04.10.2026, 23:36 ✶
24 października 1972
Dom pani Alderley
Dom pani Alderley
Południe na Ulicy Pokątnej było głośne i tłoczne, ale dla Rodolphusa ten cały zgiełk pozostawał jedynie tłem. Szorstki, jesienny wiatr przemykał między kamienicami, mierzwiąc poły jego długiego, ciężkiego płaszcza z ciemnej wełny. Pod spodem, jak zwykle, miał na sobie nienaganny, dopasowany zestaw – proste czarne spodnie, idealnie wypolerowane wizytowe buty, nienagannie wyprasowaną białą koszulę oraz dopasowaną, czarną marynarkę. Wyglądał elegancko, powściągliwie i chłodno, zupełnie niepasująco do otaczającego go gwarzacego tłumu. Zawsze od niego odstawał, nigdy jakoś nie specjalnie - ot, to była jedna z tych drobnostek, które pozwalały mu na szybkie ubranie się bez spędzania bezsensownych minut przed szafą. I chociaż poszczególne spodnie i marynarki różniły się odcieniami, splotem czy mankietami, tak dla niewprawnego oka zawsze był ubrany w jeden i ten sam zestaw.
Szedł przed siebie z rękami wciśniętymi w kieszenie płaszcza, rozkojarzony jak nigdy. W jego głowie nieustannie krążyły myśli o zadaniu, które otrzymał bezpośrednio od Czarnego Pana. Ciężar tego rozkazu i samej wizyty ważył więcej niż mroźne powietrze wokół. Zastanawiał się intensywnie, jak się do tego wszystkiego przygotować – ile czasu będzie potrzebować, jakich środków ostrożności musiał użyć i jak rozegrać to taktycznie, by nie popełnić ani jednego błędu. Przełknięcie tej odpowiedzialności wymagało czystego umysłu, a to oznaczało, że musiał dzisiaj bezwzględnie wziąć w pracy kilka dni wolnego. Będzie musiał wymyślić wiarygodne usprawiedliwienie dla przełożonych, by nikt w Ministerstwie nie nabrał podejrzeń co do jego nagłej nieobecności. Na dodatek musiał odwiedzić panią Alderley, bo Astoria mu pisała, że ta chętnie by go zobaczyła. A jeżeli nie teraz, to za tydzień. Wolał to zrobić teraz. Za tydzień mogło go już nie być wśród żywych, skoro Voldemort miał tendencję do nawiedzania go w jego własnym lokum, obłożonym ochronnymi zaklęciami.
Tak bardzo zatopił się w wewnętrznym monologu, że niemal całkowicie o lewitującym krok za nim obiekcie. W powietrzu, tuż za jego prawym ramieniem, płynęła spokojnie niewielka paczuszka. Była starannie owinięta w prosty, szary papier i mocno przewiązana zwyczajnym, jutowym sznurkiem, kołysząc się łagodnie przy każdym jego kroku.
W końcu skręcił w cichszą uliczkę i zatrzymał się przed urokliwym, niewielkim domkiem pani Alderley – starszej czarownicy, której niedawno wraz z Astorią udzielili pomocy. Południowe słońce leniwie przebijało się przez chmury, oświetlając odnowione okiennice i niewielki ganek. Rodolphus przystanął na moment, biorąc głęboki oddech i odsuwając na chwilę mroczne myśli o Lordzie Voldemorcie. Dopiero gdy upewnił się, że jego twarz przybrała maskę spokoju i nienagannych manier, machnął delikatnie różdżką, obniżając lewitującą paczkę, i zapukał do drzwi.