• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[06.10.1972] Keep you in the dark, what had you expected? | Prue, Benjy

[06.10.1972] Keep you in the dark, what had you expected? | Prue, Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
16.10.2026, 22:26  ✶  

Nie był to jej najlepszy dzień. Od samego rana towarzyszyło jej dziwne uczucie, że ktoś ją śledził. Odwracała się za siebie, spoglądała przez ramię, jednak nikogo na tym nie przyłapała. Dałaby sobie rękę uciąć, że wcale sobie tego nie wymyśliła. Pewne rzeczy się po prostu czuje. Już kiedyś tak miała, było to we wrześniu, tylko, że wtedy nie dotyczyło wyłącznie jej. Benjy miał tak samo, na samą myśl o nim zrobiło jej się najzwyczajniej źle. Odszedł bez słowa, no praktycznie bez słowa, zostawił przecież list, list! Nie miał nawet w sobie tyle odwagi, żeby powiedzieć, że wyjeżdża.

Leżała na niewielkim łóżku w domu swoich rodziców. To też uważała za katastrofę, jej mieszkanie zostało zdewastowane przez co musiała wrócić do rodzinnego domu, co wydawało się jej być porażką. Miała trzydzieści trzy lata, nie piętnaście. Westchnęła jeszcze zirytowana. Próbowała zasnąć, najlepiej będzie to wszystko przespać, czyż nie? Chwilę jej to zajęło, ale w końcu udało jej się to zrobić. Śniła.

Prudence znalazła się w znajomym miejscu. Szła przed siebie powolnym krokiem. Padał śnieg, tak właściwie to delikatnie prószył. Bardzo dobrze znała ten dziedziniec - spędziła w Hogwarcie przecież siedem lat. Tylko dlaczego się tutaj znalazła tym razem? Nie wiedziała. Wysłało ją Ministerstwo? To było prawdopodobne. Być może nie pamiętała jakoś specjalnie celu swojej wizyty, jednak wiedziała dokąd ma iść. Nogi tak w zasadzie same ją prowadziły. Zatrzymała się, gdy zobaczyła, że na środku znajduje się kamienna fontanna. Już kiedyś ją tutaj widziała. Stała tak przez chwilę wpatrując się w fontannę, tym razem jednak nie była zamarznięta. Nie zdążyła tego zrobić. Przełknęła głośno ślinę. Pamiętała, że uciekali przed tym, co znajdowało się pod lodem, skoro jednak aktualnie nie byla oblodzona, to pewnie nie było przed czym uciekać? Powinna to sprawdzić, czyż nie. Była już dorosła, nie mogła bać się tego, co znajduje się w jakiejś pierwszej, lepszej fontannie.

Wzięła głęboki wdech, zaciągnęła się mroźnym powietrzem. Nie mogła się bać tam podejść, czuła się dosyć dziwnie. Miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje, jednak kiedy taksowała wzrokiem okolicę nie zobaczyła niczego nietypowego. Zrobiła krok przed siebie, a później następny, aż znalazła się przy tej nieszczęsnej fontannie.

Woda była ciemna, najpewniej też bardzo chłodna, wydawał się być też bardziej gęsta od zwyczajnej wody. Światło księżyca się w niej odbijało. Prue uniosła jeszcze głowę, aby spojrzeć w niebo. Zauważyła, że była pełnia, jakby to coś właściwie zmieniało. Nachyliła się nieco nad fontanną, zajrzała w taflę wody, wydawała się być bardzo spokojna, jednak ta ciemność i głębia nieco wzbudzały w niej lęk, chociaż przecież to, co się kiedyś wydarzyło nie było prawdą, to był sen. Zawiesiła się na moment wracając do tamtej nocy. Nie usłyszała przez to kroków, które informowały o tym, że faktycznie nie była tutaj sama. Jej myśli były czasem bardzo głośne, głosy w głowie nie pozwalały skupić się na tym, co działo się obok niej. To był właśnie ten moment - dała się zaskoczyć. Ktoś ją popchnął, tak, że jej głowa znalazła się pod zimną wodą, zdążyła jakoś złapać się rękoma kamiennych krawędzi fontanny i zaprzeć nogami, jednak osoba, która to robiła była silna, bez problemu utrzymywała jej głowę pod powierzchnią. Mimo, że próbowała, to nie była w stanie się wyrwać. Wiedziała, że nie miała zbyt wiele czasu, niedługo skończy jej się powietrze w płucach.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
1 godzinę temu ✶  
Nie miałem szczególnych wymagań wobec miejsca, do którego zamierzałem się udać po zakończeniu naszej wyprawy w góry, zależało mi przede wszystkim na tym, żeby znalazło się dostatecznie daleko od Londynu, od spraw, które zostawiłem za sobą oraz od ludzi, którym musiałbym tłumaczyć, dlaczego podjąłem taką, a nie inną decyzję, ponieważ gdybym dał sobie czas na rozważenie wszystkich za i przeciw, prawdopodobnie skończyłbym w znacznie bardziej skomplikowanym położeniu niż z butelką czegoś mocnego w jednej ręce i listem, którego nie potrafiłbym napisać, w drugiej. List przynajmniej napisałem, chociaż trudno było mi uznać to za szczególny powód do dumy - wyszło jak wyszło, przy odrobinie złej woli, której sam sobie nie szczędziłem, pozostawałem zwyczajnym dupkiem, który uznał, że list wystarczy za rozmowę, ponieważ łatwiej było napisać kilka zdań, niż patrzeć komuś w oczy, kiedy te zdania zaczynały nabierać rzeczywistego znaczenia - mogłem sobie wmawiać, że postąpiłem odpowiedzialnie, że w ten sposób oszczędziłem nam obojgu kłótni, podczas której powiedzielibyśmy rzeczy, których nie dałoby się już cofnąć, ale prawda była znacznie mniej wygodna. Nie chciałem patrzeć Prue w oczy, nie chciałem widzieć, co wyczytałaby z mojej twarzy - a sumienie podpowiadało mi, iż byłoby to wszystko to, czego nie potrafiłem jej powiedzieć - nie chciałem słuchać własnego głosu, kiedy próbowałbym wyjaśnić coś, czego sam nie rozumiałem i tym bardziej nie chciałem sprawdzać, czy wystarczyłoby jedno jej słowo, żebym porzucił cały ten pośpiesznie przygotowany plan i został. „Tak”, zwłaszcza tego ostatniego wolałem nie dowiadywać się w praktyce, bo znałem Prudence wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak niewiele potrzeba jej było, by podważyć moje najbardziej stanowcze postanowienia, nawet kiedy wcale nie zamierzała tego robić - wystarczyło, że na mnie patrzyła, że wyciągała rękę, kiedy przechodziłem obok, albo że zasypiała obok mnie, ufna w ten szczególny sposób, który wciąż wydawał mi się czymś niemal zakazanym, zważywszy na to, jak niewiele rzeczy w moim życiu zasługiwało na zaufanie takiego rodzaju, „więc to spieprzyłem”.
Tej nocy spałem kiepsko, choć nie mogłem powiedzieć, żeby stanowiło to jakąś nowość. W salonie było chłodno, ogień w kominku przygasł już jakiś czas wcześniej, deszcz uderzał o szybę z irytującą regularnością, która powinna była szybko mnie ukoić, lecz zamiast tego przewracałem się z boku na bok, próbując znaleźć pozycję, w której przestałoby mnie ciągnąć w barku, a potem…
Nie od razu zrozumiałem, gdzie się znalazłem, co zresztą należało uznać za całkiem racjonalną reakcję, biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno znajdowałem się w Rumunii - teoretycznie z dala od brytyjskiej pogody, brytyjskich problemów, brytyjskiej… brytyjskości i wszystkiego, co mogłoby mi przypominać, że zostawiłem za sobą więcej, niż byłem gotów przyznać nawet przed samym sobą - śnieg osiadał mi na ramionach, wlatywał za kołnierz płaszcza, topniał na włosach, kiedy stałem na dziedzińcu, próbując zrozumieć, co właściwie robiłem w miejscu, w którym nie powinno mnie być. Od szkolnych lat zdążyłem odwiedzić wystarczająco wiele miejsc, w których niegdyś przeżywałem dobre chwile, potem zaś próbowano mnie tam zabić, żebym przestał darzyć sentymentem jakiekolwiek znajome otoczenie, ale kamienne mury, wysokie okna, kamienne łuki i ławki przyprószone białym puchem, wszystko to wyglądało na tyle zwyczajnie, że przez pierwsze sekundy nie poczułem niepokoju, tylko konsternację, rozglądając się dookoła, zanim ruszyłem wzdłuż arkad - nie dostrzegałem niczego, co mogłoby wyjaśnić, dlaczego właściwie znalazłem się tutaj, zamiast leżeć na kanapie gdzieś po drugiej stronie Europy - nie pamiętałem, skąd przyszedłem ani dokąd powinienem iść, nie miałem różdżki w dłoni, nie słyszałem żadnych głosów dobiegających z zamku, cisza panująca na dziedzińcu była wręcz na tyle głęboka i niepokojąca, że po kilku krokach odruchowo zwolniłem, spoglądając w stronę przejścia prowadzącego ku schodom.
Wtedy ją zobaczyłem…
Prudence stała przy fontannie, pochylona nad kamiennym obrzeżem, z włosami opadającymi w stronę ciemnej tafli. Przez ułamek sekundy nie zrobiłem niczego, po prostu patrzyłem, usiłując pogodzić jej obecność z własnym położeniem, ponieważ ostatnim razem, kiedy miałem okazję zobaczyć Prue, nie znajdowaliśmy się w Hogwarcie, nie padał śnieg, a ja byłem już dostatecznie daleko na drodze do piekła, żeby uznać, że przynajmniej w kwestii podejmowania fatalnych decyzji osiągnąłem pewną pokrętną stabilizację - było w tym coś żałosnego, chociaż nie miałem zamiaru urządzać sobie teraz rachunku sumienia, zwłaszcza że sam fakt, iż znalazłem się w tym miejscu, nie oznaczał jeszcze, że miałem przed sobą prawdziwą Prudence, nie jakiś wyjątkowo złośliwy wytwór własnego umysłu - w końcu spałem, chociaż nie wiedziałem o tym jeszcze na tyle świadomie, by uznać tę okoliczność za wystarczające wyjaśnienie - mogłem równie dobrze znajdować się pod wpływem zaklęcia, zostać wciągnięty w iluzję, we własne rozmyte wspomnienie czegoś, o czym już kiedyś przecież śniłem albo mieć do czynienia z czymś, czego wolałbym nie poznawać bliżej. Żadna z tych możliwości nie skłaniała mnie do podejmowania pochopnych działań, dlatego przez moment po prostu obserwowałem ją z kilku metrów, próbując dostrzec cokolwiek, co pozwoliłoby mi ustalić, czy wiedziała o mojej obecności.
Zrobiłem krok w jej stronę, potem drugi, nie chcąc jej spłoszyć, chociaż nie miałem pojęcia, dlaczego miałaby się mnie przestraszyć - to pytanie zdążyło zresztą nabrać wyjątkowo nieprzyjemnego wydźwięku, kiedy przypomniałem sobie, że ostatnio sam zadbałem, żeby nie miała powodu spodziewać się po mnie czegokolwiek dobrego - sposób, w jaki planowałem wypowiedzieć jej imię uformował mi się w głowie na kilka sekund przed tym, zanim dostrzegłem jakiś ruch za jej plecami i pierwotne zamiary poszły się gonić…
Nie usłyszałem jego nadejścia, trzasku teleportacji, niczego w tym rodzaju, nie zauważyłem, skąd napastnik się wziął, ani jak długo znajdował się w pobliżu, zobaczyłem jedynie obcą sylwetkę, która dopadła do Prue i gwałtownie popchnęła ją w stronę fontanny. Przez krótką, przeklętą sekundę mój umysł zarejestrował wszystkie szczegóły, których nie potrzebowałem - sposób, w jaki jej ramiona napięły się pod ciężarem napastnika, jak palce szukały oparcia na mokrym kamieniu, jak ciemna tafla wody zamknęła się nad jej włosami - ręce Bletchley zacisnęły się na kamiennej krawędzi, nogi zaparły o podłoże, lecz napastnik docisnął ją w dół, nie pozwalając jej podnieść głowy. Potem ruszyłem.
Nie zastanawiałem się, kim był, po prostu złapałem go za kark i ramię, po czym szarpnąłem z całej siły do tyłu - opór okazał się większy, niż przewidywałem, więc zamiast odciągnąć go od Prudence, jedynie zmusiłem go do przesunięcia stóp po oblodzonej nawierzchni - zakląłem pod nosem, poprawiłem chwyt i wbiłem kolano w jego bok, wykorzystując moment, w którym musiał przenieść ciężar ciała, tym razem puścił, nie czekałem, aż odzyska równowagę, tylko uderzyłem go barkiem, spychając go w kierunku środka dziedzińca. Poczułem ból, ten sam, który dokuczał mi jeszcze przed zaśnięciem, przez moment zakręciło mi się w głowie, ale zacisnąłem zęby, nie pozwalając sobie na choćby sekundę przerwy, tylko szarżując dalej. Usłyszałem szorstki, chrapliwy oddech, poczułem pod palcami materiał jego ubrania, sekundę później napastnik wyrwał się z mojego chwytu i cofnął się o kilka kroków. W zaskakująco szybkim tempie odzyskał równowagę i odwrócił głowę w moją stronę, lecz zanim zdążył zrobić cokolwiek więcej, ruszyłem na niego ponownie, chcąc odciągnąć go od fontanny na tyle daleko, by nie mógł znów sięgnąć swojej ofiary, tyle tylko, że… Zniknął, dosłownie wyparował, moje palce zacisnęły się na pustce, zamiast uderzyć w twarde ciało…
Nie zobaczyłem jego twarzy, nie potrafiłbym nawet powiedzieć, czy miał ją tak dobrze ukrytą pod kapturem, czy po prostu nie byłem w stanie skupić wzroku na szczegółach, ponieważ wszystko działo się zbyt szybko, obudziła się we mnie ta paskudna, dobrze znana gotowość do zrobienia komuś krzywdy, kiedy uznawałem, że nie pozostawiono mi innego wyboru. Gdy tylko odwróciłem głowę w stronę fontanny, żeby sprawdzić, czy Prudence zdołała się podnieść, usłyszałem za plecami szelest, po którym nastąpiła cisza. Obejrzałem się natychmiast, gotów ponownie rzucić się do walki, ale na dziedzińcu nikogo już nie było, nie widziałem śladów prowadzących ku przejściu, nie dostrzegłem żadnej sylwetki między kolumnami, napastnik po prostu zniknął, pozostawiając mnie z zaciśniętymi pięściami i ze świadomością, że nie miałem pojęcia, co właściwie przed chwilą wydarzyło się na moich oczach.
Zorientowawszy się, iż przynajmniej chwilowo zagrożenie już nas nie dotyczyło, dopadłem kamiennej niecki, opierając jedną dłoń o brzeg, drugą zaś wyciągając w stronę Prue. Nie próbowałem od razu jej podnosić, ponieważ nie wiedziałem, czy była w stanie samodzielnie utrzymać się na nogach, czy zakrztusiła się wodą, ani nawet czy zdążyła zaczerpnąć powietrza, zanim napastnik spróbował ją utopić. Woda spływała z jej włosów i ubrania, a ja miałem ochotę przekląć wszystko, co doprowadziło nas do tej sytuacji, poczynając od samej fontanny, na własnej głupocie kończąc.
- Już dobrze. - Powiedziałem, chociaż nie miałem pojęcia, czy rzeczywiście było dobrze i czy w ogóle mogłem obiecać jej coś takiego. - Mam cię. Wyciągnąłem cię stamtąd. Już dobrze. - Słowa zabrzmiały dziwnie w moich ustach, ponieważ przypominały obietnicę, którą składałem jej już kiedyś, w innej sytuacji, kiedy wystarczyło wyciągnąć rękę, odsunąć ją od niebezpieczeństwa „albo po prostu zostać przy niej, zamiast pakować swoje rzeczy i wyjeżdżać do obcego kraju”. Nie wiedziałem, czy mnie słyszała, ani czy w ogóle rozumiała, że napastnik zniknął, ponieważ sam wciąż byłem gotów odwrócić się w każdej chwili i ponownie rzucić na kogoś, kto mógłby wyłonić się zza fontanny, rozglądałem się co kilka sekund, odruchowo sprawdzając przejścia między murami i ciemne okna zamku, lecz nie dostrzegałem niczego poza śniegiem oraz pustką, która w tej chwili wydawała mi się znacznie bardziej niepokojąca niż obecność jakiegokolwiek człowieka…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
1 godzinę temu ✶  

Nie miała zielonego pojęcia dlaczego wysłano ją akurat do Hogwartu, dlaczego była tutaj sama, czemu nikt inny jej nie towarzyszył, ale podskórnie wiedziała, że to sprawa zawodowa. Padał śnieg, ostatnio dopiero rozpoczynała się jesień, coś jej umykało, ale nie analizowała tego jakoś specjalnie. Na pewno znalazła się tutaj z jakiegoś konkretnego powodu. Gdy zobaczyła tę fontannę, która znajdowała się na środku dziedzińca wiedziała, że to właśnie tam powinna się znaleźć. Nie czuła się pewnie, bo była sama, ale nie takie rzeczy już robiła w swoim życiu, czyż nie.

Śnieg prószył, bardzo przyjemnie, drobne płatki zdążyły już osiąść na jej ramionach, w świetle latarni, która znajdowała się obok te płatki śniegu spadające z nieba wyglądały naprawdę uroczo. Pomimo tego, że wszystko wyglądało jak z zimowego obrazka czuła się tutaj niezbyt dobrze. Coś nie pasowało jej w atmosferze panującej w tym miejscu, aura była nie taka, czy jakoś tak. Pomimo tego dziwnego, podskórnego uczucia postanowiła podejść do fontanny.

Tym razem woda nie była zamarznięta. Wpatrywała się w nią dłuższą chwilę, wiedziała, że to nie był pierwszy raz kiedy znalazła się przy fontannie, wtedy wiele lat wcześniej uciekała przed tym, co z niej wyszło. Nie robiła tego sama, oczywiście Aloysius był tam z nią, jak zawsze gdy działo się coś złego.

Teraz go nie było, bo postanowił ponownie wyjechać. Nie znalazł się tutaj z nią, nie miała pojęcia, gdzie przebywał, zostawił ją bez pożegnania. To znaczy dostała list, liczyła jednak na to, że będzie miał odwagę spojrzeć jej w oczy nim wyjdzie, cóż - przeliczyła się. Tak to już w życiu bywa. Nie mogła jednak o nim myśleć, bo przecież miała sprawę do załatwienia, nie wiedziała jeszcze jaką, ale na pewno była nagląca. Musiała zebrać się w sobie i jakoś sobie z tym wszystkim poradzić, to, że jej serce przypadkiem przy tym wszystkim pękło było zupełnie inną sprawą, czyż nie.

Jej myśli zaczęły krążyć tam, gdzie nie powinny, przez co zupełnie ignorowała otoczenie, a nie powinna tego robić, nie po tym, jak przez cały dzień czuła, że ktoś ją śledzi, ktoś się w nią wpatruje. To było bardzo lekkomyślne, tyle, że niestety nie do końca panowała nad swoją przypadłością, nie mogła nic zrobić z tym, co działo się z jej umysłem.

Przegapiła moment, w którym ktoś podszedł do niej od tyłu, zaskoczył ją - nie miała szansy się obronić. Nim zdążyła krzyknąć jej głowa znalazła się pod lodowatą wodą, na szczęście udało jej się chociaż chwycić kamiennej krawędzi, żeby jakoś się ustabilizować. Tyle, że właściwie nic to nie dawało. Ręka która wepchnęła jej głowę pod wodę ciągle przytrzymywała ją pod nią. Prue zaczęła wierzgać nogami, nie była w stanie się podnieść. Nie mogła krzyczeć, naprawdę miała umrzeć w ciszy? Nie tego się spodziewała.

Próbowała wyciągnąć głowę ponad powierzchnię, ale nie była w stanie tego zrobić, brakowało jej powietrza, nie była w stanie odetchnąć, do jej płuc zaczęła dochodzić woda. Właściwie to nie pozostawało jej nic innego, jak pogodzić się ze śmiercią. Gdy zaczęła to robić ten uścisk zelżał, aż w końcu całkiem odpuścił. Od razu podniosła się do góry. Wyciągnęła głowę ponad taflę wody i głęboko zaciągnęła się powietrzem. Była roztrzęsiona, nie wiedziała, co się działo, dlaczego nagle przestało, to znaczy dobrze, że nagle przestało. Było jej zimno, próbowała uspokoić oddech, ale wcale nie było to łatwe, bo łapczywie brała kolejne oddechy tego zimnego powietrza.

Usłyszała znajomy głos. Już dobrze. Odwróciła się wtedy, a oczy otworzyły jej się szeroko w zdumieniu. Jakim cudem, był tu teraz z nią, dlaczego mówił, że wszystko będzie dobrze, skoro nie było to prawdą. Nic nie było dobrze. To znaczy najwyraźniej ją uratował, przed kim? Rozejrzała się wokół, próbując znaleźć tego, który przed chwilą próbował ją utopić w tej lodowatej wodzie, ale najwyraźniej rozpłynął się w powietrzu. - Nie jest dobrze. - W końcu z siebie wyrzuciła, było to dla niej ciężkie, bo paliły ją płuca, do tego zaczęła drżeć przez zimno, które zaczęło być odczuwalne. Była mokra, ledwie oddychała, wokół był śnieg, a on siedział tutaj i mówił o tym, że ją uratował. Naprawdę? Teraz ją ratował, kiedy całkiem niedawno postanowił ją tak po prostu zostawić, co za zrządzenie losu. - Gdzie? - on jest miała zapytać, ale wtedy obraz jej się rozmył. Zniknął Hogwart, zniknęła nieszczęsna fontanna, zniknął też i Benjy - znowu.

Szła przed siebie bardzo żwawym krokiem. Miała cel, odwiedzić jednego ze swoich stałych klientów na Nokturnie. Przepisała mu nieco eliksirów i leków, liczyła na to, że stosował do jej zaleceń, a jeśli nie - zamierzała udzielić mu stosowną reprymendę. Czuła się pewnie na Nokturnie, było to miejsce, które znała nie najgorzej, spędzała tutaj sporo czasu świadcząc medyczne usługi, czego to się nie robiło dla zdobywania wiedzy. Weszła w jedną z krętych, wąskich alejek, kiedy ktoś pojawił się przed nią, nie zdążyła nawet mrugnąć, gdy znajdowała się przyparta do ściany z nożem znajdującym się przy jej gardle. Czuła zimne ostrze na swojej szyi, wiedziała, gdzie musiało trafić, aby zabić ją od razu. To było w tym wszystkim najgorsze, zdecydowanie nóż znajdował się zbyt blisko tego miejsca, końcówka ostrza zahaczyła o jej skórę. Przymknęła oczy, nie miała szansy z tym walczyć. W sumie może i nawet to było jakimś wyjściem, przynajmniej nie będzie się musiała niczym przejmować.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (1509), Prudence Fenwick (1402)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa