itemków, które daję każdemu:
  • amulet z Ægishjalmur (te dwa, które wam daję, mi wyszły na pewno; będę jeszcze poprawiać pozostałe, to się dowiemy, ile mamy extra);
  • mapę turystyczną Kniei z zaznaczonymi bezpiecznymi miejscami: Polana Ognisk i droga na nią, kamienne kręgi, pole dawnej bitwy i szlak od niego (szczegóły mapki dogadane z MG);
  • prosta, drewniana maska;
  • woreczek na próbki roślinne.

Dodatkowo Gareth: potrawka z elfa (mechaniczny przedmiot z mojego ekwipunku), eliksir wielosokowy (tak samo).


dotknij trawy
duch puszczy
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#7
23.10.2026, 19:33  ✶  
Kiedy drzwi chaty puściły go do środka razem z pędem wiatru i garścią zgniłych liści, to pierwsze, co Gareth przy stole zobaczył, to pochylona nad miską nieznajoma blondynka w sukni jego siostry.
— Nie za elegancko?
Gareth był skonfliktowany i nie wiedział jak z tym całym przedsięwzięciem ma się czuć. Po ostatnich wydarzeniach i wyznaniach Helloise, czuł pod obojczykiem zalegający ciężar, taki jaki zazwyczaj towarzyszył mu przy sroższych przewinieniach. Z siostrą nie wiedział co miał począć. Była jak perfidna drzazga, która podstępnie weszła pod miąższ skóry, drzazga blada, ale za głęboko siedząca aby wyjąć, za płytko siedząca żeby się wchłonąć. Pozbyć się jej oznaczało pozbycie się własnego palca, albo całej łapy.
— Obrzydliwe. Ale mnie zachęcasz — mruknął ponuro, zdejmując płaszcz i siadając okrakiem na ławie naprzeciwko. — no ale w sumie to bym coś lekko przekąsił…
Podrapał się po głowie, niby to w głębokim zawahaniu i zwięzłych oględzinach, czy aby nic lepszego na wierzchu nie ma, ale przecież skoro już potrawka przed nim tu czekała, to czemu miałaby się zmarnować?
— Tylko nie rzygaj, bo może przestać działać. Albo skrócić czas działania.
Sam zaczął jeść łapczywie, wybierając łyżką nóżki z sosu, jakby to była zwykła baranina z podrzędnego jarmarku w Caernarfon. Wytarł dokładnie miskę kawałkiem chleba do czysta i dopiero wtedy przysunął sobie fiolkę. — Wypiję przed wyjściem.

Gareth słuchał potem o runach, o Longbottomach, o Brennie, która trzyma swoje sekrety pod spódnicą, i kiwał z wyraźnym zniechęceniem. Przy słowach o śmierciożerczym duchu opiekuńczym przestał kiwać.
Kurwa, szkoda, że nie było z nimi Seisylla.
Wpatrywał się na nią przez stół długo, wodnistymi oczami, szukając w nieznanej twarzy czegokolwiek, co należało jeszcze do jego siostry. Czy ten błysk był jeszcze jej, czy po prostu sobie wmówił?
— Znajomy — powtórzył za nią tylko, ważąc słowo w ustach jak podejrzaną monetę — i jak bardzo mu ufasz?
Odsunął pustą miskę i oparł łokcie na blacie, przekrzywiając głowę ku drzwiom. Podkurwienie już mu się udzielało, więc od razu poczuł, że mu zasycha w gardle. Dobrze, że wziął ze sobą piersiówkę.
— Zaoferował się? O la la — zagwizdał zgrywnie, choć minę miał wyraźnie cierpką. Czy był to ktoś komu miał obetrzeć nos jeszcze przed wyjściem na Polanę?
O wilku była mowa, bo facet zjawił się chwilę później. Ciężko Garemu było zesłać na usta grymas, który nie sugerowałby nienaturalnych wręcz nakładów powściągliwości. Krótko ścięty, ubrany jak bezdomny. Gary na dodatek doskonale znał jego zapach. Znajomy Helloise cuchnął zmokłym psem. Więc to z takimi typami ganiała się po łąkach udając leśną nimfę. 
Podrapał się po zaroście, taksując typa od góry do dołu.
— Umiesz się napierdalać?
Więcej go na ten moment nie obchodziło. Miał tylko nadzieję, że jeśli miała co do niego jakiekolwiek wątpliwości, to że nie brałaby go ze sobą do wylęgarni mątw z Ministerstwa.

O widmach słuchał tak, jak słuchał weterynarzy z Norwegii, kiedy opowiadali o pladze pasożytów, której nikt jeszcze nie widział pod szkłem. Zimno, lęk, kradzione lata. Dopiero przy drzewach coś mu się w szczęce napięło, bo Hela wypluła to słowo tak, jak wypluwa się zgniły ząb, i nawet przy tej obcej facjacie było widać, ile ją to kosztowało.
— Tajemnicze drzewo, które ma rozum i duszę… niesłychane — pokręcił głową, odpalając z nerwów szluga — pierdolone Ministerstwo chce to wykorzystać na własny użytek. A ciemnogród kowenu chce to zniszczyć, zanim w ogóle zostanie poznane. Wybitnie. Nic dziwnego, że wszystko zeszło na psy. Kiedyś ludzie mieli mniej, lecz byli bliżej siebie
Splunąłby pogardliwie pod buty, ale z szacunku do domostwa siostry, tylko charknął przestarzałą flegmą. Ministerstwu nie ufał nigdy, więc słuchanie, jak jedna po drugiej sprawdzają się wszystkie jego teorie spiskowe, przyniosło mu coś w rodzaju katharsis. Albo przynajmniej przyjemną zgagę.
— Skoro mają teraz ciało, to jakieś zaklęcia je w ogóle ruszają? Czy tylko te twoje patronusy? — wycedził, ewidentnie mało zadowolony ze strategii na jaką byli skazani — wiadomo czy reagują na żywioły? Topią się? Albo płoną?
Gary teraz zaczął się zastanawiać, czy jeśli przyjęły ciało, to czy podchodziły pod zwierzęcia i stwory? Krwawiły? Zostawiały ślady? W magizoologii siedział od dziecka, więc z nowym gatunkiem stwora dałby sobie radę. Ale wszystko co im opowiadała, zdawało się być teorią. Helloise posiadała informacje z drugiej, trzeciej ręki.
Mapę wziął do ręki i obracał ją w paluchach dłużej niż trzeba, wodząc paznokciem po czerwonej wstędze, po kręgu, po polu bitwy, zapamiętując zarówno nazwy jak i odległości. Amulet zawiesił na szyi bez słowa, chowając go pod koszulę, gdzie drewno od razu nagrzało się od cudzej skóry.
Przy maskach się zatrzymał. Przesunął kciukiem po krawędzi otworów na oczy, sprawdzając, czy nie przetrą mu skroni.
— Podejrzewałem, że prędzej czy później wyląduję w czyjejś armii. Ale…nigdy, przenigdy nie spodziewałbym się, że moim dowódcą będzie moja własna siostra — pokpił, posyłając jej nieokreślone spojrzenie.
Czas było na eliksir. Czapkę z włosem zabrał wczoraj. Wełnianą, sfilcowaną od deszczu, ściągniętą z wieszaka w jednym z londyńskich lokal przy Pokątnej, gdzie płaszcze i nakrycia głów wisiały na jednym stojaku tak gęsto, że jedne przerastały drugie jak huby na pniu. Wziął pierwszą z brzegu, bo leżała najbliżej ręki, a ręka akurat nie miała nic lepszego do roboty. Do kogo należała, nie miał bladego pojęcia. Przy barze siedziało ich wtedy kilku, wszyscy tyłem, wszyscy jednakowo przygarbieni nad kuflami, i każdy mógł być właścicielem.
— Na zdrowie — ogłosił jak na stypie i wypił zawartość duszkiem.
Najpierw szarpnęło go w trzewiach, jakby ktoś przekręcił je od środka o pół obrotu, a gorąca fala wezbrała się w górę, rozlewając się po żebrach. Ramiona wypełniły mu się pod płaszczem, brzuch przedziwnie stwardniał, a szczęka wysunęła się kanciasto do przodu, aż zabolały go zęby. Piegi zeszły mu z policzków niczym strzepnięty popiół, a rude kudły pojaśniały od nasady w miękkie, złote fale.
Złapał się krawędzi stołu, aż przestało go mdlić, i zerknął w miedziany rondel nad paleniskiem. Patrzył z niego piękniś, którego nie podejrzewałby o przesiadywanie w londyńskich spelunach przesiąkniętych wonią bankructwa i desperacji. A może Garemu wcale się wtedy nie poszczęściło, może doskonale wiedział do kogo czapka należy i czyją szczękę chce na siebie przywdziać? Nawet gdyby było to prawdą, to nigdy nikomu by się do tego nie przyznał.
Popatrzył na swoje nowe dłonie. Oparzenia na przedramieniu zniknęły bez śladu. Cudze ciało i to takie, które nigdy nie trzymało smoka za łeb.
— No to od teraz wołajcie na mnie…Pullus.


I'm gon' hit your business if it's momentary blissness
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Gareth Rowle (1048), Helloise Rowle (2484)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa