• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[25.11.1970, Ulica Pokątna] Pierwsze ataki Śmierciożerców

[25.11.1970, Ulica Pokątna] Pierwsze ataki Śmierciożerców
Herald of Darkness
It seems that all that was good has died
And is decaying in me
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Chester to mierzący 178 cm wzrostu, postawny mężczyzna, ważący 76 kg. Ma brązowe, poprzetykane pierwszymi siwymi pasmami włosy i niebieskie oczy. Brąz noszonej przez niego krótkiej brody został przerzedzony przez lekką siwiznę. Przez większość czasu nosi mundur Aurora, natomiast poza pracą ubiera się elegancko, w garnitury. Często widywany jest z papierosem. Pierwsze wrażenie... jest służbistą, twardym gnojem, za którym nie przepada niemałe grono osób z dep. przestrzegania prawa. Nie można mu jednak odmówić doświadczenia zawodowego.

Chester Rookwood
#1
18.12.2022, 19:06  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2023, 22:01 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Loretta Lestrange - osiągnięcie Piszę, więc jestem

25.11.1970
Sklep z szatami wszystkie okazje na Ulicy Pokątnej, magiczny Londyn
Chester Rookwood & Loretta Lestrange


Miała to być kolejna akcja, którą on jako wierny sługa Czarnego Pana miał nie tylko zaplanować po otrzymaniu kolejnego celu, ale również osobiście nadzorować. Tym razem celem ataku Śmierciożerców miał być mieszczący się na Ulicy Pokątnej sklep z szatami na wszystkie okazje. Ze względu na swoją charakterystykę było to miejsce prestiżowe i jednocześnie skalane obecnością czarodziejów w różnym wieku, w których żyłach płynęła brudna krew. Tym razem plan ataku nie polegał na zniszczeniu tego lokalu i pozbawieniu życia właścicieli lub pracowników i obecnych tam potencjalnych klientów (choć niewykluczone, że ktoś tego wieczoru straci życie). Przewidywał on skupienie się na personelu tego sklepu i daniu im brutalnej nauczki, po której powinno odechcieć im się wpuszczania do tego przybytku plugawych szlam i zmuszania czystokrwistych czarodziejów do znoszenia ich obecności w swoim najbliższym otoczeniu.
Wielkimi krokami zbliżały się godziny zamknięcia sklepu, po którego wnętrzu krzątali się nieliczni pracownicy tuż przed jego zamknięciem. Dzień jak co dzień. Stojąc w sąsiadującym z tym lokalem zaułek naciągnął na głowę kaptur czarnej jak smoła peleryny, także ukrywając twarz pod zdobioną maską. Jego tożsamość powinna pozostać ukryta tak długo jak to możliwe. Nie znała jej nawet stojąca obok niego Naśladowczyni. Spojrzał na zegarek, którego wskazówki odmierzały czas do godziny rozpoczęcia tego ataku na rzeczony sklep odzieżowy. A następnie na towarzyszącą mu kobietę, z którą łączyły go typowo służbowe stosunki. W chwili obecnej była jego podkomendną, kimś kto dopiero stawiał pierwsze kroki w organizacji i w tym momencie miała udowodnić swoją wartość dla Czarnego Pana, którego Robert i on byli najwierniejszymi sługami. Jednogłośnie uważali, że ich przywódca powinni powinni służyć czarodzieje równie oddani, co kompetentni. A inaczej nie dało się ich sprawdzić, niż powierzając im jakieś zadanie do wykonania.
— Już czas. Wiesz, co robić — Zwrócił się poważnie do kobiety, chowając swój zegarek do kieszonki. Powierzone jej zadanie polegało na poddaniu torturom z użyciem zaklęć niewybaczalnych i tego, co jej przyjdzie na myśl osób przebywających w tym sklepie. To powinno stanowić kolejną wyraźną wiadomość dla tej części magicznego Londynu. Szlamy nie będą już tolerowane, zwłaszcza, że od teraz mogą zrobić z nimi porządek zamiast pomstować na to, że są praktycznie wszędzie. Jak robactwo u ich stóp. On będzie obserwować i oceniać oraz reagować w razie potrzeby.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#2
25.02.2023, 19:41  ✶  

