• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[30/10/72] Wards, runes and other things that buy you five extra minutes | Benjy, Pru

[30/10/72] Wards, runes and other things that buy you five extra minutes | Benjy, Pru
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
Dzisiaj, 00:34  ✶  
Nie planowałem mówić jej wszystkiego, co dotyczyło posiadanych przeze mnie informacji na temat Kniei i problemu z widmami, przynajmniej nie teraz, bo nie było potrzeby robić z tego nocnej odprawy, skoro jeszcze nigdzie nie pędziłem, szczególnie kiedy oboje nadal siedzieliśmy w łóżku, a jutro czekało na nas przynajmniej kilka godzin względnego spokoju, zanim oboje będziemy musieli rozdzielić się przed sabatem, postanowiłem poruszyć jednak to, czego wcześniej nie mówiłem, co nie zostało między nami w żaden sposób poruszone, bo najwyraźniej nadszedł moment, w którym podświadome przemilczanie pewnych rzeczy przestało mieć sens.
- No to… Wiesz, sze zajmowałem się tym jeszcze pszed Spaloną Nocą? - Zapytałem, gdy już odesłałem wiadomość zwrotną i wróciłem na materac, chociaż tak naprawdę nie czekałem na odpowiedź ani tak naprawdę nie oczekiwałem, że będzie twierdząca. - Zacząłem zalas po pszyjeździe tutaj. Właściwie palę dni po naszym pielwszym spotkaniu. Zostałem w wciągnięty w temat ze względu na luny ochlonne, któle ktoś umieścił w lesie. - Spiąłem szczękę, po czym wypuściłem powoli powietrze. - Nie podoba mi się to balsiej, nisz myślisz, ale ani wtedy, ani telas nie mogłem powiedzieś „nie”, nawet jeśli znam lysyko. - Dopowiedziałem ciszej, nie zamierzałem jej odbierać prawa do zmartwienia jakimś tanim zapewnieniem, że wszystko będzie dobrze, bo nie wiedziałem, czy będzie - było kilka rzeczy, których człowiek mógł być pewien, i kilka takich, których nie powinien był obiecywać nawet własnej żonie, jeśli chciał móc patrzeć jej później prosto w oczy.
Atmosfera zrobiła się dziwnie ciężka, chociaż żadne z nas nie powiedziało niczego, czego druga osoba nie powinna była usłyszeć, po prostu… Znałem ten rodzaj ciszy - kurwa, znałem go aż za dobrze - już kiedyś przez coś podobnego przechodziłem, tylko ta sytuacja nie była taka sama, nasza sytuacja taka nie była i wcale nie zamierzałem ulec poczuciu, które próbowało wkraść się w moje myśli - wystarczyło jednak, że pomyślałem o tym przez sekundę, aby mięśnie karku napięły mi się automatycznie, całkowicie odruchowo, zaś gardło odrobinę się zacisnęło, więc odchrząknąłem, kręcąc głową - nie chciałem przenosić tamtej historii na tę, lecz nie chciałem też udawać przed Prudence, że ryzyko nie istniało. Nie mogłem jej zagwarantować, że wrócę bez zadrapania, że nic się nie wydarzy albo że wszystko pójdzie dokładnie tak, jak powinno. Obiecaliśmy się nie okłamywać.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
Dzisiaj, 00:45  ✶  

W Ministerstwie szeptano o widmach, jednak nie w kostnicy, w której to ona spędzała większość czasu. Nie wydawała się być też wcześniej szczególnie zainteresowana tym tematem. Jasne, był ciekawy, to było coś nowego, jednak miała tyle pracy, że tamto potraktowała lekceważąco, być może niepotrzebnie, bo mogłaby kogoś pociągnąć za język, dopytać się. Teraz było na to zbyt późno, a skoro Benjy miał trafić do Doliny Godryka, to istniała szansa, że wpadnie na te stworzenia, a one nie znały litości, to nieco ją martwiło.

- Nie wiem, nie mówiłeś mi o tym. - Nie przypominała sobie, aby poruszali podobne tematy, co oznaczałoby, że faktycznie nie było takiej rozmowy, bo Prue pamiętała praktycznie wszystko.

- Runy ochronne, to ma sens, to znaczy ma sens, że akurat Ty zostałeś w to wciągnięty. - Runy były w końcu ich wspólnym zainteresowaniem jeszcze z czasów nauki w Hogwarcie. Benjy podróżował po świecie, zapewne miał szansę poznać ich jeszcze więcej, był specjalistą w tej dziedzinie - nie powinno jej więc dziwić to, że ktoś postanowił sięgnąć po jego radę. Miał ogromną wiedzę, to miało spory sens.

- Staram się to akceptować i rozumieć, ale nie powinieneś się dziwić, że odrobinę mnie to przeraża. - Ustalili już, że znajdzie się w Dolinie, być może wejdzie do Kniei, która była zamknięta przez pracowników Ministerstwa. Istoty, które tam mieszkały były czymś niezbadanym, nie do końca wiedziano jak z nimi walczyć i to ją martwiło. Nie mogła w żaden sposób go wesprzeć, bo nie istniała żadna literatura na ten temat. Nie do końca jej się to podobało, jak właściwie mógłby się przygotować do wizyty w Kniei? Chętnie by mu w tym pomogła, zadbała o to, by miał pod ręką wszystko to, co mogłoby mu się przydać, ale cholera jasna w tej chwili była zupełnie bezużyteczna ze swoją wielka biblioteką w głowie i to ją najzwyczajniej w świecie martwiło.

- Najgorsze jest to, że ja będę w Little Hangleton, mam się zająć szkoleniami dzieciaków z pierwszej pomocy. - Nie sądziła, że uda jej się zamienić z kimkolwiek na dyżur w Dolinie, nie kiedy miała przeprowadzić szkolenie. Zdecydowanie wolałaby być na miejscu, żeby ewentualnie móc udzielić mu pomocy. Nie podobało jej się to coraz bardziej.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
3 godzin(y) temu ✶  
Przez chwilę po prostu patrzyłem na nią bez słowa, powstrzymując mimowolne skrzywienie, bo odpowiedź „nie mówiłeś mi o tym” była właściwie dokładnie tym, czego się spodziewałem, lecz mimo wszystko usłyszenie jej na głos miało w sobie coś nieprzyjemnie ostatecznego. Znałem Prudence wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że kiedy mówiła o przyjęciu czegoś do wiadomości, wcale nie oznaczało to, że przestało jej się to nie podobać, a już tym bardziej, że przestała wyrażać całkowicie uzasadnione obawy, więc nie zamierzałem wciskać jej żadnego głupstwa pokroju „nie wspominałem ci o tym, bo nie masz się czym martwić” - miałem dość rozsądku, żeby nie obrażać zarówno jej zdrowego osądu, jak i mojej własnej inteligencji - nie chciałem uspokajać Prue za wszelką cenę, ponieważ wiedziałem, że takie zapewnienia nie przyniosłyby jej ulgi, tylko sprawiłyby, że zaczęłaby zastanawiać się, co próbowałem przed nią ukryć, poza tym sam nie miałem ochoty wypowiadać słów, których później musiałbym się wstydzić, gdyby rzeczywistość postanowiła zrobić sobie ze mnie wyjątkowo kiepski żart, jak to przecież bardzo często miewała w zwyczaju.
- Nie, nie mówiłem… - Przyznałem, nawet jeśli nie musiałem tego teraz robić, bo była to oczywista oczywistość, nie miała skąd wiedzieć, skoro jej nie powiedziałem - oczywiście - świadomość, że pamiętała praktycznie wszystko, co kiedykolwiek padło między nami, sprawiała, że trudno było mi udawać przed nią, że jakieś istotne przemilczenie mogło przejść niezauważone, nie zamierzałem jednak teraz tłumaczyć się z tego, dlaczego nie wspomniałem o Kniei wcześniej, bo prawda była dość prosta i chyba nawet gorsza od jakiejś wielkiej, skomplikowanej wymówki. Urwałem na moment, szukając słów, które nie zabrzmiałyby jak marna próba wybielenia własnego zachowania - nie miałem nawet dobrego usprawiedliwienia, którego mógłbym się teraz uczepić, bo „nie było okazji” brzmiało głupio, „nie chciałem cię martwić” jeszcze gorzej, a „myślałem, że to nic takiego” byłoby zwyczajnym kłamstwem, skoro zaledwie kilkanaście minut wcześniej przyznałem, że nie podobało mi się to bardziej, niż chciałem przed nią pokazać - przetarłem dłonią kark i zerknąłem na nią z tym nieprzyjemnym poczuciem, że miała pełne prawo patrzeć na mnie w sposób mówiący bardzo wyraźnie, że właśnie odkryła brakujący fragment układanki. Naprawdę była w stanie powtórzyć niemal wszystko, co między nami padało, czasem ku mojemu utrapieniu, szczególnie wtedy, kiedy próbowałem po kilku tygodniach udawać, że jakaś rozmowa nigdy nie miała miejsca, po czym ona bez najmniejszego wysiłku potrafiła przywołać dokładną godzinę, miejsce i mniej więcej nawet kolejność słów, które wtedy wypowiedziałem. Tym razem nie chodziło o to, że zapomniałem jej o czymś powiedzieć, tylko o to, że przez długi czas zwyczajnie nie uważałem, aby istniał powód, żeby wnosić ten temat między nas, szczególnie kiedy było to sprawą odległą, zawodową i cholernie nieprzyjemną, ale jednak oddzieloną od naszego domu, naszego łóżka i całej reszty rzeczy, które zdążyły się wydarzyć pomiędzy jednym a drugim. Wtedy nie uważałem, że musiała o tym wiedzieć, a później nasza relacja zaczęła obrastać kolejnymi niuansami i bardzo łatwo było pozwolić, żeby pozostała w szufladzie z napisem „zajmę się tym później”, tylko jak zwykle „później” okazywało się terminem wyjątkowo nietrafionym…
- No. - Mruknąłem, trochę bardziej gorzko, niż zamierzałem, bo przecież po co byłoby mi zdrowie psychiczne, gdybym mógł spokojnie przejść obok czegoś, co wyglądało podejrzanie interesująco i było związane z samym sednem moich zainteresowań. Znałem się na zabezpieczeniach, klątwach, artefaktach i rzeczach, które miały bardzo wyraźną tendencję do zabijania tych, którzy podchodzili do nich zbyt ochoczo, miałem też doświadczenie z terenami, na których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien urządzać sobie spacerów rekreacyjnych, teoretycznie byłem zatem naprawdę szeroko uzasadnionym kandydatem do podobnej eskapady, co we wrześniu miało jednak trochę inny posmak niż w tej chwili, bo teraz smakowało… Goryczą.
Teraz, kiedy patrzyłem na nią z tej odległości, uznałem, że milczenie zaczynało robić się zwyczajnie głupie, zwłaszcza że jutro mieliśmy się rozdzielić i oboje mieliśmy wystarczająco dużo powodów, żeby nie dokładać sobie kolejnych niewiadomych. Problem polegał na tym, że przez ten czas zdążyło wydarzyć się znacznie więcej, niż zakładałem, kiedy pierwszy raz zobaczyłem niegdysiejszą panią uzdrowiciel z ładnymi oczami, fetyszem kolan i przytulnym mieszkankiem, do którego wszedłem z nastawieniem, że dam się opatrzyć, najwyżej wypiję coś przy stole, porozmawiam, potem pojawiło się Exmoor, więc stwierdziłem, iż może zostanę na chwilę dłużej, a potem każde z nas wróci do własnego życia i… Nie planowałem przecież małżeństwa, nie planowałem nawet szczególnie dalekiej przyszłości, jeśli miałem być uczciwy, bo wtedy przyszłość wyglądała przede wszystkim jak lista rzeczy do zrobienia, kilka niebezpiecznych miejsc, parę spraw do załatwienia i może jakaś możliwość zafundowania sobie jednego właściwie przespanego tygodnia, kiedy nikt nie będzie próbował mnie zabić. Ślub był spontaniczny, małżeństwo również, jeśli brać pod uwagę tempo, w jakim do niego doszło, ale uczucia nie były już żadnym przypadkiem, nawet jeśli początkowo bardzo chętnie udawałem przed samym sobą, że są - nie sądziłem, że będę leżał kiedyś w łóżku z kobietą, której obecność zacznie wpływać na sposób, w jaki oceniałem ryzyko, podejmowałem decyzje i wracałem do domu, a już na pewno nie sądziłem, że pojawi się ktoś, przed kim będę miał opory, żeby przemilczeć sprawę zawodową, ponieważ jej zmartwienie zacznie mnie obchodzić bardziej niż moja wygoda - najwyraźniej nawet ja potrafiłem się czasem srogo pomylić przy osądzie relacji międzyludzkich, co było odkryciem niemal obraźliwym, lecz niestety równie prawdziwym.
- Akulat miałem pecha byś kompetentny. Wyoblaszasz to sobie? - Nie było w tym nawet szczególnie dużo lekkości, był to raczej ten rodzaj suchego, lekko prześmiewczego tonu, który pojawiał się u mnie wtedy, kiedy rzeczywistość zaczynała robić się zbyt poważna. Nie powiedziałem tego z dumą, bo w tej chwili nie czułem w związku z tym nic szczególnie chwalebnego, wiedza zawodowa miała bowiem tę paskudną właściwość, że im więcej się jej zdobywało, tym więcej rzeczy zaczynało się rozpoznawać, przy czym rozpoznawanie problemu wcale nie oznaczało, że można było go łatwo rozwiązać. Czasami oznaczało tylko, że potrafiło się dokładniej nazwać zagrożenie, co w tym wypadku było wyjątkowo trafne.
Następne słowa sprawiły jednak, że przestałem się uśmiechać, tym razem zupełnie, chociaż nie dlatego, że powiedziała coś, z czym się nie zgadzałem, właśnie wręcz przeciwnie, trudno było oczekiwać od niej, żeby przyjęła wiadomość o moim wejściu w miejsce pełne niezbadanych, żądnych energii istot z takim samym spokojem, z jakim przyjmowała informację, że wybierałem się po zakupy. Przez chwilę milczałem, bo wcale nie chciałem zasypywać jej kolejnymi zapewnieniami, że dam sobie radę - jasne - naprawdę sądziłem, iż prawdopodobnie dałbym sobie radę, gdyby coś lub ktoś zmusiły nas do przekroczenia linii lasu, zwykle jakoś mi się udawało, ale „jakoś” nie było szczególnie przekonującą metodą planowania wyprawy do miejsca pełnego nieznanych zagrożeń. Oboje doskonale wiedzieliśmy, że problem polegał na tym, że tym razem moja wiedza nie dawała mi żadnej gwarancji, bo chociaż bardziej skomplikowane symbole runiczne można było rozłożyć można było rozłożyć na prostsze znaki, dało się porównać wzory, sprawdzić ich pochodzenie, przeanalizować sposób działania i znaleźć miejsce, w którym ktoś popełnił błąd albo celowo wprowadził zmianę, z widmami sprawa wyglądała inaczej, szczególnie kiedy nikt jeszcze nie wiedział dokładnie, z czym miał do czynienia, a specyfika Kniei Godryka z jej magicznymi drzewami, kurhanami i całą resztą sama w sobie była wystarczająco dobrym powodem, żeby nie zakładać, że wszystkie zasady, które działały poza nią, nadal będą obowiązywały w środku. Nie istniała książka, którą mógłbym położyć przed nami i powiedzieć, że na stronie sto trzydziestej drugiej znajdziemy rozwiązanie, nie istniała procedura, którą można było odhaczyć przed wyjściem z domu, nie istniał nawet przyzwoity zestaw doświadczeń innych ludzi, z którego mógłbym skorzystać, bo większość informacji na temat tych stworzeń była albo świeża, albo niepełna, albo zatajona, albo tak użyteczna, jak instrukcja leczenia złamanej nogi napisana przez niedoszłego uzdrowiciela, który przez całe życie widział ludzką kość wyłącznie na obrazku podsuniętym mu pod nos podczas pierwszego dnia nieukończonego stażu i stwierdził, że mu to wystarczy.
- Pójdę tam, zlobię swoją lobotę i wlócę. Nie obiecam ci, sze nic się nie wydaszy, bo oboje wiemy, sze nie mam plawa tego obiecywaś. Mogę ci za to pszysiąs, sze nie będę lekkomyślny tylko dlatego, sze pszywykłem do lysyka. - To było znacznie mniej romantyczne niż zapewnienie, że wszystko skończy się dobrze, ale przynajmniej miało tę drobną zaletę, że było prawdą.
Dolina Godryka. Knieja. Widma. Sabotaż. Banda wściekłych idiotów. Potrzeba pomocy. Little Hangleton. Szkolenia. Dzieciaki. Pierwsza pomoc - przez moment po prostu patrzyłem na nią, układając sobie w głowie wszystkie fakty, a potem westchnąłem ciężko, bo chociaż właśnie tego rodzaju informacje były nam teraz najbardziej potrzebne, wcale nie chciałem spędzać tak nadchodzącego sabatu.
- Little Hangleton. - Powtórzyłem, bardziej do siebie niż do niej, po czym pokręciłem głową. - I dzieciaki. - Nie powiedziałem od razu nic więcej, bo wiedziałem, że ten temat był dla nas trochę bardziej skomplikowany, niż mogło się wydawać z zewnątrz. Prudence na pewno była świetna z dzieciakami, miała do nich cierpliwość, potrafiła mówić do nich bez tego irytującego tonu dorosłego, który najwyraźniej uważał, że każde dziecko rodziło się z obowiązkiem znoszenia protekcjonalności, a kiedy trzeba było komuś coś wyjaśnić, umiała znaleźć właściwe słowa. Wyobraziłem ją sobie między grupą młodocianych czarodziejów i czarownic - cierpliwą, skupioną i prawdopodobnie znacznie bardziej naturalną w tej roli, niż kiedykolwiek chciałbym przyznać na głos - Prue miała tę szczególną umiejętność rozmawiania ze słabszymi bez traktowania ich z góry, potrafiła wyłapać, kiedy ktoś udawał odważniejszego, niż był w rzeczywistości, i potrafiła sprawić, że ktoś przestraszony przestawał się wstydzić tego, że się boi, ja natomiast prawdopodobnie po dziesięciu minutach zacząłbym tłumaczyć dzieciakowi, dlaczego nie powinien dotykać rzeczy, które wyraźnie były oznaczone jako niebezpieczne, po czym musiałbym przyznać, że sam w życiu dotknąłem zdecydowanie zbyt wielu takich rzeczy. Patrzyłem na nią czasem w różnych sytuacjach i miałem bardzo wyraźną świadomość, że właśnie dlatego szkolenie podobnej grupy z pierwszej pomocy pasowało do niej niemal boleśnie dobrze. Jednocześnie istniała ta druga strona, o której oboje wiedzieliśmy, ale której nie trzeba było teraz wyciągać na środek łóżka razem z całą resztą niewygodnych tematów.
- Dzieciaki będą miały s ciebie poszytek, a ja poladzę sobie s własnym tyłkiem. Pszynajmniej taki mam plan. - Dodałem w końcu, bo wiedziałem, że gdyby miała możliwość przygotowania mi całej torby zabezpieczeń, antidotów, odpowiednich materiałów i wszystkiego, co uznałaby za przydatne, zrobiłaby to bez najmniejszego zastanowienia, a później jeszcze trzy razy sprawdziłaby zawartość, bo potrafiła być absurdalnie dokładna, kiedy zależało jej na czyimś bezpieczeństwie, ale niektórych rzeczy po prostu nie mogliśmy przeskoczyć.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
37 minut(y) temu ✶  

Gdyby jej coś o tym powiedział pewnie nieco bardziej zainteresowałaby się tematem. Skoro jednak go nie było, to nie miała po co węszyć i zagadywać swoich współpracowników. Szkoda - bo być może ktoś mógłby jej powiedzieć coś, bo mogłoby mu w jakiś sposób pomóc. Pracownicy ministerstwa przecież od maja pojawiali się w Kniei, prowadzili jakieś badania, gdyby tylko wiedziała to mogłaby zasięgnąć języka, jednak skoro temat jej nie dotyczył to raczej się nim nie interesowała. Teraz odrobinę tego żałowała, ale było zbyt późno na to, aby coś zmienić. Zresztą nie miała wątpliwości co do tego, że skoro Benjy zajmował się tym tematem, to na pewno sam wiedział gdzie i kogo powinien o co wypytywać. Nie ryzykowałby pojawienia się tam bez odpowiedniego przygotowania… chociaż może, wiedziała, że czasem działał lekkomyślnie, że nie do końca podzielał jej podejście, które wiązało się z przygotowaniem kilku opcji, przeczytaniem każdego dostępnego materiału na ten temat. Tak, czy siak naprawdę chciała wierzyć w to, że wie co robi.

Nie miała pojęcia, że interesuje go to, co dzieje się w Kniei. Nie wspominał jej o tym wcześniej, chociaż być może powinna się była tego spodziewać. W Dolinie było niebezpiecznie, a on przecież zajmował się takimi przypadkami, mogła to przewiedzieć, nawet jeśli nie była jasnowidzem. Zapytał ją o to, czy wspominał jej o tym wcześniej, chociaż pewnie znał odpowiedź na to pytanie. Gdyby napomknął jej chociaż słowo zapewne zaczęłaby drążyć, szukać informacji, zasięgać wiedzy, nie zrobiła jednak tego. Nie mogła mu mieć jednak niczego do zarzucenia, a przynajmniej tak się jej wydawało. To była jego praca, nie mógł się z nią dzielić wszystkimi szczegółami, tak jak i ona nie mogła opowiadać wszystkiego o swojej. Tajemnice zawodowe nie były niczym nowym.

To miało sens, spory sens, że akurat on w jakiś sposób postanowił się zaangażować w sprawę. Runy ochronne, był specjalistą w tej dziedzinie, wiele w życiu widział, wiele wiedział, ci którzy potrzebowali jego wiedzy nie mogli lepiej trafić, był w końcu najlepszy, przynajmniej jej zdaniem, a Prudence akurat potrafiła oceniać sytuacje bardzo racjonalnie. Nie dziwiło jej wcale to, że padło na niego, gdyby miała kogoś pytać o działanie niebezpiecznej, nieznanej siły to pewnie również padłoby na niego. Lata praktyki, podróże robiły swoje, a teraz takie zagrożenie znajdowało się tak blisko nich. To było oczywiste, że w końcu zainteresuje się tematem, albo ktoś go w niego wciągnie. Nie powinno jej to zaskoczyć. Tylko, że wcześniej nie zająknął się nawet słowem na ten temat, a wychodziło na to, że trwało to już jakiś czas. Ten list nie pojawił się tutaj bez powodu. Czy uważał to za aż takie nieistotne, może sam nie spodziewał się, że będzie musiał się w to mocniej zaangażować? Naprawdę chciała znaleźć odpowiednie wytłumaczenie. Nie chciała się teraz na niego złościć o to, że jej wcześniej o tym nie wspomniał.

Może to i dobrze, że ten ptak postanowił ich obudzić w środku nocy, gdyby wiadomość nadeszła rano, to nie wiedziałaby nawet, że będzie, aż tak ryzykował. Teraz mogła się na to nastawić. Najgorsze było to, że nie miała jak znaleźć się w Dolinie. Dyżurowała w Little Hangleton, obiecała, że będzie zastępcą Lestrange'a, że będzie miała wszystko pod kontrolą i nie mogła z tego tak po prostu zrezygnować, nie w dzień sabatu. Zdecydowanie wolałaby być bliżej, zamienić się z kimś, ale w tej sytuacji nie było to możliwe. To nieco ją przerażało, chociaż zdawała sobie sprawę, że tam również będą kompetentne osoby, jednak, czy na tyle kompetentne co ona? Prue nie bała się korzystać z nieco alternatywnych metod uzdrowicielstwa, wątpiła w to, że każdy z medyków miał takie podejście jak ona. Jakoś będzie musiała to przetrawić. W ostateczności rzuci wszystko i po prostu teleportuje się do Doliny, to też była jakaś opcja.

- Wcale nie tak trudno mi to sobie wyobrazić. - Powiedziała jeszcze bardzo spokojnym tonem. Nie było w tym niczego niespodziewanego, Benjy posiadał wiedzę, której niejeden mógł mu pozazdrościć, na pewno będą mieli szczęście mając go w swoich szeregach, że też ktoś postanowił wzbudzić bunt. Powinna znaleźć osobę za to odpowiedzialną i się nią zająć, tak byłoby prościej. Miała nadzieję, że nie zakończy się to jakimiś zamieszkami za linią lasu, bo przecież tam i bez tego było niebezpiecznie. Te istoty same w sobie stanowiły ogromne zagrożenie, co dopiero będzie jak dołączy do tego chaos.

Nie zamierzała ukrywać tego, jak się z tym czuła. Powiedziała, że ją to przeraża, bo tak było. Nie mieli pojęcia z czym się mierzą, widma były czymś zupełnie nowym, nie wiedziano jak z nimi walczyć, a skoro mógł się znaleźć blisko nich - to po prostu bała się o jego bezpieczeństwo. Wiedziała też, że nie przechodził obojętnie wobec krzywdy innych, to też dokładało jej nieco zmartwień, bo na pewno nie zostawi ludzi samym sobie. Będzie się starał zadbać o wszystkich.

- Nie chcę, żebyś mi to obiecywał. Chciałam Ci jednak przypomnieć, że czasem odpuszczenie też jest opcją. Naprawdę liczę na to, że będzie tak jak mówisz, pójdziesz, zrobisz swoją robotę i wrócisz, ale nie można przewidzieć tego, jak to będzie wyglądało. Gdy zrobi się gorąco po prostu pamiętaj o tym, że czasem można odpuścić. - Nie wydawało jej się, że zamierzałby niepotrzebnie ryzykować. Nie mogli mieć pewności, co wydarzy się w Dolinie, jednak chciała, żeby wiedział, że odwrót czasem też jest opcją. Na pewno nikt nie będzie miał mu za złe, jeśli odpuści, jeśli wszystko zacznie się sypać, tylko tyle.

- Tak, dzieciaki, szkolenia, pierwsza pomoc, jakiś stażysta pod opieką, no i poniekąd też będę odpowiedzialna za namiot uzdrowicieli, szef tego przedsięwzięcia wyznaczył mnie na swojego zastępcę, sam będzie w Dolinie, więc ja będę musiała pilnować Little Hangleton. - Była to dosyć spora odpowiedzialność, ale cieszyło ją to, że ktoś zwrócił uwagę na jej kompetencje, no jeszcze niedawno cieszyło, teraz chyba jednak wolałaby być szarym pracownikiem, który nie miał odpowiedzialnej funkcji bo łatwiej byłoby jej się z tego wykręcić i zmienić lokalizację, w tym przypadku jednak nie mogła tego zrobić.

Prue uwielbiała dzieci. Być może trudno było się tego domyślić patrząc na nią, ale naprawdę świetnie się z nimi dogadywała. Jeszcze kiedy pracowała w Mungu spędzała dużo czasu na leczeniu najmłodszych, miała do tego ogromny potencjał. Uważała, że najmłodsi często byli ignorowani i niedoceniani, co niekoniecznie jej się podobało. Miała do nich odpowiednie podejście, potrafiła ich zainteresować i oczarować. Naprawdę cieszyło ją to, że miała się zająć szkoleniami właśnie tej grupy wiekowej. Nie wątpiła w to, że ją zaskoczą. Przygotowała też odpowiednią ilość lizaków, aby nagrodzić każdego dzieciaka za jego starania.

- Mam nadzieję, że faktycznie tak będzie, nie chciałabym ich zawieść. - Naprawdę zależało jej na tym, aby jak najwięcej wynieśli z tych szkoleń, nie będzie mogła być rozkojarzona, chociaż trudno o to w momencie w którym jej mąż będzie znajdował się w miejscu, w którym szykowało się coś niebezpiecznego. Jakoś sobie jednak z tym poradzi, musiała sobie poradzić.

Nie chciała rozwodzić się też nad tematem dzieciaków, bo w sumie nie był to na to odpowiedni czas. Ustalili już między sobą pewne rzeczy, jednak nie zmieniało to tego, że miała pewien potencjał związany z najmłodszą częścią społeczeństwa, skoro nie mieli mieć swoich potomków to będzie się zajmowała czyimiś i to powinno jej wystarczyć, ewentualnie kiedyś będzie najwspanialszą matką chrzestną dzieciaka Eliasa, to też było jakimś rozwiązaniem.

- To całkiem sprytny plan, mam nadzieję, że uda Ci się go zrealizować. - Brzmiał całkiem rozsądnie, chociaż nie wydawało jej się, aby Benjy przygotował sobie listę punktów do odhaczenia, które mogły doprowadzić go do sukcesu.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2063), Prudence Fenwick (1594)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa