24.10.2026, 08:48 ✶
17.10.1972, wieczór - dworek dziadków Burke
Spacer przeszedł w łzy, łzy popłynęły w rozmowy, słowa poprosiły o herbatę znacząc wspólny czas spokojem. Niewielki dworek dziadków Burke w Snowdonii znajdował się poza wścibskimi oczyma i odznaczał się przyjemną wonią prowincjonalnego spokoju mimo eleganckiego wysmakowania i odrobiny przemysłowego zacięcia w dekoracjach. Wszak stał niedaleko historycznych obszarów kamieniołomów z których mugole, na ich własne szczęście uczynili zabytki.
Popołudnie przeszło w wieczór. Poddasze było przestronne o nisko zawieszonym stropie dachu rozpostartego na ciężkich krokwiach na których ułożono niewielki podest pod samym szczytem dachu. Miejsce gdzie Ceo lubiła się chować jeszcze nim Hogwart zaprosił ją w swe progi. Była wtedy bardziej wysportowana choć liczne eskapady ostatnich tygodni przywróciły jej wiele z młodzieńczej gibkości.
Poddasze podzielone było ścianami na kilka pokoi. Ten był jednym z większych, z własnym kominkiem i kilkoma oknami umieszczonymi na nadbudówkach wystających z dachu. Widać było, że pomieszczeni było niedawno sprzątane czego babcia nie omieszkała nie wspomnieć. "Sama doglądałam skrzatów" jak rzekła. I rzeczywiście wszystko było schludnie ułożone i odkurzone a przecież był to warsztat rzemieślniczy i magiczny. Po prawdzie trzymany w tej formie głównie dla niej.
Centralnym punktem była spora tafla przygotowana pod wyrysowywanie magicznych kręgów i rozrysowywania układów run. Pod skosami natomiast porozstawiane były kredensy z materiałami, regały z książkami oraz stoły i stojaki z narzędziami. Wszystkie meble w jednolitym stylu, z łukowo wykończonymi nóżkami i z ciemnego drewna. Ściany i podłogi były w odcieniu lżejszego, jaśniejszego brązu, natomiast krokwie i sam sufit były ciemne, niemal czarne pomimo migotliwych płomieni świec kołyszących się na kandelabrach.
Nieco życia dodawały zielone poduszki ułożone na szerokich parapetach wnęk okiennych oraz purpurowe obicia krzeseł. Niewielki metalowy herb Burke wisiał na ceglanej kolumnie komina górując ponad dwoma zawieszonymi goblinimi kordami. Jeśli wierzyć opowieściom dziadka nie warto było rozważać makabrycznej natury zabrudzenia na rękojeści jednego z nich.
Pomieszczenie wypełniał zapach palącego się w kominku cisu, zapach starego drewna, twarda nuta gorzkiego dymu tytoniowego, subtelne zapachy wosku i starej skóry oraz ledwie wyczuwalne ale bardzo charakterystyczne wrażenie ozonu płynące od unoszącej się w pomieszczeniu delikatnej aury surowej magii. Po porządkach w pomieszczeniu nie zostały ślady po kurzu lub duszności jakiej można by się spodziewać. Niedawne wietrzenie wniosło chłód świeżości, która rozlała się jak czysta płachta pod paletę odnowionych zapachów pomieszczenia.
Ceolsige siedziała pochylona and jednym ze stołów warsztatowych. Chyba najbardziej masywnym z całości. Cienka, szara kamienna polerowana płyta o długości dwóch metrów wsparta na stelażu wieńczącym się w grubych żeliwnych nogach przywodziła na myśl bardziej ołtarz ofiarny niż miejsce pracy. Dopełniały tego dwa mosiężne kandelabry ustawione po bokach. Jej charakter zdradzały dopiero zawieszone z niskiego skosu dachu raki pełne narzędzi grawerskich, odlewniczych i szlifierskich. Młotki, dłuta wisiały nieruchomo a jednak migotliwe światło świec sprawiało wrażenie jakby kołysały się, żywe i chętne by wyrwać się do pracy.
Kobieta, nawet pochylona nad pracą zachowała elegancka sylwetkę i wyprostowane plecy. Pozę tym łatwiejszą do utrzymania po wcześniejszych przygodach i stosowanych opatrunkach na żebra. Siedziała na przystającym do wystroju szerokim krześle o rozchodzących się na boki podłokietnikach. Blond włosy spływały w luźniej, nisko chwyconej kitce na plecy. Dwa długie luźne pasemka opływały leniwie kontur twarzy zmiękczając jej wyraz.
Zdążyła się przebrać do prac. Długa szata z gęsto tkanej wełny, w kolorze ciemnego mchu. Stojący kołnierzyk i trójkątne wyłogi na piersiach lśniły ciemną purpurą podszewki. przenikała po nich mocna wstążka wiązania zapewniająca równe dopasowanie i ułożenie materiału zamykając krawędzie poł nad czarnym materiałem delikatnej spodniej sukienki. Szata spięta w tali była grubym pasem z cynkowaną sprzączką w kształcie liścia. Spod niego rozchodziła się prostym krojem w długą zieloną spódnicę z centralna kontrfałdą przetykaną ciemną purpurą. Krój spódnicy rozcięty był centralnie od ud dla wygody. Spod rozcięcia wystawał cienki czarny materiał spodniej, nieco krótszej spódnicy układającej się płynnie na kolanie nogi założonej na drugą. Jej miarowe kołysanie wprawiało rąbek spódnicy w tradycyjne falowanie.
Rękawy szaty były podwinięte i podwiązane na cienkich paskach zabezpieczonych małymi srebrnymi sprzączkami. Odsłaniały one smukłe przedramiona, wsparte teraz łokciami na zimnym blacie. Obracała w dłoniach mały miedziany przedmiot przypominając wałek o zmiennej średnicy z dziwnym rozszerzeniem uformowanym w kilka nieregularnych ramion. Na palcach nanizane miała skórzane ochraniacze łączące się paskami z runiczną płytką na wierchu dłoni i dalej zapięte razem dokoła nadgarstka. Element zabezpieczający na równie przed ostrzami jak i przed niekontrolowanym przepływem magicznej mocy.
NA blacie leżały dobrane dłutka, palnik z kociołkiem do topienia ołowiu, stojak, w którym dymiła się ciemna dębowa fajka oraz potężna księga ustawiona w mechanizmie przerzucającym strony. Na otwartej zakładce pyszniły się wzory run okalających wał żarna do zboża. Sądząc po szkicach drewnianych zębatek jeszcze z końca średniowiecza.
Było to głównie hobby. Mimo to dzięki, bardziej osiadłemu trybowi dwóch ostatnich lat mogła zaangażować się w działania klubu zdecydowanie aktywniej i przysiąść do bardziej praktycznych aspektów znajomości run.
Przebiegłą spojrzeniem błękitnych oczu po zapiskach i sięgnęła po rysik. Odchyliła się wygodniej na krześle z ulgą zauważając, ze opatrunki już jej tak nie doskwierają. Podparła łokcie na krześle a dłonie na blacie stołu. Ukradkiem ledwie spojrzała w bok szukając znajomej postaci w tej udawanej grze udawanych pozorów.