Na drobnych, mikrych dłoniach posiadała naciągnięte wysoko, czarne rękawiczki, kończące się gdzieś  w okolicy łokci, a niewielką posturę okrywała lśniący czernią materiał szaty; stukot obcasów zwiastował jej bliską obecność – tym razem jednak nie była rozpoznawalną w londyńskim świecie artystką, a jej piegowate oblicze, na ogół kryte pod woalką pogodnego uśmiechu, tym razem przykrywała bogato zdobiona maska. Uśmiech tańczył gdzieś w kącikach ust, nie przyrównywał jej jednak do rozochoconej ogniem tancerki; bardziej do okrutnego chłodu lichwiarki.

Bo przecież jeszcze się nie odpaliła, a uwerturę posiadała w prozie codzienności przyjemną w obejściu; dopiero w sytuacjach krytycznych pozwalała uwolnić bestię drzemiącą w piersi, tę wyostrzającą jej miękkie rysy; tę, która skuwała lodem ton głosu i tę, która sprawiała, iż zdolna była do każdego kroku, który miał postawić ją bliżej wyśrubowanego celu.

Mętny zaułek nocą zdawał się jeszcze bardziej epatować mrokiem, a skryty pod podszyciem gwiezdnym, pod tą rozlaną czernią kawy nocą świat, skuwał truchlejącym przerażeniem. Nie to jednak przodowało na scenie jej umysłu, bo w gruncie rzeczy niewiele zjawisk było w stanie przebiec dreszczem strachu po plecach; pozostawała absolutnie pewna siebie, a chyży krok, który zatrzymała przed mężczyzną nie pozostawiał złudzeń – była we właściwym miejscu, o właściwej porze.

Nie była silna, nie była także wysoka i postawna, jednak coś w jej dławiącej pewności siebie nakazywało bezwzględne posłuszeństwo.

Skinęła głową na jego słowa i już po chwili ruszyli w kierunku barwnej witryny, aby po chwili z zamachem otworzyć drzwi.

Pracownikom sklepu nie zajęło zbytku czasu, aby zorientować się w sytuacji. Czarne szaty i maski skrywające oblicza mogły przecież świadczyć jedynie o jednym; po pomieszczeniu krzątała się dwójka czarodziei, przygotowując do zamknięcia sklepu; zegar wybijał późną porę wieczorową, a londyński bruk zamarł nieomal, wyzbyty z wszelkich istnień ludzkich.

Zza płaszcza wyciągnęła prędko różdżkę.

– Crucio! – syknęła od razu, nie przebierając w środkach, zaklęcie niewybaczalne kierując ku krępemu mężczyźnie za ladą.

Gdy ten padł na ziemię, zwijając się w trawiącej agonii, podeszła do niego i stanęła nad jego poskładaną w bólu sylwetką.

– Ach, a więc to te dłonie szyją szaty dla brudnych szlam? Chyba musimy w jakiś sposób zapobiec dalszym tego typu pomyłkom – syknęła i z zamachem wbiła mu obcas w drżącą konwulsyjnie dłoń.

Bo nie była przecież zatrważająco silna w mięśniach, jednak potrafiła budzić pierwotny lęk. Nie zawierał się on w krzepie ani budzącym grozę obliczu – jeśli to jednak nie byłoby teraz skryte pod powłoką maski, w jej mętnym wzroku z pewnością zasiałyby się inne nuty, aniżeli przędzona codziennością, roziskrzona pogoda ducha.

Gdy druga kobieta, która uwijała się po sklepie wpadła w panikę i zaczęła krzyczeć, jedynie podeszła do niej z wolna, aby po chwili zacisnąć dłoń na jej szyi. Prędko pod palcami poczuła przyspieszony puls.

Herald of Darkness
It seems that all that was good has died
And is decaying in me
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Chester to mierzący 178 cm wzrostu, postawny mężczyzna, ważący 76 kg. Ma brązowe, poprzetykane pierwszymi siwymi pasmami włosy i niebieskie oczy. Brąz noszonej przez niego krótkiej brody został przerzedzony przez lekką siwiznę. Przez większość czasu nosi mundur Aurora, natomiast poza pracą ubiera się elegancko, w garnitury. Często widywany jest z papierosem. Pierwsze wrażenie... jest służbistą, twardym gnojem, za którym nie przepada niemałe grono osób z dep. przestrzegania prawa. Nie można mu jednak odmówić doświadczenia zawodowego.

Chester Rookwood
#3
13.03.2023, 00:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.06.2023, 00:46 przez Chester Rookwood.)  
Będąc już we wnętrzu sklepu początkowo przyglądał się działaniom Loretty, która bez wahania rzuciła Cruciatus na stojącego za ladą krępego mężczyznę. Maska zasłaniająca jego twarz nie mogła ukazać pełnego okrutnego zadowolenia grymasu, który zagościł na jego ustach. Sam należał do grona bezwzględnych, pozbawionych kręgosłupa moralnego ludzi. Już niejednokrotnie pokazał to, że jest zdolny do przejawiania szeroko pojętego okrucieństwa wobec swoich ofiar i wrogów. Świadome skrzywdzenie kogoś nie przychodziło tak wielu ludziom. Wszyscy z nich potrzebowali impulsu do tego. Obserwowana przez niego Loretta w tym momencie przejawiała tę cechującą go bezwzględność i zdecydowanie. Nie dawała mu też podstaw do zakwestionowania swojego oddania tej jakże sprawie.
Powoli skierował swoje kroki w stronę lady, aby samemu spojrzeć z góry na leżącego na podłodze mężczyznę. Po pierwsze, z ciekawości. Gdyby ten zakład krawiecki nie był istotny dla czarodziejów czystej krwi to pracujący w nim czarodzieje zostaliby pozbawieni niewiodącej dłoni. Nie utraciliby w ten sposób możliwości dzierżenia różdżki. Niewykluczone, że ten sposób będzie można piętnować szlamy, które nie powinny mieć możliwości posługiwania się magią. Nie zmieniało to faktu, że ten czarodziej musiał zostać ukarany. Drugim powodem było przedostanie się na zaplecze. Przestrzeń zza ladą stanowiła jedyną drogę.
— Możesz połamać mu kilka palców — Zasugerował Lestrange, tuż przed przekroczeniem progu zaplecza tego lokalu. Wyposażenie tej części zakładu krawieckiego zupełnie go nie interesowało. Postanowił jednak przeszukać to pomieszczenie i całkiem słusznie całkiem słusznie, bo odkrył obecność jeszcze jednego pracownika. Okazał się on pomocnikiem krawców i, na swoje nieszczęście, charłakiem. Istnienie charłaków napawało go odrazą. Była ona największa, jeśli taki charłak urodził się w rodzinie czarodziejów czystej krwi, takim jak chociażby jego ród. Wydziedziczenie byłoby zbytnim aktem łaski.
— Crucio — Wycelował swoją różdżkę w obmierzłego charłaka, który nie był w stanie obronić się przed tym zaklęciem. Mógł tylko doświadczać potwornego bólu, krzyczeć pod wpływem tego doznania i drżeć w konwulsjach na podłodze u stóp swojego oprawcy.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#4
14.03.2023, 15:42  ✶  

Dreszcz emocji przechadzający się po wszystkich kręgach kręgosłupa zwolna, idąc w okrutnym duecie z ekstazą rozbijającą poły w umyśle, czyniły ją tą, której się najbardziej obawiała. Bezwzględną istotą, gotową do zadawania bólu dla własnej uciechy, uważającą się za panią życia i śmierci, bytowania i jego kresu – bestia więziona skrzętnie w płucach wydostała się na światło dziennie, obmywając posadzkę rdzawymi różami uwydatnionymi przez krew. Westchnięcie zamarło na wargach i prawdopodobnie mógłby ujrzeć parszywy uśmiech wstępujący na tron ust, gdyby nie więziła ich maska, skrzętnie przykrywająca szlachetne rysy twarzy, które nagle zmieszały się z drapieżnością szaleńca.

Jej głos po chwili wybuchł salwą śmiechu; opętanego, okrutnego i wyzbytego z ludzkich odruchów. Słyszała miażdżoną pod obcasem tkankę, a symfonia tego dźwięku sprowadziła ją na sam skraj ekstazy. Wyzbyła się z wszelkiej kontroli, nie trzymała już w ryzach potwora walczącego w prozie codzienności o pierwsze skrzypce – pozwoliła mu na swoistą wolność, której konsekwencją było to – niewybredne okrucieństwo.

Była wyrafinowana w swoim wyrachowaniu, a krzywdząc przypominała baletnicę w tańcu, wspinającą się na szczyty point; mikra sylwetka stanowiła niepozorność samą w sobie, prawdopodobnie nikt nie spodziewałby się po jej anemicznej osobie takiego ogromu zaangażowania w cudzą krzywdę.

Kucnęła przy mężczyźnie zwijającym się w krasie konwulsji – dokładnie temu, któremu jeszcze sekundy wcześniej miażdżyła dłoń obcasem. Ujęła jego rękę delikatnie, nieomal pieszczotliwie, jednak gdy tylko uniosła dłoń, prędko dosłyszalny stał się trzask wyłamywanych stawów.

– Licz ze mną – zwróciła się do swej ofiary. – Jeden – rzuciła, a palec wskazujący wygiął się nienaturalnie, gubiąc pierwotny kształt. – Dwa – rzekła, czyniąc podobnie z kolejnym – środkowym.

Kobieta, na której szyi następnie zaciskała dłonie, zamarła w bezruchu – tak jakby krzyk nie mógł przedrzeć się przez zaciśnięte na krtani palce.

– Będziesz milczeć posłusznie, czy mam cię do tego zmusić? – zabrzmiała retoryką.

Wyjąwszy różdżkę kobiety, schowaną gdzieś pod warstwą odzienia, natychmiastowo ją złamała, rzucając gdzieś w kąt, aby następnie zaprowadzić ją na zaplecze, gdzie Chester pochylał się nad zwiniętym konwulsyjnie charłakiem.

Herald of Darkness
It seems that all that was good has died
And is decaying in me
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Chester to mierzący 178 cm wzrostu, postawny mężczyzna, ważący 76 kg. Ma brązowe, poprzetykane pierwszymi siwymi pasmami włosy i niebieskie oczy. Brąz noszonej przez niego krótkiej brody został przerzedzony przez lekką siwiznę. Przez większość czasu nosi mundur Aurora, natomiast poza pracą ubiera się elegancko, w garnitury. Często widywany jest z papierosem. Pierwsze wrażenie... jest służbistą, twardym gnojem, za którym nie przepada niemałe grono osób z dep. przestrzegania prawa. Nie można mu jednak odmówić doświadczenia zawodowego.

Chester Rookwood
#5
26.03.2023, 02:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2023, 02:48 przez Chester Rookwood.)  
Znaleziony przez niego na zapleczu tego zakładu charłak przestał na razie krzyczeć z niewyobrażalnego bólu, zupełnie jak głos uwiązł mu w gardle. Oddychał ciężko, spazmatycznie. Na bladej twarzy zagościły krople potu. Rozedrgana sylwetka jakby zapadła się w sobie. Uszu Chestera dobiegło żałosne błaganie, które zwyczajnie zignorował. Dla takich nędznych robaków nie zamierzał mieć litości. Tacy jak ten mężczyzna, podobnie jak szlamy, powinni pełzać u stóp czystokrwistych czarodziejów. Po raz kolejny uniósł wyżej dłoń dzierżącą różdżkę, górując nad zastygłym w przerażeniu charłaczyną.
Wycelował swoją różdżkę w stronę tego osobnika, na wysokości kolana prawej nogi tego osobnika i ostatecznie przesunięcia jej na wysokość uda, skupiając się na tym aby cała jego wola urzeczywistniła zamiar ponownego skrzywdzenia go poprzez wywarcie nacisku mającego na celu doprowadzenie do złamania kości udowej, co, sądząc po kolejnym chrapliwym krzyku tego mężczyzny, przyszło mu z łatwością. To nie był jednak koniec. Chesterowi nie wystarczało nieruchomienie mu swojej ofiary w ten jakże brutalny sposób.
Może gdyby był uzdrowicielem to wyszłoby to znacznie schludnej, tymczasem ostra i postrzępiona krawędź kości zdołała się przebić przez okalające ją tkanki i mięśnie. Stało się to przyczyną obfitego krwotoku, któremu w żaden sposób nie planował zapobiec. Musiał jedynie pilnować aby wylewająca się na podłogę posoka nie sięgnęła podeszw noszonych przez niego butów. Najpewniej nie zostało mu wiele czasu.
— Jeszcze z nią nie skończyłaś? — Zwrócił się do czarownicy, która zawlekła tutaj swoją niedoszłą ofiarę. Pytanie było tyle zasadne, że sam wyprawiał na tamten świat kolejnego szkodnika, którego wydawała na świat jedna z czarodziejskich rodzin, który najwyraźniej nie zamierzał zasymilować się z mugolami. Niech to będzie kolejna przestroga dla pozostałych charłaków, żyjących w świecie, w którym nie było dla nich miejsca.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#6
31.03.2023, 14:09  ✶  

Jej wargi rozciągnął uśmiech drapieżny i brutalny w swojej formie i choć był niedostrzegalny pod całunem maski – niewątpliwie się tam znajdował. Naturalna ostoja pogody ducha i towarzyskiego drygu, momentalnie przekuła się w bestialską, nieposiadającą sentymentów ani skrupułów kobietę, której mikry wzrost jedynie podkreślał okrucieństwa, do których zdolna była. Ekstaza rozmywająca się w jej chwiejnej posturze, została podkreślona przez salwę gwałtownego śmiechu – diabolicznego i nade wszystko niepokojącego. Coś niebezpiecznego zawierało się w tym trelu, melodyjnym i barwnym; ostatnim kopnięciem potraktowała zwijającego się konwulsyjnie mężczyznę, o połamanej dłoni i twarzy wykrzywionej w ciężkim bólu.

Zacisnęła dłoń na ramieniu kobiety, sprowadzając ją na zaplecze, gdzie Rookwood dopełniał dzieła na charłaku. Jego posoka rozlała się z otwartego złamania, tworząc na podłodze rozmyte, czerwone róże krwi.

Dłoń przeniosła na włosy pracownicy, szarpiąc zań do góry, aż znalazła się tuż przed jej obliczem. Wbiła w nią spojrzenie bezwzględne i o okrutnym rysie – jej zaś, zawierające w sobie iskry lęku, przeszklone jakby niebawem miały zaznaczyć policzki szklistymi ścieżkami łez, wpatrywały się w nią błagalnie.

Przecież nie posiadała za grosz skrupułów.

– Och, pomyślałam, że zechcesz to zobaczyć – odparła miękko.

Gdy puściła ją, ta opadła na kolana i wbiła w nią spojrzenie błagalne, pełne strachu i obawy o własne życie – wyjątkowo słusznie. Machnęła różdżką gwałtownie, zaklęciem przecinając jej gardło; krew trysnęła na wszystkie strony, również na jej dłonie, gdy truchło legło między nimi.

Podeszła doń, butem trącając martwe ciało, zupełnie jakby chciała się upewnić, czy ostatnie tchnienie zostało opuszczone przez jej usta.

– Wolę nie brudzić sobie dłoni, ale nie mogłam się powstrzymać – rzekła, unosząc wzrok na mężczyznę.

Herald of Darkness
It seems that all that was good has died
And is decaying in me
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Chester to mierzący 178 cm wzrostu, postawny mężczyzna, ważący 76 kg. Ma brązowe, poprzetykane pierwszymi siwymi pasmami włosy i niebieskie oczy. Brąz noszonej przez niego krótkiej brody został przerzedzony przez lekką siwiznę. Przez większość czasu nosi mundur Aurora, natomiast poza pracą ubiera się elegancko, w garnitury. Często widywany jest z papierosem. Pierwsze wrażenie... jest służbistą, twardym gnojem, za którym nie przepada niemałe grono osób z dep. przestrzegania prawa. Nie można mu jednak odmówić doświadczenia zawodowego.

Chester Rookwood
#7
25.06.2023, 02:27  ✶  

Chester po przedwczesnym zakończeniu nędznego żywota tego charłaka stał nad jego pozbawionym życia truchłem, spoglądając w jego puste, niewidzące oczy bez cienia strachu w oczach. Ta chwila nie będzie go prześladować jak większość ludzi mogłaby. Stał w pobliżu kałuży posoki z poczuciem dobrze wykonanego zadania, jakim była eliminacji każdego, kto nie pasował do wizji świata Czarnego Pana.

Tej nocy będzie spać snem sprawiedliwych, o ile w ogóle zdoła zmrużyć oczy. Nie od dzisiaj wiadomo, że zmagał się z bezsennością. Pomagały na nią wyłącznie eliksiry. Czasami ta przypadłość potrafiła być przydatna, choć i tak potrzebował wtedy duże ilości mocnej kawy z miodem by pobudzić umysł i by dotrwać do końca zmiany. Pomagała również podczas pisania raportów, podobnie jak papierosy, których wypalał bardzo dużo w ciągu każdego dnia.

Kiedy przywdziewał tę czarną szatę co w chwili obecnej nosił i okrywając twarz maską nie mógł pozwolić sobie na tego typu rzeczy. Traciły one na znaczeniu, gdy wypełniał wolę Czarnego Pana jako jego Prawa Ręka. Angażując w to przedsięwzięcie tę czarownicę, dał jej możliwość udowodnienia swojej wartości dla kształtującej się organizacji i pokazania swojego oddania. Tym, co było dla niego równie istotne, było posłuszeństwo i to, że każdy powinien znać swoje miejsce w szeregu.

— Nie jesteś tutaj od myślenia, tylko od działania. Wykończ ją wreszcie zamiast robić z tego widowisko i marnując cenny czas — Warknął w stronę czarownicy, skupiając na niej bezwzględne spojrzenie. Zacisnął mocno palce na rękojeści swojej różdżki. Przypomniał jej w ten sposób, dlaczego tutaj jest i po co tutaj przybyli. Oczekiwał również od niej posłuszeństwa. Zamierzał też uświadomić ją, że od tego typu widowiska zawsze będzie preferował konkretne i zdecydowane działania o wysokiej skuteczności. Czas również miał ogromne znaczenie i każda minuta zwłoki mogła ściągnąć im na głowy Brygadzistów albo Aurorów, których pojawienie się utrudni im opuszczenie tego lokalu.

O to chodziło. Podcięcie gardła kobiecie było szybkie, skuteczne i wystarczająco brutalne. Leżące na zakrwawionej podłodze truchło nie interesowało go już. Bez niezwłocznie udzielonej pomocy magomedycznej ta kobieta nie miałaby szans na przeżycie.  Nie było tutaj nikogo, kto mógłby udzielić jej tak szybko. Żadne z nich też nie zamierzało wzywać uzdrowicieli.

— I mówisz mi to, ponieważ...? Rusz się. — Przez pełen obojętności ton głosu mężczyzny przebiła irytacja. Nie przeszkodziło mu to w ponagleniu jej. Nie byli i nie będą przyjaciółmi, którzy wyskoczyli sobie na ulice magicznego Londynu siać terror, mordując z zimną krwią kilka osób. Nie doszukał się tu logiki w słowach czarownicy. Nie lubiła sobie brudzić rąk, ale miała je we krwi swojej ofiary i trącenie butem stygnącego truchła tego nie zmieni. Mniej nikomu niepotrzebnej gadaniny, a więcej machania różdżką i stosowania czarnej magii do krzywdzenia innych.

Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#8
06.10.2023, 15:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.10.2023, 19:45 przez Loretta Lestrange.)  

Może gdyby nie była upadłą moralnie piwonią, zepsutym jabłkiem, kwiatami noszącymi znamiona łez deszczowych – może wówczas wykazałaby ochłapy jakiejkolwiek, nawet najlichszej sentymentalności. Ona jednak, zaklęta w ciało niewinnej trzpiotki, o głębinach duszy przeklętych, zachowaniu demonicznie gwałtownym i bezwzględnym – pozornie jednała sobie ludzi; tak, aby wpadali w jej pajęczynę tentakuli (pozdrawiam Philipa), oklejali się jej słodkim, późnoletnim sokiem, lepkim jak sama śmierć i buńczucznym jak samo cierpienie. Westchnięcie więc zamarło na jej ustach, nie opuszczając ich świstem, jedynie ciepłem dotknąwszy jej czerwonych warg – teraz skrytych za sowitą maską. Zmrużyła oczy, a uśmiech ekstazy wygiął prędko kąciki jej ust. Nie było miejsca na pomyłki; nie było miejsca na zawahania – była pewna swojego, a drżące z ekscytacji dłoni jedynie potęgowały prosty wniosek.

Loretta Lestrange była równo popierdolona.

I choć nie zmagała się z bezsennością, bez wybiórczości sięgała po eliksiry nadające energii, przyspieszające tętno, wyostrzające percepcję, aby pracować pod osłoną nocy nad obrazami; wątły blask świecy oblewał solidne płótna, wyciągając z niej najgłębsze z atawizmów. Zaklinała swoje dzieła od lat, tak, aby wywoływały salwę konkretnych emocji – wychodziło jej to dobrze, jednak nie dawało tej adrenaliny, której potrzebowała. Chociażby z racji bycia bestią żądną krwi.

Wiedziała, iż była to jej szansa, a choć niepokorna, nie zamierzała wybiegać zanadto przez szereg. Po prostu lubiła rdzawe róże, które formowały się krwią na posadzce; po prostu lubiła widzieć, jaki ogrom bólu zadała; po prostu chciała, aby czubki czarnych, eleganckich butów oblepiła posoka.

Skoro ty nie myślisz, to ja musiałam zacząć – przebiegło na palcach przez jej myśli, jednak nie utkwiło na tyle, aby zorientował się, iż cokolwiek zagościło na skrytą kopułą maski twarzy.

Uświadomiła sobie prędko, iż muszą grać na czas. Lada moment mogło zjawić aurorzy i brygada, a nade wszystko lepszym rozwiązaniem byłoby im umknąć spod nosa. Odwróciła się ponownie ku mężczyźnie, podchodząc do niego prędko – z tym charakterystycznym stukotem wysokich obcasów. Uśmiechnęła się jedynie jadowicie, czego ten rzecz jasna dostrzec nie mógł; w arkanach pamięci zawarła ten obraz; krwi tryskającej z przeciętej tętnicy, powolnego wykrwawiania się, pozostania na niewdzięcznej łasce losu. A skoro uzdrowiciele nie kwapili się do pomocy – rzecz jasna, w końcu posiadali jeszcze zapas czasu – ofiara była skazana na żmudną, powolną śmierć.

Ponoć wykrwawienie się to jedno z bardziej dobitnie bolesnych doznań.

Prędko ruszyła za mężczyzną, umykając pod połacie ciemnej, bezgwiezdnej nocy. Dopiero gdy odchyliła głowę, spoglądając ku nieboskłonowi, dostrzegła nieprzejednane masywy chmur, zbłąkanych zimnym, listopadowym wiatrem. Dłoń wciąż drżała, zaciskając się na rączce różdżki, pozostawała jednak pewna siebie i swojej sprawczości. Powietrze z niej uszło miękko, pozostawiając raptem wydmuszkę, a nienaturalna agresja, jeszcze niedawno obecna w ruchach, schowała się na powrót w klatce żeber.

Czarna noc miała ją porwać w swoje arkana, odsunąć od niewiadomych i uświadomić o tym, co było autotelicznym – znajdowała się na właściwym miejscu.


Zapewne miała jeszcze wiele razy zasypiać, sennie bezsenna, o cienkiej membranie powiek przysłaniającej to, czego oczom nie było żal. Wiele miriad przemyśleń plątało się na scenie umysłu, przetykając ją jak te gwiazdy, których brylanty wetknięte były w niebo czarne, jak rozlana niepoprawnie kawa. W gruncie rzeczy, to w porze właśnie sennie bezsennej zatracała samą siebie, uchodząc gdzieś do rangi indywiduum, które nigdy nie będzie zależne od siebie. Może to te westchnięcia obumierające na wargach, może coś zgoła większego; wiedziała jednak, iż znajduje się na właściwym miejscu, we właściwym czasie, a jej lojalność wobec organizacji zostawała niezachwiania; tak, jakby nigdy na kanwie umysłu nie wyplatało się powątpiewanie.

Uśmiech tańczył na jej wargach jak ognista tancerka i chłodna lichwiarka zarazem, gdy zapuszczała się w ciemne meandry nocy. Gęsty masyw chmur sunął po niebie, zwiastując ulewę, a chłód wzierał do kości tak, jakby nie chciał ich nigdy opuścić. Nawet krew bulgocząca w żyłach nie oddawała całokształtu zimna, które przypominało dłoń kostuchy, z wolna zaciskającej się na łabędziej szyi. Bo przecież igrała z życiem i jego brakiem; bo przecież z pełnym angażem brała udział w demonicznym pasodoble z bytowaniem. Nigdy nie przyznałaby, iż myśli o śmierci tak gorliwie; wolała być uważana za niewielką, psotliwą dziewczynę (nie kobietę nawet!) – o mrokach jej duszy wszak, wiedzieli nieliczni.

W istocie, gdyby mogła utopić parę nieprzychylnych jej osób w łyżce wody – bez wątpienia by to zrobiła, zwłaszcza, jeśli w grę wchodził Louvain. Ich relacja miała coś, czego można było pozazdrościć i wiedziała, iż sępie oczy niejednych panien wbijały ogniste szpilki w jej osobę, gdy pod rękę z nim przemierzała połacie salonowe. Ich relacja nie zawierała w sobie niczego niepoprawnego, wiedzieli jednak, że są w stanie skoczyć za drugim prosto w bramy Hadesu; że bez drugiego, nie byliby już nieodwołalnie sobą.

Prawdopodobnie to o nim myślała, gdy chowała się w ciemne wrota nocy.

Żywe wspomnienie tryskającej posoki, obmywającej posadzkę, toczącej się plamą aż do czubków jej butów, wprawiało ją w stan obłąkanej fascynacji i ekscytacji. W gruncie rzeczy, życia ludzkie nie miały dla niej wartości autotelicznej; nie brzydziła się śmierci i sprowadzała niejednych na sam jej skraj – tylko dla zabawy, aby zobaczyć w ich oczach atawistyczny strach. Nie uważała się za femme fatale, uważała się jednak za bezduszną – nie wahała się przed zadawaniem nawet najbardziej wyrachowanego bólu. Kłamstwo przychodziło jej w końcu łatwo, a zakrzywianie rzeczywistości było czymś, w czym była wprawiona. Istniała w końcu jako ta jedna milionowa wszechświata, która westchnięciem malowała mary oddychające marzeniami.

Uśmiech tańczył na wargach, skryty pod kopułą maski. Na odchodne skinęła głową ku mężczyźnie, zaszywając się we własnych meandrach mroku; wiedząc, iż uczyniła absolutnie wszystko, aby wypaść jak najlepiej (zabawne, brzmiało to jak coś prozaicznego –  ona jednak wypadała jak najlepiej w zabijaniu ludzi). Ciężki oddech unormował się dopiero, gdy znikła za zakrętem, mogąc oprzeć się o mur, nie musząc przejmować się, iż ktoś ją zobaczy. Emocje eskalowały do rangi niechybnie gargantuicznej, a ona – cóż – była z siebie piekielnie dumna.

Jako bestia, jako królowa śmierci i życia, jako wierna zwolenniczka Czarnego Pana.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Chester Rookwood (1419), Loretta Lestrange (2008)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa